sobota, 17 maja 2014

050. Rozdział pięćdziesiąty

-Musze zdobyć komórkę Fabiana.
Chloe spojrzała na mnie jak na wariatkę. Wchodziłyśmy do szkoły w blasku majowego, nieznośnego słońca. Jej mundurek leżał na mnie nieźle, Bogu dziękuje, że mamy podobne rozmiary. Nie wróciłam do domu Anubisa nawet po swoja torbę. Czułam sie niepotrzebna, nie powinnam tam mieszkać. Nigdy. Ale nic nie mogę na to poradzić. Został tylko maj i czerwiec.
-Po co? - mruknęła, starając się unikać dziwnego spojrzenia Logana, gdy przechodziłyśmy obok. Wbiłam wzrok w posadzkę.
-KT nadal o niczym nie wie. Trzeba jej powiedzieć.
Chloe otworzyła szafkę, niedbale wrzucając tam książki i zatrzasnęła je. Odwróciła się do mnie, piorunując mnie wzrokiem. Wyglądała jak nadopiekuńcza matka.
-Nie uważasz, że dość zamieszałaś? Nie pakuj się więcej w to gówno. Jak ci to w ogóle wpadło do głowy?
-Selene - mruknęłam cicho, by nie usłyszała mnie Rose, która przechodziła obok  Colinem, trzymając sie za ręce. Nie kłamałam. Selene mi powiedziała, żebym to zrobiła. Każdy członek Kręgu wiedział, prócz KT. A ona nie była nie ważna. Razem tworzyliśmy całość, powinniśmy współgrać i tak dalej - Potrzebuje tylko jej numer telefonu, resztę sama załatwię.
Chloe westchnęła i wyciągnęła mały ołówek i karteczką z mundurka. Zawsze miała je przy sobie.
-Jak się nazywa?
-KT Rush. Kocham cię.
-Kochaj Lanę, bo ona to zrobi. Tylko mi kasę oddasz.
Uśmiechnęłam się na tyle, ile było mnie stać, więc wynik końcowy był raczej żałosny. Chloe uścisnęła mnie i pobiegła w stronę szatni. Zostałam sama.
Odwróciłam głowę w drugą stronę i dostrzegłam Patricię. Patrzyła sie na mnie wzrokiem tak jak... Właściwie, tego sie nie da opisać. Ale nagle poczułam się krucha, brzydka, mała i nic nie warta. Dokładnie taka byłam.
Wszyscy mnie unikali. Wszyscy, którzy widzieli, co się stało w lesie. A najbardziej bolało to, że Fabian nawet mnie nie zauważał. Traktował, jak powietrze.
I zarazem z tego najbardziej się cieszyłam. Złamałam mu serce. Znowu. Zataiłam tę najważniejszą cześć zagadki. Ale to ja poniosłam winę, choć Eddie był tam ze mną, To ja go namówiłam. To ja go zmusiłam do milczenia.
Siedziałam cicho, w ostatniej ławce. Opuszczona, sama, budząca litość i żałosna. Nic nie czując. Kompletnie nic. Wszytko się skończyło, wszytko się wypaliło. Nie cieszyłam się nawet z piątki jako propozycji z fizyki. Spuściłam tylko głowę, gdy nauczyciel czytał moje nazwisko. Chce być ignorowana. Nie pójść na bal. Choć podobno każda dziewczyna na niego zasługuje. Prócz mnie.
Wygasłam.
Podniosłam wzrok, zatopiona w myślach. Za dwie minuty dzwonek. Pani Tyler pisze numery stron, na których mamy zadanie. Za niecały tydzień matura. I koniec.
Powtarzałam, od lutego. Od tych cholernych ferii.
Ale i tak będę miała kiepski wynik. Zazwyczaj tak jest, jak mi na czymś zależy. Przykładem może być moje życie.
Dzwonek oznajmił koniec ostatniej piątkowej lekcji. Szum przy pakowaniu, skrzypienie ławek Gdy wszyscy prawie wyszli, dopiero teraz wstałam. Pani Tyler mazała tablice.
-Do widzenia.
-Do widzenia Megan. Miłego weekendu.
-Wzajemnie.
Nie będzie miły, pomyślałam gorzko. Będą powtórki, żeby zająć czymś głowę i moje myśli, by nie pałętały się wokół zakończonej sprawy. Skręciłam w stronę biblioteki.
Książki zawsze sprawiały, że znikałam ze świata żywych. Mogłam czytać od lekkich historyjek miłosnych, po grube, opasłe tomy epopei. Byle by czymś zająć oczy i umysł.
Usiadłam przy swoim stałym miejscu i uśmiechnęłam się z przyzwyczajenia do bibliotekarki. Odwzajemniła gest i znowu zatopiła się w pracy. Zrobiłam to samo.
Kułam długie wzory matematyczne i fizyczne, daty bitew, reakcje chemiczne, biologie. Przypomniałam sobie szczegółowo angielski, a potem niemiecki i francuski. Przestałam dopiero wtedy, gdy oczy zaszły mi łzami ze zmęczenia i gdy bibliotekarka wygoniła mnie z czytelni, mówiąc, że zepsuje sobie wzrok. A potem poczęstowała mnie czekoladą i powiedziała, że zdam na 100%
Gdyby to było takie łatwe.
Korytarze były całkiem wymarłe. Dźwięk moich kroków echem odbijał się od ścian, ponuro przypominając mi, że mam taka zostać do końca roku. Podciągnęłam raz nosem. Tylko raz, bo dobrze wiedziałam, że na to sobie zasłużyłam.
Ktoś chwycił mnie za ramię i pchnął na ścianę. Zaskoczona, nawet się nie obroniłam, tylko głucho walnęłam plecami o betonową ścianę. Jęknęłam cicho. Na gardle poczułam zacisk czyiś palców. Lekki, ale i tak sprawił, że mocniej zabiło mi serce. Otworzyłam oczy.
-Gdzie to jest? - warknął Simon. Poczułam zapach alkoholu.
-O czym pan mówi? - spytałam uprzejmie, choć miałam ochotę rzucić się na niego za pazurami. Zadać mu ból. By cierpiał tak jak ja w środku.
-Dobrze wiesz, ty suko. Gdzie to jest? Gdzie ta Księga?!
-Nie wiem o czym pan mówi! - powiedziałam lekko zdesperowana, bo czułam, jak jego palce zaciskają się na moim gardle.
-Ja wam pokaże. Nie jestem pijany. Ty i ta zgraja skurczysynów zniszczyliście wszystko. Gadaj!
-Proszę pana... nie mogę oddychać... ja... - czułam, jak coraz trudniej jest mi oddychać. Moje dłonie powędrowały ku górze i nieudolnie starały się odciągnąć dłonie zgłupiałego dozorcy. Ale ucisk miał mocny. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że może tak jest lepiej. Niech mnie udusi. Niech sprawi, że moje puca nie zaczerpną więcej tlenu. Niech mnie zabije. Nie będę już nic czuć. Poddałam się, a moje dłonie ześlizgnęły się z nadgarstka dozorcy.
-EJ! NIECH PAN JĄ PUŚCI!
Ucisk na mojej szyi całkowicie zelżał. Nabrałam powietrza dużymi wdechami, opierając się na ścianie i próbując się utrzymać na nogach. Nie udało się. Zjechałam na podłogowe i tam ciężko oddychałam.
Fabian kroczył przez korytarz z zaciętą miną  ku dozorcy, który pokazywał na niego wyciągniętym palcem.
-Ty! Ty też wiesz, gdzie ona jest! Jesteś z nią w zmowie.
-Co pan pieprzy? -Fabian stanął przed nim z nienawiścią w oczach.
-Wy uknuliście to! Wiem wszytko, wy wiecie. Powiem wszytko...
-.. dyrektorowi? - spytał Fabian zimnym głosem, pełnym jadu. Po czym kontynuował, ściszając głos - Dalej, droga wolna. Niech pan pójdzie i powie, że banda dzieciaków szukała starożytnej księgi. Przy okazji niech pan doda o tajnych spotkaniach z Victorem, o prześladowaniu uczniów i próbie zabójstwa uczennicy.
Czułam, jak moja szyja pulsuje. Mimo to, podniosłam wzrok na Fabiana. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego.
-To koniec. Już jej nie ma. Znaleźliśmy ją i zniszczyliśmy to cholerstwo. Wszytko skończone.
-Nie...
-Tak. Nie została z niej nawet kupka prochu. Przegraliście. Bomsh.
Dozorca cofnął się o krok, po czym wycofał się i odszedł. Rutter jeszcze długo wpatrywał sie w miejsce, gdzie Simon zniknął. Odwrócił głowę w moją stronę i spytał beznamiętnym głosem, bez emocji:
-Wszystko w porządku?
-Ja... Tak. chyba tak.
Kiwnął głową i ruszył przed siebie. Tego było dla mnie za wiele. Tylko nie jego obojętność, tylko nie to.
Dźwignęłam się na nogi.
-Fabian... Błagam cię, zostań.
-Po co? - spytał głucho. Jednak odwrócił się i spojrzał na mnie - Po co? Żebyś znowu mogła ze mnie zrobić idiotę? Fajnie sie bawiłaś?
-Fabian, to nie tak...
-A więc jak? Tak dla zabawy ukryłaś przed nami to, że zabawiłaś się w bohaterkę? Czy może chciałaś zgrywać męczennice? Patricia miała racje - mogliśmy ci nie ufać. Ukrywałaś przed nami wszytko. Pamiętnik, głupie wskazówki, wycieczki. Wszędzie się wypchałaś, nie mogłaś znieść myśli, że coś sie dzieje bez ciebie. Musiałaś, bo przecież jesteś najważniejsza.
-Nie... - pokręciłam głową. Każde jego słowo wbijało się w moje serce. Rozdzierało je na kawałki.
-Tak Megan, właśnie tak. Chciałaś udowodnić, że nie jesteś gorsza. Rozwaliłaś wszytko. Gdybyś nie przyjechała, Joy żyłaby, Harry  Lucy też. Wszystko było by idealnie. Żadnych zagadek. Ale przyjechałaś. Z tym swoim pochodzeniem, z tą swoja dumą i przekonaniem, ze jesteś najlepsza i że się nie mylisz. A ja ci głupi uwierzyłem w każde słowo.
-Przestań...
-Za każdym razem ci ufałem, dawałem szansę, prosiłem, żeby dali ci czas, bo to trudne. A ty mnie oszukiwałaś, okłamywałaś. I jeszcze żądałaś wybaczenia, bo przecież ci się należny. Nastawiłaś wszystkich przeciwko sobie, wszędzie dopatrywaliśmy sie zdrady. A nie pomyśleliśmy, żeby przestać cię brać pod uwagę. Ale byłem głupi. Myślałem, że przynajmniej dla mnie... Ty... Masz rację. Nie jesteś taka jak Nina. Nina przynajmniej była coś warta.
Odwrócił się i zaczął iść w kierunku wyjścia.
Nie, błagam Fabian, zostań ze mną.
Nie popychaj mnie do tego, nie chce znowu tego robić.
Odwróć się.
Proszę.
Czuję coś do ciebie, jeszcze nie wiem co. Błagam, nie łam mi serca, nie odchodź.
Nie niszcz tego.
Wróć.
Zniknął za zakrętem, a łzy potoczyły się po moich policzkach.

***

Sama nie wiem, jak moje nogi zaniosły mnie do szatni. Niebieskie szafki otaczały mnie ze wszystkich stron, ale ja stałam sama, żałośnie bezsilna przed ścianą i półką na niej wiszącą. Tam leżała apteczka. Chwyciłam ją i otworzyłam. Były tam plastry, ale nie tego szukałam. Po chwili w dłoni trzymałam zapakowany przedmiot i szłam w stronę pryszniców.

***

Krew spływała z mojego uda, później na biel porcelany i spływała do ścieków, razem z moim żalem, złością, smutkiem. Nie byłam głupia, nie cięłam się na nadgarstkach. Ludzie by pytali, co sie stali. A rodzicie nie byli by w stanie nawet popatrzyć. Nie, za duże ryzyko.
Miałam jak na razie trzy blizny. Małe, cienkie, i niezwykle piękne. W takim miejscu, że mogłam ubierać strój kąpielowy i nie było nic widać.
Dzisiaj dołączyła czwarta. Była nieco zbyt głęboka, ale nie szkodzi.
Siedziałam w bieliźnie w ostatniej kabinie, na białej porcelanie. Prysznice wbrew legendom u nas były zadbane i czyste.
Ręce mi się trzęsły, ale sie nie wahałam. Wiedziałam,że to pomaga, bo robiłam to wcześniej. Głupie, prawda? Ludzie wykończyli moją psychikę dużo wcześniej, ale nikt się nie połapał. Nie byłam głupia.
Nie chciałam, żeby sie ktoś o to obwiniał. Autoagresja miała pomóc tylko mi, wyłącznie mi. To był mój własny sposób, żeby sobie radzić ze wszystkim. Nie było rzucania talerzami, nie było krzyków i przekleństw. Tylko cienkie kreski, z których sączyła się krew.
Fabian miał rację, co do jednego słowa. Chciałam być kimś, wpychałam się niepotrzebnie wszędzie. Nie byłam nikomu potrzebna. Ani w Sibunia, ani w Anubisie, ani w akademiku. Mogłam zostać w swoim miasteczku. Tyle, że chciałam jeszcze raz spróbować.
I spróbowałam. Czy się zakochałam? Nie wiem, naprawdę. Wiem tylko tyle, ze zależało mi na nim. Ta złość w jego głosie. Zrozumiał, że nie powinien nigdy mi ufać. Sama nie wiem, kiedy mnie dopadło. Czy wtedy, gdy pomagał mi z algebrą? A może wcześniej, gdy podeszłam do niego i beztrosko, przekonana naiwnie że będzie lepiej, powiedziałam : Hej, jestem Megan Grant. A on odpowiedział: Fabian Rutter.
Tyle, ze to jego ramiona jako jedyne potrafiły mnie uspokoić. Tylko ja rozumiałam jego żarty geologiczne. Tylko ja nie widziałam chłopaka, dla którego najważniejsza była nauka.
Czy to chore, że w moim sercu rozlewało się przyjemne, ciepłe uczucie, gdy roześmiał się po chwili głębokiego zastanowienia. Albo gdy śpiewał po cichu, gdy razem mieliśmy dyżur w kuchni. Gdy siedzieliśmy w ziemie przy herbacie i rozmawialiśmy. Gdy grał na gitarze, zapominając o całym świecie, istniał tylko on, gitara i dźwięki, które potrafił wydobyć.
Tak, to chore.
A teraz dał i do zrozumienia, jaka naprawdę jestem. Perfidna. Kłamliwa. Oszustka. Zimna suka. Gdyby mi to ktoś inny powiedział, poczułabym się źle. Może strasznie. Ale nie to by nie popchnęło mnie do cięcia.
Prychnęłam cicho, odrywając wzrok od strumyka krwi, który płyną coraz wolniej. Przeniosłam je na żyletkę, którą trzymałam w dłoni. Srebrna, ostra, odbijająca światło jarzeniówek. Moja przyjaciółka.
I tak bym ich spotkała. Wiedziałam to. Jakieś pieprzone przeznaczenie kierowało moim losem. Miałam być dumna ze swojego pochodzenia. Roli, którą mam odegrać w bitwie, która toczy się od setek tysięcy lat.
Wielka Przepowiedziana, która ma przynieś jasność światu.
Prychnęłam.
Z Fabianem u boku. I innymi. Ale tylko on sie liczył. Ten, który był wpatrzony w Ninę, który nadal miał nadzieje, ze do niego wróci. Nie miałam mu tego za złe, wręcz przeciwnie. Szkoda, ze nie poznałam go, gdy był z Martin. Wtedy bym się nie zakochała. O ile to jest zakochanie.
Kochałam dotyk jego dłoni na swoim ciele, gdy mnie obejmował. Śmiech w moich uszach. Mruknięcia, gdy się na coś zgadzał, ale był zbyt leniwy, by powiedzieć tak. Ściąganie brwi, gdy starał się coś zrozumieć.
-Jesteś żałosna - mruknęłam do siebie - Pocięłaś się przez chłopaka.
Rzuciłam żyletką, którą obracałam w palcach. Upadła z dźwiękiem dzwonka i znieruchomiała. Poczekałam, aż krew przestanie płynąć, umyłam siebie i kabinę i ruszyłam do akademika. Na kolacje.
Było już ciemno.


~***~


Stała przed drzwiami z judaszem, nad którym wisiała tabliczka z napisem.
Jasper Choudhary.
Nie wiedziała, dlaczego jej umysł zaprowadził ją przed drzwi całkiem nieznanego człowieka. Jego nazwisko spowiła mgła w jej delikatnej pamięci. A zazwyczaj, pamiętała wszystko.
Wyciągnęła dłoń i zacisnęła ją na chłodnej, złoconej klamce. Drzwi nie stawiały oporu i otworzyły się z przyjemnym skrzypem.
Weszła do dużego pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka było widać, że to drogie mieszkanie. Salon, jadalnia i kuchnia były  w jednym pomieszczeniu, ale wszystko pasowało do siebie idealnie. Nawet drobinki kurzu unoszące się leniwie w powietrzu zdawały się być na swoim miejscu i nigdzie indziej nie pasować. Przeważała biel. To było klasyczne wnętrze z tumblra, gdzie dziewczyny przeglądały zdjęcia i rozpływały się nad nimi. A potem nieudolnie starały się urządzić swój pokój w takim samym stylu.
Z jej prawej strony, na półce, stały zdjęcia. W idealnych odstępach, w prostych ramkach. Podeszła do nich, nie słysząc swoich kroków. Nigdy ich nie słyszała. Była tylko biernym światkiem wydarzeń, które być może będą miały miejcie. Albo nie. Jej tu nie było i nie powinno być.
Spojrzała na pierwsze zdjęcie - para nowożeńców, spoglądających sobie w oczy z miłością. Ta sama para, kilka lat później z dzieckiem na rękach. A później już wiedziała, kto był tym bobasem. Z kolejnych zdjęć. Fabian w pierwszy dzień szkoły przy akademiku. Fabian przemawiający na balu, tym z okazji wystawy. Fabian i Megan ze świadectwami ukończenia liceum.
Oderwała wzrok od fotografii i skręciła w wąski korytarz, pewna, że tam właśnie musi być. Stanęła przed białymi drzwiami i uchyliła je, wchodząc do środka. Stał przy oknie, odwrócony do niej plecami, z rękami założonymi na piersi, w najzwyklejszych szarych dresach i koszulce.
Zobaczyła także ją. Siedziała w za dużej, męskiej koszuli w cienkie, biało-niebieskie paski, krucha, z rozpuszczonymi brąz włosami opadającymi na jej włosy i ramiona. Wpatrywała sie w jego plecy.
Podeszła bliżej.
Megan płakała. Z jej oczów biegły ku policzkom łzy, nieprzerwanie żłobiąc ślad. Nie miała ani gramu makijażu, na policzkach delikatne rumieńce, tak delikatne, że prawie znikły, a usta lekko odchylone. Dłonie kurczowo trzymała zaciśnięte na kolanach i oddychała równo, starając się uspokoić. Koszula zakrywała białe, krótkie spodenki.
Fabian stał z wyrazem zamyślenia zastygniętej na twarzy, ze ściągniętymi brwiami. Miał lekko zmierzwione włosy, a ona ze zaskoczeniem uznała, że lepiej mu w takich, niż w uczesanych. A minę pamiętała za czasów szkolnych. Miał taką samą, gdy myślał nad ważna sprawą i decyzja, którą miał podjąć, miała być ostateczna.
Pojęła, ze obydwoje są starsi. Może od dwa lata.
-Nie mogłam ci powiedzieć wcześniej - szepnęła Megan, nerwowo wyginając palce. Fabian nic nie odpowiedział, tylko nerwowo oblizał wargi, nie odwracając się do niej - I co teraz?
Powoli się obrócił i spojrzał na nią w taki sposób, jakiego ona jeszcze nie znała u niego.
-Zgłosimy to na policję - powiedział spokojnie.
Mimo tego, Grant głęboko zaczerpnęła powietrza i gwałtownie zaczęła kręcić głową.
-Nie możemy. Nie, nie, nie. My nie możemy.
Fabian ukucnął przy niej, kładąc swoje ręce na jej. Z jakiegoś powodu wydawało się, że idealnie tam pasują. Megan spojrzała mu głęboko w oczy, a on blado się uśmiechnął.
-Musimy.
-Nie... Wszystko, tylko nie to.
Z oczu dziewczyny zaczęło się lać coraz więcej łez.
-Posłuchaj mnie - Fabian uniósł dłoń do jej twarzy i delikatnie zaczął gładzić jej policzek - Nic nie zrobię, nie mogę. To najlepsze wyjście.
Uniósł swoje usta do jej czoła i musnął je nimi, pozwalając, by zostały tam dłużej. Nagle dotarło do niej, że nie są tylko przyjaciółmi, trzymającymi sie na dystans ze względu na Ninę.
-Nie zostawię cię - szepnął Fabian - Przejdziemy przez to razem.
Megan otworzyła przymknięte oczy i uśmiechnęła się. Smutno, pełno bólu. Swoimi brązowymi, zwykłymi oczami odnalazła jego oczy, te, które były niebieskie lub zielone, zależało to od światła. On też sie do niej uśmiechnął. Pełen troski i niepokoju. Podniosła  dłonie i ujęła jego twarz, chwilę później wolno, przybliżyła usta do jego ust. Wolną ręką objął ją w pasie.
Nagle zapragnęła, żeby ich tam nie było. Żeby zamiast nich w blasku słońca wpadającego zza okna i przebijającego sie przez mleczną firankę, byli tam oni. Ona i Jerome. O kilka lat starsi, dojrzalsi. Żeby się kochali.
Mara obudziła się z tępym pulsowaniem w skroni wśród odmętów nocy.W akademiku. W swoim pokoju i w swoim łóżku. Tym razem, widziała przyszłość.






Dojebałam z Fegan. 
Coraz mniej mam ochotę kończyć tego fanfika. Tyle osób widziało ostatni post, a skomentowały go tylko dwie. Tracę motywacje, to wszystko.
Myślę nad zakończeniem. Mam zaplanowane rozdanie świadectw, ale potem idk co zrobić z Fegan, Niną i resztą. Nie chce, żeby zakończyło sie tak jak każde inne. Czyli - to już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, Steve wszystko zjadł. 
Jezu...
Chodzi mi o to, ze nie chce, żeby szkołą sie skończyła i tyle. Wcześniej miałam plan, żeby napisać drugą część. Ale to było za popularności serialu. Teraz nikt tego nie czyta. Więc chyba przeniosę zakończenie na tą część i koniec z pisaniem. Będzie nauka, technikum, Brad, Brad i jeszcze raz Brad. Dokładnie.
Przy okazji mała informacja. Jeśli ktoś ma stronę na fb dość popularną, niech się ze mną skontaktuje. Muszę zebrać wszystkich fanów Brada w jedno miejsce, bo chcemy zacząć pokazywać, że nie zapomnieliśmy o nim, mimo że HoA sie skończyło. Jestem z niego tak cholernie dumna, kocham go bardziej od siebie. Poważnie. Więc chce, by Polska go znała.
Tutaj wszystkie linki do kont polskich o Bradzie :
https://twitter.com/BradKUpdates_PL
https://www.facebook.com/BradKUpdatesPL
http://ask.fm/BradKUpdates_PL

Liczę na was.
Fabułą tego fan fika jest żałosna. Poważnie mówię, patrząc na siebie z dystansem. Rok temu wydawało mi się, ze jest niezły. Teraz: O Boże, jak mogłam być takim pokemonem.
Tak czy siak, chce mieć z wami kontakt. Nie opuszczę was. Macie mojego twittera. Później może podam facebooka, ale idk...
Jakbyście chcieli sie skontaktować, piszcie na konta o Bradzie. Jestem na nich aktywna.
Rusza projekt na urodziny Brada. Śledźcie twittera i facebooka, bo tam będzie cały plan i co macie zrobić.
No, to chyba tyle.
Kocham Was.
PROSZĘ, SKOMENTUJ JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ. NAWET GŁUPIE 'FAJNIE'. CHCE ZOBACZYĆ, CZY KTOŚ JESZCZE ZOSTAŁ.

Bey, 



Joylitte 
xoxo

sobota, 3 maja 2014

049. Rozdział czterdziesty dziewiaty

Pierwsze słoneczne promienie zaczęły sie przebijać przez grubą warstwę burzowych chmur, kiedy razem z Fabianem wracaliśmy do domu. W powietrzu unosił się zapach deszczu, do którego powoli przywykłam.
Rutter szedł z rękami w kieszeniach marynarki, milczący i wpatrujący się w stronę lasu. Niedługo znowu zaczniemy poszukiwania, nie wiemy na jakim etapie jest Victor, co planuje i czy odkrył nasze zamiary. Od tego właśnie była Sibuna, która przez mnie praktycznie nie istniała. Chciałam dobrze, ale wszystko spieprzyłam. Zresztą, jak zwykle. Twarz chłopaka była blada i cholernie zamyślona. Spuściłam wzrok na swoje buty, które przy każdym kroku lekko zapadały się w ziemie. A może mu mogłabym zaufać?
Nie. Raz już tak myślałam, skończyło się katastrofalnie. Fabian ma dość problemów, by... Nie wolno mi.
Wbiłam paznokcie w nadgarstek, by poczuć ból. Nieco się opamiętałam. Nie wolno mi.
-Co się z tobą dzieje?
Podniosłam zawstydzony wzrok. Rutter wpatrywał się w moje ręce, zaciskające sie tak mono, że aż zbielały mi kostki.
-Martwię się o Marę... - szepnęłam cicho. Nie skłamałam, naprawdę się o nią niepokoiłam. Wybiegła za Jeromem w czasie zajęć i dotąd żadnego z nich nie widziano - Zaraz mi przejdzie.
Nie musiałam patrzeć na jego twarz, by zobaczyć, że mi nie uwierzył. I tak mu nie powiem. Zostało tylko dwa miesiące. Przypilnuje się, by nie sypnąć ani teraz ani nigdy.
Fabian przytrzymał mi drzwi, bym mogła wejść.Odwdzięczyłam sie mu smutnym uśmiechem.
-Nic jej nie będzie. Ona i Jerome... - chłopak zastanowił się - To skomplikowane.
Wiem, chciałam powiedzieć, ale ugryzłam się w policzek w samą porę. On o nas wie. Ona mu powiedziała. On wie o tym wszystkich, o tym chorym świecie.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
-Może. Ale nigdy nie opuszczała zajęć, najpierw się nie usprawiedliwiając, a ...
-Fabian?
Spojrzałam w stronę salonu, skąd dobiegło pytanie. Willow, z grubym warkoczem z tyłu i laptopem w ramionach stała i wpatrywała się w chłopaka. Zignorowała mnie. Willow mnie zignorowała. Zabolało.
-Mogłabym ci zająć pięć minut?
-Jasne - chłopak podszedł w jej stronę, do salonu. W ostatniej chwili się odwrócił do mnie, gdzie stałam jak idiotka obok schodów - Sprawdź w pokoju, może wróciła.
Kiwnęłam głową i sie odwróciłam. Rana na policzku zaczęła się zasklepiać, ale nadal czułam smak metalicznej krwi. Nienawidzę go. Nienawidzę tego, że jest dla mnie miły. Gdyby mnie nienawidził, wszystko było by prostsze.
Czekała na mnie. Siedziała na moim łóżku ubrana w miętowy sweter i czarne jeansy. Zamyślona, wpatrywała sie w swoje dłonie. Stanęłam jak wryta i cicho zapytałam:
-Maro?
Podniosła głowę. Widać było, że płakała. Ale w jej oczach było coś jeszcze. Cień szaleństwa. Po plecach przebiegły mi ciarki. Nigdy nie widziałam u kogoś takiego wzroku. Znam się na tym. Moja mama mnie nauczyła, że jeżeli chcesz poznać co naprawdę myśli człowiek to popatrz mu w oczy. A jeżeli je zamyka, patrz na nadgarstki.
-Wiem, gdzie Ona jest - szepnęła, prawie nie poruszając ustami.
-Słucham? Maro, przerażasz mnie. Co sie stało, gdzie ty...
-Studnia.
Poczułam suchość w gardle. Wracałam ta każdej nocy, od kiedy zdecydowałam sie na rytuał zapieczętowania. Ale Mara... Ona nie mogła, starałam sie o to. Oddałam część swojej duszy, by...
W mojej głowie pojawił sie obraz. Biblioteka. Głos Selene, szepczący 'Pokaże ci to, czego pragniesz najbardziej'. Wir zieleni, zapachu lasu i niewyraźnych dźwięków. Kogoś obecność.
Zacięłam dłonie.
-Zwołaj Sibunę. Niech się przebiorą w coś, co nie będzie się rzucało w oczy. Za pięć minut niech będą w salonie. Zrobimy to razem.
-Megan, o czym ty mówisz? Jaką Sibunę.
Przecież ona o niczym nie wie, skarciłam się w duchu. Trudno, stało się.
- Fabian niech znajdzie plan posiadłości. Znajdź Amber, Alfiego, Patricię i Eddiego - wyliczyłam na palcach. Chyba o nikim nie zapomniałam. Ale Mara nadal siedziała z lekko odchyloną dolną wargą, patrząc się na mnie, jakbym zwariowała. Straciłam resztki cierpliwości - Rusz się!
Jaffray szybko wstała i nadal zdziwieniem wypisanym na twarzy wyszła z pokoju. Szybko rzuciłam się do szafy. Ciemny sweter, ciemne spodnie. Włosy związałam w kucyk. Złapałam komórkę. Wszystko trwało zaledwie cztery minuty.
Ku mojemu zdziwieniu, którego nie okazałam, wszyscy się zjawili. Przebrani, kapryśni i niezadowoleni. Patrcica chciała o coś spytać, ale uciszyłam ją gestem dłoni i zwróciłam sie do Fabiana:
-Masz plan? - kiwnął głową, i już otwierał usta, lecz go uciszyłam - Nie tutaj. Musimy iść tam, gdzie nikt nas nie usłyszy.
Willow podniosła głowę znad swojego laptopa, lecz nic się nie odezwała.
Nie wiem, jak to sie stało, że wszyscy mnie posłuchali i pokornie poszli za mną, bez żadnego marudzenie. tylko Patricia rzucała w moja stronę mordercze spojrzenia, Eddie niespokojnie patrzył sie to na mnie, to na Marę, Fabian zacisnął usta w wąska linie. Tylko Alfie i Amber szli milczący na szarym końcu.
Droga do Domku Letniskowego Frobisherów nie zajęłam nam dużo czasu. Jednie nasze buty na tym ucierpiały, po kostki zamoczone w błocie. Ale to sie nie liczyło.
To Eddie otworzył drzwi. Mnie za bardzo trzęsły sie ręce. Wzięłam głęboki wdech, czując stęchliznę i weszłam do salonu. Nic się nie zmieniło, jedynie warstwa kurzu była grubsza. Spojrzałam na podłogę. Tutaj upadłam, płacząc i wrzeszcząc, gdy Louisa wtargnęła do mojego umysłu. Przy tym regale dałam jasno do zrozumienia Fabianowi, że nic pomiędzy nami nie będzie i że nie jestem Niną.
Drzwi się zatrzasnęły.
-Co ty do cholery wyprawiasz Grant? - warknęła Williamson, podchodząc w moją stronę - Nie dość, ze powiedziałaś bez NASZEJ zgody Marze o Sibunie, wyciągasz NAS tutaj to jeszcze masz głęboko gdzieś, żeby NAS poinformować, co wpadło do twojej mądrej, idealnej główki. Przestań zgrywać tają księżniczkę, bo...
-Zamknij się - powiedziałam spokojnie z kamienną twarzą, po czym odwróciłam się do Fabiana. Podał mi plan i usiadł na zakurzonej sofie, a ja obok niego. Mara nieśmiało zrobiła to są po mojej stronie. Prócz nas nikt się nie poruszył.
-Może łaskawie się ruszycie, skoro jesteśmy zespołem i pomożecie nam to rozgryźć? - warknęłam nieco nie uprzejmie. Poskutkowało,. Wszyscy zebrali się przy małym stoliczku, gdzie leżał plan - Maro?
-Wiem, gdzie jest Księga... - oznajmiła cicho. Znowu ten błysk szaleństwa.
-Skąd? - Eddie wpatrywał się z przerażeniem z dziewczynę.
-Joy - szepnęła. Czułam, jak Fabian po mojej lewej stronie drgnął - Ona jest w studni. Tej, której śniła Megan. Ta, która mnie od czasu do czasu nawiedzała w snach. Was też.
-Codziennie? - spytała Amber ze współczuciem w głosie. Kiwnęłam głową, a Mara kontynuowała:
-Jest tutaj, na terenie posiadłości. Po to nam jest plan.
Alfie nachylił sie na kawałkiem papieru.
-Jedyna studnia jest przy domu Mut, sam wrzuciłem tam parę bokserek Jeroma. Ale poza tym żadnej innej.
- Ona jest stara, prawie się rozsypuje. Może jej tam nie być zaznaczoną. Musimy pomyśleć.
Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Moje myśli galopowały szalenie wokół studni, Księgi i zieleni. Obecności... Ale tej miłej, tej, która była ciepła jak koc, jak wtedy, gdy...
Musze się opanować, nie wolno mi powiedzieć.
-Czy wy też w tym ogrodzie z huśtawkami czujecie się strasznie? - spytała Amber nieco drżącym głosem.
-Te wrażenie, jakby ktoś cię obserwował? I chciał zrobić ci krzywdę? - spytałam równie cicho. Nikt się nie odezwał. Wszyscy to czuliśmy.
-Sprawdźmy. Nie ma sensu tutaj siedzieć i zastanawiać się. Musimy coś zrobić - powiedziała zdecydowanie Patricia, wstając. Reszta zrobiła to samo. Patricia podniosła rękę do oka i szepnęła:
-Sibuna.
Reszta chórem odpowiedziała to samo. Jedynie Mara stała sama z boku, nawet na pytające i nalegające spojrzenia nie odpowiedziała. Złożyła tylko mapę i wyszła. Westchnęłam. Może kiedyś. Poczuła ciepła dłoń na ramieniu. Fabian przytulił mnie i szepnął do ucha:
-Obiecałem, ze pomogę ci jak najszybciej. Zobaczysz, wszystko sie niedługo skończy.
Nienawidzę cię, chciałam odpowiedzieć. Zamiast tego stuliłam się w niego mocniej, czując jego ciepły oddech na szyi. Tak bardzo cię nienawidzę.

***

Moje ręce krwawiły z licznych, drobnych zadrapań. Mimo to parłam do przodu dalej, przeczesują las wokół placu zabaw. Te uczucie mnie nie opuściło. Było tu, gdy po raz pierwszy się tu zapuściłam biegając, gdy byłam tu z Fabianem. I nadal tu jest. W piersi czuję uciskanie, a w głowie czerwona lampkę, by jak najszybciej stąd uciec. Jednak idę dalej, potykając się i klnąc ile mi starczy sił. I tak od dwóch godzin.
Ale czuje, że jesteśmy blisko.
Usiadłam na mokrym pniu drzewa. I tak byłam cała mokra, więc nie robiło mi to różnicy. Moje włosy zaczęły się kręcić pod wpływem wilgoci, dostałam kataru i bólu gardła. Westchnęłam cicho i schowałam twarz w lodowatych dłoniach.
Jestem Przepowiedzianą. Musze posłuchać głosu. To jest we mnie, w środku. Odblokować umysł. Oczyścić ze wszystkiego. 
Wiatr. Lekki wietrzyk, ale teraz był dla mnie jak huragan. Wstałam. A on popychał mnie do przodu. Przez konary, przez zarośla.
To straszne. Mam coraz mniej siły, by nawet oddychać. Moje dłonie są tak lodowate, że krew przestaje w nich płynąć.
Dla Sibuny.
Zobaczyłam to z daleka. Miejsce moich wędrówek nocnych, przerażającego śpiewu, zakręciło mi się w głowie. Musiałam podeprzeć się o pień drzewa by nie upaść.
Dla Sibuny.
Moje przemoczone trampki delikatnie stąpały, prowadząc mnie nie do studni, lecz to rozwalającego się domu. Ciekawość mnie paliła jak porządny łyk whisky. Tyle razy próbowałam sie tam dostać, a teraz mam okazje. Czułam obecność Selene, która złagodziła nieco ten wir. Ale nie do końca. Pokusa. Ogromna pokusa. Łzy napłynęły mi do oczu, lecz je powstrzymałam. Moja ręka zawisła na klamce.
Nie. Nie mogę.
Odskoczyłam jak oparzona. Co ja sobie wyobrażam? TO tam siedzi. Ciemność. Im szybciej stąd pójdę, tym lepiej. 
Natrafiłam nogami na brzeg studni. I to dodało mi siły.
Wrzasnęłam. Z całych siły. Z niemocy, wyrzucając z siebie te cholerne, palące uczucie. Gorzki żal i zawód. Nieprzespane noce. Wrzeszczałam, aż nie przybiegli. I gdy mnie tak znaleźli, tylko stali. Podciągnęłam nosem i raz zaszlochałam, po czym odwróciłam się ze smutną satysfakcją.
-Pierwsza. Wygrałam.
Powoli Sibuna zbliżyła się do studni i ostrożnie zaglądnęła na dół.
-Nie, to kto skacze na dół? - spytał Alfie z przerażeniem.
-Pojebało cię? - warknęła Patricia z frustracją - Louisa nie schowała by Księgi Ozyrysa na dnie studni.
-Więc jakie masz propozycje? - odgryzła się Amber, broniąc swojego chłopaka.
-Wiecie, ze lubię oglądać filmy... - powiedziałam zamyślona. Patricia prychnęła. - Nie, czekaj, myślę na głos. W jednym serialu wiadomość została schowana między kamienie studni. Zaklinaczka dusz, chyba. A że Księga jest zbyt wielka...
-To prawdopodobnie jest tak schowana, że wygląda jak kamień - dokończył za mnie Fabian. - Jesteś genialna.
Mara uklękła i zaczęła pukać w kamienie, po chwili wszyscy się do niej dołączyliśmy. To było męczące. Skostniałymi rękami próbowaliśmy wydobyć jakikolwiek dźwięk z kamienia, i słuchać, czy się różni.
To Eddie ją znalazł. Była od strony wewnętrznej studni. Wyciągnął ją, w zniszczonej okładce, tajemniczą i starą. I patrzył sie w nią zachłannym wzrokiem.
Poczułam to. Coś mruknęło. Inni też to poczuli. Lecz nikt prócz Patricii się nie poruszył, gdy Eddie chciał ją odtworzyć.
-Co ty wyprawiasz? - warknęła i przytrzymała mu dłonie.
-To nasze przeznaczenie - mruknął Eddie, mierząc ją mglistym, wywyższającym się wzrokiem. Patricia zamachnęła się i z całej siły go spoliczkowała. Księga wypadła mu z rąk, a on sam poleciał do tyłu. Williamson rzuciła się na nią i z nienawiścią wyciągnęła zapalniczkę z tylnej kieszeni.
Nie pozwól na to głos Selene obijał sie o moja czaszkę Oni nie mogą tego zrobić, zrób coś idiotko, albo to wszystko szlag trafi!
-NIE! - wrzasnęłam i rzuciłam sie na Patricię, która próbowała zapalić zapalniczkę. Zwaliłam ją z nóg i próbowałam złapać księgę, lecz ruda podstawiła mi nogę. Amber pisnęła i zakryła twarz dłońmi.
-TO CHOLERSTWO TRZEBA ZNISZCZYĆ! - Patricia odepchnęła mnie
-WY NIC NIE ROZUMIECIE! NIE MOŻEMY! - wrzasnęłam złapałam Patricię za kostkę. Kopnęła mnie wolną stopą w rękę.
-JASNA CHOLERA FABIAN, POWSTRZYMAJ TĄ WARIATKĘ!
Podniosłam się z mokrej ziemi, czując ból w prawej dłoni. To się nie liczyło. Musiałam ją uratować. Słyszałam szloch Amber. Ktoś z tyłu złapał mnie w pasie, potem zablokował moje ręce.
-Błagam, Fabian, puść mnie! My nie możemy! - zawyłam, a po moich policzkach zaczęły się toczyć łzy.
-Przepraszam Megan...
Zaczęłam się wykręcać, lecz Rutter miał mocny uścisk. Wrzeszczałam, żeby tego nie robiła, lecz Patricia mnie ignorowała. Alfie przytulił Amber, która siedziała na brzegu studni. A Eddie stal przy nas, na wypadek, gdybym się wymknęła Fabianowi. Williamson wyciągnęła zapalniczkę i pstryknęła. Niebieskawy płomień zaczął opalać róg książki. Zawyłam.
-Nie rób tego, Patricio! NIE!
-ZARAZ WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY, MEGAN USPOKÓJ SIĘ.
Fabian wydarł mi sie do ucha, lecz jego głos był ledwo słyszalny. Stanęłam bez ruchu i wpatrywałam się oczami pełnymi łez w palącą się książkę.
-To za Joy - mruknęła Patricia i rzuciła ją na ziemię.
Selene pojawiła się za nią, wpatrując się z przerażeniem nie w Księgę, tylko we mnie.
Ból, niewyobrażalny ból. Rozchodził sie z tyłu głowy, jakby ktoś przyłożył mi rozpalony pogrzebacz w miejsce znamienia. W miejcie czarnej gwiazdy. I rozszedł się po całym ciele. Wrzasnęłam. Fabian puścił mnie z przerażeniem. Osunęłam się na mokrą ściółkę.
-Co się dzieje?
-NIE DOTYKAJ JEJ! - wrzasnęła Selene, po czym dodała ciszej - Pieczęć została złamana.
-To jest niemożliwe, jej nie można złamać! - warknął Eddie, podchodząc do kobiety.
-O czym ona mówi? Eddie? - Patricia stała obok palącej sie Księgi z zapalniczką w dłoni.
-Kłamiesz!
-Wynoście się! - warknęła Selene - Natychmiast. Nie pomożecie jej.
Wszyscy z przerażeniem zaczęli się wycofywać. Prócz Fabiana.
-Nie zostawię jej samej...
Selene uśmiechnęła się bez cienia wesołości.
-Musisz. Uciekaj Strażniku. Nie pomożesz jej.
Zostałam sama. Nie miałam już siły krzyczeć, nie wydałam żadnego dźwięku. Płakałam, każdy nerw płonął niemiłosiernym bólem. Poczułam, jakby toś od dołu kręgosłupa rozcinał moja skórę razem z mięśniami i kośćmi. Aż do czteroramiennej gwiazdki. Nie wytrzymałam, wbrew mojej woli z mojego gardła dobył się krzyk, a ręka podążyła do znamienia. poczułam ciepłą, kleistą maź, tryskająca przez moje palce i cieknąca po plecach.
Nie wiem, ile to trwało. Płakałam, wrzeszczałam rozciągnięta na ziemi, aż znalazłam w sobie dość silnej woli by doczołgać się studni i o nią się oprzeć. I tak płakałam, zaciskając ręce na gwieździe, czekając aż krew przestanie płynąć. Czułam senność, lecz się jej oparłam. Nie mogę tu zostać, nie tutaj. I z każdą kolejną minuta płakałam coraz bardziej.
Zaczęło się ściemniać, gdy odzyskałam władze nad własnym ciałem i powoli odtworzyła oczy. Krew przestała się sączyć, ale łzy nadal żłobiły ślady na moich policzkach. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe w bordowej, prawie czarnej krwi. Mojej własnej. Całe plecy, spodnie też w niej były. Na studni zostały jej ślady. Podciągnęłam nosem i spojrzałam w stronę Księgi. Zażyła sie tylko nikłym blaskiem, a łagodny wiatr zaczął jeż roznosić po świcie.
Przegrałam. Game over Megan, straciłaś wszystkie życia.
Oni wszyscy już wiedzą, Eddie musiał im powiedzieć.
Zaczęłam się podnosić, kurczowo podtrzymując się studni. Zdołałam ustać na nogach a nawet iść, choć straciłam dużo krwi.
Jakaś cześć mnie wiedziała, ze ona nie jest moja. Lecz spychałam tą myśl głęboko w ciemne zakamarki umysłu. Nie mogę się poddać, mimo że przegrałam. Ironia losu.
Gdzieś tutaj płynął mały strumyczek, w którym mogłabym się umyć. Nie mogę tak wkroczyć do Anubisa. Zakończę to z godnością.
Skończę szkołę i wyjadę. Zapomnę o wszystkim. Zacznę nowe życie. Bez cieni przeszłości. Bez powodu, dlaczego tu przyjechałam. Czyste konto.
Szybko znalazłam strumyk. Łagodny szum działał tak cholernie uspokajająco. Włożyłam dłoń w lodowatą toń. Różowa smuga popłynęła z nurtem. Zamoczyłam więcej jej cześć w płytkim strumieniu. Zmyć to. Zakończyć. Zdjęłam sweter i zaczęłam się obmywać. To dziwne, że mam na to siłę.. Spuściłam włosy sklejone krzepnąca krwią i zaczęłam je szorować. Będę chora, trudno. Mniej kontaktu z ludźmi.
To koniec. Teraz liczy sie nauka. Nie bede nic czuć. Ani sie uśmiechać. I znowu płakać w bibliotece. Tak cholernie tego nie chce, lecz nie mam wyboru.
Włożyłam sweter, brudny, przestygnięty moją porażką i zdjęłam buty razem ze skarpetkami.
Czemu ja mam na to siłę?
Pod koniec podkurczyłam nogi, położyłam brodę na kolanach i czekałam na nic, kołysząc się w przód i w tył.

***

Ktoś szedł lasem. Nie uciekałam, nie miałam ochoty. Nie widziałam sensu.
Po chwili zauważyłam jasne włosy i zgrabną sylwetkę. Znałam ją. Te ramiona mnie obejmowały, wyciągały żyletkę z moich rąk, były oparciem za każdym razem.
Chloe.
Usiadła obok i nic nie mówiła. Patrzyła tylko na krew na moim swetrze, czerwony nos i policzki naznaczone płynącymi łzami. Po długim czasie otworzyła usta i powiedziała naturalnym głosem:
-Fabian mnie przysłał.
Zamknęłam oczy. Nie. Błagam, nie.
-To uczucie powróciło. To znowu się dzieje.
Po chwili płakałam jej w ramię, a ona mnie uspakajała, głaskała po włosach i szeptała, ze przejdziemy przez to razem. Znowu. 
-Megan, wiesz, że to i tak przyjdzie, choćbyś nie wiem jak...
-Ty nic nie wiesz.
Spojrzałam na jej usta, oczy, na jej twarz. Ona była ze mną, gdy wszyscy mnie zostawili. To ona była pierwsza moja przyjaciółką. Dziewczynką, która nie chciała się ze mną podzielić lizakiem. Dziewczynką, która chodziła ze mną na spacery w czasie długich przerw. Dziewczyną, z którą tańczyłam pierwszy przytulaniec. Dziewczyną, która potrafiła mnie pocieszać po nocach, gdy dzwoniłam o czwartej nad ranem.Dziewczyną, która się ze mnie nie wyśmiewała, gdy spadłam ze schodów w szkole. Tą, która jako jedyna wiedziała, co dać mi na urodziny. Tą, która się spostrzegła jako pierwsza, ze coś sie dzieje. Tą, z którą przeszłam piekło. Ona mnie wyśmiała, gdy spytałam się nad piata rano pierwszego września, czy dobrze wyglądam. Ona mnie nie zostawiła. A ja zostawiłam ją.
-Ostatnio nie byłam z tobą szczera...
Opowiadałam jej wszystko po kolei. O Sibunie, pieczęci, wyścigu pomiędzy nami a Victorem, o przodkach, o tym wszystkim, co ukrywałam. Gdy skończyłam, nie wściekała się. To była moja Chloe.
-Rozumiem, że mi nie powiedziałaś.
-Nie chciałam cię w to pakować. I tak już narobiłam ci dużo kłopotów.
-Pamiętasz, jak musiałam sie przenieść z Anubisa do Hathor? Moi rodzice powiedzieli, że jesteś niebezpieczna. Wyśmiałam ich. Powiedzieli, ze to jest coś, czego ja nie zrozumiem. Że to jest zapisane w krwi. I że będę tego wydarzenia członkiem.
Spojrzała na bliznę Łączników, jedną z trzech. Patrzyłam się nieprzytomnym wzrokiem na nurt rzeki.
-Co jest pomiędzy tobą i Fabianem?
Spojrzałam na nią umęczonym wzrokiem i odparłam szczerze:
-Nie wiem. Nie chce, żeby cokolwiek było.
-Ty nie widzisz tego, jak on na ciebie patrzy?
-Widzę - szepnęłam tak cicho, ze Chloe musiała się przybliżyć - A najgorsze jest to, ze ja się na niego patrzę tak samo.
Wzięłam kilka głębokich oddechów. Po tym, co przeszłam, myślałam, ze nie obdarzę żadnego chłopaka jakimkolwiek uczuciem prócz przyjaźni. I nie chciałam tego robić. Ja nie mogłabym... Nie mogłam.
Chloe oparła głowę na moim ramieniu.
-Fabian jest inny. Nie wmawiaj sobie...
-...że jest taki sam jak wszyscy? Jakby mi to wychodziło, nie byłoby problemu. 
Chloe tylko westchnęła.
-To już nie wróci.
Zaśmiałam się gorzko.
-Wraca za każdym razem, jak na niego patrzę. Wraca każdego wieczoru, gdy sie uczę. To ślad na całe życie.
-A ty nie pozwolisz, by nawet spróbował to zmienić?
-Nie. Za bardzo mi na nim zależy, by poznał całą prawdę. Nie chce mu dokładać kolejny kłopot. Po tym, jak silnym uczuciem darzył Ninę? Nie zrobię mu tego. Skończę szkoły i się wyniosę.
-Zapomnisz o nim? - Chloe wrzuciła patyk do strumyka.
-Najgorsze jest to, że nie będę potrafiła.
Chloe mnie objęła. Poczułam słodki zapach jej perfum. 
-Nie każ mi dzisiaj tam wracać. Po tym wszystkim nie będę mogła spojrzeć im w twarz. 
-Dzisiaj pójdziesz spać u mnie. Zadzwonię do Fabiana, żeby się nie martwił. Megan?
-Huh?
-Pomyśl o tym, że zadając sobie taki cios, ranisz także jego.
-Błagam, przestań.
-On ci wybaczy. Wybaczał za każdym razem.
-Nie wybaczy, nie ma już powodów, by mógł to zrobić.
-Ja znam jeden: on cię kocha.
To zdanie brzmiało przez całą drogę, przez gorący prysznic w domu Hathor i zapadanie w sen w mojej głowie. Tak cholernie tego nie chciałam. I nadal nie chce. Mimo to nadal czułam jego oddech na swojej skórze gdy mnie obejmował, jego śmiech w swoich uszach, niecierpliwy głos gdy nie wiedziałam, jak rozwiązać proste równanie. Spokojny wyraz twarzy, gdy grał na gitarze. Jego ramiona i uspakajający głos...
Jak ja mu spojrzę w oczy?




Touchè. I'm back.
Joylitte
xx

Obserwatorzy