poniedziałek, 30 czerwca 2014

053. Rozdział pięćdziesiąty trzeci : Wyjaśnione tajemnice

- Idźcie, dogonię was.
Mara odwróciła się do Jeroma z wojowniczym wyrazem twarzy. Patricia w pewnym momencie poczuła, że dziewczyna ma już dość. I tego chłopaka i tej szkoły. Mimo, że była tu od kilku lat, znienawidziła tego budynku przez niecały rok szkolny.
Czy Patricia jej się dziwiła? Może trochę. Ona siedziała w tym bagnie długo przed nią, od pierwszej klasy liceum, gdy jej przyjaciółka zniknęła. A Mara od pół roku szkolnego. Fakt, sprawa była poważniejsza niż w poprzednich latach, ale mogła by się wziąć w garść. To, że ma problemy miłosne, nie znaczy ze cały świat zapadł się jej na głowę.
Patricia odwróciła się i razem z Eddiem ruszyła do wyjścia.
Noc była bezchmurna. Na niebie wisiał księżyc w całej swej okazałości. Obok niego migotały gwiazdy. Zabawne, jak wszystko wygląda normalnie, pomyślała dziewczyna. To niemożliwe, by ta noc mogła być tą z przepowiedni. Do tego klimatu pasuje bardziej burza z piorunami i złowrogi śmiech.
Pieprzenie. Powinna dawno się nauczyć, że ta historia nie była normalna od samego początku.
Coś ruszyło się na skraju lasu. Patricia wytężyła wzrok.
Przypomniało jej się, jak Amber obudziła ją w nocy. Było cholernie ciemno i jak podchodziła do okna, uderzyła się o krzesło. Blondynka spytała się, czy widzi coś na skraju lasu. I czy to może być wilkołak. Patricia wtedy stwierdziła, że Millington potrzebuje leczenia i wróciła do łóżka.
-To straszne, co się stało z Niną... - głos KT rozległ się jakby z daleka, choć stała za nią. Eddie stanął, ale ona szła dalej. Jej nogi nie chciały jej słuchać. Żyły własnym życiem i w tej chwili, że idą tam, gdzie widać ruch.
-O czym ty mówisz? - spytał blondyn, ale te słowa również utonęły w szumie. Co je zagłuszało? Nawet nie było wiatru. Serce waliło jej w piersi. Może to Megan? Głupio postąpiła, że ją zignorowała, ale nie chciała zepsuć jedynego dnia w szkole, na którym jej zależało. Las przybliżał się do niej w zawrotnym tempie. Prawie biegła. Starała się opanować, ale coś przejęło nad nią kontrolę.
Stanęła przy zaroślach, gdzie być może ktoś był. Czy to możliwe, by się pomyliła?
Odchyliła jedną z gałęzi, by zajrzeć w głąb lasu i przekonać się, czy to na pewno było złudzenie.
Właśnie wtedy czyjaś dłoń objęła jej nadgarstek.
Patricia wrzasnęła. Ten gest sprawił, ze tajemnicza mgiełka, która spowiła jej umysł, rozwiała się.
-PATRICIA! - Eddie krzyknął za nią, jednak ona straciła już całą energię. Patrzyła się tylko w te niesamowicie intensywnie , zielone oczy. Oczy właścicielki ręki.
Eddie jest zbyt daleko. Czuła, jak dziewczyna spowalnia ruchy ich przyjaciół. Nawet Osyriona.
Patricia pamiętała te oczy. Pamiętała tą twarz, teraz brudną i zadrapaną. To było może z dziesięć lat temu. Na kolonii... Ona i Joy jej pomogły. Tylko... jak? Patricia pamiętała mgliste wspomnienie wody, które teraz się wyostrzyło. Zielonooka wypadła z łódki, którą pływały po jeziorze. Williamson wskoczyła za nią, bo dziewczynka nie potrafiła pływać. Razem z Joy wyciągnęły ją z wody i wezwały pomoc. Następnego dnia dziewczynkę zabrano z obozu i ani ona, ani Joy więcej o niej nie słyszały.
-Gaia... - wyjąkała cicho Patricia - Ale jak...
-Cicho - powiedziała dziewczyna z czarnymi włosami opadającymi na wychudłą twarz - Uratowałaś mi życie, teraz moja kolej... Nie wolno mi tu być.
-O czym ty do cholery...
-Joy nie zginęła - powiedziała Gaia, rozglądając się dookoła siebie - On ją ma, pomogłam Mu. On ma nade mną władzę. Nie chciałam Paricio, uwierz mi, nie chciałam. Ale on mnie zmusił.
To głowy Williamson wtargnęły obrazy. Gaia tarmosząca nieprzytomną Joy, a jej walizkę wyrzuca do studni. dziewczyna wyglądająca jak Joy, ale nią nie będąca, zostaje potrącona przez samochód. Ciemne szaty jej rodziców...
-On jest potężny - szepnęła dziewczyna - Potrafi robić wielkie, ale straszne rzeczy.. Potrafi stworzyć drugiego człowieka tylko z jego krwi. On ma ich wszystkich.
Patricii śmignęły przed oczami obrazy z porwania Lucy, Harrego.. i Niny. czuła, jak uginają się pod nią kolana. Mocny ucisk Gai na jej nadgarstku nie zelżał. Atakowała ją kolejnymi obrazami.
-Ale On boi się Jej, Ona może Go powstrzymać... Ale On Ją osłabia, wie jaka jest słaba. Prowadzi ją duch, ale to nic nie znaczy... Ona jest słaba w środku, złamała prastarą zasadę, zignorowała ostrzeżenia i zaklęła na umarłych... Przodkowie nie są jej przychylni...
-Błagam, przestań... - szepnęła Patricia.
-Musisz poznać prawdę. Nie możesz tam iść, w sali będą dziać się dziwne rzeczy. Sześciu potomków są potrzebni, by bronić ludzi...
-Sześciu... - powtórzyła beznamiętnie Williamson. Ona. Jerome. Alfie. Poopy. Willow... i ktoś jeszcze. Do jej głowy wtargnęła śliczna blondynka z oczami takimi samymi jak u Joy... - Hope też?
Hope była o rok młodszą siostrą Joy. Nie chodziła do tej szkoły, ale przyjechała na rozdanie świadectw. Miała tu zacząć uczęszczać w przyszłym roku, gdy mury Domu Anubisa miały pozostać przez nich opuszczone.
-Wybrana tez tam będzie...
-Nina?
-Nie... Sarah. Ona tam będzie. Jej duch krąży po tych murach. Jej matka sprawiła, że musi powrócić w te miejsce. Po prostu musi. Nina jest jej...
Eddie był jeszcze daleko, ale widział jak jego dziewczyna usuwa się na kolana.
-Nie pomożecie jej - powiedziała cicho Gaia i zelżyła ucisk. Jej twarz wykrywał grymas bólu - Ona musi oddać życie...
Gaia wrzasnęła i puściła Patricię. Dziewczyna opadła wykończona za zimną i mokra trawę. Gaia wiła się na ziemi, wrzeszcząc i płacząc.
-Przepraszam Panie! - wrzasnęła - Mogę to zrobić, ale jej przyjaciele... Dobrze Panie!
Williamson jak w letargu popatrzyła się na dziewczynę, która teraz stałą się bestią. Jej oczy zasnuła szara mgła i stały się znów zielone. Chorobliwe zielone. Tak jakby były radioaktywne. Wyciągnęła za pasa nóż.
Patricia zemdlała.
Ona i tak zginie!
-Muszę wrócić- szepnęła Patricia, jak tylko odzyskała przytomność - Muszę wrócić.
-Wracam z tobą - szepnął Eddie do jej ucha - Nie pozwolę...
-Ty musisz iść - powiedziała Williamson i podniosła ciężkie powieki. Wyswobodziła się z jego ramion i stanęła chwiejnie na nogach. Eddie patrzył na nią z wątpliwościami.
-Idź... - szepnęła. Pocałował ja i odszedł. Wróciła sama.

***

Gałęzie drapały mnie po  udach. Wiedziałam co mam robić, gdzie mam iść. To wszystko od początku było takie oczywiste. Mam się tam zjawić, uwolnić Ninę a sama tam pozostać. W tej krainie, skąd nie ma wyjścia. Skąd Orfeusz chciała wyprowadzić swoją zonę, lecz mu się nie udało. Mi też ma się nie udać.
Szłam, jakby mnie odurzono narkotykami i ciągnęło do miejsca, w którym zaciągnąć. Oddychało było coraz ciężej. Ale to nic, już niedługo mogłam wcale nie oddychać.
Oddychałam tylko dla tego chłopaka, który pewnie nie zauważył że mnie nie ma. Czy jego uczucie do mnie też było złudzeniem? Czy było sztuczne?
Selene odpędziła to wspomnienie. Jego twarzy, uśmiechu i dotyku jego palców na jej skórze...
Tak będzie prościej. W końcu robię to dla niego.
Studnie już było widać. Słysze, jak mruczy z zadowoleniem. Tylko nie studnia. Studnia była tylko studnią z zatrutą wodą. Mruczało to coś, co było w tym rozwalającym się domku. To coś, co chciało mnie od początku.
Podobno, jak się jest na skraju śmierci, to widzi się całe swoje życie, choćbym nie wiem jak krótkie było. Ja jednak czułam tylko obojętność. Będzie im lepiej beze mnie.
Patricia będzie z Edde'im. Alfie z Amber. Logan z Chloe. Mara z Jeomem. A Fabian będzie z Niną. Bo tak powinno być.
Zaczyna mi brakować powietrza. Jakbym była zakopana w worku tysiące metrów pod ziemią.
Selene zniknęła. Te kilka metrów musiałam pokonać sama. Ścieszkę dokładnie znałam, każdy kamień, każdą gałązkę. Postawiłam pierwszy krok. I drugi. I zaraz potem miałam drżącą dłoń na gałce. Tylko przekręcić. Policzyłam do trzech i zrobiłam to.
Poczułam że spadam. A potem była tylko ciemność.

***

Fabian dotarł tam pierwszy. Gdy zobaczył, ze jej nie ma, choć czuł ją obecność, kopnął z rozdrażnieniem w studnie. Kilka kamieni usunęło się i wpadło do wody z cichym 'plusk'.
Spóźnił się. Nie ochronił jej, choć przyrzekał sobie, ze zrobi to, gdy nadejdzie ten dzień. Że nie pozwoli by przechodziła przez to sama. A teraz znowu zawiódł.
Zawiódł ją i Nin ę. obydwie zniknęły bez śladu.
Mara dobiegła następna, nie mogąc złapać tchu. Potem KT. A na samym końcu Eddie.
Mara położyła mu dłoń na ramieniu. Zagryzł dolną wargę.
Skoro poszła tam, nie wiedząc co ją czeka. Nie wiedząc, po co tam idzie. 
W takim razie on pójdzie za nią.  Za dużo ona dla niego znaczyła.
Podszedł do drzwi. Inni z powątpiewaniem zrobili to co on. Marze drżały nogi. Selene zmaterializowała się w tym momencie, gdy już wyciągał dłoń.
-Nie wejdziecie tam - warknęła i zasłoniła ciałem gałkę - Ona sama musi to zrobić. Nic tu po was.
-Ile się założysz, ze pójdziemy za nią?  spytał zimnym tonem fabian i wyciągnął rękę by otworzyć drzwi. Kobieta chwyciła go za nadgarstek.
To niemożliwe. Ona jest duchem. Jest czymś niematerialnym. Usłyszał, jak Mara głośno wciąga powietrze.
-Nie zostawię jej tam - szepnął do Selene, patrząc w oczy. Popchnął zaskoczoną kobietę i odtworzył na oścież drzwi.
Cała czwórkę pochłonęła ciemność.

***

Jęknęłam. Leżałam na plecach i w kręgosłupie czułam pulsujący ból. Musiałam upaść w taki sposób, który normalnego człowieka by zabił, roztrzaskując czaszkę.
Otworzyłam oczy i podniosłam się do pozycji siedzącej. Ból powoli ustępował. Cud, ze nie skręciłam kręgosłupa.
Siedziałam w kamiennym korytarzu. Tylko tyle mogę stwierdzić, bo jest ciemno. Stęchlizna biła zewsząd. Tak samo jak kurz, który łaskotał mnie w nos.
-Gotowa? - spojrzałam za siebie. Selene siedziała podparta o kamienną ścianę i patrząca z troską. Wstała i podała mi rękę. Chwyciłam ją i wstałam na własne nogi.- Chyba czas ci wszystko wyjaśnić.
Podniosła rękę. Zapłonęło tysiące pochodni i wtedy mogłam zobaczyć, gdzie wylądowałam.
Stałam w kamiennym korytarzu spowitym ciepłą poświatą ognia. Wielkie lustra, dumne i zakurzone, wysiały na ścianach. I pająki. tysiące pająków i pajęczyn. Zobaczyłam, że zaraz zwymiotuje.
Cholera, byłam w piramidzie.
Podeszłyśmy do pierwszego lustra. Nie odbijałyśmy się w nim. Było widać tylko kosztowne pomieszczenie, z mnóstwami drogich materiałów na ścienia.
-Zaczęło się to w roku śmierci mojego ojca i matki...
Selene śmiało przekroczyła taflę lustra. Zrobiłam to samo. Poczułam, jakbym stała pod lodowatym prysznicu. Tak jak w tym śnie, w którym potem byłam martwa. Otworzyłam oczy i stałam w wspomnieniu Selene. Pałac. To na pewno był pałac
-Oktawian atakował pałac. Przysłał najpierw swojego sługę, by przekonał moją matkę do kapitulacji. Zamknęła się z nim w komnacie na wiele godzin. Ojciec wpadł w szał.
Odwróciłam się, słysząc kroki. Przystojny mężczyzna z niesamowicie ciemnymi oczami, takimi jak u Selene szedł do drzwi na końcu korytarzu. Ubrany był w zbroję typowo rzymską, choć walczył po stronie Kleopatry. W dłoni pobłyskiwał miecz. Nie widział nas, byłyśmy tylko obserwatorami.
-Myślał, że Kleopatra dopuściła się cudzołóstwa. W końcu siedziała tam od wielu godzin. Choć stukała jej czterdziestka, nad wyglądała jak bogini - Marek Antoniusz podszedł do drzwi komnaty i zaczął walić w nie pięściami, domagając się otworzenia. Zbiegło się kilkadziesiąt osób, które próbowały go odciągnąć. Selene westchnęła - Postradał zmysły z nienawiści i zazdrości. Bronił zaciekle kraju, gdy jego królowa wolała się zabawiać z posłańcem. Przekonany, że ma rację...
Antoniusz wyciągnął miecz przed siebie i zaczął mierzyć w osoby zgromadzone. W końcu obrócił miecz w swoją stronę i wbił sobie go w bok. Wszystko, co opisywała Selene, ja widziałam. Tak, jakby była narratorem.
-Cios nie był  śmiertelny. Kleopatra wypadła z komnaty i widząc zalanego krwią mężczyznę, którego kochała, kazała wezwać medyków. Nie pomogli mu. Umierał w męczarniach, skupiony tylko na swoim bólu i nie słyszący słów mojej matki. Umarł w przekonaniu, że go nie kocha i ze go zdradzała.
Ludzie wynosili Antoniusza do komnaty królowej. Została tylko jedna dama dworu, która podeszła do zostawionego w krwi miecza i podniosła go. Po czym podeszłą do materiału spływającego ze ściany. Podniosła ją.
-Była jeszcze dwójka obserwatorów. Ja i mój brat. Widzieliśmy śmierć naszego ojca. Kazali nam się schować, by nas nie znaleźli. Byliśmy tylko niepotrzebnymi dziećmi. Lecz Oktawian mógł wykorzystać nas by dostać naszą matkę. Szczerze ją nienawidził. Woleli nie ryzykować.
Na posadzce siedziała dwójka dziesięcioletnich dzieci, prawie że identycznych. Dziewczynka płakała, a jej brat obejmował ją ramieniem. Kobieta podeszła do nich, wzięła dziewczynkę za rękę i odeszła z nimi. Patrzyłam, jak jej brat idzie za nią, patrząc beznamiętnym wzrokiem na nóż.
-I tak nas złapali. Wafija dała miecz mojemu bratu, a sama poszła do mojej matki. Zginęła razem z nią w grobowcu. Była tą, która poprawiają jej koronę, po czym padła martwa na ziemie.
Selene ruszyła do lustra i przeszła przez nie.Znowu znalazłyśmy sie na korytarzu.
-Czemu mi to wszystko pokazujesz? - spytałam, stając przed kolejnym lustrem.
-Chciałaś odpowiedzi. Więc ją otrzymujesz - rzekła, po czym weszła w kolejne wspomnienie.Stałam na skalistej plaży, patrząc w morze. Selene dalej kontynuowała swoją opowieść.
-Po tym, jak moja matka popełniła samobójstwo, Oktawian załadował nas na statek i zabrał do Rzymu. Tam uczestniczyliśmy w paradzie ku chwale rzymskiej potęgi. Byłyśmy tylko dziećmi. Gdy już sie nami znudził, oddał nas po opiekę Oktawii, siostry Augusta. Byłam tam aż do osiemnastego roku życia.
-Aż zjawił się Juba...
-Tak. Poślubiłam go mając dwadzieścia lat. Aleksandra wcielono do jego armii. Obydwoje zostaliśmy wysłani w misję do Egiptu. To dość śmieszne, ale wydawało mi sie, że Juba naprawdę ma mnie za swoja ukochaną. Ja nie czułam do niego nic. Urodziłam pierwsze dziecko, Prometeusza. Potem udałam się do Egiptu razem z bratem.
Selene wstała i tak jak poprzednio, wyszłyśmy i weszłyśmy w następne lustro. Znajdowaliśmy się w świątyni. Ma środku stał wielki płomień. Obok niego klęczała dziewczyna. Ciemne blond loki spływały na l\jej ramionach.
-Dostałam list. Napisany przez moją matkę. Wyjaśniała mi wszystko po kolei, co muszę zrobić. Dlaczego ja to mam, a mój brat nie. I że muszę się udać i spotkać się z nimi. To stare zaklęcia i nie należało ich lekceważyć.
Młodsza wersja Selene weszła do świątyni. Dziewczyna klęcząca przy ogniu podniosła się i pokłoniła jej. Selene podniosła dłoń. Czwórka innych wyszła zza kolumn zebrali się w koło. Ta Selene, która stała u mojego boku poszła dalej w głąb świątyni, jakby samo patrzenie bolało. Poszłam za nią.
-Tydzień po moim przyjeździe, zaczęły dziać się przerażające rzeczy. Ludzi znikali bez śladu lub mordowano ich, pozostawiając ciała. O te zbrodnie i niepowodzenie obwiniano Wyrocznie Delficką. I jej córkę również. Postanowiliśmy ją chronić. W czasie, aż szukaliśmy rozwiązania, ja i Strażnik zbliżyliśmy się do siebie. Obydwoje byliśmy samotni, straciliśmy rodziców w wieku dziesięciu lat. Aleksander ostrzegał mnie przed tym.Lecz nie słuchałam. Przeżywałam coś, co nazywacie zauroczeniem.
-I się stało... - mruknęłam, przygryzając paznokieć.
-Tak, stało się. Byłam szczęśliwa, cholernie szczęśliwa. Choć trwało to zaledwie tylko kilka dni. Od dziecka Oktawia wmawiała mi, ze mężczyźni chcą tylko dwóch rzeczy. Pieprzenia i władzy. Mówiąc mi to, miała na myśli mojego ojca. Ale dzięki temu, mogłam dostrzec to, co się kryło za tymi oczami. Niebieskimi lub zielonymi...
Milczałam. Fabian miał identyczne oczy.
-Znaleźliśmy rozwiązanie. Zaklęcie Signaculum. Potrzebowaliśmy tylko ofiary. Ja ją znalazłam. Musiała być niesamowicie silna, by to przeżyć. Mój brat nadawał się idealnie.
Westchnęła i szła dalej.
-Coś poszło nie tak. Było zbyt dużo mocy. Najpierw była tylko zmienia, potem przyłączyły się inne żywioły. Aleksander nie przeżył. Pochowaliśmy go, a ludzie pomyśleli, że był kolejnym nieszczęśnikiem, który zaginął. taka szkoda, bo miał niesamowite poparcie. Ludzie chcieli pod jego orężem wyswobodzić się spod rzymskiego panowania. Ale podziałało, wszystko ustało. A my zawiązaliśmy siną więź broniącą córkę Wyroczni. I tak stała sie wybraną. Tak powstał Krąg. Nie wolno nam było ze sobą się bratać, bo to było kazirodztwo. Choć w mojej rodzinie była to rzecz zwyczajna.
-Posłuchałaś?
-Nie... Wyjechała tydzień później. Dziewięć miesięcy później urodziłam córkę Kleopatrę. Nie była córką Juby, ale mu o tym nie powiedziałam. Wróciłam rok później o Egiptu. Bo to znowu się zaczęło.
Kolejne wspomnienie. Staliśmy w oświetlonej przez lampy pomieszczeniu z kopułą.
-Przywołaliśmy tego, który był za to odpowiedzialny. To był błąd. Okropny błąd, za który płacą nasi przodkowie do dzisiaj.
Pierwszy Krąg wbiegł do komnaty, zamykając drzwi z hukiem. Wyłoniłam spojrzeniem chłopaka o niebiesko-zielonych oczach. Wzrok miał utkwiony w Selene, a w dłoni trzymał miecz. ten sam, którym przed lat przekuł się Marek Atoniusz.
-To stało sie przez mnie - powiedziała cicho Selene - Przez nas oboje, że złamaliśmy zakaz. Przodkowie byli wściekli. Myśleli, że jestem silna. najpierw poświęciłam brata, teraz Krąg. A to, co to sprawiało chciało zemsty. Było pradawne i chciało krwi. Gdyby zamordowało nas wszystkich posiadłoby moc niezwykle potężną. To, że miałam moją Kleopatrę zadecydowało o mojej decyzji. Pozwoliłam jej żyć, a sobie nie. Spędziliśmy tu noc. Gwiazdy były widoczne na kopule.
Jak na zawołanie sceneria się zmieniła. Stało się niesamowicie ciemno, tylko księżyc w pełni był jedynym źródłem światła. I tysiące gwiazd.
-Leżałam obok niego. Gdy poczułam, że zasypia, ze łzami w oczach wyciągam miecz swojego ojca. Pocałowałam go w usta, powiedziałam że go kocham i wyszłam na środek pomieszczenia. Tam, gdzie było podwyższenie. Miecz obił mi sie o kamienne schody. Obudziłam ich.
Widziałam, jak wszyscy się zrywają. Selene, z zapłakaną twarzą patrzy na swojego ukochanego. Po raz pierwszy słyszałam głosy. Chłopak otworzył usta. Głos też miał podobny do Fabiana. Po moich plecach przeszedł dreszcz.
-Selene...
-Przepraszam... - wyszeptała Kleopatra i wbiła miecz w swoją pierś. Widziałam, jak chłopak biegnie do niej. Jak krew barwi jej idealnie białą szatę, gdy osuwa się na posadzkę. Dźwięk miecza, który opada. Ostatni oddech, gdy umierała w ramionach człowieka, którego kochała.
A potem cisza.
-Popełniłam samobójstwo. I udało się. Ugodziłam to coś na długi czas w jego czułe miejsce. Nie miał sił atakować przez długie wieki.
Sceneria się zmieniła. Tam, gdzie leżała zakrwawiona Selene stał teraz stół. W około również stały kamienne stoły.
-Pochowano mnie tutaj. I Aleksandra również tu przeniesiono. Cały pierwszy Krąg spoczął w tym miejscu. Strzegłam swoich potomków i prowadziłam ich przez drogę. Aż do ciebie.
Podeszłam do jednego z kamiennych stołów. Przez cienki materiał prześwitywała twarz. Twarz dziewczyny z zapadłymi policzkami i czarnymi włosami. Dziewczyny, której duch stał obok mnie. Cofnęłam się o krok.
Selene ruszyła do lustra, a ja szybko popędziłam za nią.
Tym razem staliśmy w moim domu. Widziałam małą siebie, jak biegam między meblami i ojca, który próbował mnie złapać.
-Każdy mógł być tym pokoleniem, którym Przepowiedziana miała podzielić mój los. Setnym pokoleniem. Twoja matka wiedziała, że to będziesz ty. Zbuntowała sie, za bardzo cię kochała. Uciekła razem z rodziną w miejsce, gdzie myślała, ze nikt jej nie znajdzie. Odcięła kontakty z rodziną, szczególe z matka, która chciała jej wytłumaczyć, że musi. Ale tego nie zrobiła. Wszystko było pięknie aż do dnia, aż znalazł was jeden z członków.
-Mama Chole. On była Łącznikiem?
-Tak. Byłaś delikatnym dzieckiem, męczyły cię koszmary. Twój umysł był otwarty, bo nie umiał sobie poradzić z taką mocą. Potrzebowałaś medalionu, ale go nie miałaś. Oka Horusa. On zamknął by to. Ale zamiast tego miałaś własny zamek. Chloe Tyson, jako ta która stoi na pograniczu dwóch światów zamknęła dostęp tych obrazów do twojej głowy. Powoli wszystko zapominałaś. Ale twoja matka kazała nic nie mówić rodzicom Chole. Bała sie o ciebie. Wtedy, gdy ten psychopata was znalazł. I boi sie do dziś.
-Ten chłopak był...
-Tak kochanie, niestety. Przykro mi.
Westchnęłam ciężko. Zawsze, jak schodziliśmy na ten temat, miałam ochotę zrobić sobie krzywdę. Bo najpierw skrzywdził Chole, potem mnie. Ona na to nie zasługiwała.
Przypomniałam sobie ramiona Fabiana i jego spokojny głos.
Wszystko będzie dobrze...
-Wysłała was do tej szkoły, bo chciała, by was nie znalazł znowu. I żebyś odpoczęła. Ale nie wiedziała, że Louisa otworzyła tu bramę. A potem zniknęła razem z Robertem bez śladu. Sarah została sama. Gdy dowiedziała się o Kręgu, uciekła do Stanów. Tam miała dziecko. Matkę Niny, która zginęła w wypadku samochodowym.
Wróciła wtedy do Anubisa i oddała go na przechowanie. Dostała eliksir życia od Victora. Skosztowała i zaczęła tracić zmysły. Nie chciała sama tego pilnować. Więc przekazała brzemię Ninie... Dalej już znasz historię.
Stałyśmy przed kolejnym lustrem. Selene położyła na nim dłoń.
-Co do...
-Coś nie tak? -spytałam.
-Tu powinno być przejście. Do kolejnego wspomnienia, a nie ma...
-Jest coś gorszego...
Patrzyłam na lustro. W środku była uwięziona dziewczyna. Siedziała na słomie, wychudła i blada. Zakręciło mi się w głowie. Selene zniknęła.
Joy Mercer podniosła na mnie zdziwiony wzrok. Położyłam lodowatą dłoń na lodowatej powierzchni lustra.
-Joy?
Dziewczyna stała niezdarnie i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Położyła dłoń w tym samym miejscu co ja, tylko z drugiej strony. Wstrząsnęło mnie to, jak wygląda. Brudne włosy, paznokcie zgryzione do krwi.
-Megan, musisz uciekać - wychrypiała - On nie może cię dostać...
Spojrzała w prawo, a ja podążyłam wzrokiem za nią. Na końcu pojawiło się wejście. Słyszałam szum wody. Czułam słodki zapach.
Nogi same postawiły krok w tamtą stronę.
Joy wrzeszczała, żebym zawróciła, żebym tego nie robiła. Żebym uciekała, póki mam szansę.
Weszłam do pomieszczenia z kopułą. Tam, gdzie Selene popełniała samobójstwo i gdzie był jej grób. Wszystko zniknęło. nie było ciał, nie było stołów. Tylko jeden pusty, na środku na podwyższeniu.
U jego stóp bez życia leżała Nina Martin.






Miłego pierwszego wakacyjnego poniedziałku
Kocham Was

Joylitte xxx

piątek, 20 czerwca 2014

052.Rozdział pięćdziesiąty drugi : Początek końca opowieści

Byłam szczęśliwa. To był najpiękniejszy miesiąc mojego życia.
Ludzie się gapili, jak przechodziłam korytarzem razem z Fabianem. Ale nie czułam, że się ze mnie wyśmiewają, że mnie nienawidzą i że jestem niepotrzebna. Jego obecność wszystko spychała na drugi plan. Uwielbiałam z nim spędzać czas. Boże, czy ja jestem romantyczką?
Może trochę. Zawsze marzyłam o swoim księciu, który będzie mnie obejmował i śpiewał przed sen. Fabian był do tego idealny. Wiem, że to tandetnie brzmi. Jak z kiepskiego filmu, ale to sprawiało, że czułam się szczęśliwa. Nigdy nie kończyły się nam tematy, jak zaległa cisza, nie była krepująca. Tak, jakbyśmy się rozumieli bez słów.
Ale gdzieś tam głęboko w środku, była myśl i przekonanie, że robimy coś złego.Że nam nie wolno, bo to niewłaściwe. Ta myśl, która odezwała się w naszych głowach, gdy po raz pierwszy dla niego liczyłam się tylko ja, gdy mnie obejmował i całował.
Nie obchodziło mnie to, nic mnie nie obchodziło. Należy mi się po tym całym koszmarze. Egoistyczne? Może trochę. Ale go kocham, nawet nie wiedziałam że tak mocno.
I idę na swój pierwszy bal. Fajnie, prawda? Mam nawet sukienkę, która kupiłam na zakupach z Chloe i Amber. Przynajmniej zatroszczyły się o to, że nie będę wyglądała jak ofiara.
Moja aspołeczność zniknęła. Teraz nie zamykałam się we własnym świecie z książką na kolanach, słuchawkami w uszach, nie chodzę biegać by uciec od ludzi. Fabian chełpi się, że to jego zasługa. Ma rację, ale i tak za przechwalanie się dostaje za każdym razem kuksańca w bok.
To było zbyt piękne, by było prawdziwe.
W sobotę, dzień przed rozdaniem świadectw, świeciło słońce. Było duszno, wiele osób wychodziło do lasu na strumyk, by się nieco ochłodzić i cieszyć się końcem szkoły. Bądź spędzić ten ostatni dzień z klasą. Razem z Sibuną wybierałam sie do domku Frobisherów. By sprawdzić, czy wszystko w porządku, zatrzeć ślady naszej obecności. Włożyłam telefon w kieszonkę spodenek i chwyciłam za klamkę, by wyjść.
Problem w tym, że nie mogłam. Drzwi były zamknięte.
Zmarszczyłam brwi. Nie przypominam sobie, żebym je zamykała. A głupi żart to nie jest, raczej już jesteśmy na to za dorośli. Wyciągnęłam z tylnej kieszonki klucz i włożyłam w dziurkę.
Nie przekręcił się.
-Jerome? - spytałam głupio - To nie jest zabawne.
Boże, co za idioci. Jeszcze chwila, a zacznę się naprawdę bać. Walnęłam pięścią w drzwi, ale nic to nie dało.
-Jest tam ktoś?
Kopnęłam zdesperowana w drzwi. Dłonie zaczęły mi się pocić. Na ślepo zaczęłam walić w drewno.
-Zabiję was, jak tylko wyjdę!
-Mówiłam, że wam nie wolno.
Stanęłam w bezruchu i odwróciłam się na pięcie. Selene stała na środku pokoju, w swojej sukni i ciemnymi włosami opadającymi na twarz. Coś mi się nie zgadzało. Nigdy nie miała takiego wyrazu twarzy : tak, jakby miała zrobić coś wbrew sobie. Zawsze była pewna siebie,tak pewna, że aż denerwująca.
-Że co proszę? - spytałam głupio. Czułam, że zaraz się coś stanie. Coś, co mi się nie spodoba.
-Przykro mi, Megan. Ty i Fabian nie możecie być razem. Ani teraz, ani nigdy.
Nie wiem dlaczego, ale się roześmiałam. Zimno i kpiąco.
-Nie bedziesz mi rozkazywać. Szczególnie teraz - warknęłam i szarpnęłam za klamkę. Nie ustąpiła - Wypuść mnie.
-Nie.
Popatrzyłam jej w oczy nienawistnym wzrokiem. Współczuła mi. Ale mnie to nic nie obchodziło. Chce się z tond wydostać, zanim rozwali cały mój świat na kawałki. Bo zazwyczaj to robiła. Wpakowała się w moje życie, nie pytając o zgodę. Dyrygowała mną, kazała robić co jej się podobało. Nie tym razem.
-Nie będziesz mi mówić, co mam robić i czuć.
-Będę Megan. Wy nie możecie być razem. Tak jest zapisane w gwiazdach i przepo...
-PIEPRZĘ PRZEPOWIEDNIE! - wrzasnęłam - Nie obchodzi mnie, co sobie umyśliliście kilkaset lat temu. To moje życie, więc wypierdalaj, znajdź sobie jakąś inną ofiarę, mną się już pobawiłaś.
Nadal stała, nic nie mówiąc. Kopnęłam w te cholerne drzwi, tak, że noga mnie zabolała. Jęknęłam. Po moich policzkach potoczyły się łzy. Selene uklękła przy mnie, gdy usiadłam na podłodze, trzymając się za nogę.
-Wiesz, że to prawda - szepnęła cicho, kładąc mi rękę na ramieniu. Nie było zimnego mrowienia. Prawie coś poczułam - Tam w środku. Nikomu z Kręgu nie można się wiązać z drugim członkiem. No chyba że Wybranej, bo jej moc jest zbyt potężna.
-Dlaczego ja? - odniosłam na nią zbolały wzrok - Dlaczego tego nie powiedziałaś, zanim się w nim zakochałam? Dlaczego teraz wszystko niszczysz?
-Uwierzyłaś mi? - spytała wolno Selene. Kiwnęłam głową, bo nie miałam lepszej odpowiedzi - To od mnie nie zależało. Ja też na tym... Zresztą, nieważne. Musicie to skończyć.
-To wszystko jest takie tandetne.
Selene umilkła, patrząc się na mnie ciemnymi oczyma. Odwzajemniłam spojrzenie, tyle, że moje było pełne nienawiści. Warga Selene lekko zadrżała.
-Bohaterka musi cierpieć, potem być szczęśliwa, potem znów cierpieć, żeby było ciekawie. Dobrze się tam w zaświatach bawicie, co? - warknęłam, po tym wstałam, nie zwracając na ból w nodze. Chyba wybiłam sobie palec.
-Jak śmiesz obrażać...
-Weź się w końcu zamknij! - wrzasnęłam i wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Wypuściła mnie. Czułam, jak mi się kręci w głowie. Zacisnęłam żeby i zeszłam na dół. Noga bolała niemiłosiernie, ale jakoś doszłam do pokoju Fabiana. Zapukałam, odczekałam kilka sekund i weszłam do pokoju. Siedział na łóżku, w twarzą schowaną w dłoniach. Usiadłam koło niego.
-Była u ciebie? - spytałam gorzko. Fabian wyprostował się i spojrzał na mnie - Chyba wybiłam sobie palec.
Ucieszyło mnie, gdy jego kąciki ust delikatnie uniosły się w górę. Objęłam go. On mnie też i na szczęście nie było w tym uścisku dystansu.
-Co teraz zrobimy? - spytałam, bojąc się odpowiedzi.
-Walić to - mruknął mi do ucha i pocałował w szyję. Zaśmiałam się i odsunęłam się od niego.
-Od kiedy to masz gdzieś przepowiednie? Chyba mam na ciebie zły wpływ.
-Czy ja wiem... Mam teraz tylko nieco inne myśli.
-Fabian! Jesteś idiotą.
-Wiem, ale ty na to lecisz - mruknął i  pocałował mnie.
Dwoje, by wszytko naprawić bądź zaprzepaścić.

***

Siedziałam w pokoju i dokańczałam makijaż, ubrana w czerwono-złote szaty, prawie gotowa na rozdanie świadectw. Zaczęłam przygotowania wcześniej, ale i tak się nie wyrobię. Zawsze tak jest. Choćbym nie wiem, jak wcześnie zaczęła to i tak się spóźnię.
Selene się już nie pokazała. Nie chce widzieć już jej nigdy. Kończę szkołę, więc chce czuć się szczęśliwa. Będę siedziała obok chłopaka, którego kocham, obok przyjaciółki, która zawsze będzie ze mną. Chce tego. I zaczęłam sie poważnie zastanawiać, czy nie zmienić planów. I czy nie zacząć wszystkiego od nowa, tyle że z Fabianem u boku.
Wstrząsnęłam butelką z lakierem do włosów i spryskałam jeszcze raz loki, by mieć pewność że się nie wyprostują. Spojrzałam jeszcze raz w lustro. Nie byłam wybitnie uzdolniona co do sztuki make up, ale chyba wszyło. Chwyciłam czapkę, czy jak to się tam zwie i założyłam na głowę.
Selene pojawiła sie za mną. Zacisnęłam zęby.
-Jestem z ciebie dumna- powiedziała cicho i wyciągnęła rękę z naszyjnikiem. Obróciłam się gwałtownie i wbiłam wzrok w Oko Horusa.
-Przecież to Niny! Fabian trzymał go w szufladzie, jak ty... - wyszarpnęłam medalion z ręki kobiety. Był gorący. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na nią przestraszona.
-Czemu on jest gorący? - spytałam cicho - Selene, czemu on jest ciepły?!
-Posłuchaj Megan, musimy porozmawiać - wyciągnęła do mnie wyciągnięta dłoń, ale ja gwałtownie pokręciłam głową.
-Nie, dzisiaj nie. Jest zakończenie. Fabian na mnie czeka, muszę... Nie.
Spojrzałam na nią ze strachem. Przed oczami migały mi sceny, gdy stałam w deszczu, a ona mówiła, że jest za wcześnie. Że nadejdzie czas. Że to nie dziś. Że dowiem się w swoim czasie. Gdy będę gotowa.
-Dziś jest pełnia.
-Nie... Błagam, niech to nie będzie dziś.
-Rocznica, gdy wszystko się zaczęło.
Wyciągnęła rękę ponownie. Spojrzałam na nią z łzami w oczach. Po chwili wyciągnęłam swoją i ja ujęłam. Nie natrafiłam na powietrze, tak jak dotychczas. Była materialna. Nie była złudzeniem jak do tej pory. Pociągła mnie małą, bezbronną z medalionem w dłoniach i usiadła obok mnie na łóżku.
-Twoje istnienie nigdy nie należało do ciebie - zaczęła, a ja spojrzałam na gitarę, która kiedyś była moją jedyną zaletą. Namiastką mojego dawnego życia - Zaplanowane przez nas, przez pierwszy Krąg. Jesteś moją potomkinią Megan. Jesteś taka sama jak ja.
-Nieprawda...
-Prawda. Niezdecydowana, skryta w sobie. To wszystko moje cechy. Masz zrobić to, co ja miałam zrobić. Zrozum, że ty to nie ty. Jesteś mną. Zaprogramowaną, by wypełnić przepowiednie. To co czujesz do Fabiana, też jest fałszywe. Ty tak naprawdę go nie kochasz. Historia się powtarza. Nigdy nie należałaś do siebie. I nie będziesz należeć.
Spojrzałam w lustro. Selene i ja się w nim odbijałyśmy. Wyglądałam tak dumnie w tym stroju. Żal mi było, że nikt mnie w nim nie zobaczy, że nie odbiorę świadectwa z innymi. Ale wiem, że to co Selene mówi jest prawdą. Mam się nie bać przeszłości. To zbyt szybko się stało. Myślałam, że będę miała czas z oswojeniem się, że może mnie zabraknąć.
-Co mam zrobić? - spytałam chicho.
-Doskonale wiesz. Musisz zebrać wszystkich. Musimy to zakończyć.
-Jak?
-Będziecie wiedzieć.
Pięć dzieci gwiazd, by chronić dziecko boże. Pięć dzieci gwiazd, by chronić przed Ciemnością. 
Kiwnęłam głową. jakaś część mnie sie obudziła. Dziwnę, co? Jeszcze niecały miesiąc temu, stałam w ramionach Fabiana, czując, jak mój brzuch wypełniają motyle. Teraz czułam tam tylko ucisk i czyjąś zimną rękę zaciskającą sie na moich płucach. Wstałam i zrzuciłam czapkę, którą wczoraj ćwiczyłam z Willow jak ja wyrzucić wysoko, zdjęłam z siebie strój, który z cichym klapnięciem upadł na podłogę. Była teraz ubrana w białą koszulę i czarną spódniczkę. Zacisnęłam mocniej palce na wisiorku. Wiedziałam, co mam robić.
Zeszłam na dół, gdzie w holu stała Patricia, Eddie i Amber. Popatrzyli sie na mnie zdziwieni.
-Gdzie masz stój? - spytała Amber, lustrując mnie od stóp do głów.
-Nie idę. To dzisiaj - spojrzałam na Eddiego, który przestał się uśmiechać.
-Przecież bym czuł, prawda?
-Musicie mi uwierzyć. Selene powiedziała...
-Ona robi bez przerwy problemy. - warknęła Patricia - Kończymy szkołę. Darujmy sobie ratowanie świata. Ubieraj się i choć, Fabian już poszedł.
Williamson wypchnęła Amber i Eddiego przez drzwi i w domu zaległa cisza. Zostałam sama.
Jedna, by wszytko zakończyć.
Wypuściłam powoli powietrze. Serio, serio? Zaschło mi w gardle.
Może maja rację? Może nie muszę tego wszystkiego robić, nie muszę być tą, która ma zakończyć wszystko ze względu przepowiedni. Pójdę na rozdanie świadectw. Uśmiechnę się szczęśliwa, gdy dotknę papieru z moimi ocenami. Może nawet się nie potknę, gdy będę wchodziła na scenę. Tak, to doby pomysł.
Odwróciłam się i poszłam do kuchni, napić sie czegoś. Wciągnęłam szklankę i dzbanek wody. Nalałam sobie jej do połowy i przyciągnęłam bliżej gazetę, którą ostatnio czytał Victor. Zwykły dziennik. Przerzuciłam szybko strony, nie skupiając się na tekście. Zatrzymałam się dopiero, gdy w gazecie zobaczyłam zdjęcie Niny.
Sześcioro, by stać na Straży przy boku Wybranej, gdy dzień nadejdzie.
Patrzyłam się z przerażeniem w jej uśmiechniętą twarz i w napis ' ZAGINĘŁA'. Przebiegłam szybko wzrokiem. Nina przyjechała do Wielkiej Brytanii w celu odwiedzenia znajomych, którzy kończą szkołę. Po wyjściu z lotniska nie wiadomo, co sie z nią stało. Miała się stawić u znajomej i to ona zawiadomiła policję. To było wczoraj.
Czułam, jak nogi się pod mną uginają. Jezu, to przecież niemożliwe. Utrzymywaliśmy kontakt z Niną, wiedzielibyśmy, gdyby miała przyjechać. Chyba że to miała być niespodzianka.
Nie zniknęła od tak. Wiem to, ludzie tak nie znikają. Tak zniknęła Lucy.
Jeśli inni nie chcieli mi pomóc, sama to zrobię. Choćby dlatego, że wiem, ile ona znaczyła dla Fabiana.

***

Fabian co chwilę sprawdzał godzinę. Megan miała być od dobrych dziesięciu minut. Choć wiedział, że ma skłonność do spóźniania sie na uroczystości, lekcje, autobusy, kolacje, śniadania, spotkania Sibuny, to i tak się o nią martwił. Inni już zajęli miejsca.
Chloe podeszła do niego.
-Nadal jej nie ma? - spytała, a on pokiwał głową. Dziewczyna westchnęła - Powinnam jej kupić zegarek.
-Zgubiłaby go, zepsuła lub zmasakrowała.
Chloe uśmiechnęła się, choć spięcie jej nie opuszczało. Podrapała się w nadgarstek, tam gdzie miała wypalone znamię. Dzisiaj wyjątkowo swędziało.
-Panie Rutter, pani  Tyson proszę usiąść, będziemy zaczynać - głos dyrektora rozległ się po auli. Parę osób odwróciło się by na nich spojrzeć. Chloe ruszyła do swojego miejsca, ciągnąć go za sobą.
-Czuję się zazdrosny, że ciągniesz innego faceta za rękaw - mruknął do niej Logan.
-Zamknij się, Megan nadal nie ma.
-Kto by się spodziewał - szepnął do niej. Obdarzyła go wściekłym spojrzeniem - No co? Najwyżej wparuje w połowie rozdania i zrobi sobie wiochę. Dla niej to nic nowego.
Chloe wzruszyła ramionami i spojrzała na scenę, gdzie Mara została wywołana jako najlepsza uczennica. Fabian kręcił młynki palcami. Zaczęło wywoływać kolejne osoby.
-Nie byłaby aż tak głupia - mruknęła zza placów Ruttera Patricia - Nie dramatyzujmy, pewnie zaraz przyjdzie.
-A jeśli nie? Jeśli mówiła na serio, że to dzisiaj? - odparował Eddie.
-Nie bądź idiotą.
-Co jest dzisiaj? - Fabian odwrócił sie do pary.
-Mówiła, że dzisiaj jest ten dzień. Ten z przepowiedni.
Fabian pobladł na twarzy.
-Czemu nic nie powiedzieliście?
-Myśleliśmy, że to oleje. Zresztą to...
-Eddie, idziemy - powiedział Fabian, nie dając dokończyć Patricii. Podniósł się z miejsca.
-Panie Rutter, panie Sweet, proszę usiąść.
Fabian spojrzał na zdziwiona Marę, która stała przy dyrektorze i pomagała rozdawać świadectwa. Pokręciła głową, nic nie rozumiejąc. Lub nie chciała rozumieć. To był jej dzień, gdzie tylko ona była ważna. Nie była ta małą, szarą myszką wyśmiewaną za dobre wyniki. A teraz musiała to wszystko opuścić na rzecz czegoś, w czym nie chciała uczestniczyć. Jednak podjęła decyzję. Oddała plik świadectw w ręce zdumionego dyrektora i wybiegła z przyjaciółmi z sali.
Jerome Clarke wstał i pobiegła nią.

***

-Idioci, uważajcie jak...
-KT?
Eddie stanął za zmieszanym Fabianem, który wpadł w dziewczynę. Amerykanka stała przed nimi, jak gdyby nigdy nic. Może by się ucieszyli z jej przyjazdu, gdyby okoliczności były nieco inne. Dziewczyna odgarnęła ciemny kosmyk włosów, który przysłaniał jej widoczność.
-Czemu się tak dziwicie?
-Może dlatego, że ciebie nie powinno w ogóle tu być? - spytała Patricia. Rush potarła ramiona.
-Musiałam się z wami zobaczyć. Po tym, jak się dowiedziałam, ze jesteśmy związani...
-Że co? Kto ci... - Mara zarobiła zaszokowaną minę, po czym westchnęła - Megan.
-Maro!
-Oho, zaczyna się - warknęła Patricia, a Eddie spiorunował ja wzrokiem. Fakt, Jerome nie wybrał sobie najlepszej pory na wyznawanie miłości dziewczynie. Ruda wzruszyła ramionami - No co? Ta szkoła to jedna wielka drama.
-Maro, muszę z tobą porozmawiać - wysapał chłopak, po czym złapał ją za rękę. Mara wyszarpnęła ją.
-Nie mam czasu. Wracaj na salę.
-Proszę...
Mara spojrzała na przyjaciół i ich spojrzenia utkwione w jej osobie. Westchnęła ciężko: - Idźcie, dogonię was.
Jerome odczekał, aż zniknął na zakręcie, po czym zwrócił sie do dziewczyny:
-Oszalałaś, nigdzie nie idziesz. Nie puszczę cię.
Mara spiorunowała go spojrzeniem i wysyczała przez zaciśnięte zęby:
-Idę z nimi, zrobić to co trzeba. Tak miało być od początku.
-To się z tobą dzieje? Nie widzisz tego?
-Przestań Clarke! - warknęła na niego, tracąc resztkę cierpliwości - Czy ty myślisz, że sama sobie wybrałam to, co mam za chwilę zrobić? Zachowujesz się jak dziecko! Najpierw mnie całujesz, potem uciekasz i zamykasz się w sobie. Wiesz, jak to zabolało? Myślałam, że zmądrzałeś. Zaufałam ci, a ty zrobiłeś mi takie świństwo! Najpierw mnie zdradzasz, potem zaczynasz chodzić z moja najlepszą przyjaciółką, a gdy jej zabrakło, masz mieszane uczucia, po czym dobierasz się do mnie, robisz nadzieje, a potem mną rzucasz jakbym była zabawką. Naprawdę sądzisz, że to ze mną dzieje się coś nie tak? Pójdę tam, zrobię to co trzeba i prawdopodobnie już nigdy nie wrócę, ale robię to dla ciebie!
Jerome wbił w nią intensywne spojrzenie niebieskich tęczówek.
-Że co?
-Wiesz, co potrafię. Jak idiotka zdradziłam swój Krąg tylko po to, żebyś wiedział. Myślisz, że nie widziałam, co się może stać. Dlatego ty zostajesz tu, gdzie jest bezpiecznie. Widziałam... Widziałam śmierć. Jeśli to mam być ja, nie mam nic przeciwko. I tak nie mam nic do stracenia.
-Nie pozwolę ci iść...
-Nie masz na to wpływu.
-Mam. Kocham cię i nie pozwolę, żeby ci się stała krzywda.
Mara spojrzała na niego. Po tym, wszystkim, co zrobił, miał czelność się do niej tak zwracać?
-Nie kochasz mnie. Gdybyś mnie kochał, nie skrzywdziłbyś mnie aż do tego stopnia.
-Maro, mówię prawdę. Wiem, że popełniałem błędy. Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć...Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?
-Wróć tam - powiedziała Mara szeptem, nie patrząc na niego - Jeśli mnie kochasz, zrób to co mówię. I pozwól mi iść.
Jerome wypuścił powietrzem z sykiem. Nie poznawał tej dziewczyny, z którą praktycznie bez przerwy się w pierwszej klasie kłócił, która zobaczyła w nim światło, gdy on widział tylko ciemność. A może zawsze taka była, tylko on nigdy nie poznał jej dostatecznie dobrze, by to zobaczyć.
W mgnieniu oka znalazł sie przy niej i uniósł jej podbródek, tak, by patrzyła mu w oczy. Były zaszklone, o takim samym, czekoladowym odcieniu, jaki pamiętał. Zbliżył jej usta do swoich. Nie opierała się.
Trwali tak przez chwilę, spleceni i zatopieni w sobie. Mara nie chciała iść. Pragnęła zostać z tym chłopakiem, który ją tyle razy ranił, ale i tak dawała mu szansę. Bo sprawiał, że była szczęśliwa. W końcu odsunęła się od niego.
-Idź... - wyszeptała - Błagam cię, idź...
-Powodzenia - mruknął w jej włosy, przytulając ją może ostatni raz. Kto to wie... - Zrób to dla mnie.
Uśmiechnęła się i popędziła za przyjaciółmi, podczas gdy on nadal stał i patrzył na jej plecy.

***

Zmierzali szybkim krokiem do Domku Letniskowego Frobisherów. Wiedzieli, ze tam wszystko się odbędzie, choć nikt nie powiedział tego na głos. Szli szybko, ale nie biegli, by Mara mogła ich dogonić.
-To straszne, co się stało z Niną... - zaczęła KT i wpadła w plecy Eddiego, który zatrzymał się gwałtownie. Odwrócił się i spojrzał na Amerykankę.
-O czym ty mówisz?
Rush przejechała spojrzeniem po ich twarzach. To przecież niemożliwe, żeby...
-Wy nic nie wiecie? - spytała cicho. Wszyscy przecząco pokiwali głowami. Dziewczyna sięgnęła do tylnej kieszeni swoich spodni i wyjęła z niego wycinek z gazety. Zebrali się w koło i zaczęli czytać.
Trwali tak i trwali, czytając przez cały czas w kółko i w kółko, czekając, aż ta informacja dotrze do ich mózgów.
Mara dobiegła do nich i stanęła obok, marszcząc brwi:
-Co sie stało? - spytała. Fabian bez słowa podał jej kawałek papieru. Jaffray kilka razy przebiegła wzrokiem tekst - To jakiś głupi żart?
Nikt nie odpowiedział.
-Boże, co tu się do jasnej cholery dzieje? - powiedziała Mara, zgniatając kawałek papieru w dłoni. Ruszyli dalej, tylko Eddie został w miejscu, rozglądając się dookoła.
-Idziesz, czy nie? - spytała KT, zatrzymując się i unosząc brwi.
Chłopak zmarszczył brwi i powiedział:
-Gdzie jest Patricia?
Właśnie wtedy usłyszeli jej krzyk.


_______________________________________________

Spieprzyłam. Na równi spieprzyłam.
No to zbliżamy się do końca. Koniec błahej fabuły, koniec beznadziejnego wątku. Tylko myślę nad zakończeniem.
Właściwie, to praktycznie nikt już tego nie czyta.
Smutna prawda, ale ja zakończę tę opowieść dla siebie. Przyrzekłam sobie, że dotrwam do końca i nie odpuszczę.
Co ja mam zrobić z fantem Megan, huuuh. Ma być szczęśliwa, czy koniec, finito, game over.
Sibuna znowu powraca. Ale ja będę zajęta promowaniem Brada. Za dużo dla mnie znaczy.
Tak btw to moja mama uważa, ze sie w nim bez pamięci zakochałam, wut, nie wiem co ja mam jej odpowiadać wtedy.
To nie zmienia faktu że spieprzyłam rozdział, wgl mi sie nie podoba. Taaa, nie ma to jak spieprzyć ostatnie rozdziały i odejść jako beznadziejna bloggerka.
Się trudno mówi.
Aww, pamiętacie jak się stresowałam egzaminami? Zawaliłam wszystko, prócz polskiego. NAJWYŻSZY WYNIK W SZKOLE! 31/32 pkt. Czujecie to? Taki wynik miało ok. 5 osób w naszej szkole. Opppss, Braduś będzie dumny.
Tak btw to rusza projekt na jego urodzinki


Ruszył daaawno temu, no ale cóż. Czekam nadal, huh. A potem musimy to zakończyć. I wybłagam uczestnictwo jakiś osób, bo wysłać mu coś musimy.
( wcale się nie chce podlizać, tylko go kocham )
Zmieniłam playlistę, pod koniec dodam jeszcze jedna piosenkę.
To chyba tyle z ogłoszeń parafialnych
Kocham Was ♥









Joylitte xoxox


( nadal nienawidzę jeroy, ugh)


sobota, 7 czerwca 2014

051.Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Nawet się nie obejrzałam, a maturę miałam za sobą. Nie było aż tak źle, jak się spodziewałam.
Teraz leżę z nogami na poduszce i gapię się w sufit. Wypuściłam powoli powietrze i jeszcze raz spojrzałam na kartkę. Z numerem KT. Chloe się wywiązała i za pomocą Lany zdołała zdobyć ten numer. Teraz kolej na moje zadanie.
Nie mam pojęcia czemu, ale nie mam najmniejszej ochoty wszystko jej tłumaczyć. To nadal boli. Te błędy, które zrobiłam. Wolę dusić to w sobie.
Obróciłam się na brzuch i spojrzałam na puste łóżko Patricii. Moje stosunki się nie zmieniły. Nadal wszyscy mnie nienawidzą. Prócz Willow, która wielbi wszystkich. Choć ostatnio przygasła.
Dalszy ciąg użalania nad sobą. Już mam tego dość. Tego milczenia. Tego duszenia w sobie. Nie płaczę, bo nie mam siły. Chloe nie zrozumie, jest wspaniałą przyjaciółką, ale nie zrozumie.
Najbardziej brakuje mi Fabiana...
Ale trudno, sama sobie zasłużyłam. Raz się nie nauczyłam. Został tylko miesiąc. Tylko czerwiec.
Leniwie spojrzałam na okno. Promienie słoneczne wpadały przez nie, przyjemnie grzejąc moje plecy. Wszyscy wyszli, poza mną, bo nie miałam ochoty. Trudy mnie namawiała, bym się zabawiła, bo to koniec egzaminów. Wyjść z przyjaciółmi. Warknęłam na nią, by mi dała spokój. Będę musiała ją przeprosić.
Postawiłam nogi na drewnianej podłodze i podeszłam do biurka, gdzie leżał pamiętnik Sarah i mój telefon. Spojrzałam na zeszyt i lekko się uśmiechnęłam.
Uratuj Wybraną. Pomóż, za nim będzie za późno. Niech przepowiednia się spełni.
Pamiętam. Ale Ninie nic nie jest. Prawda?
Drżącymi palcami wystukałam numer KT i kliknęłam "połącz".

***

Potrzebowałam tej rozmowy. Nawet nie wiem kiedy otworzyłam się przed Rush i zapłakana opowiedziałam jej co czuje. Obcemu chyba łatwiej się zwierzyć. Oczywiście, że była zaszokowana. Nie chciała mi wierzyć, ale ją przekonałam. A potem powiedziała, że wszystko będzie w porządku.
-Megan?
Odwróciłam się wystraszona, po czym mój mózg zaczął szukać jakieś dobrej wymówki, dlaczego płakałam. Skoro i tak wszyscy maja mnie za kłamce, to po co przestawać. Pies. Tak, mój pies jest chory.
Willow zamknęła drzwi i spojrzała na mnie niepewnie. Zmieniła się. Bardzo. Wydoroślała.
Jej rude włosy nie były już kręcone tak jak wcześniej. Ani kretyńsko upięte z kokardą na środku. Teraz błyszczały, kaskadą opadały na jej chude, blade ramiona. Zniknął ten szalony błysk w jej oczach. Oczy miała delikatnie pomalowane i błyszczyk na ustach. Zmienił się także jej krok - teraz był sprężysty, pełen gracji. Nie skakała tak jak wcześniej. Nie cieszyła się na widok wiewiórki, nie wrzeszczała ze strachu i przerażenia na widok zdechłej żaby. Zmieniła się.
Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Rozstanie z Alfiem przybiło ją i załamało. Postanowiła się zmienić, nie być tą idiotką, z której się śmiali.
-Megan, co się stało?
-Nic. Naprawdę nic - mruknęłam i otarłam policzek, po której toczyła się łza - Możesz sobie iść.
-Masz mnie za głupią i bez serca? - spytała i usiała przy mnie, na podłodze oparta o łóżko - Wszyscy to widzą. Zmieniłaś się.
-I vice versa - mruknęłam. Willow tylko się uśmiechnęła i spuściła wzrok.
-Tak... Ale ja tego potrzebowałam, a ty tylko siedzisz ponura i nic nie mówisz. Nie chcesz porozmawiać?
-Nie. Tylko jeden miesiąc i będziecie od mnie odpoczywać. Odejdę, zniknę z waszego życia.
-Ja też.
Spojrzała na nią zaskoczona. Że co? Trudno mi było uwierzyć, że będzie potrafiła zacząć od nowa. Wszytko. Co do jednego.
-Nie chce tu zostać - wyznała i wbiła wzrok w ścianę - Nie chce tu siedzieć i patrzeć, jak inni cierpią. Chce im pomóc. Te pieniądze, które może wygram, przekażę domu dziecka. Lub innej organizacji. A potem chce wyjechać i pomagać. W misjach albo w zwalczaniu głodu. Nie wiem, może w Afryce... Chce komuś pomóc. Bo zawaruje. Przedtem tego nie widziałam. Ale myślę, że to chciałabym robić w życiu. Pomagać, budzić nadzieje i szczęście.
Zsunęłam się z łóżka i usiadłam obok niej, opierając głowę na jej ramieniu. Zaczęłam ją podziwiać. Ona chciała coś robić, miała jasny cel. Nie uciekała od problemów. Ona chciała je rozwiązywać. To ja od wszystkiego uciekałam, zamiast stawiać temu czoło. To po prostu jest za dużo. Nie mam już sił.
-Nadal boli - powiedziała cicho - To, że on ze mną zerwał. Ale to mi otworzyło oczy. Teraz są szczęśliwi, a ja tego chciałam. Stałam się silniejsza i wiem, na ile mnie stać. Ale trochę tęsknie za tym szaleństwem. Tylko trochę. Dobrze mi jest tak teraz.
-Martwię się o Marę... - powiedziałam cicho. Nie wiem czemu jej to mówię. Mieszkałyśmy razem przez dziewięć miesięcy, ale jakoś nie utrzymywałyśmy kontaktów.
-To przez mnie to wszystko. Gdyby nie ja, to byli by razem. Ale się dogadają. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Powinnaś martwić się o siebie.
-Nic mi nie jest...
-Za godzinę jedziemy całą paczką do Liverpoolu. O dziesiątej. Fajnie, jakbyś pojechała.
-Nikt mnie tam nie chce.
-To będziesz trzymała się mnie. Przygotuj się.
Kiwnęłam głową, a ona wstała. Może wycieczka dobrze mi zrobi, ale nie liczyłam na cud.

***

Było dusznie i upalnie. I zapowiadało się na deszcz. Lecz nikt z mieszkańców miasta nic sobie z tego nie robił. Przechadzali się leniwie po uliczkach, jedząc lody, śmiejąc się i wygłupiając. Beztroscy i szczęśliwi, że wakacje coraz bliżej. Jak ja im tego zazdrościłam.
Tylko ja czułam chłód i bezskutecznie starałam się rozgrzać pocierając ramiona. Siedziałam z Willow w ładnej kafejce, urządzonej w francuskim stylu. Jenks przypominało to dom. Opowiadała mi o życiu we Francji. Było to nawet ciekawie i z pewnością dałabym się wkręcić w dyskusje, gdyby nie pewnie szczegół. Tak wiem, spędzam czas z Willow Jenks. Ale ona wcale nie jest taka zła. Mimo prześwitów swojej dawnej, głupkowatej natury dało się z nią rozsądnie porozmawiać. A obie byłyśmy zdesperowane i złaknione czyjegoś towarzystwa, więc nie narzekałyśmy. Willow była stałą klientką, od czasu zerwania z Alfiem zjawiała się tutaj regularnie. Starsza pani, która obsługiwała klientów, obdarzyła mnie wyjątkowo pięknym uśmiechem. To pewnie ona w ostatnich czasach była towarzyszkom rozmów dziewczyny i cieszyła się, że znalazła sobie kogoś w jej wieku. Choćby skrytą i lękliwie zerkającą w oknie dziewuszkę.
Willow czuła się tu bezpiecznie. I w sumie, ja też, gdyby ryzyko nie było tak wielkie. Bałam się o Willow od czasu, gdy oddała medalion chroniący, który spoczywa na dnie mojej torebki. Miał ją chronić. Alfie teraz nosi swój bądź stara się mieć go przy sobie, odkąd się dowiedział do czego służy. Ale Jenks nie wiedziała i nie planowałam jej powiedzieć. Ale w tym miejscu wyczuwałam dobrą aurę. To należy do pakietu zdolności Wyroczni, ale nie narzekam. Mam jeszcze asa w rękawie, o którym mi powiedziała Selene. Tylko go nigdy nie użyje. Mam taką nadzieje.
Zerknęłam jeszcze raz w okno i nie zauważyłam żadnej osoby której chciałam zobaczyć, zanim ona zobaczy mnie. Bo widzicie, to miejsce jest urocze. Pięknie pachnie francuskim ciastem i tak dalej, ale ma jedną ogromną wadę, przez którą mam ochotę z tond wybiec. A mianowicie, niedaleko mieści się sklep chrzestnego Fabiana. Ten z antykami. Byłam tam parę razy z chłopakiem. Głównie, żeby szukać symboli i dyskretnie pytać o różne szczegóły. I wydaje mi się, że jego chrzestny mnie polubił. A teraz, gdy sytuacja się zmieniła i nic nie wskazywało na poprawę, w żadnym wypadku nie chciałam go spotkać. Był dociekliwy. A ja nie chce o tym rozmawiać. O ile wiem, też niedaleko mieszka, co pogarsza sprawę. A Fabian miał do niego wpaść, by...
Przerzuciłam wzrok z okna na swoje cappuccino w ładnej, białej filiżance. Powinnam przestać. Został miesiąc praktycznie bez nauki, tylko mozolnie czekanie końca roku i dostania świadectw. I wolność.
-Ładnie razem wyglądają... - powiedziała Willow rozmarzonym głosem. Spojrzałam na nią, a potem w kierunku, w którym utkwiła wzrok. Miałam nadzieje, ze to Mara i jerome. Głupia nadzieje, ale nie potrafiłam się jej pozbyć. Ale to co zobaczyłam, było gorsze.
Chloe. Moja słodka, z rozpuszczonymi blond włosami Chloe. U boku Logana. Trzymającego ja za rękę, jakby to była najzwyklejsza na świecie rzecz.
Po tym wszystkim...
-Dobrze się czujesz? -spytała Willow z troską w głosie - Pobladłaś.
-Tak, wszystko w porządku.
Siła dokończyłam napój, starając się opanować. Wszystko we mnie się poprzewracało. Nie mogę teraz tego tak zostawić, udawać że nie widziałam. On ją zrani,. Już raz tak było, a ja nie pozwolę, by to się powtórzyło. Za bardzo ją kocham. Poczułam napływ nowej siły.
-Słuchaj Willow, murze pogadać z Chloe - rzekłam, gdy wszyłyśmy z kawiarenki - Momencik. Potrzymasz moją torebkę.
Willow kiwnęła i chwyciła ją w rękę.
-Wracaj szybko, będziemy jechać. Chyba za chwilę zacznie się burza.
Kiwnęłam głową i spojrzałam na niebo. Rzeczywiście. Gęste, burzowe chmury zakryły lazurowe niebo. Ale mnie to nie obeszło. Muszę ja znaleźć, zanim to się rozkręci. Puściłam się biegiem uliczką, wypatrując wzrokiem.
Dostrzegłam ja. Siedziała na ławce przed sklepem ze słodyczami. Uśmiechała się. Mój mózg wykonał salto w mojej czaszce. Jest szczęśliwa. Boże, tylko nie to. W oczach stanęły mi łzy.
Zatrzymałam się przed nią, a ona spojrzała na mnie przestraszona. Ale tylko przez chwilę. Potem jej twarz zmieniła się na tą pod tytułem " Jak fajnie cię widzieć, co tu robisz?"
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?! - wychucham.
-Boże, Meg, spokojnie - wstała i położyła mi rękę na ramieniu, ale ją odepchnęłam.
-Po tym wszystkim, co się stało? Jak mogłaś mi nie zaufać! Wiesz jaki on jest.
-Logan jest inny - powiedziała dobitnie i chciała mi przerwać, lecz jej nie pozwoliłam.
-Tak, jak wszyscy. Czy ty tego nie widzisz? On cię zrani.
-To była inna sytuacja, ty i ja...
-Dobrze, że taka sama. To też chodziło o TĄ sprawę, o te cholerstwo co mamy je na sobie.
-Jesteś ślepa, nic nie widzisz. Oceniasz, a nawet go nie znasz.
-Serio? Już gdzieś słyszałam te słowa.
Zacisnęła wargi, w jej oczach zalśniły łzy. Rozległ się grzmot.
-Nie możemy żyć przeszłością. Tamto to przeszłość. Jeśli nikomu nie zaufamy, nie będziemy mogły zapomnieć. Zranił nas obie. Skąd mogłam wiedzieć, jakie są jego intencje. To było dwa lata temu, zmieniłam się. Dorosłam Megan, dostrzegłam, że muszę to zrobić. Nie będę się chować w cieniu, w którym ty jesteś.
Spojrzałam na nią zbolałym wzrokiem, ona jednak kontynuowała:
-Boisz się, jak małe dziecko. Skrzywdzona. Nieszczęśliwa. Nie wszyscy są źli, nie wszyscy chcą cię skrzywdzić. Ale ty obracasz się w oku jednej sprawy.
-Nie rozumiesz, nie wiesz...
-Przechodziłam przesz to razem z tobą! Doskonale rozumiem. To ty nie rozumiesz. Mam jakieś chore wyobrażenie, że każdy ma cię ochotę zabić. A ja jestem dorosła. Podjęłam tą decyzje i to ja będę za nią odpowiedzialna. Przestań mnie niańczyć.
-Czyli masz już mnie dość. Tak jak wszyscy...
-Nieprawda Megan, uważam tylko...
-Skończ. Powiedziałaś co myślałaś. Zejdę ci z drogi.
Chciała mnie złapać, lecz była szybsza. Uciekłam. Zawsze uciekam, bo nie chce sprawiać kłopotów. Zostawiłam Willow, Logana wychodzącego ze sklepu, płaczącą Chloe. Pobiegłam przed siebie, w nieznajome miasto. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu.
Stanęłam przy fontannie, nie hamując łez, które mieszały się z deszczem. Moje ubranie powoli nim nasiąkało, a ludzie którzy uciekali do domów pokazywali mnie palcami. Tak jak w tych wszyscy romantycznych filmach, kiedy dziewczyna za złamanym sercem ucieka od źródła kłopotów.
Wszystko się zgadzało, tylko że to nie był film.
Potrzebowałam tylko jednej osoby. I wiedziałam kogo. Tylko nie chciałam do tego dopuścić. Schowałam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Czemu wszystko jest takie poplątane? Czemu ktoś nie może tego zrobić za mnie? Czemu Chloe miała racje?
Postawiłam pierwszy krok. Moje nogi były jak z ołowiu. Potem drugi. Zawróciłam do kafejki, ale tam już nie było Willow. Musiała wrócić z Chloe.
I bardzo dobrze.

***

Otworzył po dziesięciu sekundach, odkąd zapukałam w drzwi.
Nie spodziewał się mnie. Nawet nie próbował maskować szoku, jaki zagościł na jego twarzy. Przesunął po mnie wzrokiem, po moim mokrym ubraniu, kończąc na twarzy we łzach i mokrych włosach. Spojrzał na mnie tymi cholernie idealnymi oczami, które nie były ani niebieskie, ani zielone.
-Megan, co ty tu robisz?
-Pozwól mi się wytłumaczyć - powiedziałam drżącym, płaczliwym głosem .
Zawahał się tylko sekundę, po czym uchylił drzwi bym weszła.
Salon, kuchnia i jadalnia były w jednym pomieszczeniu o kolorystyce białej. Jednak nie czuło się żadnego chłodu, który zazwyczaj panował w takich pomieszczeniach. Wszytko razem się zgrywało, tworząc niesamowitą harmonie. Podobało mi się.
Fabian zamknął drzwi i wyjął komórkę z kieszeni.
-Ktoś wie, że tu jesteś?
Spojrzałam na niego zrezygnowana i pokręciłam głową. Chciałam się poddać, wszystko mu powiedzieć. A on zimnym, stanowczym tonem pytał się mnie o tak nieistotną rzecz. Westchnął i zaczął wystukiwać numer.
-Zadzwonię po Trudy, żeby po ciebie przyjechała.
-Nie!
Stanęłam przy nim i położyłam mu lodowatą, mokrą dłoń na ekranie telefonu, dotykając przy tym jego palców. Poczułam ich ciepło. Zawsze mówił, że powinnam nosić rękawiczki. Podniósł wzrok.
-Pozwól mi przynajmniej wszystko wyjaśnić. A potem odeślij mnie do Anubisa.
Zagryzł dolną wargę, po czym schował komórkę do kieszeni.
-Poczekaj tu chwilę.
Zniknął za drzwiami, a ja zostałam sama obejmując się ramionami. Zaczynałam odczuwać chłód i dreszcze. Po części z powodu, że moje ubrania nieznośnie ciążyły, ze spódniczki i włosów bezustannie kapała woda na podłogę a ja sama pociągałam nosem jak dziecko które obawia się kary. A po części dlatego, że miałam mu o tym wszystkim powiedzieć. Wiedziałam, że będzie trudno. I mi, i jemu. Patricia już o to zadbała.
Wrócił z białym ręcznikiem w dłoniach.
-Proszę.
Wyciągnęłam drżąca dłoń i chwyciłam puszysty materiał. Otuliłam się nim. To trochę pomogło. Kątem oka dostrzegłam, jak Fabian przeczesuje włosy palcami. Nie wiedział, jak się zachować. Ja też.
Zaprowadził mnie do stolika, przy którym prawdopodobnie jedzono. Usiadłam, a on zrobił to samo tyle że na przeciwko mnie.
-Jeśli mi nie uwierzysz, nie będę ci miała tego za złe - uprzedziłam go. Milczał. Czyli ja mam gadać, a on ma słuchać. Bosko. Zaczęłam skubać róg ręcznika - Nie chciałam zrobić nic złego. Tylko że... Byłam po trudnych przejściach. Rodzicie najpierw wysłali mnie do szkoły z internatem razem z Chloe, jednak to wciąż było za blisko. Wciąż się bałam. Gdy zobaczyli, że to nic nie dało, wysłali mnie do Liverpoolu. I tu było całkiem inaczej. Postanowiłam sobie, że zapomnę. Że będę się starała żyć jak wcześniej. I kiedy zobaczyłam, że dzieje się coś dziwnego, zrozumiałam, że to wszystko się wyjaśni, jeśli wam pomogę. Te koszmary, które dręczyły mnie od dziecka, dziwne zdarzenia, ludzie, których nie znałam, a pojawiali się znikąd i znikali. Miałam dobre intencje, nie chciałam doprowadzić do rozpadu Sibuny. Nigdy nikt nie był dla mnie taki miły. Ludzie mi współczuli, uśmiechali się... Ale to było takie sztuczne. A gdy zaczęły się te ataki, koszmary... Nie chciałam, by to tak wyglądało. By jeszcze jeden rok wypełniał ból. Raniłam wszystkich, którzy byli dla mnie mili. I wtedy pojawiła się Selene ze swoim pomysłem z zaklęciem. Eddie chyba wam wyjaśnił. Kazałam mu siedzieć cicho, nic nie mówić. Nie chciałam, by odebrali to jako akt bohaterstwa lub głupoty. Że wszystko psuje. Że próbuje zająć miejsce Niny...
Fabian drgnął. Łzy toczyły się po moich policzkach, jedna za drugą. Przestałam je ocierać. Mówiłam monotonnym, spokojnym głosem.
-Nigdy nie chciałam zająć jej miejsca, choć może na to wyglądało. Ataki ustały. Ofiara pomogła, a w zamian dostałam tą gwiazdkę. Byłam pieczęcią, jeśli bym zginęła, wszystko by przestało istnieć. Połączyłam się z domem. Ze starożytną magią, która w nim dżemie. Starałam się rozwiązać zagadkę, bo wiedziałam ,że coś jest nie tak. Moja babka chyba o tym chciała mi powiedzieć. Ale rodzice zabronili i urwali z nią kontakt. Tak przynajmniej myślę. Co nocy wracałam do tego domku, przy którym była księga. Noc w noc od nałożenia pieczęci. Dom się mną posługiwał. Ktoś śpiewał. Tam było i jest niebezpiecznie. Gdy zbliżałam się do otworzenia drzwi, budziłam się. A potem nie spałam. Powoli zaczęłam wykańczać się, psychicznie i fizycznie z braku snu. Łykałam tabletki nasenne, bo po nich nie miałam koszmarów. Nikomu nic nie powiedziałam. A miesiąc temu, Selene powiedziała, że nie mogę dopuścić się do zniszczenia księgi. A ja wiedziałam, że to prawda, że to złe zagranie. Dom też to czuł, dlatego dawał mi siłę. Popełniliśmy błąd, okropny błąd. Spaliliśmy część układanki, która była nam potrzebna. Klucz to wszystkich tajemnic. A pieczęć została zerwana. Musiałam cierpieć, by zapłacić za winę. Przodkowie byli wściekli. A potem, straciłam już wszystko. Zaufanie, nadzieje... ciebie. Zrozumiałam, że nie mam po co tu być. Wszystko ustało. Tylko wy mnie nienawidziliście. Dom odciął mi drogę. Było mi wszystko jedno. Po co miałam jeść, przebywać w waszym towarzystwie skoro tego nie chcieliście? Usunęłam się w cień, robiąc przynajmniej coś pożytecznego. Ale to było jeszcze gorsze. Nie miałam nikogo. Zostałam sama. Zrozumiałam, że zrobiłam to, do czego nie chciałam dopuścić. Skrzywdziłam osoby, które mi ufały... Możesz dzwonić po Trudy.
Fabian wpatrywał się przez całą opowieść w swoje splecione dłonie na blacie stołu. Teraz, gdy skończyłam mówić, wstał i oznajmił beznamiętnym głosem:
-Zrobię herbaty.
Patrzyłam, jak idzie do części, gdzie była kuchnia. Nie mogłam w to uwierzyć. Herbaty? Znienawidził mnie jeszcze bardziej, tyle że jest zbyt dobry i najpierw okaże fałszywe współczucie. Tylko nie to. Każde słowo, które powiedziałam, było prawdziwe. Po co miałabym kłamać?
Wstałam, a ręcznik zsunął mi się z ramion i został na oparciu. Chwiejnym krokiem podeszłam do Fabiana. Oparłam się o szafkę i spojrzałam na niego, jak nalewał wody do czajnika.
-Nie zabiłam Joy. Nie wiem, co Patricia mówiła, ale to nie była moja wina.
-Wiem.
Poczułam suchość w ustach. Nie radzę sobie.
-Błagam, nie nienawidź mnie.
Postawił czajnik na kuchence, gdzie niebieskie płomienie zaczęły podgrzewać wodę. Spojrzał na mnie. Nie mogłam zrozumieć, w co on gra. Musiałam to powiedzieć. Choćby to miało znaczyć ukrywanie się po lasach do końca szkoły. Zaczęłam mówić cicho, patrząc na niego.
-Zależy mi na tobie. Bardziej, niż na kimkolwiek innym. Nie chciałabym tego czuć, nie chce. Nie w taki sposób. Miałam szesnaście lat, ale to nadal boli. Nikomu nie zaufałam, nikomu nie mówiłam. I sądziłam, że nigdy już... po tym wszystkim, co przeszłam, nie będę w stanie czuć tego do kogoś innego.
Deszcz padał dalej, gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Podszedł do mnie, tak jak do płochliwego zwierzęcia. Nie zamierzałam uciekać.
-Czemu sądziłaś, że cię nienawidzę?
-Może przez to, co powiedziałeś w szkole?
-Nie myślałem tak. Nie w tym sensie.
-Myślałeś. I miałeś racje. Nie jestem nic warta.
Objął mnie w tali. Nie było w tym dotyku nic z tego, co znałam. Żadnej delikatności ani zahamowań. To było tak nagle. Przybliżył się do mnie i obrócił..Czułam nacisk szafki z tyłu, gdy mnie do niej przygniótł. Odnalazł ustami moje usta. Nie było w nim delikatności, tak, jakby nigdy nie istniała. Chwyciłam go za koszulę z przodu i przyciągnęłam jeszcze bliżej do siebie. Chciałam tego. Chciałam, żeby nie traktował mnie jak dziewczynki, która jest krucha. Nie byłam taka. Wsunęłam rękę w jego włosy. Nie przeszkadzało mu nawet, że moje ubranie jest mokre. Skóra piekła mnie w miejscach w których przejechał dłońmi. W piersi mi ciążyło, tak, że nie mogłam złapać tchu. Był tylko on. On i jego wygłodniałe usta. Czułam jego palce na nagiej skórze moich ud. Te palce, które z delikatnością szarpały za struny. Traciłam zmysły, nie potrafiłam trzeźwo myśleć.
W mojej głowie odezwał się stanowczy głos. Nie wolno.
Odsunęłam usta od jego ust. On zrobił to samo. W tym samym momencie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ciężko mi oddychać.
-Ty też to słyszałeś? - spytałam chrapliwym głosem, choć wiedziałam jaka będzie odpowiedz.
-Mhmm - mruknął potwierdzająco, po czym musnął jeszcze raz wargami. Przelotnie, ale i tak to wystarczyło, żebym zaczęła szybciej oddychać - Choć. Poszukamy ci czegoś suchego do przebrania.
Odsunął się i chwycił mnie za rękę, pociągając za sobą. Boże... Uczucie ciepła rozlewało się po każdej komórce mojego ciała.
Dał mi zdecydowanie zbyt duża koszulę i suszarkę do włosów. Wysuszyłam je i poszłam do salonu, gdzie czekał na mnie z herbatą. Obiecał, że wrócimy jak tylko skończy się burza. Albo gdy Jasper z żoną wrócą. Objął mnie ramieniem i przytulił. Pozwoliłam mu na to. Podkurczyłam nogi i schował twarz w jego koszuli. Pachniała tym samym, co pamiętałam. Czułam bicie jego serca, czułam się szczęśliwa. Tak, jak to powinno być.
-Cholera - mruknął po chwili i pociągnął łyk z kubka - Dlaczego tak późno?
Nie odpowiedziałam.



Macie takie boomsh na przeprosiny, bo dawno mnie nie było.
Kocham Fegan. Oni są idealni. 
Zbliżamy się do finału. I pytanie - chcecie happy end czy bad story? Bo mam już zaplanowane wszystko, ale nie koniec. Nie chce, żeby to się skończyło. Ale nie mam wyboru. Kocham pisać. Gdy pisze, mam takie ciepłe uczucie w załodku. Uwierzcie, nie chce z tym skończyć. Ale muszę. technikum, Brad i moja działalność promująca go, będzie dużo nauki, będe wracać późno do domu, bo jednak 30 km to sporo.
Boże, ta scena z Fegan >>>
Nigdy się nie całowałam, isk jak to jest, ale myślę, ze przynajmniej opis był niezły.
A co to za ' trudne przejścia' to dowiecie się pod koniec. razem z tym, kto Patricii wysłał list ze wskazówkami i co sie stało z Joy, której nie ma w studni.
Mam nadzieje, że rozdział sie podoba. Starałam się nie popełnić błędów ( ze względy na Feguś, of course) 
Mam ochote na jakieś przesłodzone romansidło, ale już w pół do 12. Nie czuję się śpiąca. I chce kogoś, kto mnie przytuli i zostanie, aż zasnę. Miło by było.
Taaa, wiem.
Dziekuje za piękne komentarze, jesteście cudowni. Naprawdę, wiele wam zawdzięczam.



 




Kocham Was, zawsze byliście przy mnie. i nie zapomnę tego
Joylitte x

Obserwatorzy