środa, 29 stycznia 2014

046. Rozdział czterdziesty szósty

Gryzłam zielony ołówek, czując smak gorzkiego lakieru. Amber pomalowała nim wszystkie końcówki moich długopisów, kredek by odzwyczaiłam się od brzydkiego zwyczaju gryzienia wszystkiego, czego napotkam. To mnie jednak uspakajało i nie zważając na znienawidzony smak w ustach, gryzłam dalej wpatrując się w pamiętnik Sary, który w końcu skończyłam czytać. Kilka kartek zostało wyrwanych, wiec nie wiedziałam co się działo od czerwca do września. Na samym końcu, czarnym, grubymi literami było napisane 'To koniec'. Przygryzłam ołówek mocniej, aż ból przeszył moje zęby. Muszę znaleźć rozwiązanie, muszę.
Fabian proponował mi, że pójdzie ze mną do biblioteki. Odmówiłam. Jest nadopiekuńczy, niech spędzi trochę czasu z przyjaciółmi.
Tak naprawdę nie poszłam do szkolnej biblioteki. Byłam w bibliotece Frobisherów, legalnie, prosząc panią Taylor o klucze. Powiedziałam, że rodzicie chcą sie nieco więcej dowiedzieć o szkole. Zebrałam więc szybko kilka ciekawostek, które im wyśle, jakby sprawa wyszła na jaw.
Siedziałam na zakurzonych schodach, wdychając woń stęchlizny. Nienawidzę jej, ale teraz działa na mnie niezwykle kojąco. Przymknęłam oczy, pozwalając, by kurz drażnił moje nozdrza. To tutaj wszystko się zaczęło. Tutaj przyszłam z Fabianem szukać Księgi, a znaleźliśmy wskazówkę. To tu po raz pierwszy mnie objął, gdy znalazł mała kartkę z rymowanką. Tutaj brzmiał jego śmiech, gdy wychodziliśmy. Nadal się wydaje, że brzmi w tych ścianach.
Czy tak czuła się Nina, zanim sie w nim zakochała?
Wstałam i zaczęłam przeglądać książki, powoli, jakby każda była eksponatem sztuki. To one od zawsze ze mną były. Mogłam czytać godzinami, podróżując, nie ruszając sie z ulubionego fotela. Czytając, zagłuszałam myśli. I zepsułam sobie wzrok, gdy po ciemku przy świetle latarki, potem komórki, czytałam. Moje kroki rozbrzmiewały echem wśród regałów. Przesunęłam palcem po okładkach, został na nim kurz. Dawno tu nikogo nie było.
Wracając na schody, zobaczyłam że ktoś na nich siedzi. Kobieta wydawała sie bić blaskiem, jej kontury były bardziej wyraźnie, niż gdy ja poznałam. Uśmiechnęła się do mnie smutno, a ja milcząc, usiadłam koło niej.
-Czemu wszystko musi być takie trudne? - spytałam beznamiętnie, wpatrując się w wirujące pyłki.
-Nigdy nic nie było proste - odpowiedziała kobieta i spojrzała na mnie z troską - Niedługo nadejdzie was czas.
-Najpierw Księga, potem Krąg - odparłam, patrząc sie na nią błagalnie - Pomóż mi.
Selene sięgnęła pod suknie, potem wyjęła maleńką, migoczącą rzecz. Wzięłam ja w palce. Była ciepła i miła w dotyku. Kobieta szepnęła cicho, gdy wpatrywałam się w podarunek.
-Pokaże ci to, czego pragniesz najbardziej.
Potem znikła, lecz gwiazdka nadal radośnie migotała w mojej dłoni. Wstałam i podążyłam na środek biblioteki, gdzie się zatrzymałam. Zacisnęłam mocno palce na prezencie, tak, że zaczął mnie palić w dłoni. Miałam ochotę go puścić i krzyknąć z bólu, lecz moje mięśnie mnie nie słuchały.
Biblioteka rozmyła sie, zostałam wciągnięta w wir zieleni, zapachu lasu i niewyraźnych dźwięków. Poczułam na policzku czyjąś ciepłą dłoń, potem na plecach, jakby ktoś mnie prowadził. Przymknęłam oczy, jednak zielone plamy, jasne i ciemne, wirowały mi pod powiekami. Chciałam tak trwać, czując czyjąś obecność, jak miękki koc. Poczułam coś gorącego na ustach...
Zostałam brutalnie wypchnięta w rzeczywistość. Otworzyłam oczy, czując metaliczny smak w ustach. Krew. Wstałam z podłogi, na którą upadłam. W głowie miałam większy zamęt niż przed zobaczeniem tego.
Podniosłam głowę. Selene stała nad mną uśmiechając się.
-Nawet nie wrzeszczałaś. Wszyscy, którzy patrzą w przyszłość zawsze wrzeszczą.
-I właśnie to cię cieszy? - spytałam, wycierając usta. Na rękawie została mi czerwona smuga - Nic z tego nie rozumiem. Teraz jest zima.
Selene pokręciła głową i zaczęła się przechadzać sie po bibliotece. Zaczęło się ściemniać. Powinnam się zbierać, ale nie chciałam brnąc w śniegu po kolana, do domu w którym wszyscy mają mnie za nieszczęście.
-Chciałabym wszystko zrozumieć.
-Nic nie jest prostą drogą. Los zawsze sie wije, rzucając nam kłody pod nogi, patrząc jak upadamy - Selene odwróciła się do mnie i spojrzała na mnie z zaciekawieniem - Jesteś silniejsza, niż poprzednie.
-Staram się - mruknęłam i z powrotem usiadłam na podłodze - Możemy pogadać?
-Nie mam za wiele czasu - odpowiedziała, jednak usiadła na przeciw mnie z zaciekawieniem - Pytaj.
-Do jakich innych celach jestem ci potrzebna?
-Jeszce nie czas. Na razie nie jesteś gotowa, by się dowiedzieć.
-Okej. Pytanie drugie : gdzie jest przepowiednia o mnie?
-Tutaj - pokazała na moje serce, a później na swoje - Myślisz że Robert sam wpadł na zapisanie w pamięci wskazówek. My byliśmy pierwsi. Ale nie starajcie się jej odszukać w papierach. Nie znajdziecie jej. To tylko formalność, a za naszych czasów nie było czegoś takiego. Treść jest zapisana w waszej krwi.
Wzdrygnęłam się. Prawie tak jak w horrorze.
-Czemu zawsze wszystko spierniczę? - spytałam, patrząc na nią czujnie.
-Nie twoja wina.
-Aha.
Zaczęłam rysować wzory na podłodze, nadal czując smak własnej krwi w ustach. Selene oberwała mnie z zaciekawieniem, ale po kilkudziesięciu minutach spojrzała za okno.
-Ściemnia się, powinnaś już wracać.
Kiwnęłam głową i wstałam. Schowałam wszystkie swoje rzeczy do torby, zasunęłam kurtkę i zasłoniłam usta. Zamykając drzwi kluczami, przypominałam sobie, jak Fabian otwierał je moja wsuwką do włosów. Westchnęłam, a mój oddech zamienił się w obłoczek pary. W środku przynajmniej było ciepło. Duszno, ale ciepło.
Gdy przebrnęłam przez śnieg i dotarłam do domu, trzęsłam się jak osika. Pchnęłam drzwi i poczułam słodki zapach. Dopiero teraz poczułam, jaka jestem głodna. Otrzepałam się ze śniegu, schowałam kurtkę i wpadłam do kuchni. Trudy uśmiechnęła się i podała mi talerz z goframi.
-Cześć gwiazdko, gdzie byłaś?
-W bibliotece - wzruszyłam ramionami i zaczęłam pałaszować gofry. Nie miałam ochoty iść do jadalni, gdzie wszyscy siedzieli i się wygłupiali. A z Trudy czułam się prawie jak z mamą - Rodzice chcieli dowiedzieć się czegoś do szkole.
-I znalazłaś coś ciekawego?
-Nie za bardzo. Same ciekawostki historyczne, będą musieli się nim zadowolić.
Trudy wytarła ręce w ścierkę i zmrużyła oczy.
-Gdzieś mam stary album, może cię zaciekawi.
Wróciła po chwili, niosąc piękny album w brązowej skórze. Przejechałam palcami po złotych zdobieniach.
-Może go pożyczyć?
Trudy kiwnęła głową i zaczęła wyciekać naczynia. Podeszłam do niej, cmoknęłam w policzek i odeszłam do swojego pokoju. W albumie nie było niczego ciekawego, prócz zdjęć szkolnych. Uznałam, że nosimy lepsze mundurki niż na początku. Tutaj daje plus dla postępu. I że Victor wcale się nie zestarzał. Patricia parę razy wchodziła do pokoju, brała kilka notatek, ładowarkę do laptopa i kilka nowych kartek. Była tak pochłonięta pracą, ze nawet nie zauważyła, ze siedzę na łóżku. Albo nie chciała zauważyć.
Księżyc świecił jasno, gdy głos dozorcy rozbrzmiał echem po domu.
-Wybiła dziesiąta. Macie dokładnie pięć minut, a potem chce usłyszeć, jak upada ta... szpilka.
Westchnęłam i skoczyłam pod pierzynę. Patricia otworzyła drzwi i spojrzała na puste łóżko.
-Gdzie Amber?
-Myślałam, że jest z tobą. Nie widziałam jej odkąd wyszłam ze szkoły.
Patricia odrzuciła do tyłu swoje rude włosy. Ubrana w piżamę, zaczęła wydzwaniać do przyjaciółki. Wstałam, zaniepokojona i obserwowałam ją. Po piątej próbie dziewczyna wybuchnęła.
-Cholera! Mówią, ze numer jest poza zasięgiem.
Zbladłam i westchnęłam.
-Spokojnie. Może jest gdzieś w domu i zasnęła - Patricia wymierzyła mi niedowierzające spojrzenie - No ale nie zaszkodzi poszukać!
-Nie - złapała mnie za rękę - Później. Wcześniej też znikała, wracała później. Poczekajmy chwilę, jak się dowiedzą że jej nie ma, zaczną węszyć, mogą natrafić na nasze sprawy.
Przytaknęłam. Miała rację. Nie zmieniło to jednak faktu, ze czas wlókł sie niemiłosiernie. Gdy było wpół do jedenastej, wymknęłyśmy się cicho i zeszłyśmy na dół. Wślizgnęłam się do pokoju Eddiego i Fabiana, najciszej jak potrafiłam, a za bardzo ostrożna to ja nie jestem. Mam szczęście, że Logan śpi z zatyczkami do uszów. Patricia poszła po Alfiego, bo jest no... bardziej zwinna, cichsza. Cholera, wszyscy dostali w niebie to, co ja chciałam. To takie niesprawiedliwe.
Podeszłam na palcach do łóżka Fabiana i zaczęłam delikatnie nim potrząsać. W końcu się obudził.
-Co...-nie dokończył, bo położyłam mu palec na ustach, a drugi na swoich, mówiąc niemo, żeby był cicho. Widział doskonale, bo światło księżyca padało dokładnie na mnie. Kiwnął głową i stał. To samo zrobiłam z Eddiem i po chwili nasza cała piątka stała na korytarzu.
-Amber zniknęła - syknęła Patricia cicho.
-Że co? - Eddie podrapał się po głowie.
-Słyszałaś Eddie, Amber nie ma. Puff!
-Nie powiedziała wam gdzie idzie? - spytał Fabian zaniepokojony. Pokręciłam głową i przeczesałam palcami włosy.
-Powinniśmy komuś powiedzieć? - spytałam przestraszona - Boże, najpierw Lucy, teraz ona.
-Hej - Fabian chwycił mnie za rękę. Spojrzałam mu w oczy, które lśniły w świetle księżyca - Poczekamy do jutra. Jeżeli do jutra nie wróci, to komuś powiemy.
Pokiwałam głową. Potem Eddie podniósł prawą rękę do oka i szepnął:
-Sibuna.
Wszyscy mu zawtórowali, prócz mnie, ja na to nie zasługuje. Nie mogę. Spojrzeli na mnie wyczekująco.
-Ja nie...
-Jesteś w Sibunie, czy tego chcesz czy nie - Miller wyszczerzył się.
-I siedzisz w tym bagnie tak samo głęboko jak my - dodała Patricia.
Westchnęłam i poddałam się. Podniosłam dłoń do prawego oka i szepnęłam:
-Sibuna.
Kładłam się z uczuciem strachu o Amber i lekkość. Ten mały gest  podniósł mnie na duchu.


Stąpała delikatnie. Jak kot. Cicho i niezwykle lekko.
Wracała z tunelów. Przesiedziała tam cały dzień, siedząc na tronie, na których Fabian grał w grę. Te z pionkami. Nie pamiętała, jak się nazywała.
Nie wiedziała, dlaczego akurat tam chce być. Złote posągi Anubisa nadal stały dumnie, choć fałszywej Maski nie było już sensu dalej ukrywać. Ale właśnie w tym miejscu spadła, gdy Rutter kazał jej zrobić błędy krok. Tutaj Alfie wrzeszczał, błagał, by wróciła. Przebywanie tam bolało, ale napełniało ją niesamowitą siłą.
Wyczołgała się z wejścia, którym był stary piekarnik. Po ostatniej wizycie ktoś nie zamknął wejścia. Wykorzystała to, by pobyć sam na sam ze swoimi myślami.
Nie pomogło. Droga, którą wyznaczyły łzy nadal była mokra. Nawet gdy wracała, płakała. Otarła twarz niecierpliwie.
Jeszcze nigdy nie czuła się tak niepotrzebna.
Kuchnia była skąpana w czarodziejskim świetle księżyca, nadając każdej rzeczy, nawet zwykłej szklance, magicznej natury. Błyszczały w nim dumnie drobinki kurzu, niczym pył.
Amber ruszyła po cichu. Nikt nie powinien jej usłyszeć. Pewnie nawet się nie martwili.
Wybrała drogę korytarzem. W salonie mogła się o coś potknąć i zaprzepaścić ciszę, którą teraz tak błogosławiła.
Zastała ją niemiła niespodzianka. Alfie stał oparty o ścianę, mierząc ją wzrokiem, od którego zadrżała. Gdy się odezwał, jego głos był pozbawiony emocji.
-Amber, co ty do cholery wyprawiasz?
Gardło zaczęło ją piec. Zbyt dobrze znała to uczucie, zbyt często walczyła z im w nocy, po czym przekrywała i płakała cicho, aż zasnęła.
-Nie powinno cię to obchodzić - szepnęła. Stała w blasku księżyca, doskonale widoczna, podczas gdy on chował sie w cieniu.
-Ale obchodzi - odrzekł, jego głos lekko drżał - Martwiłem się o ciebie.
Amber posłała mu niedowierzające spojrzenie. Nie dość, że zranił ją wczoraj, to dzisiaj bawi się nią, jak gdyby nigdy nic. Zauważył to. Powoli zaczął zbliżać się do niej. Chciała się ruszyć, ale poczuła, że mięśnie odmawiają jej posłuszeństwa.
-Dlaczego nie chcesz zrozumieć? - szepnął - Dlaczego tego nie widzisz, Amber?
-Co mam widzieć? - spyta, bliska płaczu - Że mnie nienawidzisz? Że nigdy ci na mnie nie zależało?
Jego twarz wyglądała na zmęczoną, ale dziewczyna nie była pewna, czy szczerze. Prawie wszedł w smugę srebrnego światła.
-Zależało, nawet nie masz pojęcia jak. Nadal zależy.
Blondynka nie chciała się opierać, chciała w to uwierzyć. Ale gorzki smak w jej ustach, taki sam jak zobaczyła Alfiego szczęśliwego z Willow, nie pozwalał jej na to.
-Zależało ci... - mruknęła dziewczyna - Ile minęło, odkąd zacząłeś sie oglądać za innymi? Tydzień? Może dwa? Myślałam, że to coś prawdziwego. A potem zobaczyłam cię z Willow...
Głos ugrzązł jej w gardle. Chłopak stał już przy niej, zaglądają głęboko w oczy.
-Musiałem coś zrobić, by nie zwariować z tęsknoty za tobą. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. A Willow chciała być taka jak ty. Pomyślałem, że najpierw pokocham ją za to, a potem ją całą i zapomnę o tobie. Mój plan zawiódł - westchnął ciężko, po czym kontynuował - Gdy pojawiłaś się we wrześniu, przeżyłem wstrząs. Próbowałem inną zapełnić pustkę po tobie i nagle ty sie zjawiasz. Byłaś taka szczęśliwa... Odniosłem wrażenie, że nie potrzebujesz mnie. Zaczęłaś coraz częściej rozmawiać z Colinem, a on się do ciebie uśmiechał, zabierał na kawę pod pretekstem przedstawienia. Stałem sie zazdrosny. Ale pomyślałem, że nie będę niszczył twojego szczęścia. Usunąłem się w cień, będąc razem z Willow. Wyglądał na to, że tobie to pasuje. Udawało mi się. Aż do wczoraj.
Amber poczuła na wargach gorący pocałunek Colina, pełen pasji. Musiała przyznać, że jej sie podobał. Alfie nigdy jej nie pocałował.
-Gdy zobaczyłem, jak on cię obejmuje i na ciebie patrzy w taki sposób, a ty odpowiadasz mu tym samym, coś we mnie pękło. Cały ten ból który w sobie dusiłem powróci z podwojona siłą. Nie wytrzymałem. Teraz już wiesz Amber.
Położył czoło na jej czole, zanurzając rękę w jej złote włosy, migające bladym blaskiem. Były miękkie i pachnące, takie jakie pamiętał.
-Dla mnie nic się nie zmieniło, Amber... Dlatego decyzja należy do ciebie.
Czuła bicie jego serca, gdy położyła dłoń na jego piersi. Chwyciła za przód koszulki, przyciągając go do siebie.
Pocałowała go.
Ich uczucia zmieszały się że sobą, gdy całowali sie długo, głęboko. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie csuła. Alfie zanurzył palce w jej włosach, a drugą ręką obejmując ją w pacie i przyciągając bliżej. Po policzku Amber spłynęła jedna pojedyncza łza.
Całowali się w blasku księżyca, tak jak zawsze o tym marzyła.

***

Obudziłam się z ciepłym uczuciem w brzuchu. Mimo wszystko, musiałam przyznać, że dawno trak dobrze nie spałam. Mój wzrok powędrował do łóżka blondynki.
Zerwałam się na równe nogi. Amber nie było.
Nagle całe uczucie błogości mnie opuściło. Musze zachowywać się normalnie. Wzięłam mundurek i kosmetyczkę i popędziłam do łazienki, która na szczęście była pusta. Szybko sie ubrałam, umalowałam i uczesałam, po czym jak torpeda wystrzeliłam na dół. Zapewne wszyscy już siedzieli w pokoju chłopców, omawiając, co powinni zrobić.
Biegłam tak szybko, że nie zauważyłam, ze ktoś jet przed mną. Zahamowałam w ostatniej chwili, ale nie zdołałam powstrzymać kraksy.
-Uważaj trochę Megan! Myślisz, że możesz wpadać we mnie i niszczyć mi fryzurę?!
Spojrzałam speszona na Amber, po czym do mnie dotarło, że to naprawdę ona. Rzuciłam się na nią i mocno przytuliłam.
-Dusisz mnie Meg!
Puściłam ją, a następnie z całej siły walnęłam w ramie. Dziewczyna syknęła.
-Co ty sobie wyobrażasz? - warknęłam. Amber słodko się do mnie uśmiechnęła i poszła do jadalni. Akurat wstałam idealnie na śniadanie. Wszyscy wychodzili, a gdy Mara obok mnie z Clarkiem, on posłał mi zimne spojrzenie. Cholera.
Alfie spojrzał na mnie i sie uśmiechnął. Poczułam sie zaskoczona, bo wczoraj wydzierał sie na nas, a dzisiaj uśmiecha się jak gdyby nigdy nic. Odwzajemniłam gest, po czym dotarło do mnie, ze on szczerzy sie do Amber. Super. Będę Forever Alone. Mogę sobie już taka bluzkę kupić.
Lewis chwycił za nadgarstek Willow i z poważną miną coś do niej powiedział. Jenks kiwnęła głową i odeszła za nim. Amber westchnęła.
-Nienawidzę tego...
Spojrzałam na nią. I olśniło mnie.
-To znaczy, że... wy... czyli...
Blondynka uśmiechnęła się gorzko.
-Dobrze to ujęłaś.
Patrzyłam się na nią tępo, nie wiedząc co powiedzieć. Więc spuściłam wzrok. Cieszyłam się, jasne, tyle że przeskakiwanie z dziewczyny na dziewczynę nie jest w porządku. Wczoraj spędziłam trochę czasu z Willow, wiem, ze choć jest taka radosna i hipisowska, bardzo łatwo ją zranić. Amber mięła w palcach swoja marynatkę. Denerwowała się. Gdy chciałam odejść na śniadanie, zatrzymała mnie, chcąc, żebym z nią została. Kocham Amber jak siostrę, ale nienawidzę się mieszać w cudze związki. Wierzcie mi, ja wiem to najlepiej, i wiem, kiedy należy sie zmyć.
W końcu drzwi otworzyły sie i wyszła z nich Willow z podniesioną głową. Nie płakała. Poczułam do niej wielki szacunek. podeszła do Amber, która zbladła na twarzy.
-Amber... Życzę wam, by wam się ułożyło - jej ręce podążyły do szyi. Rozpięła łańcuszek, na którym wisiał medalion - Zaopiekuj się nim.
Ciężki wisior spadł na wyciągniętą dłoń Amber. Willow uśmiechnęła sie blado i poszła na górę. Gapiłam się w medalion, którego nie widziałam dawno. Sama go przecież dałam dziewczynie, w obecności Millington. Zaczęło kręcić mi się w głosie, każda komórka mojego ciała krzyczała 'NIE'.
 Przełknęłam głośno ślinę.
Palce Amber zacisnęły sie na medalionie, który nie był jej własnością. Zagryzłam dolną wargę, i obserwowałam co sie stanie. Alfie podszedł i objął blondynkę. Poczułam sie niepotrzebna, więc chwiejnym krokiem. Opadłam ciężko na swoje miejsce.
-Coś się stało?- spytał fabian, a ja spojrzałam na niego udręczonym wzrokiem.
-Podaj mi dżem.
-Co?
-Dżem mówię - odpowiedziałam niecierpliwie - Muszę się naćpać dżemem.
-Można sie naćpać dżemem? - spytał Eddie znad płatków na mleku - To chyba niemożliwe.
-Skąd możesz wiedzieć, że coś jest niemożliwe, skoro nigdy nie próbowałeś.
-Serio? - Patricia nalała sobie soku do szklanki - Walisz tekstami z Asterix'a i Obelix'a?
-Taa. - mruknęłam - Cytowanie Szekspira mi się znudziło.

***

Teraz mogła płakać.
Cały dzień cieszyła się jak głupia, że Amber i Alfie są znowu razem.
Ale znowu była niepotrzebna, znowu była ta głupia. Znowu była tą, co kochają się w obcych facetów, a potem odbijają. Bo tak cały dom Izydy to odbierał. Dlatego sie przeprowadziła. Marzyła, by ktoś ja zaakceptował.
Trzymała kamerę w zamarzniętych dłoniach, ale nic ja to nie obchodziło. Jak mogła być taka głupia. Najpierw zabawił sie ną Jerome, teraz Alfie. Ona głupia myślała, że to może być coś więcej. Okłamywała sie. Przecież widziała, jak Alfie patrzy na Amber, a jednak łudziła się, że zostanie z nią.
Nie wycierała łez, nich płyną. I tak nikomu na niej nie zależy.
Popychana. Odtrącona na bok. Dotąd słyszała szyderczy śmiech, gdy wołali za nią 'Płacząca Wierzba'.
Rude włosy plątały jej się we wszystkie strony. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem z twarzy.
Stanęła i spojrzała przed siebie. Nic, prócz olśniewającej bieli śniegu i szumu drzew po jej lewej stronie.
Spojrzała na las. W cieniu drzew coś się czaiło. Czuła, jak po jej plecach przebiegają ciarki. Zimny wiatr sie nasilił, wbijając sie tysiącami igiełek w jej nagą skórę.
Odwróciła wzrok i pognała w przeciwną stronę. Uczucie niepokoju jej nie opuszczało. Ciągle oglądała się do tyłu.
Upadła na śnieg. Kamera wyślizgnęła jej się z rąk. Załkała cicho, wstała i otrzepała się.
Nie czuła palców. To nic, w porównaniu, jaki chłód czuła w środku. Tam, w sercu, które po raz kolejny zostało rozbite na małe kawałeczki. Była taka pewna, że uda jej się je odbudować. Błąd.
Jaka szkoda, ze to uczucie nie miało ją opuścić. Już nigdy.


~*~

Tam tam taaam.
Rozdział dedykuje Sapphirce. To przeprosiny za to, ze nazwałam ją drzewem.
Jeden z 6932148324234 wątków zakończonych. Swatałam Amfie. A teraz mi Willow szkoda, buuu. Musze jej kogoś znaleźć, ale nie mogę wymyślić kogo. Loguś zaklepany, do Fabianka mam plany, do Colina i Jeroma też. Eddie ma już dziewczynę. Swatam Willow z drzewem.
Brad pstryka zdjęcia pawiom na jakimś zadupiu. Zgadza się, pawiom. Boże, z kim ja się hajtnęłam?
Mam żałobę. Ari i Nathan zerwali. Nie zrozumiecie mnie :c Nikt mnie nie zrozumie. Idę naćpać sie dżemem.
To takie niesprawiedliwe.
Nie dodają nowych odcinków 'Sam&Cat' na kinomana. Boże, moje życie nie ma sensu.
Musze wkuć ponad 2 tys. słówek na test gimnazjalny. Nigdy nie bierzcie niemieckiego. NEVER! Niemiecki to samo złooo.
Rozmowy w toku dały mi unfollow na twitterze, bo nie dałam m follow backa. Chamy. Nie zasłużyli, by mnie obserwować. 
Bada tssss.
Sorry za błedy, wiecie, ze jestem leniwa i nie che mi się tych ogonków dodawać :c
Kakałko waniliowe jest wspaniałym wynalazkiem ludzkości, chylę czoła. 
Mój internet robi sobie ze mnie trolla. Bez przerwy sie wyłącza, potem włącza,  tak dziesięć razy, aż w końcu jest taka mega szybkość, ze wolę się bawić w pancie.
I wyszło to: https://twitter.com/joylitte/status/427906526628429824/photo/1
Moja przyjaciółka sie fochnęła, ale została panią Norman. Csss.
Szipuję ich.
I szibujemy Meguś i dżemik, są piękną parą.
Jeżeli przeczytałeś, to skomentuj. Fajnie by było :c
Piszę petycję do komorowskiego, dlaczego śnieg sie nie lepi. Ja chce ulepić bałwana i wysłać zdjęcie Steve' owi, żeby był ze mnie dumny.
Lepi ktoś ze mną?

Kocham Was


Joylitte
xoxo


P.S. Brad podał dalej mojego tweeta. Właśnie się popłakałam, może cię mnie pocieszyć. Pozdrawiam.

4 komentarze:

  1. Kiedy kolejna część? :)
    Świetny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta scena Amfie... To było to coś. Takie romantyczne i ohhh! Ale szkoda Willow. Nie przepadałam za nią nigdy ale mi jej szkoda :ccc
    Amber ma wspaniałych przyjaciół. Tak się o nią martwią.
    Kocham twój styl pisania. Nie jest on taki sztuczny. Jest taki inny od wszystkich innych. Taki w nim urok. Kocham te opowiadania od pierwszego. Zazdroszczę Ci naprawdę, że potrafisz tak pisać. Może kiedyś się nauczę?
    Brad podał dalej twojego tweeta? Też zazdroszczę *_* Ile ja bym dała, żeby ktoś mi podał dalej tweeta. Tyle że jak na razie to nie mam TT. Znaczy miałam ale dzień później zapomniałam hasła. Taaa.
    Nie uważasz że mało Peddie ostatnio jest? Wiesz....
    Szybko pisz następny :*
    KC ccc:

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, że jak się połączy imiona Fabian i Justyna to wyjdzie Faustyna? Nic.
    Dla mnie? Oj, jaki zaszczyt. I jeszcze taki piękny, chyba nawet Ci to drzewo wybaczę <3
    I jeszcze księżyc był, nastrój wszystko pięknie no. Ja jestem samotna, żre banany i zachwycam się pięknymi fanfikami, porównując je do tego szajstwa co piszę. Brak talentu, przykro mi, nic ze mnie nie wyrośnie. Drzewo najwyżej.
    Moja biedna, kochana Meggi. Ja tak nie chcę żeby cierpiała. Niech Fabian ją jeszcze raz tak mocno tulnie, powie, że ją barco kochunia i z nią będzie. Ja chcę. Tylko Fegan, przekonani moi <3
    Jejku, jaka biedna Willow. Aż by się chciało przytulić. Najgorsza jest miłość nieodwzajemniona. Wybrała niewłaściwie, a teraz przyszedł czas by uświadomić sobie wszystkie błędy, nie brnąć w te niechciane nieszczęścia. Ona też ma uczucia. No i drzewa również, tak.
    Jeruś tak słodko chroni Marę w takich drobnych, pozornie nieistotnych gestach. Zachwycam się.
    wgl właśnie:
    KTO ZABIŁ JOY?!
    Ja muszę to wiedzieć! Muszę jechać mu podziękować. Znaczy, podobno się z nią zaprzyjaźniam, ale bff to my raczej nie będziemy. Joyyyyy czemuś ty musisz być JOOOY.
    Kakałko :3
    Ale ty szybko dodajesz, nie to co ja, raz na miesiąc "SAPPHIRKA WAS WITA" a potem... no nic.
    Kocham Ciebie, mojego dedyka no i drzewa też. Muaa <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Heej <3 Świetnie piszesz! Czytam ! <33 Zapraszam do Siebie (zaobserwuj jak mozesz i jak chcesz to komentuj ) <33 Ja już zaobserwowałam <333 http://fabinastorybysnookixd.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy