sobota, 3 maja 2014

049. Rozdział czterdziesty dziewiaty

Pierwsze słoneczne promienie zaczęły sie przebijać przez grubą warstwę burzowych chmur, kiedy razem z Fabianem wracaliśmy do domu. W powietrzu unosił się zapach deszczu, do którego powoli przywykłam.
Rutter szedł z rękami w kieszeniach marynarki, milczący i wpatrujący się w stronę lasu. Niedługo znowu zaczniemy poszukiwania, nie wiemy na jakim etapie jest Victor, co planuje i czy odkrył nasze zamiary. Od tego właśnie była Sibuna, która przez mnie praktycznie nie istniała. Chciałam dobrze, ale wszystko spieprzyłam. Zresztą, jak zwykle. Twarz chłopaka była blada i cholernie zamyślona. Spuściłam wzrok na swoje buty, które przy każdym kroku lekko zapadały się w ziemie. A może mu mogłabym zaufać?
Nie. Raz już tak myślałam, skończyło się katastrofalnie. Fabian ma dość problemów, by... Nie wolno mi.
Wbiłam paznokcie w nadgarstek, by poczuć ból. Nieco się opamiętałam. Nie wolno mi.
-Co się z tobą dzieje?
Podniosłam zawstydzony wzrok. Rutter wpatrywał się w moje ręce, zaciskające sie tak mono, że aż zbielały mi kostki.
-Martwię się o Marę... - szepnęłam cicho. Nie skłamałam, naprawdę się o nią niepokoiłam. Wybiegła za Jeromem w czasie zajęć i dotąd żadnego z nich nie widziano - Zaraz mi przejdzie.
Nie musiałam patrzeć na jego twarz, by zobaczyć, że mi nie uwierzył. I tak mu nie powiem. Zostało tylko dwa miesiące. Przypilnuje się, by nie sypnąć ani teraz ani nigdy.
Fabian przytrzymał mi drzwi, bym mogła wejść.Odwdzięczyłam sie mu smutnym uśmiechem.
-Nic jej nie będzie. Ona i Jerome... - chłopak zastanowił się - To skomplikowane.
Wiem, chciałam powiedzieć, ale ugryzłam się w policzek w samą porę. On o nas wie. Ona mu powiedziała. On wie o tym wszystkich, o tym chorym świecie.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
-Może. Ale nigdy nie opuszczała zajęć, najpierw się nie usprawiedliwiając, a ...
-Fabian?
Spojrzałam w stronę salonu, skąd dobiegło pytanie. Willow, z grubym warkoczem z tyłu i laptopem w ramionach stała i wpatrywała się w chłopaka. Zignorowała mnie. Willow mnie zignorowała. Zabolało.
-Mogłabym ci zająć pięć minut?
-Jasne - chłopak podszedł w jej stronę, do salonu. W ostatniej chwili się odwrócił do mnie, gdzie stałam jak idiotka obok schodów - Sprawdź w pokoju, może wróciła.
Kiwnęłam głową i sie odwróciłam. Rana na policzku zaczęła się zasklepiać, ale nadal czułam smak metalicznej krwi. Nienawidzę go. Nienawidzę tego, że jest dla mnie miły. Gdyby mnie nienawidził, wszystko było by prostsze.
Czekała na mnie. Siedziała na moim łóżku ubrana w miętowy sweter i czarne jeansy. Zamyślona, wpatrywała sie w swoje dłonie. Stanęłam jak wryta i cicho zapytałam:
-Maro?
Podniosła głowę. Widać było, że płakała. Ale w jej oczach było coś jeszcze. Cień szaleństwa. Po plecach przebiegły mi ciarki. Nigdy nie widziałam u kogoś takiego wzroku. Znam się na tym. Moja mama mnie nauczyła, że jeżeli chcesz poznać co naprawdę myśli człowiek to popatrz mu w oczy. A jeżeli je zamyka, patrz na nadgarstki.
-Wiem, gdzie Ona jest - szepnęła, prawie nie poruszając ustami.
-Słucham? Maro, przerażasz mnie. Co sie stało, gdzie ty...
-Studnia.
Poczułam suchość w gardle. Wracałam ta każdej nocy, od kiedy zdecydowałam sie na rytuał zapieczętowania. Ale Mara... Ona nie mogła, starałam sie o to. Oddałam część swojej duszy, by...
W mojej głowie pojawił sie obraz. Biblioteka. Głos Selene, szepczący 'Pokaże ci to, czego pragniesz najbardziej'. Wir zieleni, zapachu lasu i niewyraźnych dźwięków. Kogoś obecność.
Zacięłam dłonie.
-Zwołaj Sibunę. Niech się przebiorą w coś, co nie będzie się rzucało w oczy. Za pięć minut niech będą w salonie. Zrobimy to razem.
-Megan, o czym ty mówisz? Jaką Sibunę.
Przecież ona o niczym nie wie, skarciłam się w duchu. Trudno, stało się.
- Fabian niech znajdzie plan posiadłości. Znajdź Amber, Alfiego, Patricię i Eddiego - wyliczyłam na palcach. Chyba o nikim nie zapomniałam. Ale Mara nadal siedziała z lekko odchyloną dolną wargą, patrząc się na mnie, jakbym zwariowała. Straciłam resztki cierpliwości - Rusz się!
Jaffray szybko wstała i nadal zdziwieniem wypisanym na twarzy wyszła z pokoju. Szybko rzuciłam się do szafy. Ciemny sweter, ciemne spodnie. Włosy związałam w kucyk. Złapałam komórkę. Wszystko trwało zaledwie cztery minuty.
Ku mojemu zdziwieniu, którego nie okazałam, wszyscy się zjawili. Przebrani, kapryśni i niezadowoleni. Patrcica chciała o coś spytać, ale uciszyłam ją gestem dłoni i zwróciłam sie do Fabiana:
-Masz plan? - kiwnął głową, i już otwierał usta, lecz go uciszyłam - Nie tutaj. Musimy iść tam, gdzie nikt nas nie usłyszy.
Willow podniosła głowę znad swojego laptopa, lecz nic się nie odezwała.
Nie wiem, jak to sie stało, że wszyscy mnie posłuchali i pokornie poszli za mną, bez żadnego marudzenie. tylko Patricia rzucała w moja stronę mordercze spojrzenia, Eddie niespokojnie patrzył sie to na mnie, to na Marę, Fabian zacisnął usta w wąska linie. Tylko Alfie i Amber szli milczący na szarym końcu.
Droga do Domku Letniskowego Frobisherów nie zajęłam nam dużo czasu. Jednie nasze buty na tym ucierpiały, po kostki zamoczone w błocie. Ale to sie nie liczyło.
To Eddie otworzył drzwi. Mnie za bardzo trzęsły sie ręce. Wzięłam głęboki wdech, czując stęchliznę i weszłam do salonu. Nic się nie zmieniło, jedynie warstwa kurzu była grubsza. Spojrzałam na podłogę. Tutaj upadłam, płacząc i wrzeszcząc, gdy Louisa wtargnęła do mojego umysłu. Przy tym regale dałam jasno do zrozumienia Fabianowi, że nic pomiędzy nami nie będzie i że nie jestem Niną.
Drzwi się zatrzasnęły.
-Co ty do cholery wyprawiasz Grant? - warknęła Williamson, podchodząc w moją stronę - Nie dość, ze powiedziałaś bez NASZEJ zgody Marze o Sibunie, wyciągasz NAS tutaj to jeszcze masz głęboko gdzieś, żeby NAS poinformować, co wpadło do twojej mądrej, idealnej główki. Przestań zgrywać tają księżniczkę, bo...
-Zamknij się - powiedziałam spokojnie z kamienną twarzą, po czym odwróciłam się do Fabiana. Podał mi plan i usiadł na zakurzonej sofie, a ja obok niego. Mara nieśmiało zrobiła to są po mojej stronie. Prócz nas nikt się nie poruszył.
-Może łaskawie się ruszycie, skoro jesteśmy zespołem i pomożecie nam to rozgryźć? - warknęłam nieco nie uprzejmie. Poskutkowało,. Wszyscy zebrali się przy małym stoliczku, gdzie leżał plan - Maro?
-Wiem, gdzie jest Księga... - oznajmiła cicho. Znowu ten błysk szaleństwa.
-Skąd? - Eddie wpatrywał się z przerażeniem z dziewczynę.
-Joy - szepnęła. Czułam, jak Fabian po mojej lewej stronie drgnął - Ona jest w studni. Tej, której śniła Megan. Ta, która mnie od czasu do czasu nawiedzała w snach. Was też.
-Codziennie? - spytała Amber ze współczuciem w głosie. Kiwnęłam głową, a Mara kontynuowała:
-Jest tutaj, na terenie posiadłości. Po to nam jest plan.
Alfie nachylił sie na kawałkiem papieru.
-Jedyna studnia jest przy domu Mut, sam wrzuciłem tam parę bokserek Jeroma. Ale poza tym żadnej innej.
- Ona jest stara, prawie się rozsypuje. Może jej tam nie być zaznaczoną. Musimy pomyśleć.
Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Moje myśli galopowały szalenie wokół studni, Księgi i zieleni. Obecności... Ale tej miłej, tej, która była ciepła jak koc, jak wtedy, gdy...
Musze się opanować, nie wolno mi powiedzieć.
-Czy wy też w tym ogrodzie z huśtawkami czujecie się strasznie? - spytała Amber nieco drżącym głosem.
-Te wrażenie, jakby ktoś cię obserwował? I chciał zrobić ci krzywdę? - spytałam równie cicho. Nikt się nie odezwał. Wszyscy to czuliśmy.
-Sprawdźmy. Nie ma sensu tutaj siedzieć i zastanawiać się. Musimy coś zrobić - powiedziała zdecydowanie Patricia, wstając. Reszta zrobiła to samo. Patricia podniosła rękę do oka i szepnęła:
-Sibuna.
Reszta chórem odpowiedziała to samo. Jedynie Mara stała sama z boku, nawet na pytające i nalegające spojrzenia nie odpowiedziała. Złożyła tylko mapę i wyszła. Westchnęłam. Może kiedyś. Poczuła ciepła dłoń na ramieniu. Fabian przytulił mnie i szepnął do ucha:
-Obiecałem, ze pomogę ci jak najszybciej. Zobaczysz, wszystko sie niedługo skończy.
Nienawidzę cię, chciałam odpowiedzieć. Zamiast tego stuliłam się w niego mocniej, czując jego ciepły oddech na szyi. Tak bardzo cię nienawidzę.

***

Moje ręce krwawiły z licznych, drobnych zadrapań. Mimo to parłam do przodu dalej, przeczesują las wokół placu zabaw. Te uczucie mnie nie opuściło. Było tu, gdy po raz pierwszy się tu zapuściłam biegając, gdy byłam tu z Fabianem. I nadal tu jest. W piersi czuję uciskanie, a w głowie czerwona lampkę, by jak najszybciej stąd uciec. Jednak idę dalej, potykając się i klnąc ile mi starczy sił. I tak od dwóch godzin.
Ale czuje, że jesteśmy blisko.
Usiadłam na mokrym pniu drzewa. I tak byłam cała mokra, więc nie robiło mi to różnicy. Moje włosy zaczęły się kręcić pod wpływem wilgoci, dostałam kataru i bólu gardła. Westchnęłam cicho i schowałam twarz w lodowatych dłoniach.
Jestem Przepowiedzianą. Musze posłuchać głosu. To jest we mnie, w środku. Odblokować umysł. Oczyścić ze wszystkiego. 
Wiatr. Lekki wietrzyk, ale teraz był dla mnie jak huragan. Wstałam. A on popychał mnie do przodu. Przez konary, przez zarośla.
To straszne. Mam coraz mniej siły, by nawet oddychać. Moje dłonie są tak lodowate, że krew przestaje w nich płynąć.
Dla Sibuny.
Zobaczyłam to z daleka. Miejsce moich wędrówek nocnych, przerażającego śpiewu, zakręciło mi się w głowie. Musiałam podeprzeć się o pień drzewa by nie upaść.
Dla Sibuny.
Moje przemoczone trampki delikatnie stąpały, prowadząc mnie nie do studni, lecz to rozwalającego się domu. Ciekawość mnie paliła jak porządny łyk whisky. Tyle razy próbowałam sie tam dostać, a teraz mam okazje. Czułam obecność Selene, która złagodziła nieco ten wir. Ale nie do końca. Pokusa. Ogromna pokusa. Łzy napłynęły mi do oczu, lecz je powstrzymałam. Moja ręka zawisła na klamce.
Nie. Nie mogę.
Odskoczyłam jak oparzona. Co ja sobie wyobrażam? TO tam siedzi. Ciemność. Im szybciej stąd pójdę, tym lepiej. 
Natrafiłam nogami na brzeg studni. I to dodało mi siły.
Wrzasnęłam. Z całych siły. Z niemocy, wyrzucając z siebie te cholerne, palące uczucie. Gorzki żal i zawód. Nieprzespane noce. Wrzeszczałam, aż nie przybiegli. I gdy mnie tak znaleźli, tylko stali. Podciągnęłam nosem i raz zaszlochałam, po czym odwróciłam się ze smutną satysfakcją.
-Pierwsza. Wygrałam.
Powoli Sibuna zbliżyła się do studni i ostrożnie zaglądnęła na dół.
-Nie, to kto skacze na dół? - spytał Alfie z przerażeniem.
-Pojebało cię? - warknęła Patricia z frustracją - Louisa nie schowała by Księgi Ozyrysa na dnie studni.
-Więc jakie masz propozycje? - odgryzła się Amber, broniąc swojego chłopaka.
-Wiecie, ze lubię oglądać filmy... - powiedziałam zamyślona. Patricia prychnęła. - Nie, czekaj, myślę na głos. W jednym serialu wiadomość została schowana między kamienie studni. Zaklinaczka dusz, chyba. A że Księga jest zbyt wielka...
-To prawdopodobnie jest tak schowana, że wygląda jak kamień - dokończył za mnie Fabian. - Jesteś genialna.
Mara uklękła i zaczęła pukać w kamienie, po chwili wszyscy się do niej dołączyliśmy. To było męczące. Skostniałymi rękami próbowaliśmy wydobyć jakikolwiek dźwięk z kamienia, i słuchać, czy się różni.
To Eddie ją znalazł. Była od strony wewnętrznej studni. Wyciągnął ją, w zniszczonej okładce, tajemniczą i starą. I patrzył sie w nią zachłannym wzrokiem.
Poczułam to. Coś mruknęło. Inni też to poczuli. Lecz nikt prócz Patricii się nie poruszył, gdy Eddie chciał ją odtworzyć.
-Co ty wyprawiasz? - warknęła i przytrzymała mu dłonie.
-To nasze przeznaczenie - mruknął Eddie, mierząc ją mglistym, wywyższającym się wzrokiem. Patricia zamachnęła się i z całej siły go spoliczkowała. Księga wypadła mu z rąk, a on sam poleciał do tyłu. Williamson rzuciła się na nią i z nienawiścią wyciągnęła zapalniczkę z tylnej kieszeni.
Nie pozwól na to głos Selene obijał sie o moja czaszkę Oni nie mogą tego zrobić, zrób coś idiotko, albo to wszystko szlag trafi!
-NIE! - wrzasnęłam i rzuciłam sie na Patricię, która próbowała zapalić zapalniczkę. Zwaliłam ją z nóg i próbowałam złapać księgę, lecz ruda podstawiła mi nogę. Amber pisnęła i zakryła twarz dłońmi.
-TO CHOLERSTWO TRZEBA ZNISZCZYĆ! - Patricia odepchnęła mnie
-WY NIC NIE ROZUMIECIE! NIE MOŻEMY! - wrzasnęłam złapałam Patricię za kostkę. Kopnęła mnie wolną stopą w rękę.
-JASNA CHOLERA FABIAN, POWSTRZYMAJ TĄ WARIATKĘ!
Podniosłam się z mokrej ziemi, czując ból w prawej dłoni. To się nie liczyło. Musiałam ją uratować. Słyszałam szloch Amber. Ktoś z tyłu złapał mnie w pasie, potem zablokował moje ręce.
-Błagam, Fabian, puść mnie! My nie możemy! - zawyłam, a po moich policzkach zaczęły się toczyć łzy.
-Przepraszam Megan...
Zaczęłam się wykręcać, lecz Rutter miał mocny uścisk. Wrzeszczałam, żeby tego nie robiła, lecz Patricia mnie ignorowała. Alfie przytulił Amber, która siedziała na brzegu studni. A Eddie stal przy nas, na wypadek, gdybym się wymknęła Fabianowi. Williamson wyciągnęła zapalniczkę i pstryknęła. Niebieskawy płomień zaczął opalać róg książki. Zawyłam.
-Nie rób tego, Patricio! NIE!
-ZARAZ WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY, MEGAN USPOKÓJ SIĘ.
Fabian wydarł mi sie do ucha, lecz jego głos był ledwo słyszalny. Stanęłam bez ruchu i wpatrywałam się oczami pełnymi łez w palącą się książkę.
-To za Joy - mruknęła Patricia i rzuciła ją na ziemię.
Selene pojawiła się za nią, wpatrując się z przerażeniem nie w Księgę, tylko we mnie.
Ból, niewyobrażalny ból. Rozchodził sie z tyłu głowy, jakby ktoś przyłożył mi rozpalony pogrzebacz w miejsce znamienia. W miejcie czarnej gwiazdy. I rozszedł się po całym ciele. Wrzasnęłam. Fabian puścił mnie z przerażeniem. Osunęłam się na mokrą ściółkę.
-Co się dzieje?
-NIE DOTYKAJ JEJ! - wrzasnęła Selene, po czym dodała ciszej - Pieczęć została złamana.
-To jest niemożliwe, jej nie można złamać! - warknął Eddie, podchodząc do kobiety.
-O czym ona mówi? Eddie? - Patricia stała obok palącej sie Księgi z zapalniczką w dłoni.
-Kłamiesz!
-Wynoście się! - warknęła Selene - Natychmiast. Nie pomożecie jej.
Wszyscy z przerażeniem zaczęli się wycofywać. Prócz Fabiana.
-Nie zostawię jej samej...
Selene uśmiechnęła się bez cienia wesołości.
-Musisz. Uciekaj Strażniku. Nie pomożesz jej.
Zostałam sama. Nie miałam już siły krzyczeć, nie wydałam żadnego dźwięku. Płakałam, każdy nerw płonął niemiłosiernym bólem. Poczułam, jakby toś od dołu kręgosłupa rozcinał moja skórę razem z mięśniami i kośćmi. Aż do czteroramiennej gwiazdki. Nie wytrzymałam, wbrew mojej woli z mojego gardła dobył się krzyk, a ręka podążyła do znamienia. poczułam ciepłą, kleistą maź, tryskająca przez moje palce i cieknąca po plecach.
Nie wiem, ile to trwało. Płakałam, wrzeszczałam rozciągnięta na ziemi, aż znalazłam w sobie dość silnej woli by doczołgać się studni i o nią się oprzeć. I tak płakałam, zaciskając ręce na gwieździe, czekając aż krew przestanie płynąć. Czułam senność, lecz się jej oparłam. Nie mogę tu zostać, nie tutaj. I z każdą kolejną minuta płakałam coraz bardziej.
Zaczęło się ściemniać, gdy odzyskałam władze nad własnym ciałem i powoli odtworzyła oczy. Krew przestała się sączyć, ale łzy nadal żłobiły ślady na moich policzkach. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe w bordowej, prawie czarnej krwi. Mojej własnej. Całe plecy, spodnie też w niej były. Na studni zostały jej ślady. Podciągnęłam nosem i spojrzałam w stronę Księgi. Zażyła sie tylko nikłym blaskiem, a łagodny wiatr zaczął jeż roznosić po świcie.
Przegrałam. Game over Megan, straciłaś wszystkie życia.
Oni wszyscy już wiedzą, Eddie musiał im powiedzieć.
Zaczęłam się podnosić, kurczowo podtrzymując się studni. Zdołałam ustać na nogach a nawet iść, choć straciłam dużo krwi.
Jakaś cześć mnie wiedziała, ze ona nie jest moja. Lecz spychałam tą myśl głęboko w ciemne zakamarki umysłu. Nie mogę się poddać, mimo że przegrałam. Ironia losu.
Gdzieś tutaj płynął mały strumyczek, w którym mogłabym się umyć. Nie mogę tak wkroczyć do Anubisa. Zakończę to z godnością.
Skończę szkołę i wyjadę. Zapomnę o wszystkim. Zacznę nowe życie. Bez cieni przeszłości. Bez powodu, dlaczego tu przyjechałam. Czyste konto.
Szybko znalazłam strumyk. Łagodny szum działał tak cholernie uspokajająco. Włożyłam dłoń w lodowatą toń. Różowa smuga popłynęła z nurtem. Zamoczyłam więcej jej cześć w płytkim strumieniu. Zmyć to. Zakończyć. Zdjęłam sweter i zaczęłam się obmywać. To dziwne, że mam na to siłę.. Spuściłam włosy sklejone krzepnąca krwią i zaczęłam je szorować. Będę chora, trudno. Mniej kontaktu z ludźmi.
To koniec. Teraz liczy sie nauka. Nie bede nic czuć. Ani sie uśmiechać. I znowu płakać w bibliotece. Tak cholernie tego nie chce, lecz nie mam wyboru.
Włożyłam sweter, brudny, przestygnięty moją porażką i zdjęłam buty razem ze skarpetkami.
Czemu ja mam na to siłę?
Pod koniec podkurczyłam nogi, położyłam brodę na kolanach i czekałam na nic, kołysząc się w przód i w tył.

***

Ktoś szedł lasem. Nie uciekałam, nie miałam ochoty. Nie widziałam sensu.
Po chwili zauważyłam jasne włosy i zgrabną sylwetkę. Znałam ją. Te ramiona mnie obejmowały, wyciągały żyletkę z moich rąk, były oparciem za każdym razem.
Chloe.
Usiadła obok i nic nie mówiła. Patrzyła tylko na krew na moim swetrze, czerwony nos i policzki naznaczone płynącymi łzami. Po długim czasie otworzyła usta i powiedziała naturalnym głosem:
-Fabian mnie przysłał.
Zamknęłam oczy. Nie. Błagam, nie.
-To uczucie powróciło. To znowu się dzieje.
Po chwili płakałam jej w ramię, a ona mnie uspakajała, głaskała po włosach i szeptała, ze przejdziemy przez to razem. Znowu. 
-Megan, wiesz, że to i tak przyjdzie, choćbyś nie wiem jak...
-Ty nic nie wiesz.
Spojrzałam na jej usta, oczy, na jej twarz. Ona była ze mną, gdy wszyscy mnie zostawili. To ona była pierwsza moja przyjaciółką. Dziewczynką, która nie chciała się ze mną podzielić lizakiem. Dziewczynką, która chodziła ze mną na spacery w czasie długich przerw. Dziewczyną, z którą tańczyłam pierwszy przytulaniec. Dziewczyną, która potrafiła mnie pocieszać po nocach, gdy dzwoniłam o czwartej nad ranem.Dziewczyną, która się ze mnie nie wyśmiewała, gdy spadłam ze schodów w szkole. Tą, która jako jedyna wiedziała, co dać mi na urodziny. Tą, która się spostrzegła jako pierwsza, ze coś sie dzieje. Tą, z którą przeszłam piekło. Ona mnie wyśmiała, gdy spytałam się nad piata rano pierwszego września, czy dobrze wyglądam. Ona mnie nie zostawiła. A ja zostawiłam ją.
-Ostatnio nie byłam z tobą szczera...
Opowiadałam jej wszystko po kolei. O Sibunie, pieczęci, wyścigu pomiędzy nami a Victorem, o przodkach, o tym wszystkim, co ukrywałam. Gdy skończyłam, nie wściekała się. To była moja Chloe.
-Rozumiem, że mi nie powiedziałaś.
-Nie chciałam cię w to pakować. I tak już narobiłam ci dużo kłopotów.
-Pamiętasz, jak musiałam sie przenieść z Anubisa do Hathor? Moi rodzice powiedzieli, że jesteś niebezpieczna. Wyśmiałam ich. Powiedzieli, ze to jest coś, czego ja nie zrozumiem. Że to jest zapisane w krwi. I że będę tego wydarzenia członkiem.
Spojrzała na bliznę Łączników, jedną z trzech. Patrzyłam się nieprzytomnym wzrokiem na nurt rzeki.
-Co jest pomiędzy tobą i Fabianem?
Spojrzałam na nią umęczonym wzrokiem i odparłam szczerze:
-Nie wiem. Nie chce, żeby cokolwiek było.
-Ty nie widzisz tego, jak on na ciebie patrzy?
-Widzę - szepnęłam tak cicho, ze Chloe musiała się przybliżyć - A najgorsze jest to, ze ja się na niego patrzę tak samo.
Wzięłam kilka głębokich oddechów. Po tym, co przeszłam, myślałam, ze nie obdarzę żadnego chłopaka jakimkolwiek uczuciem prócz przyjaźni. I nie chciałam tego robić. Ja nie mogłabym... Nie mogłam.
Chloe oparła głowę na moim ramieniu.
-Fabian jest inny. Nie wmawiaj sobie...
-...że jest taki sam jak wszyscy? Jakby mi to wychodziło, nie byłoby problemu. 
Chloe tylko westchnęła.
-To już nie wróci.
Zaśmiałam się gorzko.
-Wraca za każdym razem, jak na niego patrzę. Wraca każdego wieczoru, gdy sie uczę. To ślad na całe życie.
-A ty nie pozwolisz, by nawet spróbował to zmienić?
-Nie. Za bardzo mi na nim zależy, by poznał całą prawdę. Nie chce mu dokładać kolejny kłopot. Po tym, jak silnym uczuciem darzył Ninę? Nie zrobię mu tego. Skończę szkoły i się wyniosę.
-Zapomnisz o nim? - Chloe wrzuciła patyk do strumyka.
-Najgorsze jest to, że nie będę potrafiła.
Chloe mnie objęła. Poczułam słodki zapach jej perfum. 
-Nie każ mi dzisiaj tam wracać. Po tym wszystkim nie będę mogła spojrzeć im w twarz. 
-Dzisiaj pójdziesz spać u mnie. Zadzwonię do Fabiana, żeby się nie martwił. Megan?
-Huh?
-Pomyśl o tym, że zadając sobie taki cios, ranisz także jego.
-Błagam, przestań.
-On ci wybaczy. Wybaczał za każdym razem.
-Nie wybaczy, nie ma już powodów, by mógł to zrobić.
-Ja znam jeden: on cię kocha.
To zdanie brzmiało przez całą drogę, przez gorący prysznic w domu Hathor i zapadanie w sen w mojej głowie. Tak cholernie tego nie chciałam. I nadal nie chce. Mimo to nadal czułam jego oddech na swojej skórze gdy mnie obejmował, jego śmiech w swoich uszach, niecierpliwy głos gdy nie wiedziałam, jak rozwiązać proste równanie. Spokojny wyraz twarzy, gdy grał na gitarze. Jego ramiona i uspakajający głos...
Jak ja mu spojrzę w oczy?




Touchè. I'm back.
Joylitte
xx

3 komentarze:

  1. Super opowiadanie
    Zapraszam http://img2.wikia.nocookie.net/__cb20110903090721/the-house-of-anubis/images/archive/a/aa/20130221194959!24.gif

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pomyliły mi się linki: http://mabian-really-stories.blogspot.com/

      Usuń
  2. Jejciu jak ja uwielbiam twoje opowiadania i styl pisania! Po prostu "AMAZING" < 333

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy