sobota, 7 czerwca 2014

051.Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Nawet się nie obejrzałam, a maturę miałam za sobą. Nie było aż tak źle, jak się spodziewałam.
Teraz leżę z nogami na poduszce i gapię się w sufit. Wypuściłam powoli powietrze i jeszcze raz spojrzałam na kartkę. Z numerem KT. Chloe się wywiązała i za pomocą Lany zdołała zdobyć ten numer. Teraz kolej na moje zadanie.
Nie mam pojęcia czemu, ale nie mam najmniejszej ochoty wszystko jej tłumaczyć. To nadal boli. Te błędy, które zrobiłam. Wolę dusić to w sobie.
Obróciłam się na brzuch i spojrzałam na puste łóżko Patricii. Moje stosunki się nie zmieniły. Nadal wszyscy mnie nienawidzą. Prócz Willow, która wielbi wszystkich. Choć ostatnio przygasła.
Dalszy ciąg użalania nad sobą. Już mam tego dość. Tego milczenia. Tego duszenia w sobie. Nie płaczę, bo nie mam siły. Chloe nie zrozumie, jest wspaniałą przyjaciółką, ale nie zrozumie.
Najbardziej brakuje mi Fabiana...
Ale trudno, sama sobie zasłużyłam. Raz się nie nauczyłam. Został tylko miesiąc. Tylko czerwiec.
Leniwie spojrzałam na okno. Promienie słoneczne wpadały przez nie, przyjemnie grzejąc moje plecy. Wszyscy wyszli, poza mną, bo nie miałam ochoty. Trudy mnie namawiała, bym się zabawiła, bo to koniec egzaminów. Wyjść z przyjaciółmi. Warknęłam na nią, by mi dała spokój. Będę musiała ją przeprosić.
Postawiłam nogi na drewnianej podłodze i podeszłam do biurka, gdzie leżał pamiętnik Sarah i mój telefon. Spojrzałam na zeszyt i lekko się uśmiechnęłam.
Uratuj Wybraną. Pomóż, za nim będzie za późno. Niech przepowiednia się spełni.
Pamiętam. Ale Ninie nic nie jest. Prawda?
Drżącymi palcami wystukałam numer KT i kliknęłam "połącz".

***

Potrzebowałam tej rozmowy. Nawet nie wiem kiedy otworzyłam się przed Rush i zapłakana opowiedziałam jej co czuje. Obcemu chyba łatwiej się zwierzyć. Oczywiście, że była zaszokowana. Nie chciała mi wierzyć, ale ją przekonałam. A potem powiedziała, że wszystko będzie w porządku.
-Megan?
Odwróciłam się wystraszona, po czym mój mózg zaczął szukać jakieś dobrej wymówki, dlaczego płakałam. Skoro i tak wszyscy maja mnie za kłamce, to po co przestawać. Pies. Tak, mój pies jest chory.
Willow zamknęła drzwi i spojrzała na mnie niepewnie. Zmieniła się. Bardzo. Wydoroślała.
Jej rude włosy nie były już kręcone tak jak wcześniej. Ani kretyńsko upięte z kokardą na środku. Teraz błyszczały, kaskadą opadały na jej chude, blade ramiona. Zniknął ten szalony błysk w jej oczach. Oczy miała delikatnie pomalowane i błyszczyk na ustach. Zmienił się także jej krok - teraz był sprężysty, pełen gracji. Nie skakała tak jak wcześniej. Nie cieszyła się na widok wiewiórki, nie wrzeszczała ze strachu i przerażenia na widok zdechłej żaby. Zmieniła się.
Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Rozstanie z Alfiem przybiło ją i załamało. Postanowiła się zmienić, nie być tą idiotką, z której się śmiali.
-Megan, co się stało?
-Nic. Naprawdę nic - mruknęłam i otarłam policzek, po której toczyła się łza - Możesz sobie iść.
-Masz mnie za głupią i bez serca? - spytała i usiała przy mnie, na podłodze oparta o łóżko - Wszyscy to widzą. Zmieniłaś się.
-I vice versa - mruknęłam. Willow tylko się uśmiechnęła i spuściła wzrok.
-Tak... Ale ja tego potrzebowałam, a ty tylko siedzisz ponura i nic nie mówisz. Nie chcesz porozmawiać?
-Nie. Tylko jeden miesiąc i będziecie od mnie odpoczywać. Odejdę, zniknę z waszego życia.
-Ja też.
Spojrzała na nią zaskoczona. Że co? Trudno mi było uwierzyć, że będzie potrafiła zacząć od nowa. Wszytko. Co do jednego.
-Nie chce tu zostać - wyznała i wbiła wzrok w ścianę - Nie chce tu siedzieć i patrzeć, jak inni cierpią. Chce im pomóc. Te pieniądze, które może wygram, przekażę domu dziecka. Lub innej organizacji. A potem chce wyjechać i pomagać. W misjach albo w zwalczaniu głodu. Nie wiem, może w Afryce... Chce komuś pomóc. Bo zawaruje. Przedtem tego nie widziałam. Ale myślę, że to chciałabym robić w życiu. Pomagać, budzić nadzieje i szczęście.
Zsunęłam się z łóżka i usiadłam obok niej, opierając głowę na jej ramieniu. Zaczęłam ją podziwiać. Ona chciała coś robić, miała jasny cel. Nie uciekała od problemów. Ona chciała je rozwiązywać. To ja od wszystkiego uciekałam, zamiast stawiać temu czoło. To po prostu jest za dużo. Nie mam już sił.
-Nadal boli - powiedziała cicho - To, że on ze mną zerwał. Ale to mi otworzyło oczy. Teraz są szczęśliwi, a ja tego chciałam. Stałam się silniejsza i wiem, na ile mnie stać. Ale trochę tęsknie za tym szaleństwem. Tylko trochę. Dobrze mi jest tak teraz.
-Martwię się o Marę... - powiedziałam cicho. Nie wiem czemu jej to mówię. Mieszkałyśmy razem przez dziewięć miesięcy, ale jakoś nie utrzymywałyśmy kontaktów.
-To przez mnie to wszystko. Gdyby nie ja, to byli by razem. Ale się dogadają. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Powinnaś martwić się o siebie.
-Nic mi nie jest...
-Za godzinę jedziemy całą paczką do Liverpoolu. O dziesiątej. Fajnie, jakbyś pojechała.
-Nikt mnie tam nie chce.
-To będziesz trzymała się mnie. Przygotuj się.
Kiwnęłam głową, a ona wstała. Może wycieczka dobrze mi zrobi, ale nie liczyłam na cud.

***

Było dusznie i upalnie. I zapowiadało się na deszcz. Lecz nikt z mieszkańców miasta nic sobie z tego nie robił. Przechadzali się leniwie po uliczkach, jedząc lody, śmiejąc się i wygłupiając. Beztroscy i szczęśliwi, że wakacje coraz bliżej. Jak ja im tego zazdrościłam.
Tylko ja czułam chłód i bezskutecznie starałam się rozgrzać pocierając ramiona. Siedziałam z Willow w ładnej kafejce, urządzonej w francuskim stylu. Jenks przypominało to dom. Opowiadała mi o życiu we Francji. Było to nawet ciekawie i z pewnością dałabym się wkręcić w dyskusje, gdyby nie pewnie szczegół. Tak wiem, spędzam czas z Willow Jenks. Ale ona wcale nie jest taka zła. Mimo prześwitów swojej dawnej, głupkowatej natury dało się z nią rozsądnie porozmawiać. A obie byłyśmy zdesperowane i złaknione czyjegoś towarzystwa, więc nie narzekałyśmy. Willow była stałą klientką, od czasu zerwania z Alfiem zjawiała się tutaj regularnie. Starsza pani, która obsługiwała klientów, obdarzyła mnie wyjątkowo pięknym uśmiechem. To pewnie ona w ostatnich czasach była towarzyszkom rozmów dziewczyny i cieszyła się, że znalazła sobie kogoś w jej wieku. Choćby skrytą i lękliwie zerkającą w oknie dziewuszkę.
Willow czuła się tu bezpiecznie. I w sumie, ja też, gdyby ryzyko nie było tak wielkie. Bałam się o Willow od czasu, gdy oddała medalion chroniący, który spoczywa na dnie mojej torebki. Miał ją chronić. Alfie teraz nosi swój bądź stara się mieć go przy sobie, odkąd się dowiedział do czego służy. Ale Jenks nie wiedziała i nie planowałam jej powiedzieć. Ale w tym miejscu wyczuwałam dobrą aurę. To należy do pakietu zdolności Wyroczni, ale nie narzekam. Mam jeszcze asa w rękawie, o którym mi powiedziała Selene. Tylko go nigdy nie użyje. Mam taką nadzieje.
Zerknęłam jeszcze raz w okno i nie zauważyłam żadnej osoby której chciałam zobaczyć, zanim ona zobaczy mnie. Bo widzicie, to miejsce jest urocze. Pięknie pachnie francuskim ciastem i tak dalej, ale ma jedną ogromną wadę, przez którą mam ochotę z tond wybiec. A mianowicie, niedaleko mieści się sklep chrzestnego Fabiana. Ten z antykami. Byłam tam parę razy z chłopakiem. Głównie, żeby szukać symboli i dyskretnie pytać o różne szczegóły. I wydaje mi się, że jego chrzestny mnie polubił. A teraz, gdy sytuacja się zmieniła i nic nie wskazywało na poprawę, w żadnym wypadku nie chciałam go spotkać. Był dociekliwy. A ja nie chce o tym rozmawiać. O ile wiem, też niedaleko mieszka, co pogarsza sprawę. A Fabian miał do niego wpaść, by...
Przerzuciłam wzrok z okna na swoje cappuccino w ładnej, białej filiżance. Powinnam przestać. Został miesiąc praktycznie bez nauki, tylko mozolnie czekanie końca roku i dostania świadectw. I wolność.
-Ładnie razem wyglądają... - powiedziała Willow rozmarzonym głosem. Spojrzałam na nią, a potem w kierunku, w którym utkwiła wzrok. Miałam nadzieje, ze to Mara i jerome. Głupia nadzieje, ale nie potrafiłam się jej pozbyć. Ale to co zobaczyłam, było gorsze.
Chloe. Moja słodka, z rozpuszczonymi blond włosami Chloe. U boku Logana. Trzymającego ja za rękę, jakby to była najzwyklejsza na świecie rzecz.
Po tym wszystkim...
-Dobrze się czujesz? -spytała Willow z troską w głosie - Pobladłaś.
-Tak, wszystko w porządku.
Siła dokończyłam napój, starając się opanować. Wszystko we mnie się poprzewracało. Nie mogę teraz tego tak zostawić, udawać że nie widziałam. On ją zrani,. Już raz tak było, a ja nie pozwolę, by to się powtórzyło. Za bardzo ją kocham. Poczułam napływ nowej siły.
-Słuchaj Willow, murze pogadać z Chloe - rzekłam, gdy wszyłyśmy z kawiarenki - Momencik. Potrzymasz moją torebkę.
Willow kiwnęła i chwyciła ją w rękę.
-Wracaj szybko, będziemy jechać. Chyba za chwilę zacznie się burza.
Kiwnęłam głową i spojrzałam na niebo. Rzeczywiście. Gęste, burzowe chmury zakryły lazurowe niebo. Ale mnie to nie obeszło. Muszę ja znaleźć, zanim to się rozkręci. Puściłam się biegiem uliczką, wypatrując wzrokiem.
Dostrzegłam ja. Siedziała na ławce przed sklepem ze słodyczami. Uśmiechała się. Mój mózg wykonał salto w mojej czaszce. Jest szczęśliwa. Boże, tylko nie to. W oczach stanęły mi łzy.
Zatrzymałam się przed nią, a ona spojrzała na mnie przestraszona. Ale tylko przez chwilę. Potem jej twarz zmieniła się na tą pod tytułem " Jak fajnie cię widzieć, co tu robisz?"
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?! - wychucham.
-Boże, Meg, spokojnie - wstała i położyła mi rękę na ramieniu, ale ją odepchnęłam.
-Po tym wszystkim, co się stało? Jak mogłaś mi nie zaufać! Wiesz jaki on jest.
-Logan jest inny - powiedziała dobitnie i chciała mi przerwać, lecz jej nie pozwoliłam.
-Tak, jak wszyscy. Czy ty tego nie widzisz? On cię zrani.
-To była inna sytuacja, ty i ja...
-Dobrze, że taka sama. To też chodziło o TĄ sprawę, o te cholerstwo co mamy je na sobie.
-Jesteś ślepa, nic nie widzisz. Oceniasz, a nawet go nie znasz.
-Serio? Już gdzieś słyszałam te słowa.
Zacisnęła wargi, w jej oczach zalśniły łzy. Rozległ się grzmot.
-Nie możemy żyć przeszłością. Tamto to przeszłość. Jeśli nikomu nie zaufamy, nie będziemy mogły zapomnieć. Zranił nas obie. Skąd mogłam wiedzieć, jakie są jego intencje. To było dwa lata temu, zmieniłam się. Dorosłam Megan, dostrzegłam, że muszę to zrobić. Nie będę się chować w cieniu, w którym ty jesteś.
Spojrzałam na nią zbolałym wzrokiem, ona jednak kontynuowała:
-Boisz się, jak małe dziecko. Skrzywdzona. Nieszczęśliwa. Nie wszyscy są źli, nie wszyscy chcą cię skrzywdzić. Ale ty obracasz się w oku jednej sprawy.
-Nie rozumiesz, nie wiesz...
-Przechodziłam przesz to razem z tobą! Doskonale rozumiem. To ty nie rozumiesz. Mam jakieś chore wyobrażenie, że każdy ma cię ochotę zabić. A ja jestem dorosła. Podjęłam tą decyzje i to ja będę za nią odpowiedzialna. Przestań mnie niańczyć.
-Czyli masz już mnie dość. Tak jak wszyscy...
-Nieprawda Megan, uważam tylko...
-Skończ. Powiedziałaś co myślałaś. Zejdę ci z drogi.
Chciała mnie złapać, lecz była szybsza. Uciekłam. Zawsze uciekam, bo nie chce sprawiać kłopotów. Zostawiłam Willow, Logana wychodzącego ze sklepu, płaczącą Chloe. Pobiegłam przed siebie, w nieznajome miasto. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu.
Stanęłam przy fontannie, nie hamując łez, które mieszały się z deszczem. Moje ubranie powoli nim nasiąkało, a ludzie którzy uciekali do domów pokazywali mnie palcami. Tak jak w tych wszyscy romantycznych filmach, kiedy dziewczyna za złamanym sercem ucieka od źródła kłopotów.
Wszystko się zgadzało, tylko że to nie był film.
Potrzebowałam tylko jednej osoby. I wiedziałam kogo. Tylko nie chciałam do tego dopuścić. Schowałam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Czemu wszystko jest takie poplątane? Czemu ktoś nie może tego zrobić za mnie? Czemu Chloe miała racje?
Postawiłam pierwszy krok. Moje nogi były jak z ołowiu. Potem drugi. Zawróciłam do kafejki, ale tam już nie było Willow. Musiała wrócić z Chloe.
I bardzo dobrze.

***

Otworzył po dziesięciu sekundach, odkąd zapukałam w drzwi.
Nie spodziewał się mnie. Nawet nie próbował maskować szoku, jaki zagościł na jego twarzy. Przesunął po mnie wzrokiem, po moim mokrym ubraniu, kończąc na twarzy we łzach i mokrych włosach. Spojrzał na mnie tymi cholernie idealnymi oczami, które nie były ani niebieskie, ani zielone.
-Megan, co ty tu robisz?
-Pozwól mi się wytłumaczyć - powiedziałam drżącym, płaczliwym głosem .
Zawahał się tylko sekundę, po czym uchylił drzwi bym weszła.
Salon, kuchnia i jadalnia były w jednym pomieszczeniu o kolorystyce białej. Jednak nie czuło się żadnego chłodu, który zazwyczaj panował w takich pomieszczeniach. Wszytko razem się zgrywało, tworząc niesamowitą harmonie. Podobało mi się.
Fabian zamknął drzwi i wyjął komórkę z kieszeni.
-Ktoś wie, że tu jesteś?
Spojrzałam na niego zrezygnowana i pokręciłam głową. Chciałam się poddać, wszystko mu powiedzieć. A on zimnym, stanowczym tonem pytał się mnie o tak nieistotną rzecz. Westchnął i zaczął wystukiwać numer.
-Zadzwonię po Trudy, żeby po ciebie przyjechała.
-Nie!
Stanęłam przy nim i położyłam mu lodowatą, mokrą dłoń na ekranie telefonu, dotykając przy tym jego palców. Poczułam ich ciepło. Zawsze mówił, że powinnam nosić rękawiczki. Podniósł wzrok.
-Pozwól mi przynajmniej wszystko wyjaśnić. A potem odeślij mnie do Anubisa.
Zagryzł dolną wargę, po czym schował komórkę do kieszeni.
-Poczekaj tu chwilę.
Zniknął za drzwiami, a ja zostałam sama obejmując się ramionami. Zaczynałam odczuwać chłód i dreszcze. Po części z powodu, że moje ubrania nieznośnie ciążyły, ze spódniczki i włosów bezustannie kapała woda na podłogę a ja sama pociągałam nosem jak dziecko które obawia się kary. A po części dlatego, że miałam mu o tym wszystkim powiedzieć. Wiedziałam, że będzie trudno. I mi, i jemu. Patricia już o to zadbała.
Wrócił z białym ręcznikiem w dłoniach.
-Proszę.
Wyciągnęłam drżąca dłoń i chwyciłam puszysty materiał. Otuliłam się nim. To trochę pomogło. Kątem oka dostrzegłam, jak Fabian przeczesuje włosy palcami. Nie wiedział, jak się zachować. Ja też.
Zaprowadził mnie do stolika, przy którym prawdopodobnie jedzono. Usiadłam, a on zrobił to samo tyle że na przeciwko mnie.
-Jeśli mi nie uwierzysz, nie będę ci miała tego za złe - uprzedziłam go. Milczał. Czyli ja mam gadać, a on ma słuchać. Bosko. Zaczęłam skubać róg ręcznika - Nie chciałam zrobić nic złego. Tylko że... Byłam po trudnych przejściach. Rodzicie najpierw wysłali mnie do szkoły z internatem razem z Chloe, jednak to wciąż było za blisko. Wciąż się bałam. Gdy zobaczyli, że to nic nie dało, wysłali mnie do Liverpoolu. I tu było całkiem inaczej. Postanowiłam sobie, że zapomnę. Że będę się starała żyć jak wcześniej. I kiedy zobaczyłam, że dzieje się coś dziwnego, zrozumiałam, że to wszystko się wyjaśni, jeśli wam pomogę. Te koszmary, które dręczyły mnie od dziecka, dziwne zdarzenia, ludzie, których nie znałam, a pojawiali się znikąd i znikali. Miałam dobre intencje, nie chciałam doprowadzić do rozpadu Sibuny. Nigdy nikt nie był dla mnie taki miły. Ludzie mi współczuli, uśmiechali się... Ale to było takie sztuczne. A gdy zaczęły się te ataki, koszmary... Nie chciałam, by to tak wyglądało. By jeszcze jeden rok wypełniał ból. Raniłam wszystkich, którzy byli dla mnie mili. I wtedy pojawiła się Selene ze swoim pomysłem z zaklęciem. Eddie chyba wam wyjaśnił. Kazałam mu siedzieć cicho, nic nie mówić. Nie chciałam, by odebrali to jako akt bohaterstwa lub głupoty. Że wszystko psuje. Że próbuje zająć miejsce Niny...
Fabian drgnął. Łzy toczyły się po moich policzkach, jedna za drugą. Przestałam je ocierać. Mówiłam monotonnym, spokojnym głosem.
-Nigdy nie chciałam zająć jej miejsca, choć może na to wyglądało. Ataki ustały. Ofiara pomogła, a w zamian dostałam tą gwiazdkę. Byłam pieczęcią, jeśli bym zginęła, wszystko by przestało istnieć. Połączyłam się z domem. Ze starożytną magią, która w nim dżemie. Starałam się rozwiązać zagadkę, bo wiedziałam ,że coś jest nie tak. Moja babka chyba o tym chciała mi powiedzieć. Ale rodzice zabronili i urwali z nią kontakt. Tak przynajmniej myślę. Co nocy wracałam do tego domku, przy którym była księga. Noc w noc od nałożenia pieczęci. Dom się mną posługiwał. Ktoś śpiewał. Tam było i jest niebezpiecznie. Gdy zbliżałam się do otworzenia drzwi, budziłam się. A potem nie spałam. Powoli zaczęłam wykańczać się, psychicznie i fizycznie z braku snu. Łykałam tabletki nasenne, bo po nich nie miałam koszmarów. Nikomu nic nie powiedziałam. A miesiąc temu, Selene powiedziała, że nie mogę dopuścić się do zniszczenia księgi. A ja wiedziałam, że to prawda, że to złe zagranie. Dom też to czuł, dlatego dawał mi siłę. Popełniliśmy błąd, okropny błąd. Spaliliśmy część układanki, która była nam potrzebna. Klucz to wszystkich tajemnic. A pieczęć została zerwana. Musiałam cierpieć, by zapłacić za winę. Przodkowie byli wściekli. A potem, straciłam już wszystko. Zaufanie, nadzieje... ciebie. Zrozumiałam, że nie mam po co tu być. Wszystko ustało. Tylko wy mnie nienawidziliście. Dom odciął mi drogę. Było mi wszystko jedno. Po co miałam jeść, przebywać w waszym towarzystwie skoro tego nie chcieliście? Usunęłam się w cień, robiąc przynajmniej coś pożytecznego. Ale to było jeszcze gorsze. Nie miałam nikogo. Zostałam sama. Zrozumiałam, że zrobiłam to, do czego nie chciałam dopuścić. Skrzywdziłam osoby, które mi ufały... Możesz dzwonić po Trudy.
Fabian wpatrywał się przez całą opowieść w swoje splecione dłonie na blacie stołu. Teraz, gdy skończyłam mówić, wstał i oznajmił beznamiętnym głosem:
-Zrobię herbaty.
Patrzyłam, jak idzie do części, gdzie była kuchnia. Nie mogłam w to uwierzyć. Herbaty? Znienawidził mnie jeszcze bardziej, tyle że jest zbyt dobry i najpierw okaże fałszywe współczucie. Tylko nie to. Każde słowo, które powiedziałam, było prawdziwe. Po co miałabym kłamać?
Wstałam, a ręcznik zsunął mi się z ramion i został na oparciu. Chwiejnym krokiem podeszłam do Fabiana. Oparłam się o szafkę i spojrzałam na niego, jak nalewał wody do czajnika.
-Nie zabiłam Joy. Nie wiem, co Patricia mówiła, ale to nie była moja wina.
-Wiem.
Poczułam suchość w ustach. Nie radzę sobie.
-Błagam, nie nienawidź mnie.
Postawił czajnik na kuchence, gdzie niebieskie płomienie zaczęły podgrzewać wodę. Spojrzał na mnie. Nie mogłam zrozumieć, w co on gra. Musiałam to powiedzieć. Choćby to miało znaczyć ukrywanie się po lasach do końca szkoły. Zaczęłam mówić cicho, patrząc na niego.
-Zależy mi na tobie. Bardziej, niż na kimkolwiek innym. Nie chciałabym tego czuć, nie chce. Nie w taki sposób. Miałam szesnaście lat, ale to nadal boli. Nikomu nie zaufałam, nikomu nie mówiłam. I sądziłam, że nigdy już... po tym wszystkim, co przeszłam, nie będę w stanie czuć tego do kogoś innego.
Deszcz padał dalej, gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Podszedł do mnie, tak jak do płochliwego zwierzęcia. Nie zamierzałam uciekać.
-Czemu sądziłaś, że cię nienawidzę?
-Może przez to, co powiedziałeś w szkole?
-Nie myślałem tak. Nie w tym sensie.
-Myślałeś. I miałeś racje. Nie jestem nic warta.
Objął mnie w tali. Nie było w tym dotyku nic z tego, co znałam. Żadnej delikatności ani zahamowań. To było tak nagle. Przybliżył się do mnie i obrócił..Czułam nacisk szafki z tyłu, gdy mnie do niej przygniótł. Odnalazł ustami moje usta. Nie było w nim delikatności, tak, jakby nigdy nie istniała. Chwyciłam go za koszulę z przodu i przyciągnęłam jeszcze bliżej do siebie. Chciałam tego. Chciałam, żeby nie traktował mnie jak dziewczynki, która jest krucha. Nie byłam taka. Wsunęłam rękę w jego włosy. Nie przeszkadzało mu nawet, że moje ubranie jest mokre. Skóra piekła mnie w miejscach w których przejechał dłońmi. W piersi mi ciążyło, tak, że nie mogłam złapać tchu. Był tylko on. On i jego wygłodniałe usta. Czułam jego palce na nagiej skórze moich ud. Te palce, które z delikatnością szarpały za struny. Traciłam zmysły, nie potrafiłam trzeźwo myśleć.
W mojej głowie odezwał się stanowczy głos. Nie wolno.
Odsunęłam usta od jego ust. On zrobił to samo. W tym samym momencie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ciężko mi oddychać.
-Ty też to słyszałeś? - spytałam chrapliwym głosem, choć wiedziałam jaka będzie odpowiedz.
-Mhmm - mruknął potwierdzająco, po czym musnął jeszcze raz wargami. Przelotnie, ale i tak to wystarczyło, żebym zaczęła szybciej oddychać - Choć. Poszukamy ci czegoś suchego do przebrania.
Odsunął się i chwycił mnie za rękę, pociągając za sobą. Boże... Uczucie ciepła rozlewało się po każdej komórce mojego ciała.
Dał mi zdecydowanie zbyt duża koszulę i suszarkę do włosów. Wysuszyłam je i poszłam do salonu, gdzie czekał na mnie z herbatą. Obiecał, że wrócimy jak tylko skończy się burza. Albo gdy Jasper z żoną wrócą. Objął mnie ramieniem i przytulił. Pozwoliłam mu na to. Podkurczyłam nogi i schował twarz w jego koszuli. Pachniała tym samym, co pamiętałam. Czułam bicie jego serca, czułam się szczęśliwa. Tak, jak to powinno być.
-Cholera - mruknął po chwili i pociągnął łyk z kubka - Dlaczego tak późno?
Nie odpowiedziałam.



Macie takie boomsh na przeprosiny, bo dawno mnie nie było.
Kocham Fegan. Oni są idealni. 
Zbliżamy się do finału. I pytanie - chcecie happy end czy bad story? Bo mam już zaplanowane wszystko, ale nie koniec. Nie chce, żeby to się skończyło. Ale nie mam wyboru. Kocham pisać. Gdy pisze, mam takie ciepłe uczucie w załodku. Uwierzcie, nie chce z tym skończyć. Ale muszę. technikum, Brad i moja działalność promująca go, będzie dużo nauki, będe wracać późno do domu, bo jednak 30 km to sporo.
Boże, ta scena z Fegan >>>
Nigdy się nie całowałam, isk jak to jest, ale myślę, ze przynajmniej opis był niezły.
A co to za ' trudne przejścia' to dowiecie się pod koniec. razem z tym, kto Patricii wysłał list ze wskazówkami i co sie stało z Joy, której nie ma w studni.
Mam nadzieje, że rozdział sie podoba. Starałam się nie popełnić błędów ( ze względy na Feguś, of course) 
Mam ochote na jakieś przesłodzone romansidło, ale już w pół do 12. Nie czuję się śpiąca. I chce kogoś, kto mnie przytuli i zostanie, aż zasnę. Miło by było.
Taaa, wiem.
Dziekuje za piękne komentarze, jesteście cudowni. Naprawdę, wiele wam zawdzięczam.



 




Kocham Was, zawsze byliście przy mnie. i nie zapomnę tego
Joylitte x

2 komentarze:

Obserwatorzy