piątek, 10 stycznia 2014

043. Rozdział czterdziesty trzeci

Mam być szczera?
W Boże Narodzenie obudziłam się i gapiłam w sufit, czując coś, na co czekałam od bardzo dawna. A mianowicie - ulga. Jeżeli całe moje cholerne przeznaczenie, jak to pięknie określiła wczoraj Chloe, ma sprowadzić się do krwawej jatki, to pożyczę siekierę i może uda mi się wyjść z tego całą.
Albo za pierwszym razem mój łeb zostanie odgryziony przez jakiegoś mutanta i game over.
Tak czy siak, wygrzebałam się szybko spod pierzyny, ubrałam się w najcieplejsze ubrania, jakie wygrzebałam z szafy, uprzednio rozwalając ciuchy po całym pokoju, i wymknęłam się cichutko, zamykając ostrożnie drzwi.
W salonie walały się resztki papieru do pakowania. Musieli zaraz po tym, jak oznajmiłam, ze jestem zmęczona rozpakowywać prezenty. Westchnęłam. Mogłam udawać, ze wszystko ok. Nigdy w życiu nie przeżyłam wspólnego oglądania prezentów, śmiania sie razem zimnymi. Jestem jedynaczką. Nam ten przywilej nie przysługuje, a szczególnie mi. Każde święta odkąd pamiętam spędziłam w domu.
Odgrzałam sobie pierwsze z brzegu danie, które zostało z Wigilii i szybko pochłonęłam. Potrzebuje chłodu, może podziała na mnie jak kubeł zimnej wody. I zamierzałam pogadać z Selene. Z moich monologów prowadzonych w głowie, można stworzyć całkiem niezłego fan fiction.
Żartuję, byłby do kitu.
Zasypane śniegiem pola szkoły aż kuły w oczy. Musiałam najpierw je mrużyć, by przystosować sie do zmiany koloru na niesamowitą biel. Wciągnęłam głęboko powietrze i poczułam, że się odprężam. Spacerowałam mimo wczesnej pory moimi starymi szlakami, gdy byłam jeszcze niczego nie świadoma i biegałam beztrosko. Zdawało mi się to bardzo dawno temu. Z dobre pięć lat.
Gdy zorientowałam się, że moje palce zamarzły już dostatecznie mocno, by nimi nie poruszać, zawróciłam i wróciłam do domu. Selene ani razu sie nie pokazała, zołza jedna. Nawet bardzo ładne proszę nie podziałało.
Pchnięcie solidnych, drewnianych drzwi kosztowało mnie trochę wysiłku. Może to był fakt, że dzięki mojemu super spacerku, moje siły zmalały do zera. Nie przejęłam się tym zbytnio, tyle że musiałam poczekać dobre dziesięć minut, bym była w stanie się zgiąć i rozsunąć zamek przemoczonych butów, a potem kurtki.
Praktycznie nikt już nie spał, prócz Logana, który skarżył sie kacem po piciu zbyt dużej ilości oranżady. Jerome i Eddie wariowali. Powiesili w salonie dużą podobiznę Victora i zaczęli rzucać w niego rzutkami.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie mam pojęcia, skąd oni wzięli taki ogromny papier. Po krótkim wysilaniu mózgownicy i nic nie wymyśleniu wysyłam wniosek, ze mój mózg też musiał zamarznąć. Zdarza się.
Usiadłam na swoim miejscu, obok Fabiana, który nawet nie podniósł głowy. Zamarzyła mi się gorąca czekolada.
-Trzymasz się jakoś? - mruknął, nie odrywając wzroku od książki.
-Mhmm. - odburknęłam w odpowiedzi, zła, że przewał moje rozmyślania na temat basenu czekolady.
-Spacer się udał?
-Śledziłeś mnie? - spytałam zdziwiona, bo byłam pewna, że nikt mnie nie słyszał.
-Nie umiesz zachowywać się cicho w kuchni. Ani po cichu zamykać drzwi.
Przewróciłam oczami. Znalazł się wielki detektyw. Mój głód na czekoladę rósł, ale jestem zbyt leniwa, by wstać. Obserwowałam więc, jak Jerome i Eddie rzucają lotkami. Clark miał zdecydowanie lepszego cela, ale Miller też nie zostawał w tyle. Celowali w czubek nosa, bo jak to określili 'Victor ma za duży nos, by w niego nie można było trafić'. Po pięciu minutach na dół zeszła Mara i stanęła pomiędzy chłopcami a plakatem. Jedna z rzutek o włos minęła jej głowę.
To było nawet zabawne. Mara ze spokojem tłumaczyła im, ze tak nie można, Jerome posyłał jej głupie uśmieszki i wbijał palec pomiędzy żebra. W końcu jego Marusia sie wkurzyła,  zdarła plakat i nic sobie nie robiąc z klęczącego Eddiego, który udawał płacz i krzyczał 'Ten plakat to całe moje życie!', wyrzuciła go do śmieci, po czym uśmiechnęła się i zaczęła wymieniać masę różnych chorób, na które można zapaść dzięki grzebaniu w odpadach i chłopcy musieli zrezygnować.
Obserwowałam, jak robi herbatę. Z błąkającym się uśmiechem na ustach, jak zręcznie wsypywała cukier do kubka i mieszała, a jej łyżka nawet nie obijała się o szkło. Ja tak nigdy nie potrafiłam.
Jestem jedną wielką porażką. Nawet herbaty z klasą nie umiem zrobić.
Usiadła obok mnie i Fabiana, grzejąc obie dłonie oplatając je na kubku. Wzięła oddech i szybko i dobitnie powiedziała:
-Możemy spróbować.
Fabian szybko podniósł głowę i spojrzał na nią czujnie.
-Naprawdę?
-Tylko raz - ostrzegła, widząc nadzieje w jego głowie - Nie wiem, co ci chodzi po łbie, ale zgadzam się na jeden raz. I po obiedzie.
Po czym wstała i wyszła, zostawiając mnie z rozpromienionym Rutterem.
-Rozumiesz, co to znaczy? Mara może znajdzie miejsce, gdzie jest Księga.
Spojrzałam na niego gniewnie.
-Chcesz ją wykorzystać? Przecież ona nawet o tym nie wie, nic nie wie o Sibunie.
-I na razie nic nie powiemy, dopóki nie będzie gotowa. Może nie przyjąć takiego ciosu.
Przez chwilę przed oczami zobaczyłam jej bladą minę, jak Eddie i Fabian opowiadają jej o Sibunie. To wszystko działo się pod jej nosem, nawet pomagała w niektórych miejscach. Może by sie wkurzyła, ze nie powiedziano jej wcześniej, może by machnęła ręką a może znalazła by rozwiązanie. Szybciej od Fabiana... Ale Mara ma większe zmartwienie, niż użeranie sie z tym, co my zaczęliśmy. Wyścig o Księgę się nie zakończył, ale my mamy coś, czego gang Victora nie ma napewno. Miejmy nadzieje, że nam się uda. Jeżeli nie, już po nas. Ciekawe, jakby to wszystko się skończyło. Nieśmiertelność musi być męcząca. Wiem to, bo oglądałam dużo filmów i czytałam dużo książek. Żartuje. Jeżeli mam żyć przez całą wieczność tak jak teraz, wolałabym jednak dać spokój.
Fabian widząc moją minę spytał:
-Stało się coś?
-Życie bez basenu pełnej gorącej czekolady jest do kitu.
I kichnęłam. O nie. Nie, nie, nie, nie. Nie mogę być chora. Nawet przeziębiona. Wyglądam wtedy jak mokra kura. Tak naprawdę nigdy nie widziałam mokrej kury, ale muszą wyglądać kropnie. Same oczy kur mnie przerażają.
-Jeszcze coś? - spytał Fabian, trochę zdziwiony moją odpowiedzią.
-Chce kupić sobie kurę. Chce zobaczyć, jak wygląda jak jest mokra.
Rutter coś mruknął pod nosem i dalej czytał, więc nie było sercu dalej siedzieć i czekać, aż się odezwie. Postanowiłam więc zadzwonić do rodziców. Rzadko kiedy gadamy, praktycznie zawsze jak dzwonie to nie ma ich w domu. Albo nie chcą odebrać. Teraz są święta, więc o ile gdzieś nie pojechali, to może uda się ich złapać. Usiadłam w miękkim fotelu i wykręciłam numer do domu. Zazwyczaj  dzwonie z komórki, ale teraz mam nadzieje na dłuższa rozmową, a darmowe minuty mam tylko do Chloe.
Moja mama odebrała na drugim sygnale. Ucieszyłam się, słysząc jej pogodny głos. Brakowało mi tego.
-Halo?
-Cześć mamo, to ja - odezwałam się i zagryzłam dolną wargę.
-Meggy? Czemu sie nie odzywałaś? Jak tak u ciebie? Podoba ci się prezent?
- Po pierwsze: bardzo, po drugie: nieźle, po trzecie: nie miałam czasu.
-Nie miałaś czasu, by porozmawiać z własną matką?
-No wiesz, ratowałam świat.
Mama zaśmiała się ciepło.
-No tak. Czyli lokatorka jest zbyt poukładana?
Przypomniałam sobie czerwoną twarz Amber, gdy zostawiłam kilka ciuchów na jej krześle, bo nie chciało mi się ich wkładać do szafy. Mama zawsze żartowała z tego, ze jestem cholerną bałaganiarą.
-Można tak powiedzieć.
Gadałyśmy przez jakieś piętnaście minut, w czasie których zakręcałam kabel od telefonu na lewym palcu i z powrotem go odwijałam. W końcu przeszłam do sedna:
-Wiesz, dostałam kartkę od babci na święta - odezwałam się zabawkowym tonem, a po drugim końcu słuchawki zaległa cisza - Coś nie tak?
-Nie, wszystko w porządku, po prostu tata pokazuje mi, że zrobił kawę.
Kłamała. No super, nawet w sprawie głupiej kartki?
-No a nie wydaje ci się dziwne, że coś i wysłała? Przecież nie utrzymujemy kontaktów.
-Może się dowiedziała, że mieszkach kilkaset kilometrów od domu i chciała ci dodać otuchy? - w jej głosie było słychać nieźle maskowane zdenerwowanie - Słuchaj Meggy, muszę kończyć. Zadzwoń, kiedy będziesz miała jeszcze czas.
-Taa.
-Wesołych Świąt.
-Nawzajem.
Rozłączyła się, a ja odłożyłam słuchawkę zbyt gwałtownie. Babcia o czymś wiedziała, a moi rodzice coś przed mną ukrywają. Postanowiłam, że nie będę o tym myśleć. Pobiegłam na górę i włączyłam jakiś denny film na laptopie i siedziałam przed nim aż do obiadu. a po nim zrobiłam pięć kubków pachnącej gorącej czekolady i weszłam do pokoju Fabiana. Ku mojemu zaskoczeniu, siedziało tam pięć osób, nie cztery. Więc zabraknie mi czekolady. Eddie ma mój widok rozpromienił się i wziął napój.
-Dzięki - powiedział i dźgnął mnie w żebra. Przechyliłam tacę, a czekolada prawie się rozlała.
-Dupek - mruknęłam i rozdałam kubki pozostałym, sama zostając z pustymi rękoma. Całe marzenia o czekoladzie sie rozpłynęły. Po chwili siedzenia w ciszy i sączenia mojego zacnego napoju ( ja zagrzebałam sie w kocyk Fabiana i czekałam, aż skończą, bo cholernie było mi szkoda) , Mara odezwała się:
-Dobra, jestem gotowa. Co mam robić?
Ostatnie pytanie skierowała do Fabiana, który kartkował książkę.
-Odblokuj umysł, opróżnij ze wszystkich myśli, odpręż się.
-Czytałam takiego fan fika - odezwałam sie niepytana - Dziewczyna próbowała usłyszeć głos zamordowanego chłopaka i zamieniła się w maszynę do zabijania. Wymordowała wszystkich w pokoju.
Mara pobladła na twarzy, a ja czułam, jak to Fabian, nie Mara, morduje mnie wzrokiem. Upss.
W końcu Jaffray uspokoiła się i zaczęła oddychać równomiernie. Jakby spała. Po pięciu minutach trwania takiego stanu otworzyła oczy i odpowiedziała zrezygnowana:
-To nie działa.
-Musisz ćwiczyć - odpowiedziała Chloe, przeglądając rzeczy Logana - Nikt nie nauczyć się grać na gitarze z dnia na dzień.
Już otworzyłam usta, ale Chloe rzuciła we mnie najbliższą poduszką.
-Zamknij się - warknęła - Nie chcemy słuchać twoich durnych upodobań książkowych.
-Nic nie powiedziałam! - rzuciłam się i zrobiłam groźną minę, ale siedziałam zaplątana w kocyk, który psuł efekt.
-Wystarczyło... - burknęła.
-Wiecie co? - Fabian odezwał się zamyślony - Jestem pewny, że w gabinecie Sweeta będzie coś o naszej sytuacji.
-Co? - Mara zrobiła wielkie oczy - Chcesz się włamywać do gabinetu dyrektora?
-Bo to pierwszy raz - Eddie wzruszył ramionami i się przeciągnął. - Musimy tylko wyczaić dobry moment, by nikogo nie było. W nocy?
-W czasie przedstawienia - powiedziałam, a Fabian kiwną głową - Musimy mieć coś, co odciągnie ich uwagę.
-Mamy sabotować własną sztukę - fuknęła Chloe, ale po chwili roześmiała się - Przyniosę siekierę!
-Nie... - Mara odpuściła wzrok i swoje paznokcie - Niech Amber pocałuje Colina.
Po chwili milczenia odezwał sie Eddie:
-Taaa. To może się udać. To kto jej powie?
-Napewno nie ja! - krzyknęłam i próbowałam wstać, ale zaplątałam się w kocyk i z całym impetem walnęłam w podłogę plecami. Uznałam, ze w tym momencie brzydkie słowo będzie na miejscu. Chloe zachodziła ze śmiechu, wykrzykując 'Jezu, to było awesome! Zrób to jeszcze raz!'.
Wplątałam się z koca i walnęłam ją w głowę, żeby się opanowała. Pomogło za drugim razem.
-Ej, a to za co? - warknęła, rozmasowując sobie miejsce uderzenia.
-Za ten twój głupi śmiech wiewiórki.
-Tobie nawet czekolady szkoda.
Mruknęłam coś bardzo brzydkiego, co nie warto sie z wami dzielić. Mara weschnęła.
-Więc drugiego?
Wszyscy pokiwali powoli głowami. Chloe uniosła rękę, jakby była w szkolę.
-To mogę przynieść tą siekierę?


~*~

No, nie pisałam nic przez rok. Jestem okropna.
Nie było twitcama. Nie gniewacie sie? Czułam sie jak lama w ... Dobra, nie wiem jak się czują lamy, nie wińcie mnie.
Kiedyś jeszcze go zrobię, obiecuje.
Wielkimi krokami zbliża sie Amfie. Tak, nie zapominałam. Po trzech rozdziałach powinno być po wszystkim.
Rozdział jest krótszy, bo nic już nie mogłam wymyślić a powrót ze świat chce fajnie napisać i nie zmęczyć was tym badziewiem.
Powiem wam jedno: Jerome, Megan i Edziu będą trollić Rose.
Obsesja na temat imienia Steve uważam za rozpoczętą.
Starałam się o ocenę 'bardzo celującą' z religii, ale mi nie dał skubanie.
Pff.
Nie beę sie rozpisywać, siostra dycha mi w kartk.
Dziękuje za duuużo komentarzy pod ostatnim postem i duuużo wyświetleń.
Motywujecie mnie kochani.

ily xoxo
Joylitte

2 komentarze:

Obserwatorzy