środa, 19 lutego 2014

047. Rozdział czterdziesty siódmy

Pukanie w drzwi obudziło ich oboje z transu.
-Colin, przyszedł do ciebie list.
Megan wyciągnęła rękę z kopertą ku chłopakowi, ale Jerome był pierwszy. Wyszarpnął list dziewczynie, a ją samą wypchnął z pokoju i zatrzasnął drzwi. Megan prychnęła jak kotka, posłała pod adresem Clarka kilka przekleństw i poszła jeść dżem, który jako jedyny ją rozumie.
Colin i Jerome zostali sami.
Ten pierwszy wstał z podłogi powoli, obserwując chłopaka, który czytał adresata listu. Podszedł do niego i z zimnym spokojem wyciągnął rękę i powiedział przerażająco spokojnym głosem:
-Oddaj to Clarke.
-Czekaj wymoczku. Najpierw sobie porozmawiamy.
Po czym usiadł i zaczął bawić się kopertą. Colin nie poszedł w jego ślady. W jego oku zabłysnęła furia.
-Teraz zebrało ci się na pogawędki, Clarke? Oddaj list, bo inaczej będzie z tobą źle.
Po karku Jeroma przeszły ciarki, ale nie pokazał tego po sobie.
-Co z tobą i Amber?
-Zamknij się, to nie twoja sprawa.
Uśmiech Jeroma trochę przygasł, jego twarz nabrała poważnego wyrazu. Wyprostował się i nakazał gestem, by usiadł. Colin opornie spełnił jego prośbę.
-Opowiem ci historię, którą w tym domu zna tylko i wyłącznie jedna osoba. Nie życzę sobie, by ktokolwiek inny o tym wiedział.
Colin kiwnął głową.
-W moim domu nigdy nie było za ciekawie. Siostra, która za wszelką cenę chciała być kimś, matka która nie radziła sobie z sobą samą, ojciec który miał tego wszystkiego dość i ja. Pewnego razu, we wrześniu, gdy przyszedłem ze szkoły razem z Poppy, ojca nie było. Matka nie chciała nam powiedzieć o co chodzi, potem wyznała, że jest za granicą i tam pracuje. Uwierzyliśmy jej i daliśmy jej spokój. Nie wiem, skąd brała pieniądze na nasze utrzymanie. Przeprowadziliśmy się do dziadków, którzy się nami opiekowali. Matka wychodziła o świcie i wracała, kiedy już spaliśmy. Nigdy nie mieliśmy ze szczególnych więzi. Nienawidziłem jej. Za to, ze była taka słaba, taka krucha. Kłóciłem się z siostrą, na niej jedynej mogłem się wyładować. Aż w końcu w wieku dwunastu lat dostałem stypendium i wyjechałem tutaj. Od tego czasu to jest mój prawdziwy dom. Dwa lata temu przyszła tu moja siostra i zaczęła rozdrapywać dawne rany i szukać ojca. Aż go znaleźliśmy. Siedział w więzieniu za kradzież i oszustwa. Gdy się o tym dowiedziałem, wpadłem w szał. Nie dość ze matka nas okłamywała, to ojciec nie dawał znaku życia. Nie wiem co by była gdyby... Nieważne. Sprawy potoczyły się tak, że wypuszczono go za dobre sprawowanie, dzięki Poppy i Marze. Nigdy im do końca nie wybaczyłem. Ale dzięki pomocy pewnej osoby udało mi się ich zrozumieć. Więc już wiesz wszystko, teraz twoja kolej.
Colin przez cały czas ze splecionymi dłońmi wpatrywał się w dywan. Gdy Jerome był pewien, że chłopak g olał, ten cicho zaczął opowiadać.
-Miałem czternaście lat. Rodzicie zaczęli się kłócić, a to nie zdarzało się za często. Nie byłem do tego przyzwyczajony. Zawsze gdy to się działo, chowałem się na strychu. I tam spędzałem noc albo tylko jej cześć, aby się nie martwili. Wiedziałem, że mnie kochają i tylko dla mnie są razem. Pewnego wieczoru ojciec wrócił pijany do domu. Mama zaczęła się na niego drzeć. Wybiegłem z kuchni, ale nim dobiegłem do schodów, usłyszałem wrzask. To moja mama krzyczała... - głos mu się załamał, po czym zebrał sie w sobie i opowiadał dalej - Zadecydowałem, że wrócę tam i mu się postawię. Gdy wszedłem on... on stał nad nią. W ręce miał nóż. Mama leżała na podłodze. Gdy ten skurwysyn zobaczył co zrobił uciekł. Wezwałem karetkę i policję i ukląkłem przy niej. Boże, nadal mi się  to śni po nocach. Wszędzie była krew. Ale żyła. Zaczęłam głaskać ją po policzku, mówiąc że wszytko będzie dobrze. Nie wiedziałem, jak zatamować krwotok. Przytuliłem ją. Oddychała płytko i... i... Po chwili jęknęła, podniosłem się i zacząłem płakać. Ona też płakała. Powiedziała, że mnie kocha. A potem... odeszła.
Schował twarz w dłoniach i starał się uspokoić. Jerome siedział zaszokowany. W końcu Colin powiedział spokojnym głosem:
-Przyjechali pięć minut później. Znaleźli mnie płaczącego przy niej. Musieli użyć trzech ludzi, b mnie odciągnąć od ciała mojej mamy. Wyglądała, jakby spała. Wstrzyknęli mi coś, zemdlałem i obudziłem się w szpitalu rankiem. Ojca już złapali, mnie przesłuchiwali. Oddano mnie pod adopcję ciotki, a jego skazano na dożywocie. Od tego czasu zawsze do mnie pisze. Ani razu nie przeczytałem listu.  Nie odpisałem.
Zapadła cisza przerywana wybuchem śmiechu kilku osób na piętrze.
-Ktoś jeszcze wie? - spytał Jerome, a Colin pokiwał powoli głową - Myślę, że powinieneś przeczytać ten list.
-Co to zmieni Jerome? Nie przywróci życia mojej mamy. A ja go nie chce widzieć więcej na oczy.
Wstał i podążył ku drzwiom. Zastygł z dłonią na klamce.
-Tą jedyną osobą jest Mara? To na ci pomogła?
Jerome spojrzał na niego i natrafił na wzrok zielonym oczu. Kiwnął głową.
-Jesteś głupi Jerome. Skrzywdziłeś ją, choć wiesz ile dla niej znaczysz. Jak mogłeś tak postąpić? Kocha cię, nadal mimo tego. Tyle że ty tego nie widzisz. Ale dała sobie już spokój, bo myślała, że z Joy będziesz szczęśliwszy. Robiła wszystko po to, byś się uśmiechał. Była z tobą po śmierci Joy, ale byłeś zbyt zajęty sobą i swoją rozpaczą, by to docenić. Pomagała ci, chroniła. I nadal ufała, choć ją zraniłeś. Nie myśl sobie, że w ten sposób skrzywdzisz jej pamięć. Ona gdyby naprawdę cię kochała, chciałaby, byś był szczęśliwy. Ale ty jesteś głupi. Pozwoliłeś jej odejść. I nie mówię tu o Joy.
Po czym wyszedł z pokoju, zostawiając Jeroma samego. W tej chwili Clarke znienawidził tego, ze jego serce bije.

***

-Fabian?
Rose weszła do pokoju chłopaka, który czytał wyjątkowo grubą, starą księgę. Uwielbiał je, Riddle to wiedziała. Spojrzała z rządzą mordu na Eddiego, który natychmiast wstał i wyszedł z pokoju. Przez okno wpadało wiosenne, prawie już kwietniowe słońce. Fabian zamknął książkę i spojrzał na nią zdumiony. Nigdy nie przychodziła bez książki lub bez czegoś, o czym mogliby porozmawiać. Poczuła, że to głupi pomysł. Ale sie nie cofnie.
-Musimy poważnie porozmawiać. Ale masz być ze mną szczery.
Fabian kiwnął głową a Rose podeszła do niego i usiała na jego łóżku. Miękki materac zapadł się pod jej ciężarem. Spojrzała mu w oczy.
-Czy kiedykolwiek myślałeś o nas poważnie?
Fabian rozchylił usta i jego wzrok uciekł do zdjęć na ścianie. Rose też to zrobiła. Wisiały na niej sceny z całego życia w Anubisie. Od jedenastoletniego chłopca z Mercer i Williamson przy boku, po zdjęcia Amber, Alfiego... I Niny. Było dużo ich wspólnych fotografii. I jedno, wyjątkowo ładne zdjęcie Megan, uśmiechającej się z radością do obiektywu, który trzymał Fabian. Było też kilka zdjęć Rose z dzieciństwa i z Anubisa. Prawdopodobnie jej zdjęcia wisiały tam od samego początku.
-Nie wiem Rose... Czasami mam wrażenie, że to wszystko jest zwykłym snem.
-Fabian, ja muszę wiedzieć. Czy kiedykolwiek myślałeś o nas jako o parze. Że się przytulamy, chodzimy na randki... Całujemy?
Fabian spojrzał na nią zmęczony. Cienie pod jego oczami były wyjątkowo widoczne.
-Chce prawdy... Nie zranisz mnie.
-Ja... Wybacz mi Rosie, ale nie. Przykro mi.
Kiwnęła głową. Jakaś część jej cieszyła się, że to już ma za sobą. Spojrzała na zdjęcia.
-Kochasz ją? - spytała wolno.
-Podobno pierwszej miłości nigdy się nie zapomina... - przyznał cicho.
-Nie mówię o niej. Tylko o Megan.
Tym razem Fabian nie przerwał ciszy, tylko patrzył się pustym wzrokiem na fotografie.
-Fabian, ja na początku zrobiłam coś okropnego. Powiedziałam jej, żeby przestała zwracać na siebie uwagę, że jest tutaj nie potrzebna i nieważna. Że jest nikim. Powiedziałam, że jestem od niej lepsza i żeby zostawiła cię w spokoju.
Dopiero teraz Fabian na nią spojrzał. Nie umiała rozpoznać co czuje, jego oczy nic nie wyrażały. Jej natomiast napełniły się  łzami.
-Nie pomyśl o mnie źle, proszę. Chciałam was wszystkich odzyskać, chciałam, by wszystko było tak jak dawniej.
Rozpłakała się, Fabian przytulił ja mocno dopóki się nie uspokoiła.
-Rose, to się...
-Wcale nie Fabian. Zraniłam ją, bo patrzyłam tylko w siebie. Byłam egoistyczna. Krzywdziłam was oboje. Przepraszam, jestem suka.
-Rosie, nie mów tak. Nie jesteś. Znam cię od samego początku, wiem że nie krzywdzisz naumyślnie ludzi.
Zaszlochała jeszcze głośniej, ale Rutter nadal ją przytulał nie nie wypuszczał.
-Nigdy nie byłaś wredna, ale zmieniłaś się na początku. Gdy cię zobaczyłem, wyglądałaś tak inaczej. To był szok. Ale od pewnego czasu coś się jeszcze stało. Albo ktoś.
-Aż tak widać?
-Nie, nie widać. Ale Patt pewnie zauważyła i Joy prawdopodobnie też...
Wzmianka o Mercer zabolała ich oboje, ale nic nie powiedzieli.
-Z tobą też się coś stało Fabian. Jesteś jeszcze bardziej poważny niż wcześniej. Nie oszukuj się, bo taka jest prawda.
-Mam problemy. Muszę uporządkować sobie wszystko...
-Ale gdy na nią patrzysz... Dziewczyny mi opowiadały, jak wkurzałeś się, jak Eddie porównał Megan do Niny. A ona nigdy nie chciała nią być. Nigdy się nie starała. Ja to widziałam. Myślałam, że już się nigdy nie zakochasz. Ale się stało. Mówiłeś, ze znasz mnie od samego początku. Ja ciebie też. I widzę jak na nią patrzysz... - odsunęła chłopaka od siebie, który wsłuchiwał się w osłupieni w to co mówi - Wypierasz się tego, bo gdzieś w środku nadal kochasz Ninę. Ale ona nie wróci, a tęsknienie za nią nic nie pomoże. Mówię poważnie. Ona starała ci się pomóc, była przy tobie gdy tego potrzebowałeś. Nigdy się o ciebie nie starała, tylko była. Może jest nieco denerwująca, robi z siebie idiotkę na wfie w czym obydwoje jesteście świetni, ale cię rozumie. Nie wiem jak, ale tak jest. I tak było z każdym. Wysłuchała każdego. I żadnej tajemnicy nie zdradziła.
Czekała aż Fabian się odezwie, ale on tylko spuścił wzrok.
-Fabian, nie czekaj aż Nina wróci, bo tak się nie stanie. Ty ją lubisz i wygląda mi na to, że Megan też. I ona za to siebie nienawidzi. Nie chce zająć miejsca Niny, nie chce być nią. Ona siebie za to obwinia, że nie potrafisz o niej zapomnieć. Nie wdziałeś, jak wychodziła z twojego pokoju i zagryza dolną wargę, by się nie rozpłakać. Megan wini się za to, ze się w tobie zakochała. A ty tylko to potwierdzasz.
Wstała i otarła łzy z policzka. Podeszła do drzwi, a gdy wychodziła, rzuciła cicho przez ramię:
-Pomyśl o tym Fabian. Nie unieszczęśliwiaj się na sile, bo krzywdzisz nie tylko siebie.
Wyszła i oparła się  o drzwi. Wzięła kilka głębokich oddechów, by się uspokoić, ale nadal jej serce biło zbyt szybko. Powiedziała to. Przyznała się do wszystkiego, a teraz była taka... Lekka.
Z pokoju obok dobieg hałas. Rose odrywając plecy od drzwi poszła do pomieszczenia obok.
W środku panował bałagan, jakiego nie widziała w tym pokoju nigdy. Ubrania walały się wszędzie, rzeczy były porozrzucane po całej podłodze. A na środku tego bałaganu stał Colin, pakując walizkę.
Rose poczuła, jak jej serce które dopiero co biło jak oszalałe, staje. Na nogach jak z modeliny weszła do pokoju.
-Co ty do cholery robisz? - spytała i ucieszyła się, bo głos jej nie drżał.
-Wyjeżdżam. Nie zostanę tutaj dłużej.
-Co? - spytała cicho, nie dowierzając własnym uszom. Colin zatrzasnął walizkę i wyszedł z pokoju. A ona pognała za nim, jak tylko otrząsnęła się z szoku.
Szedł już do taksówki. Słońce chyliło się ku zachodowi, wszystkie kwiaty układały się do snu. Las szumiał w oddali, a Rose usłyszała śmiech uczniów którzy wylegiwali się na trawach terenów wokół szkoły.
-Nie możesz! - krzyknęła, gdy go dogoniła i złapała za ramie. Odwrócił się ze złością i smutkiem w oczach.
-Zostaw mnie. Podoiłem decyzję.
-Powiedź przynajmniej co się stało! Czy... czy to ma związek z twoim ojcem?
-On już nie jest moim ojcem. A oni się dowiedzą, wszyscy.
Rose pobladła. Domyśliła się, co się stało. Jerome. W pamięci odnotowała, żeby zabić tego dupka.
-Zostań, oni się  nie dowiedzą.
Chłopak odwrócił się i zamierzał odejść, ale Rose zastąpiła mu drogę.
-Nie zostawaj mnie Colin. Nie odbieraj mi tego, przez co jeszcze żyję.
Rowe spojrzał na nią zaskoczony.
-Słucham?
-Błagam, nie mów że ty tego nie czujesz. Myślałam...
-Rosie...
-Cicho! Nie możesz wyjechać. Nie pozwolę ci. Za dużo ci, cholera jasna, zawdzięczam. Ja... Naprawdę lubiłam Fabiana. Ale potem jak zobaczyłam, z jaką pasją patrzysz na Amber, jak traktujesz ją poważnie... Coś się stało, ja tego nie wytłumaczę. Chyba cię pokochałam.
Taksówkarz spojrzał na chłopaka zniecierpliwiony, ale ten go zignorował.
-Ja nie wiedziałem...
-Pewnie. A teraz sobie idź, zostaw mnie samą, skoro nic do mnie nie czujesz. Już, oszczędź mi bólu - Rose mówiła płaczliwym głosem. Ale Colin się nie ruszył.
Postawił walizkę na ziemi i płynnym ruchem odgarnął jej jasne włosy z twarzy. Jego ręka została w nich, a on przybliżył się do niej.
-Nie rób tego - szepnęła błagalnie - jeżeli mnie zostawisz, bo nie będę mogła wymazać cię już z pamieć.
Musnął wargami jej ust. Przymknęła oczy. Ten pocałunek był czymś, czego nie można opisać. Wyjaśnił wszystko. Colin odesłał taksówkę z powrotem, płacąc wściekłemu taksówkarzowi, a potem razem wrócili do domu, gdzie cała historia się zaczęła.


***

To nie byłam ja. Widziałam to w ogromnym lustrze. Byłam Selene. Piękne, ciemne włosy spływały na moje ramiona falami, delikatna suknia oplatała moje ciało. Wyglądałam, jak te wszystkie super modelki z okładek znanych na całym świecie magazynów. Tyle, ze w Selene nie było ani grama photoshopa.
Moja ręka sięgnęła do powierzchni lustra, która zafalowała. Moja dłoń znikła, potem przeszłam cała. Czułam się, jakbym przeszła przez cienką ścianę ciepłej wody. Tyle że byłam sucha.
Znalazłam się w pomieszczeniu z ołtarzem na środku. Cały wykuty w kamieniu pokój lśnił złotym blaskiem. Chciałam okręć głowę i przyjrzeć się wszystkiemu. Ale nie udało się. To tak, jakbym czytała książkę. Wszystko widziałam, ale tylko oczami bohatera.
Podeszłam do ołtarza, przy którym zebrała się inna piątka ludzi. Selene ich rozpoznawała, ja nie. Ale byli nie wyraźni, tylko kontury. Jakbym miała naprawdę okropny wzrok i nic nie widziałam.
-Wszystko gotowe? - spytałam ustami Selene, ale zamiast swojego głosu usłyszałam jej.
-Tak pani - odpowiedział chłopak który do mnie podszedł. Po moich plecach przebiegł dreszcz. Selene zapewne z widoku młodzieńca, a mnie z powodu brzmienia jego głosu. Był znajomy...
Boże...
Potem wszystko zaczęło mi się przewijać przed oczami, jakbym oglądała urywki filmów. Krwawe sceny, cienie, twarz przystojnego młodzieńca z niebiesko-zielonymi oczyma, błysk złota, stali mieczy. I krzyki. Krzyki ludzi, ktoś wrzeszczał imię Selene, zimny i okrutny śmiech.
A potem wszystko ucichło. Mój wzrok był skupiony na mojej piersi, do której powoli zbliżało się ostrze miecza. Tak ja w zwolnionym filmie. A potem ukucie, pieszczenie i żar stali, gdy przebiła moją skórę. Szkarłatna plama rozkwitła na białej szacie a strużka mojej własnej krwi spłynęła po ostrzu. Zaczęłam się dusić i upadać. Ktoś złapała mnie z tyłu, ale było już za późno. Złapał moje ciało, ale nie ducha. Umierałam...
Obudziłam się oblana potem, gwałtownie siadając. Poczułam czyiś stęchły oddech na swojej twarzy. Mimo to otworzyłam oczy. Ból z tyłu szyi, tam gdzie była mała, czarna gwiazdka, rozszedł się po moim ciele, wbijając tysiące szpilek w każdy kawałek mojej skóry.
Przed mną stała Lucy. Jej twarz się rozkładała, przy gołej czaszce pozostały jedynie płachty przegniłej i spleśniałej skóry. Nie miała oczu, jedynie puste oczodoły. Jej piękne, czarne włosy były teraz tylko czarnymi nitkami, które zwisały smętnie z jej głowy. Uśmiechała się. Miała poczerniałe zęby, a połowa z nich wypadła. Spojrzała w bok, na łóżko Amber. Stał tam Harry, zakrzepła krew była czarna, a on sam wyglądał podobnie jak Lucy. A przy łóżku Patricii stała Joy.
Lucy otworzyła usta, a pokój napełnił wstrętny odór. Odór grobu. Śmierci.
-Już niedługo Megan - pisnęła wysokim głosem - Niedługo wszystko się skończy. Pan cię oczekuje.
Właśnie wtedy zaczęłam krzyczeć.

***

Rozdział dedykuje mojej kochanej Agatce.  
Kocham cie skarbie. Mimo wszystko bądź silna, nie daj się. Mogę cię wesprzeć tylko słowami, bo inaczej nie mam jak. Bądź silna, wszyscy w ciebie wierzymy. Nawet nie wiesz, ile dla nas wszystkich znaczysz.

Wow. Zamknęłam w tym rozdziale aż 5 wątków. Brawa dla mnie. 
Ta scena z Meguś nie była planowana, ale cóż. Nie chciałam przesłodzisz.
Przeczytałam ostatnio rozdział Stephena Kinga. Steve stwierdził, że jestem chora na umyśle bardziej, niż byłam wcześniej. Braduś mnie na początku bronił, ale potem się dołączył. Nazwałam go zdrajcą i nie odbierałam telefonów przez tydzień. Na przeprosiny doda dla mnie w piątek cover. Fajnie. On mnie bardzo kocha. Ja idę do kościoła o 6, a on na tą godzinę przewidział premierę. Jak to dobrze że mam chłopaka, który interesuje się moim życiem ;;
Zdrajca.
Ale ten cover jest dla mnie, nie zapominajcie. Zrobił go dla mnie, więc won od niego.
Yolo.
Nie układało mi się w szkole, jak ktoś czytał komentarz u Sapphirki, to wie o co chodzi. A tak przy okazji dziękuje ci Agatko za walnięcie najdłuższego komentarza jaki jakikolwiek dostałam. Jak go czytałam, autentycznie się popłakałam.
Bądź silna skarbie. Kocham cię xxx

Sibuna 


Joylitte
xoxo

piątek, 14 lutego 2014

Specjał Walentynkowy : Na­pisałabym jeszcze, o mo­tyl­kach, które la­tają w moim brzuszku, zaw­sze kiedy przechodzisz obok.

Walentynkowy specjał nie odniosą się do wydarzeń z TSS :) Wszyscy są happy, Joy żyje i ma się dobrze.


PEDDIE



Ptaki nigdy nie śpiewają rano w zimie. A szkoda, przydało by się obudzić i słyszeć jakiś radosny dźwięk. Szczególnie 14 lutego.
Patricia spojrzała w sufit, nawet nie udając, że śpi. Amber krzątała się, wybierając odpowiedni strój na ten jakże wyjątkowy dzień, a Megan po prostu siedziała i bawiła się tabletem, który zwinęła Marze. Williamson nawet nie chciała się wstać. Święto zakochanych, akurat. To jedyny dzień w roku, w którym wszystko wygląda tak, jakby zwymiotował na to jednorożec. Dziękujmy Bogu, ze w tym roku wypadły w sobotę. Zwykle korytarze są obsypane różowymi serduszkami,a pierwszoklasistki chichotały się na widok chłopców, gdy tylko jakiś przechodził koło ich grupy. Patricia straciła do nich resztę godności, gdy rok temu zaczęły podrywać jej chłopaka. Dobrze, że Eddie nie wziął tego na poważnie, bo do następnego dnia by nie dożył.
Dziewczyna kopnęła kołdrę, raz, i jeszcze raz, po czym wstała i niemal się potknęła o słodkie, różowe buty blondynki.
Walentynki. Dzień, w którym ludzie przy­pomi­nają so­bie że kochają.
Byle tyko Eddie nie przygotowywał niczego. Ostatnim razem tego nie zrobił, więc niech tak zostanie. Ale nie powiedziała, że nie było by miło, gdyby postała naleśnika w kształcie serduszka. Jerome zrobił je Marze rok temu. To było miłe.
Podeszła do szafy i wyjęła czarne spodnie, czarny top i inne czarne dodatki. Amber, która akurat wybierała sukienkę, spojrzała na nią zaskoczona.
-Czemu wszystko jest czarne? - spytała, a po wzruszeniu ramion Patricii dodała - Są Walentynki, możesz dodać coś słodkiego...
-Założę różowy stanik, pasuje? - odpowiedziała jej dziewczyna, po czym rzuciła rzeczy na swoje niepościelone łóżko. Megan, która miała wzrok utkwiły w ekraniku, wybuchnęła śmiechem.
-Ha ha ha, to było niezłe... - po czym znowu zajęła się grą. Williamson szybko się ubrała i wyszła z pokoju, bo Amber zaczęła ją namawiać do założenia różowej bluzki.
Śniadanie byłoby normalne, gdyby nie te różowe i czerwone ozdoby. Eddie zjadał łyżką zawartość różowego dżemu. Williamson westchnęła i usiadła koło niego.
-Wesołych Walentynek Gaduło! - przywitał się z nią Miller, zjadając dużą łyżką dżemu. Patricia zmierzyła go wzrokiem, zatrzymują go chwilę na słoiku.
-To było takie męskie...
Jerome parsknął śmiechem, a Mara zmierzyła ich radosnym wzrokiem. Dzisiaj była w dobrym nastroju. Na jej talerzu leżał niedojedzony gofr w kształcie serduszka z bitą śmietaną. A ona znowu nie dostała nic.
I nie dostała nic do końca dnia. Prócz romantycznego przywitania, Eddie zachowywał się normalnie. Czyli jak skończony idiota. Williamson stwierdziła, że jej chłopak nie ma za grosz romantycznej duszy. Nawet Logan, którego ona najmniej by o to podejrzewała, kupił wielki bukiet białych róż i zaniósł go Chloe o zachodzie słońca. Powiedział, że nie kupił czerwonych, bo i tak by zblakły przy jej świetle. Takie kiczowate, ale Patricia nie miałaby nic przeciwko, gdyby Eddie zrobił coś dla niej. 
Włosy całkowicie już jej wyschły, gdy kładła się spać. Megan i Amber przyszły zaraz po opuszczeniu szpilki. Ta pierwsza była milcząca, a Amber opowiadała, jaki to Alfie jest słodki. A Patricia zasnęła wpatrzona w sufit, jakby to był zwyczajny dzień. Bo w końcu jest, zawsze był. Nigdy nie był niczym specjalnym, tylko datą zapisaną w rogu kartki. Niczym niezwykłym...
Obudził ją czyiś dotyk na twarzy. Ktoś wypowiadał jej imię.
-Eddie? - spytała, półprzytomna. Było wpół do dwunastej - Idioto, co ty wyrabiasz?
On się tylko uśmiechnął i gestem pokazał, by wyszła za nim. Zrobiła to. Gdy tylko zamknęła drzwi, Miller zasłonił jej oczy dłonią.
-Tylko nie podglądaj... - mruknął.
-Przysięgam Eddie, jeżeli to jest jakiś głupi żart, urządzę cie tak, ze nie będzie czego grzebać.
Roześmiał się, a w Patricii zawrzał gniew. Nie dość, że był nieczuły, to jeszcze robił sobie jaja. Otworzył drzwi, a ona rozpoznała, gdzie idą. Na strych. Nie była aż taka tępa.
W końcu stanęli, a on zdjął dłoń z jej oczu. Dziewczyna zaniemówiła. Wszędzie, gdzie tylko spojrzała, stały zapalone świecie, migoczące jak gwiazdki, mrugając do niej przyjaźnie. Eddie wziął ją za rękę, a ona dała mu się poprowadzić. Na środku było puste miejsce, z gramofonem z boku.
-Myślałaś, że nic dla ciebie nie zrobię? - spytał rozbawiony.
-Szczerze mówiąc, to tak.
-Musisz mi wybaczyć, gram na gitarze i nie śpiewam miłosnych piosenek tak jak Fabian, nie robię gofrów w kształcie serc jak Jerome, nie kupuję kwiatków tak jak Logan.
Eddie podszedł do gramofonu i włączył go. Zaczęła się z niego wydobywać cicha muzyka. Chłopak wyciągnął rękę w jej stronę.
-Mogę panią prosić?
Patricia podała mu swoją dłoń, a ona ujął ją niezwykle delikatnie i przyciągnął do siebie. Przytuliła się do niego, a on objął ja w pasie. Kołysali się w rytm melodii, a po chwili  Eddie odsunął się od niej i patrząc w oczy, głaszcząc po policzku, szepnął:
-Kocham cię Gaduło...
Pocałowała go. Bo właśnie na tym polegają walentynki. Niech ukocha­na oso­ba spoj­rzy ci w oczy z lekkim, szcze­rym uśmie­chem, pogłaszcze po dłoni i po­wie "jes­teś moim szczęściem".
A wszystko inne jest niepotrzebne.

AMFIE


Po tym, jak Patricia wypadła w pokoju, Amber westchnęła. Ta dziewczyna nie miała w sobie ani cienia romantyzmu. Przecież Walentynki to jedyny dzień, w którym możesz pocałować swojego chłopaka, przytulić go i powiedzieć, że go kochasz nie zostając wyśmianym przez innych. Millington odwróciła się do Megan. Dziewczyna bawiła się na tablecie Mary, nie odbierając niczego z otaczającej rzeczywistości.
-Różowa czy kremowa? - spytała Amber, podnosząc obie sukienki.
-Kremowa. - odpowiedziała bez wahania, po czym zaklęła.
-Megan! Przestań w to grać.
-Nie mogę - mruknęła Grant - Rekord Chloe to 39, a ja mam 10. Pobije ją w Flappy Bird, choćbym miała życie oddać.
Amber przewróciła oczami. Czy nikt nie ma za grosz jakiegokolwiek uczucia, ze dzisiaj jest niezwykły dzień. Wkładając sukienkę, malując się i ciesząc, Amber zastanawiała się, jaki będzie ten dzień. Podjęła ostatnią próbę uromantycznienia Grant.
-A ty jak spędzisz Walentynki?
-Zaraz przyniosę lody i spędzę romantyczny dzień z Flappy Bird i fan fikami... Fuck! Bateria padła!
Megan zerwała się i prawie zabijając na zakręcie, pobiegła na dół po ładowarkę. Amber włożyła baleriny i poszła na śniadanie. W tym dniu wszystko wydawało jej się niezwykłe. Nawet ten przerażający kruk... To będzie cudowny dzień.
Nie myliła się.
Zaraz po śniadaniu, przy którym większość osób marudziła, że Walentynki są do niczego ( czytaj : Patricia i Megan), Alfie zabrał ją na miasto. Zamówił taksówkę, po czym razem pojechali do Liverpoolu. Najpierw poszli do kina, potem na kawę, rozmawiając o filmie. Dwie godziny przed powrotem, kupili wielka watę cukrową i szli objęci jedząc różowy puch. Śnieg delikatnie prószył, sprawiając że zwykłe szare ulice zamieniły się miejsce z bajki. Alfie nie wypuszczał jej ręki ani na moment.
-Powiedź, za co mnie lubisz? - spytała niespodziewanie, a Alfie się roześmiał.
-To jedno z tych pytań, na które muszę odpowiedzieć wyśmienicie, bo będę miał kłopoty?
-Dokładnie. A więc słucham...
Alfie zamyślił się, po czym mówiąc powoli, ostrożnie dobierając słowa, powiedział:
-Aby zacząć cię lu­bić, mu­siałabym przes­tać cię kochać.
-Oh Alfie...
Położyła głowę na jego ramieniu. Chłopak otworzył drzwi do taksówki i wrócili do domu o zachodzie słońca. Gdy wysiadali, Logan ich mijał z różami w rękach, nieco blady na twarzy Amber uśmiechnęła się szeroko. Soren wyglądał z tymi kwiatami pięknie : zazwyczaj nic go nie interesowało, a dzisiaj?
Alfie zauważył to.
-Mogłem ci kupić kwiaty.
Uśmiechnęła się u ścisnęła mocniej jego ramię, które obejmowała.
-Obejdzie się bez kwiatów.
Alfie nachylił się i musnął wargami jej czoło.
-Tak się cieszę, że cię mam.


JARA


Tyle co zeszła na śniadanie i usiadła na swoim miejscu, przed nią pojawił się także z gofrem w kształcie serduszka, przytyty kołderką z bitej śmietany. Jej usta samoczynnie się uśmiechnęły. Odkręciła głowę i natrafiła na radosne spojrzenie pięknych, niebieskich oczów.
-Wesołych Walentynek.
Wstała, po czym cmoknęła chłopaka w policzek.
-Dziękuje, Jerome.
-Oh błagam - mruknął Logan i udał, że wymiotuje do miski ze śniadaniem - Tu się je.
Jerome obdarzył go morderczym spojrzeniem, po czym usiadł koło niej. Mara delikatnie podniosła gofra do ust i ugryzła. Smakował cudownie, zresztą tak jak zazwyczaj. Od czasu do czasu Jerome robił jej takie niespodzianki. Lubiła to w nim. Lubiła też sobotnie śniadania, gdy atmosfera nie była napięta, wszyscy się śmiali i cieszyli z wolnego. Wstawali i odchodzili od stołu, kiedy im się podobało, a nie pod czujnym okiem Victora. W końcu przyszła Megan,  a Mara przypominała coś sobie.
-Meg, gdzie mój tablet.
Grant posłała jej mordercze spojrzenie, po czym wymamrotała.
-Przeklęte ptaszki.
-Uzależniłaś się- stwierdził Fabian i dostał w nagrodę za wyrażanie swojego zdania solidnego kopniaka.
-Zamknij się! - warknęła dziewczyna - Zajmij się swoim życiem.
-Mogłabyś być miła. Dziś są Walentynki.
-No i? Dzień jak każdy inny. Żadna rewelacja. Nienawidzę Walentynek.
Mara przewróciła oczami, a Jerome posłał jej rozbawione spojrzenie. Godzinę później, stali ubrani i czekali na taksówkę, która miała lada moment nadjechać. Mara tupała nogami, aby się rozgrzać, natomiast Jerome stał nieruchomo i patrzył się na drogę.
-Dokąd mnie zabierasz? - spytała po raz kolejny.
-Napewno nie do biblioteki.
-Bardzo śmieszne.
Tak więc czekali i czekali, ale po piętnastu minutach nic się nie zmieniło. Mara nadal marzła, a Jerome nadal gapił się w siną dal. W końcu Mara, która powoli traciła czucie w nogach, zaproponowała:
-Jerome, wracajmy. Nie musimy nigdzie jechać, wystarczy mi, ze spędzam ten dzień z tobą.
Clarke spojrzał na nią i kiwnął głową. Mara zrobiła krok i poślizgnęła się. Upadłaby, gdyby Jerome nie chwycił ją w pasie i nie przyciągnął do siebie. Poczuła, jak jej policzki płoną.
-Dzięki... - mruknęła.
-Nie ma za co... - chłopak uśmiechnął się promiennie, że zdawało się, że ten uśmiech mógłby roztopić śnieg. Mara wygramolił się z jego objęć i ruszyła ku domowi, stąpając ostrożnie, mimo że nie czuła już stóp. W tym właśnie momencie dostała śnieżką w głowę i jej szkarłatna czapka leżała w białym puchu. Odwróciła się wściekła do Jeroma, który lepił już kolejną kulkę.
-Oszalałeś?
-Być może. No dalej Mara! Na twoich romantycznych filmach zawsze bawią się  w śniegu.
Jaffray schyliła się i podniosła swoją czapkę. Otrzepawszy ją z śniegu, włożyła na głowę. Tymczasem Jerome zamachnął się i rzucił kolejną śnieżką, trafiając ją w ramie. Mara zgrzytnęła zębami.
-Dobra, zabawimy się.
Schyliła się jeszcze raz i zrobiła kulę ze śniegu. Zimno przedarło se przez wełnę, ale jej to nie przeszkadzało. Wycelowała w Jeroma i trafiła w jego pierś. Z jej gardła wydarł się okrzyk triumfu.
-Przesadziłaś Jaffray.
Zaczęła się wojna w jakiej Mara jeszcze nie brała udziału. Oboje lepili śnieżki, rzucali na oślep, biegali po kolana w śniegu, byle by tylko nie dostać w głowę.Czasami ona się roześmiała, czasami on krzyknął. Zimno przestało im dokuczać, nie zwracali nawet uwagi na przemoczone ubranie. Mara biegła właśnie do wielkiej zaspy, która miała jej służyć jako forteca, gdy nagle Jerome chwycił ją od tyłu i przyłożył śnieg do twarzy. Jaffray poczuła ukucia zimna. Wyszarpnęła się i wskoczyła na plecy uciekającemu Clarkowi, zwalając go z nóg. Dziewczyna przeturlała się się na plecy i spojrzała w pochmurne niebo, dysząc ciężko. Jerome spojrzał na nią i lodowatymi palcami dotknął jej różowego policzka.
-Tak bardzo cię kocham... - szepnął i nachylił się nad nią. Pocałowała go, a on całował ją, leząc w śniegu i ciesząc się sobą.


FEGAN


Megan obserwowała bitwę na śnieżki Jeroma i Mary. Cieszyła się ich szczęściem, bo obojga mocno kochała. Jednak uważała, ze Walentynki są bezsensownym i głupim świętem. 14 lu­ty to dzień za­kocha­nych, w którym ludzie oka­zują swo­ją miłość.Ale po co? Prze­cież kocha się cały rok.
Oderwała wzrok od okna i usiadła na łóżku. Westchnęła. Nie, było jeszcze za wcześnie.
Wszyscy wyszli. Alfie i Amber, Jerome i Mara, Rose i Colin.  Co ona ma robić? Siedzieć. Bo co innego jej zostało.
Podeszła do gitary i wzięła ją w objęcia. Tak, to jest miłość. Zaczęła grać. Miała mało czasu na ćwiczenia przez naukę. Żałowała tego, bo granie sprawiało jej radość. Tutaj czułą się lekka, liczyły się tylko dźwięki, których nikt nie mógł zepsuć. 
I takie były każde Walentynki. Tyle ze te się różniły od poprzednim tym, ze wcześniej miała Chloe. Teraz, gdy i ona ma druga połówkę, życie nie ma sensu. Megan siedziała i gapiła się w sufit, gdy tylko znudziła jej się gra. W końcu zgłodniała. Głód zawsze przychodził.
Lodówka była już prawie pusta. Trudy, która rad nie rad musiała skoczyć do sklepu, wyszła jakaś godzinę temu. Megan walnęła głową w lodówkę. Nawet ta miłość nie wypaliła, bo skończyło się jedzenie.
Usłyszała delikatne dźwięki gitary. Fabian grał. Uwielbiała, jak to robił.
Odeszła od lodówki i skierowała się do pokoju chłopaka. Spojrzała przez szparę w drzwiach.Fabian ja zauważył i odstawił gitarę.
-Nie zbliżaj się, jeżeli chcesz mnie znowu kopnąć.
Megan przewróciła oczami.
-Nic ci się nie stało.
-Będę miał siniaka.
Grant uśmiechnęła się i weszła do pokoju. Tutaj nigdy się nic nie zmienia. Te same zdjęcia, te same książki i ku załamaniu nerwowemu Trudy - te same ubrania. Megan usiadła na końcu łóżka chłopaka.
-Mogę tu z tobą posiedzieć? Nudzi mi się.
-Wielkiej Megan się nudzi?
-Mam sobie pójść?
-Nie, możesz zostać.
Odetchnęła w duchu. Szczerzę mówiąc, nie uśmiechała się do niej myśl, że będzie musiała siedzieć sama. Zgoda, Fabian czasem ja denerwował, ale lubiła spędzać czas w jego towarzystwie. Był dla niej jak brat, którego zawsze się mogła doradzić. Wypłakać w ramie. Lub podenerwować. On jej nigdy nie odtrącił, chyba że robiła się nieznośna. Megan obserwowała jego twarz, wzrok wbity w ścianę. Wiedziała o czym myśli. O Ninie. Za dużo wiedzieli o samych sobie, żeby nie zauważyć ze coś się dzieje. To było przerażające i piękne zarazem. Megan kochała to, ze przynajmniej jedna domu w tym domu nie nabierze się na fałszywy uśmiech.
-Tęsknisz za nią? - spytała szeptem. Fabian tylko niezauważenie skiną głową.
-Czasami. Ale to wszystko już minęło. Trzeba myśleć co będzie w przyszłości. Nigdy nie byłem w tym za dobry.
-W myśleniu?
-Bardzo śmieszne - mruknął, ale mimo to się uśmiechnął.
Siedzieli jeszcze przez chwilę w ciszy, w czasie której Megan skubała różowy lakier do paznokci.
-Zadzwoń do niej - zaproponowała dziewczyna.
-Megan, zrozum, że to już nie ma sensu. Ona jest w Ameryce.
-Ale nadal ją kochasz?
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
-Ja... Sam nie wiem. Wszystko się pozmieniało.
Megan podniosła wzrok i napotkała błękit jego oczu. Temat był skończony. Jakiś wredny głosik podpowiadał jej, żeby dalej drążyła temat. Ona jednak tego nie zrobiła. Za bardzo się bała, że roztrzęsie coś o czym on nie chce mówić. Fabian wstał i znowu wziął gitary, próbując grac jakąś melodie, której nie znała.
-Nigdy nie słyszałam, jak śpiewasz - zauważyła, a Rutter tylko się uśmiechnął.
-Nic specjalnego.
Megan dźgnęła go stopą w bok.
- No dawaj, nie będę się śmiać. I tak nie będziesz fałszować gorzej niż Jerome.
Zrobił to, o co prosiła. A ją zamurowało. Sądziła, ze jego głos może nadawać się tylko do narracji albo do czytania wyjątkowo nudnego referatu z historii. Kiedy skończył, ona lekko się uśmiechała, a Fabian zrobił sie czerwony na policzkach.
-Aż tak strasznie? - spytał na widok jej miny.
Wzruszyła ramionami.
-Próbuje wymyślić jakąś cięta ripostę, żeby nie wyszło na to, ze mi się podobało.
Zaśmiał się.
-Dzięki.
I grał dalej. A Megan siedziała pochłonięta w swoich myślach. Po kilku minutach Fabian zwrócił się do niej:
-Mogę cię o coś zapytać?
-Nie wyjdę za ciebie.
-Nie, nie o to chodzi - uśmiechnął się - Czemu uważasz, ze Walentynki to głupie i bezsensowne święto?
- Bo ludzie po­win­ni się kochać przez cały rok, a nie tyl­ko 14 lutego...
-Wow, Megan. - tutaj zrobił irytującą pauzę - Nie spodziewałem się po obie czegoś tak głębokiego.
Odstawił gitarę i usiadł koło niej. Czuła jego ramię, które stykało się z jej ramieniem. Patrzyli się oboje w ścianę.
-Miło tak sobie popatrzeć w ścianę - stwierdził Fabian. Megan zachichotała cicho. Co jak co, Rutter miał dobrą pamięć. I potrafił zaskakiwać - Jak myślisz, co by było, gdybyśmy bili razem.
W ustach dziewczyny zrobiło się sucho, puls zaczął przyśpieszać.
-Myślę, że nic by się nie zmieniło. No, może to ze mną spędzałbyś Walentynki i Mikołajki, mielibyśmy własne święta i piosenki. Ale myślę, ze nic by się nie zmieniło. Ty chyba nie jesteś gotowy, a ja tez nie. I nie liczę na­wet na to, że kiedyś może się to zmienić. Za bardzo kochasz Ninę.
-Nie znasz przyszłości, dla­tego nie zap­rzeczaj. Ja jes­tem prze­kona­ny, że coś ta­kiego może się zdarzyć. Muszę tyl­ko wie­dzieć, że gdy będę sam, to Ty będziesz w sta­nie mnie po­kochać.
-Ale ja już cię kocham Fabian.
Dopiero teraz spojrzał w jej oczy. Ten błękit od zawsze ją uspokajał, nie wiedziała nawet dlaczego. W jego spojrzeniu było takie coś, co pokochała od razu. Od samego początku lubiła jego oczy. I uśmiech.
Nie wiedziała, kiedy znalazł się tak blisko niej. Poczuła jego oddech na swoich wargach i zamarła. Chciała, by to on zrobił pierwszy krok. On myślał podobnie. Zamarli tak, przytuleni do siebie, czekając, aż jedno z nich się ocknie.
Było jeszcze za wcześnie. Kochała go, on kochał ją. Ale było jeszcze za wcześnie. Dla ich obojga.





Jeżeli to przeczytałeś, wiec, że Cię kocham. I ten specjał dedykuje właśnie Tobie ♥



Mara, will you please, please, go out with me?
Yes...

Obserwatorzy