czwartek, 20 marca 2014

048. Rozdział czterdziesty ósmy

W ciągu tygodnia wszystko sie zmieniło.
I nie mówię tutaj tylko o pogodzie, która zrobiła nam wszystkim psikusa i teraz dzień w dzień są burze. I to z piorunami. Nie ma nawet internetu, gdy porządnie się rozpada, a z prądem też nie jest za ciekawie. Gdyby ktoś zapragnął teraz napaść na naszą szkołę i urządzić krwawą imprezę, było by jak w horrorze. Młodzi ludzie, seryjny morderca, szkoła odcięta od świata, nie można im pomóc. W sumie, znalazłam się w takiej sytuacji - nie można mi pomóc.
Na próżno siedziałam z Fabianem w bibliotece, dyskutowałam z Marą, czemu akurat ja widzę umarlaki, skora ona jest Wyrocznią. Odkrywczo zasugerowała, że to może być część tej głupiej przepowiedni, jeżeli taka istnieje.
Jest czwartek. Siedzę na kanapie na lekcji teatralnej i patrzę na szybkę, jak krople deszczu ścigają się i mknął, zanim sie połączą. Gryzę ołówek i próbuje znaleźć rozwiązanie. Wiem, że jestem cholernie blisko. Ta Księga tam gdzieś jest, a my musimy ją znaleźć i prawdopodobnie zniszczyć. Nie zwracam uwagi na to, co się dzieje na scenie, na to jak Mara i Jerome odgrywają Hamleta. Dobrze im idzie, więc czemu mam sie na nich gapić i dodatkowo stresować. Muszę znaleźć to rozwiązanie. Muszę.
Odwracam głowę i widzę profil Fabiana, wpatrującego się scenę. On też nie uważa. Przejął się tym, co zobaczyłam w nocy tydzień temu. Pewnie dlatego, ze zobaczyłam jego przyjaciółkę, z którą był blisko od dzieciństwa.
A co do przyjaciół z dzieciństwa. Ja i Rose staramy się być dla siebie miłe, choć pierwsze wrażenie i niechęć nam to utrudniają. Fabian pogadał ze mną na jej temat. Tak szczerze od serca. Nigdy tak ze mną nie rozmawiał, zwykle to ja zwierzałam się mu co mnie dręczy ( moje życie to ruina, tak na marginesie). I zrozumiałam Rose. Nie tyle, ze polubiłam i teraz będziemy best friends forever, będziemy sobie pożyczać ciuchy i tak dalej. Po prostu ją zrozumiałam. To wszystko.
Gryząc zawzięcie ołówek, który jest moja miłością numer dwa, zaraz po słoiku z dżemem truskawkowym, uświadomiłam sobie, że niedługo egzaminy. Zakończenie szkoły. Studniówka. I nasze drogi sie rozejdą. Ja pewnie gdzieś wyjadę, żeby od tego wszystkiego uciec, a on zostanie tutaj, w Liverpoolu.
Nigdy nie miałam takiej osoby. Nawet Chloe, która zna moje sekrety, Chloe, która wie, czemu płacze po nocach albo uciekam do biblioteki nigdy nie będzie taka jak Fabian. Fabian jest inny.
Cholera, ale się zmieniłam.
-Joy chyba się teraz w grobie przewraca! - wrzasnął Sam, chłopak, który na naprawdę poprzewracanie w głowie. Zrobiło mi sie słabo, odłożyłam na bok ołówek który zawzięcie przed sekundą gryzłam. Miałam ochotę zwymiotować na dywan, przed oczami stanęła mi twarz Joy. Tej Joy, którą widziałam tydzień temu.
-Megan? - Fabian złapał mnie za rękę - Dobrze się czujesz?
pokręciłam głową. Kątem oka spostrzegłam, że Jerome wybiega z sali, a Mara wołając go biegnie za nim. Pani Taylor karci Sama i wyprowadza z sali, ale mdłości nadal nie ustają. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Ramie Fabiana mnie obejmuję i delikatnie podnosi z kanapy. Nie opieram się.

***

-Jerome!
Mara biegła za nim, nawet wtedy, kiedy wypadł ze szkoły i pomknął w deszcz. Jaffray poczuła, jak jej ubranie przemaka, a woda skleja jej włosy. W końcu Jerome sie zatrzymał i schował twarz w dłoniach. Mara przełknęła ślinę i zatrzymała się kilka metrów za nim.
- Jerome?
-Idź stąd. Proszę.
-Nie.
Jaffray podeszła do niego i zacisnęła dłonie na jego nadgarstkach. Deszcz spływał po nich, gdzieś w oddali ryknął grzmot. Dziewczyna czuła łomotanie własnego serca, czuła, jak jej serce w tej chwili rozpada sie na milion kawałeczków. Kochała go. Bardzo mocno go kochała. I nie mogła patrzeć na niego, gdy był w takim stanie. Ale największym problemem było to, ze on już nic do niej nie czuł. Nadal obdarzał jakimś uczuciem Joy, która odeszła i nigdy nie wróci. Kok na czubku jej głowy nasiąknął i ciążył jej. Ale to nie było ważne.
-Przepraszam Maro.
Osunął sie na kolana. Mara zdusiła w sobie szloch i usiadła na mokrej trafie, czując jej chłód. Deszcz nadal padał, choć już nie tak intensywnie jak na początku lekcji.
-Za co przepraszasz Jerome? Przecież to nie twoja wina... Joy...
-Boże, Maro nie o to chodzi. Ty tego nie widzisz?
Rozchyliła wargi, ale je zamknęła. Pasma jego włosów przykleiły się do jego czoła. Koszula była cała przemoknięta. Tylko w jego oczach był błysk, gdy do niej mówił.
-Nie powinienem tego czuć, co czuję do ciebie. To nie jest normalne. Nienawidzę siebie za to. I wiem, że to cię krzywdzi, co jest dodatkowym powodem, żebym chciał zniknąć
-Jerome, o czym ty... - Mara ukucnęła obok niego.
-Kocham cię. Zawsze kochałem...
Głos miał zachrypnięty. Mara pochyliła się ku niemu, jak drzewo o gałęziach ciężkich od śniegu. Czuła wielką tęsknotę. Miała wrażenie, że w jej wnętrzu ziele straszliwa pustka. Widziała najdrobniejsze szczegóły: słabe niebieskie lśnienie pod na wpół zamkniętymi powiekami Jeroma, posklejane włosy na czole, mała bliznę nad lewą brwią, a przede wszystkim jego usta, ich półksiężycowy kształt, niewielkie w głębienie w dolnej wardze. Kiedy się nachylił i musną nimi jej wargi, objęła go, jakby bała się utonąć.
Przez chwilę ich usta przywierały do siebie. Wolną rękę Jerome wplódł w jej włosy. Mara głośno wciągnęła powietrze, kiedy ją objął. Czuła, jak strugi deszczu płyną jej po plecach. Położyła lekko dłonie na jego karku. Skóra Jeroma aż parzyła. Jego palce odnalazły klamerkę do włosów i ja pociągnęły. Włosy rozsypały się po jej ramionach, mokre tak jak wszytko inne. Nagle, bez ostrzeżenia, Jerome odepchnął ją od siebie tak mocno, że omal nie przewróciła się do tyłu. Niezdarnie oparła się rękami o ziemię za sobą. Siedziała z włosami otaczającymi je ją jak kurtyna i parzyła na niego ze zdumieniem. On szybko wstał i popatrzył na nią w dziwny sposób. Nie potrafiła rozczytać tego błysku w jego oczach.
-Przepraszam...
-Jerome, ale...
-Nic nie rozumiesz. Daj mi spokój.
Odwrócił się i pobiegł przed siebie. Mara patrzyła na jego zamazujące się plecy. jej twarz była mokra. Nie wiedziała, czy od deszczu, czy od łez.

***

-Lepiej ci?
Kiwnęłam głową trzymając w dłoni plastikowy kubek z wodą, którą nalał mi Fabian. On sam stał oparty o ścianę, wpatrzony w okno. Czułam chłód ściany i posadzki na której siedziałam, ale nie przeszkadzało mi to. Działało to na mnie kojąco.
-Chce, żeby to się skończyło... - szepnęłam, gdy Fabian usiadł koło mnie.
-Ja też. Niedługo znajdziemy rozwiązanie, obiecuje.
Położyłam głowę na jego ramieniu i westchnęłam.
-Czemu tylko ja z naszej szóstki sie tak czuję? - Fabian nie odpowiedział, tylko przymknął oczy - Myślisz, że faktycznie jestem w ciąży?
Mimo, że nie widziałam jego twarzy, wiedziałam, że się uśmiechnął.
-Tak Megan, to na pewno ciąża.
-Super. Jeżeli to będzie syn, nazwę go Fabian. A jeżeli córeczka to będzie Susan.
Roześmiał się. Ulżyło mi, dawno nie słyszałam jego śmiechu. Ale nie zapomniałam jego brzmienia.
-Obiecujesz? - spytał, spojrzawszy na mnie.
-Tak. Na wieki wieków...
-... amen. - dokończył.

***

Mara zrzuciła z siebie mokre ubranie i weszła pod gorący strumień wody. Nie czuła nic. Wydawało się, że jej serce nie bije. Z jej oczu lały się łzy, chociaż starała sie je powstrzymać. Nie potrafiła. To było tak cholernie naturalne, tak jak to, że miała pięć palców u ręki. Myślała, ze nikt bardziej nie może ją zranić.
Myliła się.
Wolała, by to nigdy się nie wydarzyło. Wolałaby, by dzisiaj świeciło słońce i był poniedziałek. Wolałaby zjeść na śniadanie naleśniki a nie jajecznicę. Wolałaby nigdy go nie spotkać, nigdy nie dostać się do szkoły, nigdy tu nie przyjechać. Wolałaby nie istnieć.
Już nie chce mieć w tym nic wspólnego. Z tym Kręgiem, choć to jej obowiązek, jak powiedziała Selene. Megan nie była jedyną osobą, z którą duch się kontaktował. Pomagała jej odnaleźć swoje umiejętności w w sobie, zrozumieć co dzieje się w środku jej. I zrozumiała, tyle że za późno.
Teraz wszytko runęło. To, co pracowała przez ostatnie miesiące, jej umiejętności zniknęły. Nie czuła sobie siły, która jej towarzyszyła. Znikło. Była pusta.
Nalała sobie na otwartą dłoń szamponu. Pachniał pomarańczami. Nałożyła go na włosy i powoli myła głowę, czując, jak szampon pieni jej się pod palcami.
Myliła się.
Zostało dwa miesiące szkoły. W tym egzaminy. I koniec. Tyle, wszystko skończone. Pójdzie swoja ścieżką.
Wyjedzie, by zapomnieć. Najlepiej znowu do Włoszech, tam poznała kilku ludzi. Mogłaby...
Ale i tak o nim nie zapomni. To chore, to co czuła.
Jej płyn pod prysznic też pachniał pomarańczami. Kiedyś to ja uspakajało. Teraz zapach sprawiał, ze robiło się jej niedobrze.
Tyle czasu upłynęło, zanim podniosła się z ziemi i chwiejnym krokiem poszła do domu. Ale wspomnienia były wyraźne. Potknęła się i upadła, szlochając. Nikt nie pomógł jej wstać. Została sama.
A przedtem jego ciepłe ramiona obejmowały ją i zdawało się, że ochronią ja przed złem całego świata. A potem ą odepchnęły, krzywdząc prawie tak mocno jak patrzenie na jego smutną twarz.
Niebieskie tęczówki koloru nieba, spoglądające na nią z radością, gdy proces jego ojca dobrze się zakończył. Zimne, pozbawione uczuć oczy patrzące na nią z góry.
Usta, które całowała, mówiące, że jej nienawidzi i nie chce znać.
Ciepła woda zaczęła zmywać z niej całą pianę, rozkosznie masując jej plecy, biodra, nogi...
Kiedyś myślała, że to wszytko jest proste. Że życie, to tylko wzory z książek, ze one dają rozwiazanie. Nie wierzyła w Boga. Dla niej nie istniał, jej rodzice też nie byli katolikami. Jeżeli istniała jakaś wyższa sił i nas stworzyła, to On musiał być okrutny, dając nam uczucia które można łatwo zranić.
Nie chciała nic czuć. Zasnąć. I tak trwać. Lub mieć życie jak w książce. Wszystko zaplanowano.
Jej życie zaplanowano przed kilkoma wiekami. Zanim ktokolwiek podejrzewał, że Imperium Rzymskie kiedykolwiek upadnie.
Pięć dzieci gwiazd, by chronić dziecko boże. Pięć dzieci gwiazd, by chronić przed Ciemnością. Pięć dzieci gwiazd, by kochać i tym samym niszczyć. Dwoje, by wszytko naprawić bądź zaprzepaścić.


***

Troje, by żyć i bronić uciśnionych. Jedna, by przetrwać i być zapamiętana. By rządzić przy boku Ra i Ozyrysa, gdy nastanie upragniona Światłość przez wszystkie narody. Troje, by pilnować porządku i niszczyć złe duchy. Sześcioro, by stać na Straży przy boku Wybranej, gdy dzień nadejdzie. Jedna, by wszytko zakończyć. Pięć gwiazd, by stać się jednością z bożym dzieckiem. Szóstka, by zaznać spokój. rójka, by cienie nie opanowały światła. Jedna, która jest kluczem.
Patricia ugryzła zielony ołówek i położyła nogi na stole. Rozwiązała to, sama i bez pomocy innych. Bez książek Fabiana, bez umysłu Megan i Mary, bez głupich rad Amber, bez zrytego poczucia humoru Alfiego. Bez Eddiego, który powinien być przy niej.
Wszyscy oleją to, co sie liczy. Wszyscy. Ona ma cel.
Tyle tyko, czy podzieli się swoim odkryciem z Sibuną. Ale Sibuny praktycznie nie ma. Zniknęła. Ta magia, która im towarzyszyła w rozwiązaniu zagadek, w odkryciach zniknęła. I wszystkiemu była winna Megan.
Megan, która zajęła miejsce Joy w Sibunie. Megan, która psuła ich relacje. Megan, która omamiła Fabian i Marę, a potem łamała im serca a oni i tak wracali. Megan, która pozbyła się Sibuny. Megan, rozpieszczona księżniczka.
To przez nią to sie stało.
To przez nią Victor zerka na nią codziennie rano i wieczorem, kontroluje jej ruchy. Ona to widzi i zręcznie ukrywa. Znajdzie tą Księgę Ozyrysa pierwsza.
Egoistyczne? Nie, choć wam sie tak wydaje. Zniszczy to, co psuje wszystko i naprawi swój świat. To niej egoistyczne. To nazywa się miłością, choć trudno to zrozumieć, prawda? Trudno zrozumieć, że każdy człowiek boi sie zmian, że każdy się do kogoś przywiązuje. Joy. Chciała odzyskać Fabiana, chciała być znowu jego przyjaciółką. Ale nie. Joy chce odbić Fabiana Ninię, zranić biedna Martin. Joy chce zniszczyć ich związek bo jest samolubna. Joy chce mieć znowu przyjaciół tak jak przedtem, ale nikt już jej nie chce. Niech lepiej zniknie.
I zniknęła. Fabian już jej nie pamięta, ma Megan. Taka prawda. Megan wszytko zniszczyła.
Co było na początku roku gdy zgrywała księżniczkę i olała Fabiana, który wrócił do niej na kolanach? Zabrała sobie Eddiego, by nie być samotna. I zrobili coś, a ona nie wie co. Ale to zmieniło Eddiego.
A Patricia chce go odzyskać, nie widzieć troski w jego oczach. Nie wiedzieć w nich nic poza swoim odbiciem. Tak jak kiedyś...
Zacisnęła pięści, mną kartkę z rozwiązaniem hieroglifów. Nie powie im.
Włożyła papier do kieszeni marynarki i zacisnęła oczy.
Odzyska to, co straciła.

***

Jaffray tuliła sie miękkim, białym ręcznikiem i spojrzała w lustro. Widziała dziewczynę o opuszczonych końcówkach ust, z intensywnie brązowymi oczami i czarnymi włosami, które były mokre. To była ona. Ta ona, której nie chciała znać. Ta, którą ukrywała przed światem.
Odwróciła wzrok, który padł na kupkę mokrego mundurka. Schyliła się i bezceremonialnie ją podniosła, po czym wepchnęła do kosza z brudnymi rzeczami.
Cicho pobiegła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Nie poznawała go. Większość rzeczy Willow znikła, przynajmniej ta hipisowska część. Teraz dziewczyna trzyma na półkach mnóstwo poradników o kręceniu i sklejaniu filmów. Postanowiła zająć się czymś poważnym i zaczęła sklejać materiały na film o życiu w Anubisie. Jego najgorszym roku.
Mara podeszła do swojej szafy trzymają ręcznik w jednej dłoni by sie nie ześlizgnął. tworzyła drzwiczki szukając czegoś ciepłego. Kilka mundurków, sweterki, grzeczne spódniczki. I sukienka Megan. Jaffray pogładziła kwiecisty materiał, zapewne jeszcze pachnący jej perfumami. Pamiętała tamten dzień. Meg wpadła do jej pokoju by ukryć swoja ulubioną sukienkę przed Amber, która uważała ze jest za bardzo dziecinna. I już po nią nie wróciła.
Gdyby Mara miała czym płakać, na pewno po jej policzku stoczyłaby się łza.
Był tez sweter Jeroma z napisem 'OXFORD', za duży nawet na niego. Mara wyjęła go z szafy i ubrała. Poczuła jego zapach. Nadal był dla niej podporą, choć przez niego cierpi. Chloe kiedyś powiedziała że im piękniejsza była miłość, tym dłuższe będzie cierpienie, kiedy ta miłość się skończy. Tylko jej miłość się nie skończyła. Zaczynała to rozumieć.
Weszła do swojego łóżka i przykryła się kołdrą. Czuła sie spokojna... Ta siła wracała, to, o czym mówiła jej Selene.
Zasnęła.
Obudziło ją delikatne trącanie w ramię.
-Jeszcze nie - mruknęła, czując, jak ciepło ja opuszcza.
-Maro, proszę.
Zesztywniała. Nie słyszała tego głosu od miesięcy, nie wierzyła, że gdzieś go usłyszy prócz starych klasowych nagrań. Podniosła głowę ze strachem.
Joy.
Siedziała po turecku na jej łóżku, z różowymi polaczkami, w białej sukience. Uśmiechała się. Wyciągnęła do niej rękę, a Mara ja ujęła. Była zimna jak lód. W oczach Mary zalśniły łzy.
-Nie chciałam Joy. Starałam się ale nie mogłam, nie potrafiłam...
-Nie płacz Maro. On cię kocha, wiesz o tym...
-Nie. On nadal...
-Maro, nie jestem na ciebie zła. Może rozczarowana, ze się poddajesz, ale nie zła. Zasługujesz na niego, tak jak on na ciebie. Ale nie dlatego tu jestem. Mam mało czasu...
-Odeszłaś, ty nie...
-Trwam Maro, jestem tu nadal. Ciemność się zbliża, przygotujcie sie.
-Co?
-Musicie to zrobić. Już niedługo wszyscy Ją opuszczą i nie zostanie nikt. Nawet On. Dwoje, by wszytko naprawić bądź zaprzepaścić. Postarajcie się. Jesteście Ostatnimi, musicie zrobić to, co zapisano w waszej krwi.
-Joy, gdzie ona jest?
Mercer spojrzała na nią brązowymi oczami.
-Mój czas...
-Gdzie?!
-Megan. Ona jest kluczem. Jej sny, to twoje sny. Ona tam jest. I to tutaj, na terenie szkoły.
-Joy...
-Bądź szczęśliwa Maro - szepnęła dziewczyna - Wkrótce sie spotkamy.
Mara patrzyła jeszcze przez długi czas pościel, w miejscu gdzie siedziała Joy.
-Studnia...  - szepnęła w końcu i uśmiechnęła sie smutno.
Ona tam jest.






Morning skarby
Ehh, nie liczcie na olśnienie literackie i zajebista fabuła, moja wena Zdzisława poszła na piwo ze Stevem i jeszcze nie wróciła. Trudno.
W zasadzie to ja powinnam czytać lekturę z polskiego na 6 i przygotowywać się do egzaminów.
Myślałam nad zawieszeniem bloga do końca kwietnia, aż zdam bo bez przerwy mam wrażenie że was zaniedbuje i to bardzo. Powinnam sie uczyć, a pisze. Cóż...
Nie bijcie za Jarę, błagam.
Więc nie spodziewajcie sie nowego rozdziału szybko, przepraszam.
Nowy rozdział Sapphirki >>>>>>>>>>>>
Mój rozdział <<<<<<<<<<< 
Rozdział MClarke sooon

Brad mi odpisał dobranoc. I jutro nowy cover. A dziś dostałam follow od Bethany Mota na twitterze. Moje życie to twitter, yolo.
Znowu zepsułam tablet, no kto by sie tego spodziewał. Tak na serio to są się popsuł, huh.
Będę kończyć aniołki. Nie gniewajcie się. Naprawdę. I jak skończę ten fanfik prawdopodobnie nie będę pisać. Zacznie mi się technikum, a do tego zaczynam rozpowszechnia działalność Brada na bardzo dużą skalę. Daw wam znać, jak coś się zmieni.
Kocham Megan, on jest częścią mnie. I nią pozostanie.
Pewnego zimowego wieczoru, gdy będę sobie leżała w ramionach Brada ( nie oszukujmy się, Brastynka Forever) wejdę na tego bloga i zacznę czytać. Komentarze, moje wypociny. Wszystko, co tu przelewałam. I się rozpłaczę.

Kocham was z całego serduchaa



Na zawsze Wasz
Joylitte xxx

P.S. Nie bijcie za Jarę :c
P.S. 2. Bradstynka 4ever <3

Obserwatorzy