sobota, 14 lutego 2015

Historia Megan

Życie jest zaskakujące. Kiedy każdy dzień spędzasz pod ciemnymi chmurami, nie widząc blasku słońca, nie słysząc śpiewu ptaków, masz ochotę przestać oddychać. Wziąć tabletki nasenne i popić alkoholem, albo podciąć sobie żyły i wykrwawić się na śmierć. A później przychodzi taki moment... Siedzisz skulona na mokrej, zimnej ziemi i nagle słyszysz śpiew słowika. Podnosisz głowę i rozglądasz się dookoła zdziwiona. Potem coś razi cię w oczy i pojmujesz, że to słońce, którego tak dawno nie widziałaś. Łzy znowu stają ci w oczach, ale tym razem nie są one ciężkie. Są lekkie, tak samo jak lekkie jest twoje serce. Płaczesz ze szczęścia i radości, a nie dlatego, że ludzie cię skrzywdzili i nie możesz sobie poradzić. A potem widzisz dłoń. Wyciągnięta ku tobie, by pomóc ci wstać. Łapiesz tą ciepłą dłoń z wdzięcznością. I nie puszczasz. Nigdy.
Było ciężko. Ale się podniosłam. Było trudno. Ale dałam radę. Nie mogło być inaczej. Krok po kroku i do celu. Dostałam się na wymarzone studia, mam wspaniałego chłopaka i znajomych. Zapomniałam. Raz na jakiś czas chciałam być sama, ale przechodziło mi szybko.
Zapomniałam. Ale nie wybaczyłam. To nadal było we mnie. Mogłam to zepchnąć do najciemniejszych zakamarków mojego umysłu. Mogłam przestać o tym myśleć. Potrafiłam to zrobić. Udawało mi się to. Byłam szczęśliwa.
Jednak, jak już powiedziałam, życie jest zaskakujące.
Sapiąc i stękając, zdołałam bez niczyjej pomocy wytargać moja walizkę przed drzwi ojca chrzestnego mojego chłopaka. Mieliśmy się zająć psem, gdy oni świętowali rocznice ślubu. Wyjechali na weekend do Francji. Powiedziałam, że nie przeszkadza mi, jeśli pies będzie u nas w mieszkaniu na ten czas. Lubię psy. Ale co z tego, skoro moje zdanie w tej kwestii się nie liczyło. Kaprysiłam jak małe dziecko, dąsałam się - wszystko na nic. Faceci są bezlitośni.
Fabian spojrzał na mnie z politowaniem, gdy wepchałam się pierwsza do mieszkania, jak tylko otworzył drzwi. Opadłam na krzesło i westchnęłam, dumna z siebie, jak gdybym przebiegła maraton. Wiedziałam, co brunet myśli o mojej walizce. Przez cały dzień powtarzał mi, że nie będzie nas tylko dwa dni a ja pakuje się, jakbyśmy wyjeżdżali przynajmniej na miesiąc. Za każdym razem odpowiadałam mu, żeby się zamknął.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu - dokładnie nic się nie zmieniło. Nadal były tu białe meble i ściany. Wszystko było białe. Uśmiechnęłam się do siebie. Dobrze, że przynajmniej w tym miejscu czas nie odcisnął swojego piętna. Było tutaj dokładnie tak, jak dwa lata temu. Przyjemne ciepło w klatce piersiowej przypomniało mi o moim pierwszym pocałunku.
Jakaś mała kulka wpadła do pokoju, potykając się o własne nogi i mało się nie zabijając ze szczęścia i podniecenia, że nie jest sama. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to pies. Malutki, biały pekińczyk. Przywitałam się z nim i wzięłam na kolana. Miał długie futerko i płaski pyszczek. I był spragniony miłości ta jak ja, gdy mówią mi, że lody czekoladowe się skończyły. Tylko że on był sam góra pięć minut. Minęliśmy się z Jasper'em i jego żoną na klatce schodowej.
  -Chcesz herbaty? - spytał Fabian.
  -Jest trzydzieści parę stopni, a ty chcesz robić herbatę? - odpowiedziałam pytaniem, zwracając wolność pieskowi, który natychmiast podbiegł do chłopaka, by ten wziął go na ręce i pogłaskał.
  -Cześć młody - powiedział, drapiąc psa za uszami a ja przewróciłam oczami. Gdy tylko postawił go na podłodze, spojrzał na mnie i westchnął - Przestań się dąsać.
  -Nie dąsam się - mruknęłam, co miało go przekonać, ale zbytnio mi nie wyszło. Zajęłam się więc walizką. Gdy tylko znalazłam pokój, rozpakowałam się i postawiłam wszystko "na miejscu". Byłam gotowa by przetrwać w obcym domu cały weekend.
Poczułam, jak ktoś obejmuje mnie od tylu. Poczułam jego usta na swojej szyi.
  -Może romantyczny spacer? - szepnął mi do ucha.
  -Kochanie, porąbało cię? - spytałam równie słodkim głosem - Jest trzydzieści stopni, nigdzie się nie wybieram.
  -Powiedz mi tylko, co mnie to obchodzi? - spytał, pokazując mi smycz, którą trzymał w ręku. Skrzywiłam się.
  -Ale...
  -Zamknij się i zapieprzaj  na spacer z pieskiem - podsumował z uśmiechem.
  -Czasami cię nienawidzę - mruknęłam, wyrywając mu sycz z ręki i idąc szukać lepszego towarzysza w psie, który dostałam napadu furii, gryząc i maltretując poduszkę. Trochę go potrwało, zanim zapięłam smycz na jego obroży. Ale kiedy mi się udało, nawet teraz był bardzo szczęśliwy. Mimo, że był uwieziony i każdy mój ruch ręki decydował, jak szybko idzie i co robi. Doszłam do wniosku, że pies jest idiotą.
  -Choć, idziemy na spacer, ty kompletny idioto - mruknęłam, a on tylko zaczął machać ogonem. Westchnęłam i podniosłam się z podłogi. Gdy już wychodziłam na ulicę, spostrzegłam, że Fabian idzie z nami. Nie powiem, żeby mnie to zadowoliło. Czasami są takie momenty w których kompletnie nie mam ochoty na jego towarzystwo, a on na siłę łazi za mną krok w krok. To właśnie była taka chwila. Spacerowaliśmy po gorących uliczkach. Nie wiem, jak ludzie wytrzymują ten upał, a dzieci mają siłę na bieganie. Prawdopodobnie są szantażowane przez rodziców, którzy grożą, że " Jak nie wstaniesz od tego komputera i nie wyjdziesz na dwór, nie dostaniesz lodów". Ja natomiast jak już wszyłam, chciałam wracać. Mam tak od dziecka, nie osądzacie mnie. Nawyk. Więc non stop trułam Fabianowi "Chyba pies się zmęczył? To co? Wracamy?".
Nie wiem co jest z tym chłopakiem nie tak, ale nie załapał, że chce już wracać.
  -Jesteś gorsza niż dziecko - podsumował, biorąc smycz do ręki.
  -Nieprawda- zaprzeczyłam - To co, wracamy już?
  -A może chcesz loda? Czekoladowego, twojego ulubionego.
  -Jestem na diecie - odpowiedziałam dumnie, chociaż kwestia, że dostanę gałkę swoich ulubionych lodów mnie zainteresowała.
Fabian parsknął, a ja ostro na niego spojrzałam.
  -Teoretycznie - zauważył - Praktycznie wpieprzasz wszystko, co się da.
Nie miałam argumentów, żeby zaprzeczyć. Chociaż...
  -Może jestem w ciąży, hmm? - spytałam, uderzając go biodrem - Może będziesz tatusiem, co? Nie martw się, kwestia że chłopczyk będzie miał na imię Fabian a dziewczynka Susan jest aktualna.
  -Megan...
  -Oczywiście, będzie potrzebne nam większe mieszkanie. Nie będę się kisiła w małej klitce z małym dzieckiem w malutkiej klitce - kontynuowałam, udając że nie zauważam jego miny - Moglibyśmy przeprowadzić się do twoich rodziców. Albo do moich, ale to daleko i długa podróż nie jest wskazana dla kobiety w ciąży. No i będziesz musiał rzucić studia i zając się mną i dzieckiem, znajdując jakąś pracę bo ani myślę utrzymywać się z jakiś marnych zasiłków i kasy podsyłanej przez naszych starych.
  -Megan - powiedział Fabian, łapiąc mnie za rękę - Jeszcze jedno zdanie, a przyrzekam, że sam cię zabije. Masz psa, powinno ci wystarczyć. A jeśli będziesz w ciąży, będę kochał was obydwoje. Ale naprawdę, wystarczyło powiedzieć, że sam mam zapłacić za lody. Tylko skończ marudzić.
Zastanowiłam się nad propozycją.
  -Dobra - zgodziłam się.
Wszystko odbyło się zgodnie z umową. Udało mi się nawet naciągnąć Fabiana na posypkę. Poszliśmy do parku, gdzie chłopak spuścił psa, który wystrzelił jak pocisk, do grupki dzieci, które z piskiem zaczęły przed nim uciekać. Usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na dzieciaki, które bawiły się z pekińczykiem. Najwyraźniej przypadło im do gustu to, że jest idiotą.
  -Poważnie mówiłaś o tym dziecku? - spytał, gdy położył się na ławce, położywszy swoja głowę na moich kolanach.
  -W sumie to nie - mruknęłam - Patrząc na to z perspektywy czasu nie oszpeciłabym dziecka takim imieniem jak Fabian czy Susan.
  -Hej, będąc ojcem też miałbym coś do powiedzenia.
  -Kto powiedział, że będziesz ojcem? - powiedziałam, po czym szeroko się uśmiechnęłam, za co dostałam w tył głowy.
  -Czasami jesteś tak irytująca, że sam dziwię się sobie, że mam do ciebie tyle cierpliwości.
  -Nikt nie każe ci ze mną mieszkać. Sam to lubisz - odpowiedziałam, a gdy coś do siebie mruknął dodałam - Za bardzo byś za mną tęsknił w nocy.
Roześmiał się. Ja natomiast nie widziałam w tym nic zabawnego, więc znów zaczęłam śledzić dzieciaki biegające za psem z ADHD. Kiedyś sama taka byłam. Jakieś trzy lata temu żałowałam, że najszczęśliwsze dni mojego życia, kiedy było ono beztroskie i piękne, przeminęły. Teraz byłam tutaj i wiedziałam, że najpiękniejsze dni jeszcze przede mną. Zmienił się tylko mój sposób myślenia. Ale na litość boską, mamy dopiero 21 lat, za wcześnie na docinki na temat dziecka. Na chamskie żarty o seksie zawsze jakoś jest pora. Gdy skończyliśmy szkołę, a wraz z nią zakończyły się wszystkie dramaty nastoletniego życia, docinki na temat nauki stały się nudnawe. Przynajmniej dla mnie, Fabianowi nie przeszkadzało jednak opowiadanie mi żarcików geologicznych. Powód był prosty - tylko ja je rozumiałam.
Po piętnastu minutach, gdy tylko brunet zakończył swoją krótką drzemkę na moich kolanach, uznaliśmy, że pora wracać.
  -Idź po Benjiego - rozkazał.
  -Sam sobie idź. Nie zamierzam być potworem i zabierać dzieciom zabawkę - mruknęłam, a Fabian spojrzał na mnie miną zbitego psa, co akurat pasowało do sytuacji. Podałam mu smycz i powiedziałam :
  -Zamknij się i zapieprzaj po pieska.
Trochę to trwało, zanim go złapał i uwięził na smyczy, ale przynajmniej było zabawnie. Oczywiście, darowałam sobie żarty na temat jego niezdarności, bo nie jestem aż tak okrutna, za jaka mnie ma. Ale on niestety jest tak okrutny, za jakiego go mam.
  -To może jeszcze pospacerujemy? - spytał, łapiąc mnie za rękę.
  -Nie, wracamy - pokręciłam głową, ale on pociągnął mnie za sobą.
Szliśmy dosłownie chwilę. Słońce przypiekało, pekińczykowi znowu odwalało i coraz więcej ludzi wychodziło na ulicę. Mimo to, nawet w tłumie potrafiłam rozpoznać tą sylwetkę. Poczułam, jak nogi mi drżą i serce podchodzi do gardła, w którym czuję nieprzyjemne swędzenie. Wiedziałam, że zaraz się rozpłacze. Znów poczułam się krucha, nic nie warta i słaba... Tak jak wtedy. Minęło tyle czasu. Głos w mojej głowie szeptał " nie". Potem stawał się głośniejszy i bardziej natrętny. To wszystko trawo zaledwie sekundę. .Jedna sekunda, jedno spojrzenie wystarczyło, by zburzyć moje szczęście By znów mnie zniszczyć. Wiedziałam, po co tu przybył. Chciał mnie. Chciał dokończyć to, co zaczął, gdy miałam szesnaście lat.
  -Poważnie, wracamy - szepnęłam dziwnie zmienionym głosem. Wyswobodziłam swoja rękę z jego dłoni i cofnęłam się o krok. Czułam, że zaraz upadnę. Zrobił krok w moją stronę. Ja zrobiłam kolejny krok w tył.]
Wiedziałam, że muszę się opanować. Czułam na sobie pytające spojrzenie mojego chłopaka. Musiałam go chronić. Chociaż jego, bo tylko on dawał mi szczęście.
  -Megan? Dobrze się czujesz? - spytał Fabian, a ja pokręciłam głową, by pozbyć się mieszających się wspomnień, bólu i śmiechu szaleńca.
  -Nie, kręci mi się w głowie - odpowiedziałam i ruszyłam w stronę mieszkania Jasper'a. Szybko. Byle jak najdalej od tego miejsca. Najdalej od niego. Ale i tak w głębi duszy wiedziałam, że się nie ukryję. Mogę uciekać, co robiłam od pięciu lat. Dlatego tak bardzo pragnęłam odejść. Wyjechać. Zacząć wszystko od nowa w nieznanym mi miejscu. Wtedy odnalazłabym spokój.
Ale jednak zostałam. Nie żałowałam tej decyzji aż do dzisiejszego dnia.
Już na schodach udało mi się drżącymi palcami otworzyć małą torebkę, którą miałam przy sobie i znaleźć klucze, które teraz wpychałam do zamka. Gdy tylko znalazłam się w środku, wzięłam głęboki wdech. Przerywany, bo miałam ochotę się rozpłakać. Trzęsłam się. Wiedziałam, że dni mojego błogiego spokoju dobiegły końca. Na bezchmurnym niebie znów pojawiły się chmury. A ja byłam pewna, że nie będę w stanie ich przegonić, nawet z pomocą. Myśli, spychane przez tyle lat w głąb mojego umysłu, znów zakosztowały światła dziennego. Wlewały truciznę do moich żył, która biegła przez wszystkie partie mojego ciała, niszcząc, burząc i raniąc znowu. Dlaczego?
  -Co się stało? - spytał Fabian, gdy w końcu dotarł do mieszkania i spuścił pas, który pobiegł z prędkością światła do swojej miseczki z wodą, prawie się w niej topiąc. Dziękowałam Bogu, ze stałam odwrócona do niego plecami, więc miałam chwilkę czasu by zrobić dobrą minę do złej gry. Nie powiem mu.
Odwróciłam się i powiedziałam:
  -Chyba nie powinnam wychodzić na słońce bez kapelusza - próbowałam się uśmiechnąć, ale efekt chyba był marny - Świerze powietrze mi nie służy. Wezmę prysznic i mi przejdzie.
  -Na pewno? - spytał. Nie wyglądał na przekonanego. Znał mnie jak nikt inny. Czasami miałam nawet wrażenie, że lepiej niż moi rodzice.... A zresztą.
Podeszłam do niego i pocałowałam w policzek.
  -Zobaczysz. Ufasz mi?
  -Tak.
  -To nie pytaj o nic.
Z ciężkim sercem odwróciłam się i pognałam do łazienki, biorąc uprzednio wszystko, co było mi potrzebne. Gdy już siedziałam w łazience, usłyszałam, jak ktoś zamyka drzwi. Fabian wyszedł. To dobrze. Lubię być sama.
Stanęłam przed lustrem. Widziałam siebie. Zwykłe, brązowe oczy, ciemne oczy, duże usta... Wyglądałam niesamowicie zwyczajnie. Jedynie bladość i przerażone oczy zdradzały, że coś jest nie tak. Spojrzałam w te brązowe tęczówki, jakbym patrzyła w głąb siebie. I wtedy się rozpłakałam. Płakałam, wydzierając włosy z głowy, wrzeszcząc i szlochając. Zadawałam sobie ból, aby ten wewnątrz mnie ustąpił, aby dał mi spokój. Ale tak się nie stało. Zawsze przychodziła taka chwila, gdy opadałam z sił. Z przerywanym oddechem siedziałam na zimnych płytkach, czując, że wszystkie gorzkie łzy wylałam. Patrzyłam się nieprzytomnie nie drzwi łazienki. W końcu wstałam, rozebrałam się i wzięłam zimny prysznic. Nienawidzę zimnej wody.
Gdy stałam pod strumieniem, dotknęłam cienkich blizn na mojej skórze. Mojej porażki. Mojego załamania i nie poradzenia sobie z życiem. Płynąca krew mnie uspokajała. Dziwne, co?
Zakręciłam kurek i wytarłam się miękkim, białym ręcznikiem, którym się owinęłam i wyszłam z łazienki. Nie zabrałam niczego na zmianę, więc musiałam paradować w ręczniku po mieszkaniu. Nikogo na szczęście nie było, prócz psa, który spał na kanapie.
Zaczęłam szperać wśród swoich rzeczy. Włożyłam bieliznę, białe spodenki i już miałam wkładać bluzkę, gdy mój wzrok padł na koszulę Fabiana. Podeszłam do niej i dotknęłam. Idealnie złożona i wyprasowana. Nie myśląc wiele, włożyłam ją na siebie. Była tak długa, że całkowicie przykryła moje spodenki. Potem położyłam się na łóżku i myślałam. Wszystkie wspomnienia powróciły. Poddałam się, pozwalając szarpać moje serce, które tak długo zszywałam i sklejałam. Ze łzami, wciąż toczącymi się po moich policzkach, zasnęłam.
Nie wiem, jak długo spałam. Gdy się obudziłam, słońce wciąż świeciło, choć wydawało mi się, że dzień powoli się kończy, a ostatnie promienie przebijają się przez mlecznobiała firankę. W pokoju nie byłam sama. Prócz psa, który gryzł teraz gumową kość, był też Fabian. Siedział przed włączonym laptopie, od czasu do czasu coś pisząc, po czym znowu nieruchomo siedział, gapiąc się w ekran. Przypomniało mi się, jak to robił w czasach szkolnych. Chłopak spojrzał na mnie i gdy spostrzegł, że się obudziłam, zamknął laptopa i usiadł na łóżku, pytając:
  -Jak się czujesz?
Uśmiechnęłam się gorzko.
  -Jest jakieś określenie, na gorzej niż okropnie?
Nie planowałam tego, po prostu to się stało. Głos sam mi się załamał, a ja prędko odwróciłam wzrok w kierunku okna. Poczułam jego ciepłe ręce na swoim lodowatych dłoniach. Zawsze mnie to uspakajało, ale teraz miałam ochotę, by je zabrał i mnie nie dotykał.
  -Megan - zaczął śmiertelnie poważnie, więc musiałam na niego spojrzeć - Akceptuje to, że nie chcesz mi mówić wszystkiego. Nie pytam o twoje blizny, o nic. Chce tylko, żebyś mi powiedziała co się dzieje. Nie patrz tak na mnie.
Pokręciłam głową. Nie chciałam mówić. Nie chciałam go obarczać tym ciężarem, który dźwigałam ja. Świadomość, że jestem dla niego jak kula u nogi, rosła z każdą chwilą. Podobno czas leczy rany. to nie prawda. My tylko o nich zapominamy, a rany znów otwierają się po jakimś czasie i cierpimy podwójnie, bo byliśmy naiwni i myśleliśmy, że wszystko się ułoży. Mam ochotę to wszystko rzucić. Uciec. Daleko stąd, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Ale z moim doświadczeniem, jestem pewna że i to nie da mi spokoju.
Wyszarpnęłam swoje dłonie z jego uścisku. Usiadłam na łóżku, opierając  łokcie na kolanach, z głową wspartą na rękach i palcami we włosach. Walczyłam. Chciałam mu powiedzieć. Ale to może równać się również z tym, że mnie zostawi. Nie przeżyłabym bez niego nawet dnia. Wyzywamy się, wyśmiewamy z siebie na wzajem, ale ja go potrzebuje. On mnie niekoniecznie.
  -On wrócił - szepnęłam cichutko - To wszystko znów wróciło. Nigdy się od tego nie uwolnię.
Szarpnęłam mocniej swoje włosy. Podjęłam już decyzję.
  -Miałam szesnaście lat. Razem z Chloe byłyśmy głupie i naiwne. Ona.. ona poznała chłopaka. Rozkochał ją w sobie a potem... Potem zaczął prześladować mnie. Wysyłał smsy, pisał wiadomości, był wszędzie. Znał każdy mój krok. Szantażował mnie. Nie mówiłam nic bardzo długo. Ale potem on zaczął... zaczął krzywdzić Chloe. Nie mogłam na to pozwolić. Kazałam mu przestać. A on wtedy... wtedy spróbował - wzięłam głęboki, przerywany oddech - Nic nikomu nie mówiłam. To trwało jakieś pół roku. Nic nie pomagało, nawet cięcie się. On co jakiś czas próbował. Groził mi. A potem... Potem Chloe powiedziała, że dłużnej tak nie może. Powiedziała wszystko moim rodzicom. Policja go szukała, ale on sie rozpłynął. Zniknął. I dzisiaj, ja dzisiaj...
Poczułam jak mnie obejmuje. Wtuliłam się w jego koszulkę, płacząc znów, gorącymi łzami. Każde słowo wymagało dużego wysiłku, aby przejść przez gardło. Gdy się trochę uspokoiłam, Fabian wstał i zaczął patrzeć przez okno. Obserwowałam go. Wyginałam nerwowo palce, uspokajająco się oddychają. Milczał tak długo, że zaczęłam się niepokoić.
  -Nie mogłam ci powiedzieć wcześniej - szepnęłam , ale i to nie wywołało żadnej reakcji. Po chwili spytałam - I co teraz?
Powoli się obrócił i spojrzał na nią w taki sposób, jakiego ona jeszcze nie znała u niego.
Powoli się obrócił i spojrzał na mnie dziwnie. Poczułam dziwny dreszcz. Niepokój.
  -Zgłosimy to na policję - powiedział spokojnie.
Mimo tego, że ton jego głosu był kojący, poczułam, jak zaczyna brakować mi tlenu. Zaczerpnęłam wiec głośno powietrza i gwałtownie zaczęłam kręcić głową, jak przestraszone dziecko. Nie chciałam kłopotów. Nie chciałam znów przez to przechodzić.
  -Nie możemy. Nie, nie, nie. My nie możemy.
Fabian ukucnął przede mną, ponownie kładąc swoje ręce na moich. Jego bliskość w jakiś sposób dodawał mi otuchy. Spojrzałam głęboko w jego oczy, czując, że to powinnam zrobić.  Uśmiechnął się blado.
  -Musimy.
  -Nie... Wszystko, tylko nie to.
Poczułam, jak znowu oczy mi się szklą. Wcześniej i tak płakałam, ale teraz... Nie chciałam być dla nikogo ciężarem. Ani troską.
  -Posłuchaj mnie - Fabian uniósł jedną dłoń i delikatnie zaczął gładzić mój policzek -  Nic nie zrobię, nie mogę. To najlepsze wyjście.
Uniósł swoje usta do mojego czoła i musnął je nimi, pozwalając, by zostały tam dłużej. Dotyk jego ust na mojej skórze zawsze wywoływać przyjemne mrowienie. Tak było i tym razem. Przymknęłam oczy, rozkoszując się tą chwilą.
  -Nie zostawię cię - szepnął Fabian - Przejdziemy przez to razem.
Otworzyłam przymknięte oczy i uśmiechnęłam się. Był to uśmiech smutny i pełen bólu. Czułam to, lecz nie mogłam tego zmienić. Nie potrafiłam. Odnalazłam swoimi, zwykłymi oczyma jego oczy, które były niebieskie i zielone. Zawsze mnie to zastanawiało. Zależało, pod jakim kontem pada światło. Uśmiechnął się do mnie. wyczytałam z tego gestu troskę i niepokój. Nie mogłam tego znieść. Zraniłam go. Raniłam go wcześniej, nie mówiąc, co naprawdę się dzieje. I nie mogłam to w żaden sposób naprawić. Uniosłam dłonie i ujęłam jego twarz. patrzyłam jeszcze chwilę w te oczy, starając się tak powiedzieć "Przepraszam". Kiepska jestem w okazywaniu uczuć. Przymknęłam oczy i zbliżyłam swoje usta do jego. Nasze pocałunki zawsze były niezwykłe, przynajmniej dla mnie. Sprawiały, że czułam się tak, jakbym unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Pozwalały mi wierzyć, że jestem coś warta. Że nie jestem zupełnie sama na tym okropnym świecie. Poczułam, jak wolną ręką obejmuje mnie w pasie. Teraz pozostało mi tylko wierzyć, że się mną zaopiekuje. Tak jak robił to wiele razy wcześniej.
Po każdej burzy wychodzi słońce.

2 komentarze:

  1. Przepraszam bardzo, czy to znaczy, ze wznawiasz bloga? Bo jesli tak, to ja poprosze moje peddie. Proooszeeee :)
    Znasz to uczucie, kiedy wchodzisz na bloggera i patrzysz, ze 'COS' jest na blogu twojej tt-frend (bo jestesmy twitterowymi przyjaciolkami, prawda? xdd) i ona cie o tym nie poinformowala? Nie? Ja tez nie. Do dzisiaj. A rano jeszcze rozmawialysmy! No jak ty tak mozesz mi robic? :cccc
    Ale i tak cie kocham :) :* xxx
    Za duzo przeklenstw, moja droga, tu mach ich! Ale przynajmniej bylo zabawnie ;P
    Nie podoba mi sie ten caly, jakkolwiek mu tam jest. Nikomu sie nie podoba, o to moge sie zalozyc.
    Jeszcze raz szczesliwych Walentyek, chociaz teraz moge powiedziec PO-Walentynek.
    Kocham cie sunshine, twoja
    Lost in dreams xxxxx

    OdpowiedzUsuń
  2. Koniecznie musisz kontynuowac bloga! Aniolku masz dar do pisania, normalnie rozplakalam sie natknelam sie przypadniem na bloga ktory praktycznie opisuje moje zycie :o emocje i nawet imie Fabian to moj ukochany od 3lat bedzie w sierpniu jestem w klasie maturalnej i masze uciec z mojego miasta do niego zagranice i zaczac nowe zycie...akurat tak tesknie za nim ze mialam dzis jakiego mega dola spac nie moge i Przeznaczenie normalnie zeslalo mi Twoj blog ktory przypomnial mi o mojej histori z Fabianem i wyleczylam moja depresje na dzien dzisiejszy pozytywnie przrzywam te teksty no jak o moim zyciu ktorych nie zakonczylam nie przerobilam nie wyrzucilam z siebie.Ahh Aniolku szacunek za bloka chyle czolo! Pozdrawiam kolejna twoja juz Stala Czytelniczka Marta :**

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy