środa, 29 stycznia 2014

046. Rozdział czterdziesty szósty

Gryzłam zielony ołówek, czując smak gorzkiego lakieru. Amber pomalowała nim wszystkie końcówki moich długopisów, kredek by odzwyczaiłam się od brzydkiego zwyczaju gryzienia wszystkiego, czego napotkam. To mnie jednak uspakajało i nie zważając na znienawidzony smak w ustach, gryzłam dalej wpatrując się w pamiętnik Sary, który w końcu skończyłam czytać. Kilka kartek zostało wyrwanych, wiec nie wiedziałam co się działo od czerwca do września. Na samym końcu, czarnym, grubymi literami było napisane 'To koniec'. Przygryzłam ołówek mocniej, aż ból przeszył moje zęby. Muszę znaleźć rozwiązanie, muszę.
Fabian proponował mi, że pójdzie ze mną do biblioteki. Odmówiłam. Jest nadopiekuńczy, niech spędzi trochę czasu z przyjaciółmi.
Tak naprawdę nie poszłam do szkolnej biblioteki. Byłam w bibliotece Frobisherów, legalnie, prosząc panią Taylor o klucze. Powiedziałam, że rodzicie chcą sie nieco więcej dowiedzieć o szkole. Zebrałam więc szybko kilka ciekawostek, które im wyśle, jakby sprawa wyszła na jaw.
Siedziałam na zakurzonych schodach, wdychając woń stęchlizny. Nienawidzę jej, ale teraz działa na mnie niezwykle kojąco. Przymknęłam oczy, pozwalając, by kurz drażnił moje nozdrza. To tutaj wszystko się zaczęło. Tutaj przyszłam z Fabianem szukać Księgi, a znaleźliśmy wskazówkę. To tu po raz pierwszy mnie objął, gdy znalazł mała kartkę z rymowanką. Tutaj brzmiał jego śmiech, gdy wychodziliśmy. Nadal się wydaje, że brzmi w tych ścianach.
Czy tak czuła się Nina, zanim sie w nim zakochała?
Wstałam i zaczęłam przeglądać książki, powoli, jakby każda była eksponatem sztuki. To one od zawsze ze mną były. Mogłam czytać godzinami, podróżując, nie ruszając sie z ulubionego fotela. Czytając, zagłuszałam myśli. I zepsułam sobie wzrok, gdy po ciemku przy świetle latarki, potem komórki, czytałam. Moje kroki rozbrzmiewały echem wśród regałów. Przesunęłam palcem po okładkach, został na nim kurz. Dawno tu nikogo nie było.
Wracając na schody, zobaczyłam że ktoś na nich siedzi. Kobieta wydawała sie bić blaskiem, jej kontury były bardziej wyraźnie, niż gdy ja poznałam. Uśmiechnęła się do mnie smutno, a ja milcząc, usiadłam koło niej.
-Czemu wszystko musi być takie trudne? - spytałam beznamiętnie, wpatrując się w wirujące pyłki.
-Nigdy nic nie było proste - odpowiedziała kobieta i spojrzała na mnie z troską - Niedługo nadejdzie was czas.
-Najpierw Księga, potem Krąg - odparłam, patrząc sie na nią błagalnie - Pomóż mi.
Selene sięgnęła pod suknie, potem wyjęła maleńką, migoczącą rzecz. Wzięłam ja w palce. Była ciepła i miła w dotyku. Kobieta szepnęła cicho, gdy wpatrywałam się w podarunek.
-Pokaże ci to, czego pragniesz najbardziej.
Potem znikła, lecz gwiazdka nadal radośnie migotała w mojej dłoni. Wstałam i podążyłam na środek biblioteki, gdzie się zatrzymałam. Zacisnęłam mocno palce na prezencie, tak, że zaczął mnie palić w dłoni. Miałam ochotę go puścić i krzyknąć z bólu, lecz moje mięśnie mnie nie słuchały.
Biblioteka rozmyła sie, zostałam wciągnięta w wir zieleni, zapachu lasu i niewyraźnych dźwięków. Poczułam na policzku czyjąś ciepłą dłoń, potem na plecach, jakby ktoś mnie prowadził. Przymknęłam oczy, jednak zielone plamy, jasne i ciemne, wirowały mi pod powiekami. Chciałam tak trwać, czując czyjąś obecność, jak miękki koc. Poczułam coś gorącego na ustach...
Zostałam brutalnie wypchnięta w rzeczywistość. Otworzyłam oczy, czując metaliczny smak w ustach. Krew. Wstałam z podłogi, na którą upadłam. W głowie miałam większy zamęt niż przed zobaczeniem tego.
Podniosłam głowę. Selene stała nad mną uśmiechając się.
-Nawet nie wrzeszczałaś. Wszyscy, którzy patrzą w przyszłość zawsze wrzeszczą.
-I właśnie to cię cieszy? - spytałam, wycierając usta. Na rękawie została mi czerwona smuga - Nic z tego nie rozumiem. Teraz jest zima.
Selene pokręciła głową i zaczęła się przechadzać sie po bibliotece. Zaczęło się ściemniać. Powinnam się zbierać, ale nie chciałam brnąc w śniegu po kolana, do domu w którym wszyscy mają mnie za nieszczęście.
-Chciałabym wszystko zrozumieć.
-Nic nie jest prostą drogą. Los zawsze sie wije, rzucając nam kłody pod nogi, patrząc jak upadamy - Selene odwróciła się do mnie i spojrzała na mnie z zaciekawieniem - Jesteś silniejsza, niż poprzednie.
-Staram się - mruknęłam i z powrotem usiadłam na podłodze - Możemy pogadać?
-Nie mam za wiele czasu - odpowiedziała, jednak usiadła na przeciw mnie z zaciekawieniem - Pytaj.
-Do jakich innych celach jestem ci potrzebna?
-Jeszce nie czas. Na razie nie jesteś gotowa, by się dowiedzieć.
-Okej. Pytanie drugie : gdzie jest przepowiednia o mnie?
-Tutaj - pokazała na moje serce, a później na swoje - Myślisz że Robert sam wpadł na zapisanie w pamięci wskazówek. My byliśmy pierwsi. Ale nie starajcie się jej odszukać w papierach. Nie znajdziecie jej. To tylko formalność, a za naszych czasów nie było czegoś takiego. Treść jest zapisana w waszej krwi.
Wzdrygnęłam się. Prawie tak jak w horrorze.
-Czemu zawsze wszystko spierniczę? - spytałam, patrząc na nią czujnie.
-Nie twoja wina.
-Aha.
Zaczęłam rysować wzory na podłodze, nadal czując smak własnej krwi w ustach. Selene oberwała mnie z zaciekawieniem, ale po kilkudziesięciu minutach spojrzała za okno.
-Ściemnia się, powinnaś już wracać.
Kiwnęłam głową i wstałam. Schowałam wszystkie swoje rzeczy do torby, zasunęłam kurtkę i zasłoniłam usta. Zamykając drzwi kluczami, przypominałam sobie, jak Fabian otwierał je moja wsuwką do włosów. Westchnęłam, a mój oddech zamienił się w obłoczek pary. W środku przynajmniej było ciepło. Duszno, ale ciepło.
Gdy przebrnęłam przez śnieg i dotarłam do domu, trzęsłam się jak osika. Pchnęłam drzwi i poczułam słodki zapach. Dopiero teraz poczułam, jaka jestem głodna. Otrzepałam się ze śniegu, schowałam kurtkę i wpadłam do kuchni. Trudy uśmiechnęła się i podała mi talerz z goframi.
-Cześć gwiazdko, gdzie byłaś?
-W bibliotece - wzruszyłam ramionami i zaczęłam pałaszować gofry. Nie miałam ochoty iść do jadalni, gdzie wszyscy siedzieli i się wygłupiali. A z Trudy czułam się prawie jak z mamą - Rodzice chcieli dowiedzieć się czegoś do szkole.
-I znalazłaś coś ciekawego?
-Nie za bardzo. Same ciekawostki historyczne, będą musieli się nim zadowolić.
Trudy wytarła ręce w ścierkę i zmrużyła oczy.
-Gdzieś mam stary album, może cię zaciekawi.
Wróciła po chwili, niosąc piękny album w brązowej skórze. Przejechałam palcami po złotych zdobieniach.
-Może go pożyczyć?
Trudy kiwnęła głową i zaczęła wyciekać naczynia. Podeszłam do niej, cmoknęłam w policzek i odeszłam do swojego pokoju. W albumie nie było niczego ciekawego, prócz zdjęć szkolnych. Uznałam, że nosimy lepsze mundurki niż na początku. Tutaj daje plus dla postępu. I że Victor wcale się nie zestarzał. Patricia parę razy wchodziła do pokoju, brała kilka notatek, ładowarkę do laptopa i kilka nowych kartek. Była tak pochłonięta pracą, ze nawet nie zauważyła, ze siedzę na łóżku. Albo nie chciała zauważyć.
Księżyc świecił jasno, gdy głos dozorcy rozbrzmiał echem po domu.
-Wybiła dziesiąta. Macie dokładnie pięć minut, a potem chce usłyszeć, jak upada ta... szpilka.
Westchnęłam i skoczyłam pod pierzynę. Patricia otworzyła drzwi i spojrzała na puste łóżko.
-Gdzie Amber?
-Myślałam, że jest z tobą. Nie widziałam jej odkąd wyszłam ze szkoły.
Patricia odrzuciła do tyłu swoje rude włosy. Ubrana w piżamę, zaczęła wydzwaniać do przyjaciółki. Wstałam, zaniepokojona i obserwowałam ją. Po piątej próbie dziewczyna wybuchnęła.
-Cholera! Mówią, ze numer jest poza zasięgiem.
Zbladłam i westchnęłam.
-Spokojnie. Może jest gdzieś w domu i zasnęła - Patricia wymierzyła mi niedowierzające spojrzenie - No ale nie zaszkodzi poszukać!
-Nie - złapała mnie za rękę - Później. Wcześniej też znikała, wracała później. Poczekajmy chwilę, jak się dowiedzą że jej nie ma, zaczną węszyć, mogą natrafić na nasze sprawy.
Przytaknęłam. Miała rację. Nie zmieniło to jednak faktu, ze czas wlókł sie niemiłosiernie. Gdy było wpół do jedenastej, wymknęłyśmy się cicho i zeszłyśmy na dół. Wślizgnęłam się do pokoju Eddiego i Fabiana, najciszej jak potrafiłam, a za bardzo ostrożna to ja nie jestem. Mam szczęście, że Logan śpi z zatyczkami do uszów. Patricia poszła po Alfiego, bo jest no... bardziej zwinna, cichsza. Cholera, wszyscy dostali w niebie to, co ja chciałam. To takie niesprawiedliwe.
Podeszłam na palcach do łóżka Fabiana i zaczęłam delikatnie nim potrząsać. W końcu się obudził.
-Co...-nie dokończył, bo położyłam mu palec na ustach, a drugi na swoich, mówiąc niemo, żeby był cicho. Widział doskonale, bo światło księżyca padało dokładnie na mnie. Kiwnął głową i stał. To samo zrobiłam z Eddiem i po chwili nasza cała piątka stała na korytarzu.
-Amber zniknęła - syknęła Patricia cicho.
-Że co? - Eddie podrapał się po głowie.
-Słyszałaś Eddie, Amber nie ma. Puff!
-Nie powiedziała wam gdzie idzie? - spytał Fabian zaniepokojony. Pokręciłam głową i przeczesałam palcami włosy.
-Powinniśmy komuś powiedzieć? - spytałam przestraszona - Boże, najpierw Lucy, teraz ona.
-Hej - Fabian chwycił mnie za rękę. Spojrzałam mu w oczy, które lśniły w świetle księżyca - Poczekamy do jutra. Jeżeli do jutra nie wróci, to komuś powiemy.
Pokiwałam głową. Potem Eddie podniósł prawą rękę do oka i szepnął:
-Sibuna.
Wszyscy mu zawtórowali, prócz mnie, ja na to nie zasługuje. Nie mogę. Spojrzeli na mnie wyczekująco.
-Ja nie...
-Jesteś w Sibunie, czy tego chcesz czy nie - Miller wyszczerzył się.
-I siedzisz w tym bagnie tak samo głęboko jak my - dodała Patricia.
Westchnęłam i poddałam się. Podniosłam dłoń do prawego oka i szepnęłam:
-Sibuna.
Kładłam się z uczuciem strachu o Amber i lekkość. Ten mały gest  podniósł mnie na duchu.


Stąpała delikatnie. Jak kot. Cicho i niezwykle lekko.
Wracała z tunelów. Przesiedziała tam cały dzień, siedząc na tronie, na których Fabian grał w grę. Te z pionkami. Nie pamiętała, jak się nazywała.
Nie wiedziała, dlaczego akurat tam chce być. Złote posągi Anubisa nadal stały dumnie, choć fałszywej Maski nie było już sensu dalej ukrywać. Ale właśnie w tym miejscu spadła, gdy Rutter kazał jej zrobić błędy krok. Tutaj Alfie wrzeszczał, błagał, by wróciła. Przebywanie tam bolało, ale napełniało ją niesamowitą siłą.
Wyczołgała się z wejścia, którym był stary piekarnik. Po ostatniej wizycie ktoś nie zamknął wejścia. Wykorzystała to, by pobyć sam na sam ze swoimi myślami.
Nie pomogło. Droga, którą wyznaczyły łzy nadal była mokra. Nawet gdy wracała, płakała. Otarła twarz niecierpliwie.
Jeszcze nigdy nie czuła się tak niepotrzebna.
Kuchnia była skąpana w czarodziejskim świetle księżyca, nadając każdej rzeczy, nawet zwykłej szklance, magicznej natury. Błyszczały w nim dumnie drobinki kurzu, niczym pył.
Amber ruszyła po cichu. Nikt nie powinien jej usłyszeć. Pewnie nawet się nie martwili.
Wybrała drogę korytarzem. W salonie mogła się o coś potknąć i zaprzepaścić ciszę, którą teraz tak błogosławiła.
Zastała ją niemiła niespodzianka. Alfie stał oparty o ścianę, mierząc ją wzrokiem, od którego zadrżała. Gdy się odezwał, jego głos był pozbawiony emocji.
-Amber, co ty do cholery wyprawiasz?
Gardło zaczęło ją piec. Zbyt dobrze znała to uczucie, zbyt często walczyła z im w nocy, po czym przekrywała i płakała cicho, aż zasnęła.
-Nie powinno cię to obchodzić - szepnęła. Stała w blasku księżyca, doskonale widoczna, podczas gdy on chował sie w cieniu.
-Ale obchodzi - odrzekł, jego głos lekko drżał - Martwiłem się o ciebie.
Amber posłała mu niedowierzające spojrzenie. Nie dość, że zranił ją wczoraj, to dzisiaj bawi się nią, jak gdyby nigdy nic. Zauważył to. Powoli zaczął zbliżać się do niej. Chciała się ruszyć, ale poczuła, że mięśnie odmawiają jej posłuszeństwa.
-Dlaczego nie chcesz zrozumieć? - szepnął - Dlaczego tego nie widzisz, Amber?
-Co mam widzieć? - spyta, bliska płaczu - Że mnie nienawidzisz? Że nigdy ci na mnie nie zależało?
Jego twarz wyglądała na zmęczoną, ale dziewczyna nie była pewna, czy szczerze. Prawie wszedł w smugę srebrnego światła.
-Zależało, nawet nie masz pojęcia jak. Nadal zależy.
Blondynka nie chciała się opierać, chciała w to uwierzyć. Ale gorzki smak w jej ustach, taki sam jak zobaczyła Alfiego szczęśliwego z Willow, nie pozwalał jej na to.
-Zależało ci... - mruknęła dziewczyna - Ile minęło, odkąd zacząłeś sie oglądać za innymi? Tydzień? Może dwa? Myślałam, że to coś prawdziwego. A potem zobaczyłam cię z Willow...
Głos ugrzązł jej w gardle. Chłopak stał już przy niej, zaglądają głęboko w oczy.
-Musiałem coś zrobić, by nie zwariować z tęsknoty za tobą. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. A Willow chciała być taka jak ty. Pomyślałem, że najpierw pokocham ją za to, a potem ją całą i zapomnę o tobie. Mój plan zawiódł - westchnął ciężko, po czym kontynuował - Gdy pojawiłaś się we wrześniu, przeżyłem wstrząs. Próbowałem inną zapełnić pustkę po tobie i nagle ty sie zjawiasz. Byłaś taka szczęśliwa... Odniosłem wrażenie, że nie potrzebujesz mnie. Zaczęłaś coraz częściej rozmawiać z Colinem, a on się do ciebie uśmiechał, zabierał na kawę pod pretekstem przedstawienia. Stałem sie zazdrosny. Ale pomyślałem, że nie będę niszczył twojego szczęścia. Usunąłem się w cień, będąc razem z Willow. Wyglądał na to, że tobie to pasuje. Udawało mi się. Aż do wczoraj.
Amber poczuła na wargach gorący pocałunek Colina, pełen pasji. Musiała przyznać, że jej sie podobał. Alfie nigdy jej nie pocałował.
-Gdy zobaczyłem, jak on cię obejmuje i na ciebie patrzy w taki sposób, a ty odpowiadasz mu tym samym, coś we mnie pękło. Cały ten ból który w sobie dusiłem powróci z podwojona siłą. Nie wytrzymałem. Teraz już wiesz Amber.
Położył czoło na jej czole, zanurzając rękę w jej złote włosy, migające bladym blaskiem. Były miękkie i pachnące, takie jakie pamiętał.
-Dla mnie nic się nie zmieniło, Amber... Dlatego decyzja należy do ciebie.
Czuła bicie jego serca, gdy położyła dłoń na jego piersi. Chwyciła za przód koszulki, przyciągając go do siebie.
Pocałowała go.
Ich uczucia zmieszały się że sobą, gdy całowali sie długo, głęboko. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie csuła. Alfie zanurzył palce w jej włosach, a drugą ręką obejmując ją w pacie i przyciągając bliżej. Po policzku Amber spłynęła jedna pojedyncza łza.
Całowali się w blasku księżyca, tak jak zawsze o tym marzyła.

***

Obudziłam się z ciepłym uczuciem w brzuchu. Mimo wszystko, musiałam przyznać, że dawno trak dobrze nie spałam. Mój wzrok powędrował do łóżka blondynki.
Zerwałam się na równe nogi. Amber nie było.
Nagle całe uczucie błogości mnie opuściło. Musze zachowywać się normalnie. Wzięłam mundurek i kosmetyczkę i popędziłam do łazienki, która na szczęście była pusta. Szybko sie ubrałam, umalowałam i uczesałam, po czym jak torpeda wystrzeliłam na dół. Zapewne wszyscy już siedzieli w pokoju chłopców, omawiając, co powinni zrobić.
Biegłam tak szybko, że nie zauważyłam, ze ktoś jet przed mną. Zahamowałam w ostatniej chwili, ale nie zdołałam powstrzymać kraksy.
-Uważaj trochę Megan! Myślisz, że możesz wpadać we mnie i niszczyć mi fryzurę?!
Spojrzałam speszona na Amber, po czym do mnie dotarło, że to naprawdę ona. Rzuciłam się na nią i mocno przytuliłam.
-Dusisz mnie Meg!
Puściłam ją, a następnie z całej siły walnęłam w ramie. Dziewczyna syknęła.
-Co ty sobie wyobrażasz? - warknęłam. Amber słodko się do mnie uśmiechnęła i poszła do jadalni. Akurat wstałam idealnie na śniadanie. Wszyscy wychodzili, a gdy Mara obok mnie z Clarkiem, on posłał mi zimne spojrzenie. Cholera.
Alfie spojrzał na mnie i sie uśmiechnął. Poczułam sie zaskoczona, bo wczoraj wydzierał sie na nas, a dzisiaj uśmiecha się jak gdyby nigdy nic. Odwzajemniłam gest, po czym dotarło do mnie, ze on szczerzy sie do Amber. Super. Będę Forever Alone. Mogę sobie już taka bluzkę kupić.
Lewis chwycił za nadgarstek Willow i z poważną miną coś do niej powiedział. Jenks kiwnęła głową i odeszła za nim. Amber westchnęła.
-Nienawidzę tego...
Spojrzałam na nią. I olśniło mnie.
-To znaczy, że... wy... czyli...
Blondynka uśmiechnęła się gorzko.
-Dobrze to ujęłaś.
Patrzyłam się na nią tępo, nie wiedząc co powiedzieć. Więc spuściłam wzrok. Cieszyłam się, jasne, tyle że przeskakiwanie z dziewczyny na dziewczynę nie jest w porządku. Wczoraj spędziłam trochę czasu z Willow, wiem, ze choć jest taka radosna i hipisowska, bardzo łatwo ją zranić. Amber mięła w palcach swoja marynatkę. Denerwowała się. Gdy chciałam odejść na śniadanie, zatrzymała mnie, chcąc, żebym z nią została. Kocham Amber jak siostrę, ale nienawidzę się mieszać w cudze związki. Wierzcie mi, ja wiem to najlepiej, i wiem, kiedy należy sie zmyć.
W końcu drzwi otworzyły sie i wyszła z nich Willow z podniesioną głową. Nie płakała. Poczułam do niej wielki szacunek. podeszła do Amber, która zbladła na twarzy.
-Amber... Życzę wam, by wam się ułożyło - jej ręce podążyły do szyi. Rozpięła łańcuszek, na którym wisiał medalion - Zaopiekuj się nim.
Ciężki wisior spadł na wyciągniętą dłoń Amber. Willow uśmiechnęła sie blado i poszła na górę. Gapiłam się w medalion, którego nie widziałam dawno. Sama go przecież dałam dziewczynie, w obecności Millington. Zaczęło kręcić mi się w głosie, każda komórka mojego ciała krzyczała 'NIE'.
 Przełknęłam głośno ślinę.
Palce Amber zacisnęły sie na medalionie, który nie był jej własnością. Zagryzłam dolną wargę, i obserwowałam co sie stanie. Alfie podszedł i objął blondynkę. Poczułam sie niepotrzebna, więc chwiejnym krokiem. Opadłam ciężko na swoje miejsce.
-Coś się stało?- spytał fabian, a ja spojrzałam na niego udręczonym wzrokiem.
-Podaj mi dżem.
-Co?
-Dżem mówię - odpowiedziałam niecierpliwie - Muszę się naćpać dżemem.
-Można sie naćpać dżemem? - spytał Eddie znad płatków na mleku - To chyba niemożliwe.
-Skąd możesz wiedzieć, że coś jest niemożliwe, skoro nigdy nie próbowałeś.
-Serio? - Patricia nalała sobie soku do szklanki - Walisz tekstami z Asterix'a i Obelix'a?
-Taa. - mruknęłam - Cytowanie Szekspira mi się znudziło.

***

Teraz mogła płakać.
Cały dzień cieszyła się jak głupia, że Amber i Alfie są znowu razem.
Ale znowu była niepotrzebna, znowu była ta głupia. Znowu była tą, co kochają się w obcych facetów, a potem odbijają. Bo tak cały dom Izydy to odbierał. Dlatego sie przeprowadziła. Marzyła, by ktoś ja zaakceptował.
Trzymała kamerę w zamarzniętych dłoniach, ale nic ja to nie obchodziło. Jak mogła być taka głupia. Najpierw zabawił sie ną Jerome, teraz Alfie. Ona głupia myślała, że to może być coś więcej. Okłamywała sie. Przecież widziała, jak Alfie patrzy na Amber, a jednak łudziła się, że zostanie z nią.
Nie wycierała łez, nich płyną. I tak nikomu na niej nie zależy.
Popychana. Odtrącona na bok. Dotąd słyszała szyderczy śmiech, gdy wołali za nią 'Płacząca Wierzba'.
Rude włosy plątały jej się we wszystkie strony. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem z twarzy.
Stanęła i spojrzała przed siebie. Nic, prócz olśniewającej bieli śniegu i szumu drzew po jej lewej stronie.
Spojrzała na las. W cieniu drzew coś się czaiło. Czuła, jak po jej plecach przebiegają ciarki. Zimny wiatr sie nasilił, wbijając sie tysiącami igiełek w jej nagą skórę.
Odwróciła wzrok i pognała w przeciwną stronę. Uczucie niepokoju jej nie opuszczało. Ciągle oglądała się do tyłu.
Upadła na śnieg. Kamera wyślizgnęła jej się z rąk. Załkała cicho, wstała i otrzepała się.
Nie czuła palców. To nic, w porównaniu, jaki chłód czuła w środku. Tam, w sercu, które po raz kolejny zostało rozbite na małe kawałeczki. Była taka pewna, że uda jej się je odbudować. Błąd.
Jaka szkoda, ze to uczucie nie miało ją opuścić. Już nigdy.


~*~

Tam tam taaam.
Rozdział dedykuje Sapphirce. To przeprosiny za to, ze nazwałam ją drzewem.
Jeden z 6932148324234 wątków zakończonych. Swatałam Amfie. A teraz mi Willow szkoda, buuu. Musze jej kogoś znaleźć, ale nie mogę wymyślić kogo. Loguś zaklepany, do Fabianka mam plany, do Colina i Jeroma też. Eddie ma już dziewczynę. Swatam Willow z drzewem.
Brad pstryka zdjęcia pawiom na jakimś zadupiu. Zgadza się, pawiom. Boże, z kim ja się hajtnęłam?
Mam żałobę. Ari i Nathan zerwali. Nie zrozumiecie mnie :c Nikt mnie nie zrozumie. Idę naćpać sie dżemem.
To takie niesprawiedliwe.
Nie dodają nowych odcinków 'Sam&Cat' na kinomana. Boże, moje życie nie ma sensu.
Musze wkuć ponad 2 tys. słówek na test gimnazjalny. Nigdy nie bierzcie niemieckiego. NEVER! Niemiecki to samo złooo.
Rozmowy w toku dały mi unfollow na twitterze, bo nie dałam m follow backa. Chamy. Nie zasłużyli, by mnie obserwować. 
Bada tssss.
Sorry za błedy, wiecie, ze jestem leniwa i nie che mi się tych ogonków dodawać :c
Kakałko waniliowe jest wspaniałym wynalazkiem ludzkości, chylę czoła. 
Mój internet robi sobie ze mnie trolla. Bez przerwy sie wyłącza, potem włącza,  tak dziesięć razy, aż w końcu jest taka mega szybkość, ze wolę się bawić w pancie.
I wyszło to: https://twitter.com/joylitte/status/427906526628429824/photo/1
Moja przyjaciółka sie fochnęła, ale została panią Norman. Csss.
Szipuję ich.
I szibujemy Meguś i dżemik, są piękną parą.
Jeżeli przeczytałeś, to skomentuj. Fajnie by było :c
Piszę petycję do komorowskiego, dlaczego śnieg sie nie lepi. Ja chce ulepić bałwana i wysłać zdjęcie Steve' owi, żeby był ze mnie dumny.
Lepi ktoś ze mną?

Kocham Was


Joylitte
xoxo


P.S. Brad podał dalej mojego tweeta. Właśnie się popłakałam, może cię mnie pocieszyć. Pozdrawiam.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

045. Rozdział czterdziesty piąty

Cała Sibuna gapiła sie w ekran laptopa. No, prawie cała. Ja też, żeby nie odstawać. No i Mara też.
Fabian przejął sie znalezionym zdjęciem, ale ja jednak nie widziałam nic wspaniałego w starej fotografii sześciu osób. Zwyczajna sweet focia z XX wieku.
To nie było zbyt rozsądne siedzieć w salonie i gadać, skoro wkradliśmy się do gabinetu Sweeta i pogrzebaliśmy mu w rzeczach. Ale nigdzie indziej nie zmieścilibyśmy razem. Z resztą, wszyscy są w szkole i gratulują Amber i Colinowi wspaniałego występu. Tak na marginesie, nie zdążyłam na urzekający finał. Logan  grający jakiegoś złego facecika chciał zabić Amber. Ale w ostatniej chwili Coli wskoczył pomiędzy nimi i sam został postrzelony. Potem Millington się zemściła, chwyciła pistolet swojego martwego chłopaka i zabiła Logana ( co ja bardzo chciałam zobaczyć, ale nie zdążyłam). A na sam koniec, wbiła sobie sztylet w serce i tak 'Romeo i Julka' zakończyli żywot. Urzekające.
Dobra, płakałabym, ale nie mówcie Eddiemu, bo by mnie wyśmiał.
Zdarłam prawie cały lakier do paznokci z palca wskazującego, zanim Patricia się odezwała:
-No i?
Spojrzałam na nią. Owszem, to było interesujące pytanie, bo sama nie znałam odpowiedzi. Wzruszyłam ramionami, ale dziewczyna mnie zignorowała. Wszyscy mnie ignorują.
Fabian wskazał na ekranie młodą dziewczynę, siedzącą na środku.
-To Sarah. To Rufus. I kolejno - spojrzał w pamiętnik, który znalazłam i który on bez wyrzutów sumienia ukradł - Cassie, Oskar, Gabriel i Percy.
-Fascynujące - mruknęła Patricia - A do czego nam to jest potrzebne?
-To stary Krąg - wyjaśnił zniecierpliwiony Fabian.
-Gdzie jest Amber? - spytała Mara, rozglądając się. Też zaczęłam szukać ją wzrokiem. Alfiego też nie była. Posłałam więc Marze zaniepokojone spojrzenie i wzruszyłam ramionami.
-Skupcie się - mruknął Fabian.
-To nie moja sprawa - odezwała się Patricia i wyszła z pokoju. Eddie wyglądał, jakby miał za nią pobiec, ale w ostatniej chwili się rozmyślił.
Fabian westchnął i zwrócił sie do mnie:
-Meg, poznajesz kogoś? - spytał. Przysunęłam sie do niego i przyglądając się fotografii bardziej dokładnie. Sarah była mi znajoma, widziałam jej portrety, Rufus też. Reszta pozostawała nieznajoma.
Chociaż...
Dziewczyna z wysokim koku, ciepłym spojrzeniu i jasnej sukience, uśmiechająca się do obiektywu zaczęła mi sie przypominać. Jak dawno spotkana osoba, znajoma, która odwiedzała mnie, jak byłam jeszcze malutka. Zamazany obraz w mojej głowie zaczął się rozjaśniać. Drżącym palcem pokazałam jedyna kobietę prócz Sary na fotografii. Fabian się uśmiechnął.
-Czyli to twoja prababka. Cassie.
Rozchyliłam usta i spojrzałam na kobietę jeszcze raz. Tak jak ja miała dołek tylko w prawym policzku. Kiwnęłam głową i odsunęłam się od chłopaka, by inni mogli też rozpoznać swoich przodków. Przymknęłam oczy i ziewnęłam. Nie rozumiałam, w jaki sposób ma nam to pomóc.
Percy to dziadek Fabiana, a raczej pradziadek. Albo pra pra... A Gabriel jest przodkiem Mary. A resztę wydedukowaliśmy. Pradziadkiem KT musi być Oskar, a Eddiego Rufus. Chłopakowi sie to nie spodobało, na co odfuknęłam mu : 'Rodziny się nie wybiera' i się przymknął. Pozostała jeszcze kwestia Sarah i iny. Fabian nadal się upiera przy swoim, więc ja nie mam zamiaru z nim walczyć. Jest zbyt uparty i przekonany o swojej racji. Ale Mara jest taka sama, więc zaczynają się kłócić. Eddie tylko wzruszył ramionami i usiadł.
Gdy na policzkach Mary zaczęły kwitnąć różowe plamy, to domu ktoś wpadł, trzaskając drzwiami i wrzeszcząc. Miller wyszczerzył się do mnie, natomiast Rutter i Jaffray zdawali sie być zdezorientowani. Rozpoznałam osoby, które wtargnęły do holu.
-No i o co się tak wściekasz Lewis? - warknęła Amber.
-Pocałowałaś go! - odkrzyknął Alfie.
-No to co? - teraz Amber też krzyczała, a ja czułam, jak pocą mi się dłonie - Może go lubię? Naprawdę myślisz, że po rozstaniu nie będę z nikim chodzić?
-Nie o to chodzi!
-To o co? - dziewczyna straciła nad sobą panowanie, nie kontrolowała tego, co mówi - Sam mi
przypominałeś, że nie jesteśmy już razem. A teraz co? Robisz mi kazania. A to ty masz dziewczynę. Ja nie chodzę z nikim, więc odwal się od mojego życia, dobra!?
-Och tak, bo przecież jestem taki głupi. Co za palant ze mnie, prawda? Ty przecież tak myślisz! - warknął Alfie i zacisnął dłonie w pieści - No dalej Amber, przyznaj się, że tak myślisz! Jestem za głupi, żeby sie komuś podobać, a ty chodziłaś ze mną na litość, żeby nie wyszło, że jestem ofiarą? - zaśmiał się zimno, ze nawet mi po plecach przebiegły dreszcze - Przecież jesteś taka miła. Kochana Amber, zawsze pomocna. A może się mylę, co? Bo przecież jestem taki tępy, że...
-PRZESTAŃ! - wrzasnęła Amber - NIENAWIDZĘ CIĘ!
Blondynka odwróciła się i wbiegła po schodach, zakrywając twarz dłońmi. Mara wstała i szepcząc jej imię najpierw cicho, potem wołając, pobiegła za nią. Trzasnęły drzwi. Alfie zmierzył nas zimnym spojrzeniem i niezwykle spokojnie spytał:
-Dobrze się bawiliście, co? - po czym odwrócił się i zamknął z trzaskiem drzwi do swojego pokoju. Eddie pognał za nim. Tylko Fabian, został , spojrzał na mnie i zamknął laptopa.
-Megan?
Gdy wymówił moje imię, wypuściłam powietrze. Nawet nie wiedziałam, że je wstrzymuje. Chłopak przysunął się do mnie i chwycił dłońmi moje ręce zaciśnięte w pięście. Syknął, gdy rozluźniłam ucisk. Spojrzałam w dół. Na wewnętrznej stronie moich dłoni widniały czerwone półksiężyce. Musiałam zaciskać pięści tak mocno, że przebiłam skórę. Nawet tego nie poczułam.
Fabian spojrzał mi w oczy. Zawsze gdy to robił, zastanawiałam się, czy są niebieskie czy zielone. Teraz były niebieskie.
-Megan, co się z tobą dzieje?
-Ja... Nie wiem.
Uśmiechnęłam się blado, by go pocieszyć. Tak bardzo chciałabym mu powiedzieć.

***

-Amber, proszę cię, otwórz... - Mara siedziała przy drzwiach i delikatnie, od czasu do czasu w nie pukała. Gdy przyszłam, była już zrezygnowana i senna. Położyłam jej dłoń na ramieniu. Ale nadal miała wzrok utkwiony w drzwiach. Płakała, nawet teraz pojedyncze łzy płynęły z jej oczu. Ktoś za mną stanął i delikatnie odsunął mnie od dziewczyny.
Jerome uklęknął przy marze i ją objął, szepcząc coś do ucha. Mara w końcu kiwnęła głową i z pomocą chłopaka wstała i prowadzona na dół, zeszła po schodach. Odprowadzałam ich wzrokiem. To było takie smutne i piękne. Ale żadne z nich od długiego czasu nie było naprawdę szczęśliwe.
Ruda smuga przebiegła koło mnie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to Jenks.
-Willow? - spytałam, a ona się odwróciła. Zatykała usta dłonią, w oczach miała łzy. gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko. Efekt był raczej żałosny i budził współczucie - Boże, co sie stało?
-Nic. - dziewczyna podciągnęła nosem i zacisnęła wargi -Chciałabym pobić z kimś, kto nie będzie o nic pytał. Po prostu był.
Skinęłam głową, objęłam i poszłam za nią. Przynajmniej tyle mogę dla niej zrobić.

***

Ukucie zimnego powietrza, które buchnęło mi w twarz, powodując, że moje policzki się zaróżowiły, całkowicie mnie rozbudziło. Po długiej, świątecznej przerwie to było coś, czego potrzebowałam. Odzwyczaiłam się od wstawania wcześniej, widoku mundurka i zaspanych oczu.
Pierwszą lekcją była chemia. Dzisiaj było wyjątkowo przyjemnie, bo sprawdzaliśmy oddziaływanie kwasów, przypominając sobie wszystko co potrzeba do egzaminów. Zazwyczaj nauczyciele nie dopuszczają nas do doświadczeń, bo boją sie, że coś spieprzymy. Trudno im się dziwić.
Usiadłam w ławce, razem z Marą, której małe zmarszczki w kącikach ust zdradzały, że nie przespała tej nocy dobrze. Nawet interwencja Jeroma na niewiele się zdała. Willow była przygaszona, Alfie do nikogo się nie odzywał, a Amber nie chciała nikogo widzieć. Do pokoju razem z Patricią wkroczyłyśmy, gdy zainterweniował Victor. Milligton zasnęła ze słuchawkami w uszach, a żadna z nas nie miała serca jej budzić. Teraz siedziała w kącie, cicha i spokojna, jakby wstąpił w nią inny duch.
A ja miałam wrażenie, że to wszystko popsułam.
Fabian rozmawiał z wyraźnie szczęśliwą Rose. Starałam sie na nich nie gapić, bo zbyt dużo rzeczy już zepsułam. Zacisnęłam zęby. Znowu się nad sobą użalam, znowu robię z siebie ofiarę. A przecież nie jestem słaba. Nigdy nie byłam.
Nauczyciel kazał zapisać temat w zeszytach, a później podejść do stanowisk. Mara z niezwykłą precyzją wypakowała probówki, statywy i wszystkie inne pierdoły, które były potrzebne. Załączyła palnik.
-Gadałaś z Amber? - spytałam szeptem, chociaż to nie było konieczne. Logan robił za dużo zamieszania, w w klasie brzmiał zwykły gwar, tak jakby nauczyciela nie było w klasie.
-Nie. - odpowiedziała spokojnie, skupiając się na dokładnym odmierzeniu kwasu - Dajmy jej czas, to nie jest dla niej proste.
Zmarszczyłam brwi.
-Co nie jest proste?
-Naprawdę nie widzisz? - Mara ustawiła na statywie probówkę i delikatnie ją ogrzewała.
-Co mam widzieć?
-Oh Megan - dziewczyna zagryzła dolną wargę i zapisała obserwacje w zeszycie - Jesteś inteligenta i spostrzegawcza. Ale jeżeli chodzi o uczucia, nie jesteś najlepsza. - chciałam coś powiedzieć, ale w ostatnim momencie ugryzłam się w język - Wyobraź sobie. Wyjeżdżasz, rozstając się z chłopakiem, który cię kocha. A kiedy wracasz, zastajesz go z inną. Jakbyś się czuła?
Nie odpowiedziałam, tylko nabazgrałam w zeszycie kolejną jakże błyskotliwą obserwację.
-Może jesteśmy tylko niedojrzałymi nastolatkami, ale też czujemy. A niektórzy dorośli o tym zapominają.
-Myślisz, że o tym nie wiem? - spytałam z goryczą w głosie. - Po co mi to mówisz?
-Żebyś zrozumiała Megan. Powiedz szczerze. Naprawdę przyjechałaś tutaj, bo o tym marzyłaś?
Zagryzłam dolną wargę. Ona nie może wiedzieć.
-Dostałam stypendium i tu przyjechałam. To chyba nie dziwnie, co? Kto by nie skorzystał z takiej okazji?
-Ale wszystko przyjęłaś z takim spokojem, jakby TO było naturalne. Jakbyś wiedziała, że tak musi być. Ja nie mogłam się z tym pogodzić, nadal nie mogę. A ty? Od razu uwierzyłaś.
-Co chcesz mi powiedzieć Maro? - warknęłam trochę za głośno. Fabian, pracujący przy sąsiednim stanowisku, spojrzał na mnie ostrzegawczo. Mara nie odpowiedziała. Wylała odrobinę kwasu na papier. Patrzyłam, jak się zwęgla, jak powstaje czarna dziura. Nagle zapragnęłam, żeby wylała na mnie ten cały kwas. Jaffray rozejrzała się po klasie. Tylko Rutter i Rose byli tak daleko w doświadczeniach jak my. Logan udawał, że wylewa kwas na Chole, ona się uśmiecha i wymierzana sprawiedliwość w postaci kopniaka i wybucha perlistym śmiechem. Wytarłam spocone ręce w spódnicę. Coś mi tu nie grało...
-Wszystko idzie nie tak - mruknęła Mara pod nosem - Widzieliście wcześniej, dużo wcześniej? To nie przyszło od tak - tutaj pstryknęła palcami i wyłączyła palnik - Sami to odkryliście.
Zerknęłam z ukosa na Fabiana. On też na mnie zerkał, wszystko słyszał. W jego oczach odczytałam jedno słowo 'Nie'. Westchnęłam i zapisałam kolejną obserwację w zeszycie.
-Maro, nie wiem co sobie chcesz wmówić, ale nie...
-Ty naprawdę tego nie widzisz? - Mara szepnęła, gdy jako pierwsze wróciłyśmy do ławki - Rozejrzysz sie. Wszystko dosłownie wszystko sie zmieniło. Jak możesz tego nie zauważyć. Te wszystkie dziwne zdarzenia. Joy, Harry, Lucy... Nie byli przypadkowi. Co sie dzieje, Megan? Ty wiesz.
Spojrzałam na nią i na ją zdecydowaną twarz. Jeszcze nigdy nie czułam sie tak zmęczona.
-Chyba nikt inny tak jak ja nie che się dowiedzieć, co sie dzieje Maro. Co cie skłoniło, żeby coś takiego powiedzieć.
Dziewczyna nadal wpatrywała sie we mnie czekoladowymi oczami, ale nie odpowiedziała. I nagle mnie olśniło.
-Jerome... Chyba mu nie powiedziałaś?
-Ufam mu Megan. On nic nie zrobił, nikomu nie powie. Zresztą, to jego też dotyczy. Jest potomkiem.
Wpatrywałam sie w nią jak w idiotkę. A ja walczyłam, by wtajemniczyć ją w Sibune, a Fabian twierdził, że im więcej osób wie, tym gorzej. Teraz widzę, że miał rację. Tak bardzo chce, by Mara wybuchła śmiechem, mówiąc, że się dałam nabrać, pokaże Eddiemu uniesiony kciuk do góry. Tak się jednak nie stało. dziewczyna nadal wpatrywała się we mnie, nieugięta. Ale jej twarz złagodniała, gdy zobaczyła szok na mojej twarzy.
-Nie mów Fabianowi - powiedziała cicho, patrząc w jego stronę. Podążyłam za jej wzrokiem. Chłopak siadał pa drugiej stronie sali razem z Rose, spojrzenie jednak miał skierowane na nas. Po chwili Riddle znowu go zagadała. Spuściłam głowę i schowałam twarz w dłoniach. Usłyszałam tylko, jak Mara szepnęła mi cicho:
-Tak wiele rzeczy nie zauważasz.


~*~

Hello guys.
Tak wiem, jestem straszna, bez serca i wyzywam wszystkich od drzew. Ale dodałam. Krótkie, ale dodałam. Kolejny rozdział jest już prawie gotowy, ale następna scena jest taaka długa, ze nie mogłam ją skrócić. Opss Tysia.
W następnym rozdziale ktoś będzie się kissał, ale ciii.
Drogi Anonimku. Przepraszam, ze tak mało Jary, ale paluje coś dużego i fajnego z naszą parką, tryry. Obiecuje, że będzie Jara, od początku miała być Jara i będzie. I promise :)
Drogi Anionikmu Gad. Każdy komentarz mnie motywuje, jak chcesz, zaśmiecaj pod każdym postem, nie przeszkadza mi to. 
Droga Karolińciu. Ninka jeszcze nie wraca, może wróci, może nie ( aura tajemniczości yolo) ale będzie o Ninie. Peddie sie kłóci, ale nie pisze z perspektywy Patricii, więc to pozostanie ich słodką tajemnicą. A tak po za tym, gdzie jest mój rozdział?
Wszystkie blogi czytam, ale nie komentuje, nie mam zbytnio czasu, jak jestem na tablecie. Po za tym się na nim dupciano pisze. A jeszcze po za tym, to sie grat zbuntował i pojechał do serwisu. Ja to mam szczęście.
Droga Sapphire. Pragnę ci powiedzieć, ze w poprzednim życiu byłaś drzewem, więc mam pozwolenie tak cie nazywać.  Spadaj od Fabianka, Fabianek jest mój kradzieju :c A tak poza tym to poskarżyłam sie Braddiemu i powiedział, że poinformuje o tym drogiego Eugenka i będziecie mieli poważną rozmowę na temat zastraszania miłych osób - które boją sie że zostałaś drzewem - ich mężami. Bo to jest nie sprawiedliwe.
Kolejny rozdział dodam bardzo szybko, prawdopodobnie w środę i w czwartek. plus mam dla was niespodziaaankę. Będzie cztery, bonusowe, walentynkowe rozdziały, nie związane z opowiadaniem,. Dowiecie się wkrótce.
Braddy obserwuje mnie na my space. bomshhhh!
Huehuehuehue a teraz niech was zżera ciekawość.
Chciałam zrezygnować z pisania, napisać, ze robię sobie przerwę. Nikt nie komentował, zrobiło mi się smutno, wyświetlenia spadły. A potem zobaczyłam te piękne komentarze. Dziękuje za każdy jeden, jesteście wspaniali ♥


Kocham Was
Joylitte
xoxox



piątek, 17 stycznia 2014

044. Rozdział czterdziesty czwarty

JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ - SKOMENTUJ.
DLA CIEBIE TO TYLKO CHWILA, A DLA MNIE OGROMNA MOTYWACJA ♥ ILY ♥

Mój starannie zapakowany plecak stał przy ścianie i czekał, aż łaskawie włożę z powrotem piórnik. Jak na razie, siedziałam na łóżku z zaciśniętymi ustami i pisałam po nadgarstku drobnymi literkami, tak, by cały cytat sie zmieścił. Słowa ' Jes­teś sil­na. Jes­teś cho­ler­nie silna. Mu­sisz tyl­ko się ogarnąć i przes­tać żyć dla innych. Zacząć żyć po swojemu' dodawały mi otuchy i nakazywały, by mimo wszystko sie uśmiechać. Tak czy siak, muszę pokazać wszystkim, ze wszystko jest dobrze. I muszę w końcu coś zrobić, by Sibuna była znowu drużyną. Bo to ja odpowiadam za jej upadek.
Wrzuciłam czarny cienkopis do piórnika i zeszłam na dół, gdzie Jerome i Eddie zakładali sie, kto pierwszy zapuka do drzwi. Zabawa uda, ale przynajmniej nie pozabijali sie, tak jak próbowali to zrobić wczoraj na Sylwestrze. Jeżeli nie chcecie kłopotów, nie dawajcie chłopakom Picolo. Opadłam na kanapę obok Clarka i przymknęłam oczy. Tik tak. I tak czas się wydłużał. 
W końcu zabrzmiał znajomy dźwięk skrzypienia drzwi. Chłopcy utkwili wzrok w przybyłej. Złote loki Rose spływały kaskadą na ramiona, przysłaniając zaróżowiałą twarz. Nadal miała na dłoniach rękawiczki w renifery, ale powoli, rozglądając się powoli, ślizgając wzrokiem po każdej niewyspane twarzy, uśmiechnęła się. Przeszedł mnie dreszcz. Jerome westchnął cicho i wyjął kasę, odliczył ją a na końcu z bólem wypisanym na twarzy, oddał Eddiemu. Blondyn wyszczerzył się. Wstał i nalał sobie soku.
-Cześć - przywitała sie Rose, ściskając każdego z osobna. Przewróciłam oczami i wstałam, uciekając do kuchni. O, nie. Za nic w świecie jej nie uścisnę. Nawet jakby my zapłaciła. Ściskam tylko własnego kota. Wróciłam z torą żelków, a ta wstrętna jędza zajęła moje miejsce obok Jeroma, naprzeciwko Fabiana. Nie shippuje ich. Nawet niech nie próbuje, bo to by było dziwne. Ale chociaż... Joy też podkochiwała się w Rutterze i jak skończyła? Dobra, to było wredne. Popchnęłam Eddiego, dając mu d zrozumienia, by posunął się i zrobił mi miejsce. Blondynka grzała dłonie, pocierając je i odezwała się:
-Jak tam przygotowania do mojej sztuki? - spytała, a Jerome wydał dziwny dźwięk pomiędzy parsknięciem a śmiechem. W końcu to on był reżyserem. Rose przestała sie uśmiechać - Nie mówcie mi, ze przez cały czas się obijaliście.
-No, tak naprawdę to nie - odezwał się Clarke i pogładził włosy - Myślisz, że TO samo się ułożyło?
Riddle spochmurniała.
-Daj spokój - powiedział Eddie, próbując podkraść mi żelka, a ja atak zręcznie odparłam - Nie każdy jest taki jak ty. Niektórzy umieją się bawić. I są mili. No i nie tlenią się, by wyglądać jak naturalna blondynka.
Mara spiorunowała go wzrokiem znad książki. Rose zacisnęła zęby.
-Moje włosy to naturalny blond.
Jerome ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
-Nie wstydzić się tego, wszyscy sie starzeją. Zresztą, nie musisz sie farbować - Clarke uśmiechnął sie ciepło - Mózg blondynki w zupełności ci wystarczy.
Parsknęłam, wypluwając kawałek żelka i zaśmiałam się. Fabian popatrzył sie na mnie, jak na idiotkę, ale mi to nie przeszkadzało. Pora na rewanż, a Jerome i Eddie, najwyraźniej zachęceni, kontynuowali.
-Bardzo śmieszne, inteligenci - burknęła Rose.
-Nie, to nie jest śmieszne. - odpowiedział Eddie - Powinnaś coś z tym zrobić. Masz łeb jak sklep, tylko pułki puste.
-Ooo, jedziemy tekstami z podręcznika od wosu? - Clarke wyszczerzył sie jeszcze bardziej - Boże daj mi siłę, bo podczas rozmowy z debilami grzeszę pychą.
-Walcie się - mruknęła Rose i zamierzała wstać, ale Jerry ją powstrzymał i powiedział:
-Takimi tekstami to mój dziadek konie płoszył.
-Ale ty głupi jesteś...
-Ja jestem seksowny i wiem o tym a jak na ciebie patrze to wiem po co caritas powstał. I ty o tym też wiesz.
-Dajcie mi spokój - warknęła Rose z podejrzliwym błyskiem w oku patrząc się, jak prawie leżę na podłodze.
-Ciekawe, mów dalej - Eddie rozciągnął sie jak kot. Rose wyszarpnęła sie i poszła na górę. Fabian kręcąc głową, pobieg za nią. Mara piorunowała nas wzrokiem, a Jerome cicho szepnął:
-Co Bóg złączył niech człowiek nie rozdziela. 
-Ale o co ci chodzi? - spytał Miller, drapiąc sie po głowie.
-O jej brwi.

***

Głupim wybuchem śmiechu, choć to było bardzo śmieszne i się zaszłam, spieprzyłam wszystko. No kto by się tego spodziewał.
Mara przyszła do mnie i stała nad mną z założonymi rękami, z miną, której nie powstydziła by się moja matka. A Fabian siedział w pokoju obok, pocieszając załamaną Rose. Oh, jak bardzo mi jej żal.
Tymczasem wszyscy wrócili z przerwy świątecznej, siedzieli na dole i rozkoszowali sie ostatnim wolnym dniem. Albo tak jak Amber powtarzali każdą kwestię, by nie zmarnować swojej wielkiej szansy na zabłyśnięcie. Colin próbował ją uspokoić, ale na nic się to nie zdało. Eddie przekomarzał sie z Patricią, która nie doznała duchowego nawrócenia i nadal mnie nienawidziła. Clarke leżał na kanapie z 'wielką dziurą w sercu'. Mara dała mu jasno do zrozumienia, że to co zrobił było wredne i powinien przeprosić Rose. Zamiast tego Jerome położył sie zrezygnowany, odnajmując, że Jaffray zraniła go, nie biorąc jego tekstów na zgaszenie za zabawne. Więc Mara przyszła do mnie, by się odegrać. Zacisnęłam zęby.
-Jak mogłaś coś takiego zrobić? - spytała, kręcąc głową - To nie w twoim stylu. Myślałam, ze masz więcej godności i upomnisz ich, a ty jak wariatka się śmiałaś.
Czułam, jak rumieńce wykwitają mi na twarzy. W głowie rozległ mi się szyderczy głos Rose, który jak kwas palił moje myśli.
W tym domu nikt nie będzie ci lizał butów i biegał za tobą, bo ci coś nie pasuję. Pogódź się z tym. Mam już dość twojego panoszenia się w tym domu, rozstawiania wszystkich po kontach, wrzeszczenie na wszystkich jak coś ci nie leży w interesie a potem strzelanie wielkiego focha i czekanie, aż ktoś cię przeprosi.
Jej bezlitosny śmiech wbijał mi się tysiącami igiełek w mózg.
Dorośnij. Teraz jesteś nikim, a nie ukochaną córusią mamusi i tatusia, którzy robią wszystko, by ich księżniczce żyło się dobrze. Zrozum, wszyscy mają dość, więc się uspokój
Zacisnęłam pięści, a Mara spojrzała na mnie przerażona.
Odwal się od Fabiana, nie zasługujesz na niego. Więc usuń się w cień i został drogę wolną dla kogoś, kto jest lepszy od ciebie.
-Nie wiesz to, czego ja - powiedziałam przez łzy, które piekły mnie w gardło - Nie wiesz. I nie próbuj się dowiedzieć Maro, bo to i tak nic nie zmieni.
Twarz przyjaciółki złagodniała, po czym westchnęła i cicho powiedziała:
-Nie wiem, co zaszło pomiędzy wami Grant, ale Rose jest ważna dla Fabiana. A na nim ci chyba zależy.
Kiwnęłam głową, choć nadal gniew, jaki poczułam do dziewczyny nie zelżał. Wbiłam paznokcie w wierzch dłoni, ból zdawał się pomagać mi w odzyskaniu przytomności i ujarzmieniu wściekłości. Mara usiadła na fotelu Amber i chwyciła czasopismo. Ciekawe, czy tak wyglądała w pierwszej klasie, gdy dzieliła pokój z blondynką i gdy były siebie bardzo blisko. To samo spojrzenie przeglądające modowe magazyny, by przyjaciółka była dumna, że jednak Mara choć trochę zainteresowała się modą. Te same refleksy, które odbijały się od jej kruczoczarnych włosów, gdy ruszała głową. Ciepłe spojrzenie, gdy ktoś oderwał ją od czytania. Gdy tak siedziała, wydała mi sie bardzo mała i krucha. Gdy się jednak odezwała, jej ton był lodowaty.
-Zawiodłam się na tobie Megan.

***

Jej buty zostawiały ślady na śniegu, choć stąpała niezwykle lekko. Suknia, którą dzisiaj miała na sobie, była bladoróżowa, prawie że biała jak jej otoczenie. Na ramionach miała zarzucone biało futro z kapturem, które okrywało również jej głowę przed zimnem. W okrytych białymi rękawami dłoniach niosła bukiet czerwonych róż. Tam gdzie ostre kolce przebiły materiał, wykwitły szkarłatne plamy. Nie zwracała jednak na to uwagi, tylko brnęła przez znajomy las, aż dotarła do celu.
Zmierzyła wzrokiem grobowiec, sprawdzając, czy oby się nie zmienił. Nadal był tylko zimnym kamieniem, który i tak nie skrywał szczątków jej rodziców. Przecież ich ciał nigdy nie odnaleziono.
Uklękła i położyła czerwone róże na śniegu. Kontrastowały ze sobą w dziwnym, smutnym połączeniu. Wyglądały, jak krew na jej rękawiczce. Wdzięczne i oszałamiająco piękne.
Spojrzała na nie z góry, chwilkę stojąc ze złożonymi rękami, tak jak do modlitwy. Kąciki jej ust lekko uniosły się w górę.
-Kocham was - szepnęła, a z jej różowych ust wydobyła się mgiełka. Rozejrzała sie po okolicy, wolno, spodziewając się, ze ktoś temu zaprzeczy. Intensywnie zielone oczy wodziły po szczegółach, szukając znaku ludzkiej obecności gdy odwracała się od grobu rodziców i wyszła na dziedziniec. Odetchnęła mroźnym, zimowym powietrzem.
-Tęskniłam za tym miejscem - szepnęła, ujrzawszy swój dom po dwóch latach ciągnącej się obecności. Zamiast do niego podejść, odwróciła się i odeszła, rozpływając się we mgle.

***

-Fabian? - spytałam, uchylając drzwi do jego pokoju. Ciche dzięki gitary upewniły mnie, że wrócił i że jest sam. Znam go na tyle, by wiedzieć, ze najlepiej gra mu się, gdy jest nikt mu nie przeszkadza. Potrafił wtedy wydać dźwięki z gitary tak delikatne, że prawie czuło sie, że muskają twoja skórę. Zawsze mu tego zazdrościłam. Też przelewam wszystkie uczucia w instrument, ale tylko on potrafił sprawić, ze struna zadrżała tak długo i głośno jak sobie tego życzy. Słuchając jak gram, można zapomnieć o całym świecie.
Chłopak zmierzył mnie pustym spojrzeniem, nic sie nie odzywając. Jego palce przestały wodzić po gryfie i zastygły. Przez moje plecy przeszedł dreszcz.
-Możemy pogadać? - spytałam niepewnie, a gdy skinął głową, usiadłam obok niego - Jesteś na mnie zły?
-Raczej rozczarowany - odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.
Poczułam gorzki smak w ustach i spojrzałam na niego błagalnie, co było słychać w moim głosie:
-Nawrzeszcz na mnie Fabian. Tylko nie bądź tak obojętny, bo tego nie zniosę.
-Nie będę na ciebie krzyczał - odpowiedział, odkładając gitarę - Nie zrobiłaś nic złego. Śmiałaś się.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na swoje ręce, na miejcie, gdzie wbiłam sobie paznokcie aż do krwi.
-Jeżeli chcesz z nią być, bądź. Bądź szczęśliwy Fabian, jeżeli ona daje ci szczęście.
Usiadł koło mnie, tak, że stykaliśmy sie ramionami i wpatrywaliśmy sie w jeden punkt na ścianie. W fotografie, na której był on i Nina. Stali, roześmiani w słońcu, a z tyłu wdzięcznie znajdował sie dom Anubisa. Na całej fotografii było tyle życia, że czułam ją aż teraz, chociaż była zrobiona niecałe dwa lata temu.
-Tęsknisz za nią? - spytałam, opierając głowę na jego ramieniu. A on położył swoją na mojej.
-Tak - odpowiedział spokojnie - Czasami mi ją przypominasz.
-Nie jestem Niną.
-Wiem - szepnął i splot swoje palce z moimi. Czułam, jak moje lodowate dłonie się ocieplają - Ale i tak nie zmienia to faktu, ze jesteście do siebie podobne. Ten sam upór, to samo spojrzenie, gdy czegoś nie rozumiecie, ta sama nuta w głosie, gdy nie chcecie, bym zdradził jakiś sekret. Ten sam uśmiech.
Czułam bicie jego serce, spokojny oddech. Wiedziałam, że zamknął oczy gdy to mówił. Przypominał sobie jej obraz, wypalony po wewnętrznej stronie powiek. Mogła go rzucić, zmiażdżyć jego serce, dać do zrozumienia, ze tak będzie lepiej. A on tak ją kochał. A ja kochałam go, jak brata, którego nigdy nie miałam.
-Kocham cię Megan. - szepnął.
-Wiem - zacisnęłam mocniej palce na naszych splecionych dłoniach - Ja ciebie też...


***. 

Drugi styczeń zaczął się pięknie. Blade słońce bawiło się refleksami na włosach Amber, które rozsypane były po całej poduszce. Ciekawe, ile czasu minie, zanim doprowadzi je do porządku..
Obudziłam sie o piątej i od razu wiedziałam, ze nie zasnę. Było to niemożliwe, wiedziałam o tym dobrze. Nadal słyszałam szloch Millington, gdy się dowiedziała o moim rzekomym losie. Nadal czułam ciepło Fabiana i jego oddech na mojej szyi, gdy mnie przytulał. Nadal pamiętam wzrok Mary, gdy przyglądała mi sie znad gazety.
Szybko wzięłam prysznic i przebrawszy sie w mundurek, zeszłam na dół. Nie była to moja zmiana na śniadanie, ale ubłagałam Trudy, by dała mi jeden tost.  tak więcej nie będę w stanie przełknąć. Fabian wczoraj przedstawił mi swój plan, jak prześlizgnąć się do gabinetu dyrektora i nie zostać złapanym. Gdy tylko o tym pomyślałam, zebrało mi sie na mdłości.
Powoli, bardzo powoli wyruszyłam na wędrówkę do pokoju. Gdy miałam już wejść, usłyszałam podniesione głosy. Patricia i Eddie. W tym samym czasie ruda otworzyła drzwi a ja cofnęłam się o krok wystraszona. To był błąd.
-No proszę - warknęła Williamson, posyłając w moja stronę mordercze spojrzenie - Widocznie matka nauczyła cie nie tylko kłamać, ale też podsłuchiwać.
-Patricia! - Eddie wydał się szczere zaskoczony.
-Zamknij się - warknęła na niego, a potem na mnie - Zejdź mi z drogi.
Szybko spełniłam jej żądanie. Miller wybieg za nią, a gdy miała wyjść z piętra. Chwycił ją w ramiona, wtulając twarz w jej rozczochrane włosy i nie wypuszczał, póki sie nie uspokoiła. Słyszałam dwa zdania, które powtarzał:
-Nie jesteś sama. Masz mnie, ja cię nie opuszczę.
Schowałam sie w pokoju, nie schodząc na śniadanie i czekając na ósmą, która nie chciała nadejść. Potem zwlekałam sie z plecakiem na ramieniu i poszłam do szkoły. Miałam cichą nadzieję, ze zamarznę zanim tam dojdę. Przynajmniej to byłaby jakaś odmiana. Patricia miała rację. Matka okłamywała mnie przez całe życie, a ja to po niej odziedziczyłam. Zatopiona w myślach, nawet nie zauważyłam jak Jerome staną przed mną z założonymi rękami.
-Co ty tu robisz? - spytał, unosząc brwi.
-Uczę się - mruknęłam i próbowałam go wyminąć, ale zastąpił mi drogę.
-Masz sześć godzin na przygotowanie poczęstunku Grant - powiedział spoglądając na zegarek - Lepiej się pośpiesz.
W otępieniu wróciłam do domu i przebrałam sie. Kompletnie zapomniałam, że miałam przygotowywać poczęstunek. Włosy upięłam na czubku głowy, by nie wpadały mi do oczu. Założyłam swój niebieski fartuszek i wyciągnęłam składniki na przygotowanie ciastek. To takie dziwne. Pieczę je, tak samo jak wtedy, gdy Fabian spytał mnie o jakąś rzecz. Nie pamietam jaką, pamiętam tylko, że powiedział mi o mące na moim nosie. Uśmiechnęłam się i zaczęłam wyrabiać ciasto.
O trzynastej miałam zrobione góry kanapek, ciasteczek i przekąsek i powoli wszystko zanosiłam do szkoły z pomocą Trudy. Stół z poczęstunkiem stał w samym kącie, ale zawsze jak wchodziłam z tacą, zerkałam na scenę. Wszystko było przygotowane, teraz tylko układano krzesła.
Czas leci zbyt szybko, niż tego chcę.
Po czym stałam już przebrana w mundurek, na samym końcu sali u boku Fabiana, który zerkał na zegarek. Ja jednak oglądałam przedstawienie. Musze przyznać, że Amber gra świetnie. Potrafiła grać emocje, operować głosem i gestami. Robiła wszystko tak płynnie, jakby nie było żadnego scenariusza, a scena była miejscem, gdzie rozgrywa się życie. A Colin nie pozostawał w tyle.
Fabian drgnął. To był sygnał, ze mam sie przygotować.
Jednak nadal nie odrywałam oczu od sceny.
-Musisz odejść - powiedział Colin cicho, ale jego głos był dobrze słyszalny, nawet z tyłu.
-Nie zostawię cię - szepnęła Amber ze łzami w oczach.
-Nie rozumiesz - chłopak pokręcił głową - Tu nie jest bezpiecznie. Zniknij.
-Nie obchodzi mnie to - głos Amber był zachrypnięty, lecz stanowczy. Z oczu płynęły na blade policzki łzy - Chce być przy tobie.
Colin otarł z jej policz łzę, a potem zabrał rękę i chwycił jej dłonie.
-Nie...
Chłopak nie dokończył, bo Amber przysunęła sie do jego twarzy delikatnie musnęła ustami jego wargi. Cała sala wstrzymała oddech, gdy Colin zanurzył rękę w złocistych włosach dziewczyny, a ona przysunęła się bliżej. Poczułam ucisk na nadgarstku. Fabian wyślizgnął się cicho z sali, ciągnąc mnie za rękę. Gdy byliśmy przy gabinecie dyrektora, Rutter puścił mnie i otworzył wsuwką drzwi, po czym spojrzał na mnie z rozbawieniem.
-Dziewczyny...
Prychnęłam i bezceremonialnie wepchnęłam się do gabinetu. Nic nie zmieniło się tu od ostatniego razu, kiedy byłam tu ostatnio. Przybyło tylko nieco więcej zdjęć. Przyjrzałam się im z bliska. Jedno przedstawiało Eddiego i jego ojca na rybach. Zaczęłam sie śmiać widząc minę Millera, po czym zostałam skarcona 'ciii' i zaczęłam przeszukiwać szafki.
Były tam faktury, rachunki, kartoteka i mnóstwo, naprawdę mnóstwo głupot. Przyszła mi do głowy ciekawa myśl : ciekawe jakby to wyglądało, jakby się paliło. Chrząkniecie Fabiana wyrwało mnie z myśli. odwróciłam się i zajrzałam przez ramię chłopaka. Trzymał on zdjęcie, stare zdjęcie.
-Co to jest?
-Wracamy - powiedział Fabian, robiąc zdjęcie swoja komórką - Znaleźliśmy to, czego szukaliśmy.
-Wcale nie - odpowiedziałam rozczarowana. Miałam nadzieje na jakąś walkę czy coś. A znaleźliśmy zdjęcia. Super.
-Wracamy Megan.
Gdy zamykał drzwi, czułam gorzkie rozczarowanie. Przynajmniej obejrzę końcówkę przedstawienia.




Z dedykacją dla Karolinki Ł. ♥
Końcówka pisana na szybko, ok? Brak weny daje mi sie we znaki.
Kto ma najfajniejszą mamę na świecie? Ja! Nie poszłam dziś do szkoły, ale musiałam jej pomagać. Ale to lepsze niż siedzenie z moja klasą.
Tylko 2 komentarze... Rozpłaczę się. Czyli nikt tego już nie czyta...
Niedługo powinnam skończyć. Odpoczniecie od mnie, bo nie wiem, czy pisać kontynuację. Nie wiem, czy ktoś to będzie czytać. No, może Steve.

Żartuje, Steve mnie nienawidzi.
Przekupię was. Mam ryż z jabłkami, ktoś chce?
Musze napisać komentarze. Posty dawno przeczytane, komentarzy brak.
Tak, wiem.
Jest nowa nazwa, bo to druga cześć. Taka badziewna, dlatego że zapomniałam takiej, co wymyśliłam wcześniej, ale zapomniałam.
Sapphire wróciła. Moje serducho sie cieszy.
Moja mama robi burdel w pokoju siostry, będę się śmiała, jak będzie to musiała sprzątać, hi hi.
Dżeruś jest wredny, zły dżeruś. Rose shejtowana. I to nie z anonima.
Ok, lecę na obiadek ♥


Głodna Joylitte was kocha
xoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxoxo

piątek, 10 stycznia 2014

043. Rozdział czterdziesty trzeci

Mam być szczera?
W Boże Narodzenie obudziłam się i gapiłam w sufit, czując coś, na co czekałam od bardzo dawna. A mianowicie - ulga. Jeżeli całe moje cholerne przeznaczenie, jak to pięknie określiła wczoraj Chloe, ma sprowadzić się do krwawej jatki, to pożyczę siekierę i może uda mi się wyjść z tego całą.
Albo za pierwszym razem mój łeb zostanie odgryziony przez jakiegoś mutanta i game over.
Tak czy siak, wygrzebałam się szybko spod pierzyny, ubrałam się w najcieplejsze ubrania, jakie wygrzebałam z szafy, uprzednio rozwalając ciuchy po całym pokoju, i wymknęłam się cichutko, zamykając ostrożnie drzwi.
W salonie walały się resztki papieru do pakowania. Musieli zaraz po tym, jak oznajmiłam, ze jestem zmęczona rozpakowywać prezenty. Westchnęłam. Mogłam udawać, ze wszystko ok. Nigdy w życiu nie przeżyłam wspólnego oglądania prezentów, śmiania sie razem zimnymi. Jestem jedynaczką. Nam ten przywilej nie przysługuje, a szczególnie mi. Każde święta odkąd pamiętam spędziłam w domu.
Odgrzałam sobie pierwsze z brzegu danie, które zostało z Wigilii i szybko pochłonęłam. Potrzebuje chłodu, może podziała na mnie jak kubeł zimnej wody. I zamierzałam pogadać z Selene. Z moich monologów prowadzonych w głowie, można stworzyć całkiem niezłego fan fiction.
Żartuję, byłby do kitu.
Zasypane śniegiem pola szkoły aż kuły w oczy. Musiałam najpierw je mrużyć, by przystosować sie do zmiany koloru na niesamowitą biel. Wciągnęłam głęboko powietrze i poczułam, że się odprężam. Spacerowałam mimo wczesnej pory moimi starymi szlakami, gdy byłam jeszcze niczego nie świadoma i biegałam beztrosko. Zdawało mi się to bardzo dawno temu. Z dobre pięć lat.
Gdy zorientowałam się, że moje palce zamarzły już dostatecznie mocno, by nimi nie poruszać, zawróciłam i wróciłam do domu. Selene ani razu sie nie pokazała, zołza jedna. Nawet bardzo ładne proszę nie podziałało.
Pchnięcie solidnych, drewnianych drzwi kosztowało mnie trochę wysiłku. Może to był fakt, że dzięki mojemu super spacerku, moje siły zmalały do zera. Nie przejęłam się tym zbytnio, tyle że musiałam poczekać dobre dziesięć minut, bym była w stanie się zgiąć i rozsunąć zamek przemoczonych butów, a potem kurtki.
Praktycznie nikt już nie spał, prócz Logana, który skarżył sie kacem po piciu zbyt dużej ilości oranżady. Jerome i Eddie wariowali. Powiesili w salonie dużą podobiznę Victora i zaczęli rzucać w niego rzutkami.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie mam pojęcia, skąd oni wzięli taki ogromny papier. Po krótkim wysilaniu mózgownicy i nic nie wymyśleniu wysyłam wniosek, ze mój mózg też musiał zamarznąć. Zdarza się.
Usiadłam na swoim miejscu, obok Fabiana, który nawet nie podniósł głowy. Zamarzyła mi się gorąca czekolada.
-Trzymasz się jakoś? - mruknął, nie odrywając wzroku od książki.
-Mhmm. - odburknęłam w odpowiedzi, zła, że przewał moje rozmyślania na temat basenu czekolady.
-Spacer się udał?
-Śledziłeś mnie? - spytałam zdziwiona, bo byłam pewna, że nikt mnie nie słyszał.
-Nie umiesz zachowywać się cicho w kuchni. Ani po cichu zamykać drzwi.
Przewróciłam oczami. Znalazł się wielki detektyw. Mój głód na czekoladę rósł, ale jestem zbyt leniwa, by wstać. Obserwowałam więc, jak Jerome i Eddie rzucają lotkami. Clark miał zdecydowanie lepszego cela, ale Miller też nie zostawał w tyle. Celowali w czubek nosa, bo jak to określili 'Victor ma za duży nos, by w niego nie można było trafić'. Po pięciu minutach na dół zeszła Mara i stanęła pomiędzy chłopcami a plakatem. Jedna z rzutek o włos minęła jej głowę.
To było nawet zabawne. Mara ze spokojem tłumaczyła im, ze tak nie można, Jerome posyłał jej głupie uśmieszki i wbijał palec pomiędzy żebra. W końcu jego Marusia sie wkurzyła,  zdarła plakat i nic sobie nie robiąc z klęczącego Eddiego, który udawał płacz i krzyczał 'Ten plakat to całe moje życie!', wyrzuciła go do śmieci, po czym uśmiechnęła się i zaczęła wymieniać masę różnych chorób, na które można zapaść dzięki grzebaniu w odpadach i chłopcy musieli zrezygnować.
Obserwowałam, jak robi herbatę. Z błąkającym się uśmiechem na ustach, jak zręcznie wsypywała cukier do kubka i mieszała, a jej łyżka nawet nie obijała się o szkło. Ja tak nigdy nie potrafiłam.
Jestem jedną wielką porażką. Nawet herbaty z klasą nie umiem zrobić.
Usiadła obok mnie i Fabiana, grzejąc obie dłonie oplatając je na kubku. Wzięła oddech i szybko i dobitnie powiedziała:
-Możemy spróbować.
Fabian szybko podniósł głowę i spojrzał na nią czujnie.
-Naprawdę?
-Tylko raz - ostrzegła, widząc nadzieje w jego głowie - Nie wiem, co ci chodzi po łbie, ale zgadzam się na jeden raz. I po obiedzie.
Po czym wstała i wyszła, zostawiając mnie z rozpromienionym Rutterem.
-Rozumiesz, co to znaczy? Mara może znajdzie miejsce, gdzie jest Księga.
Spojrzałam na niego gniewnie.
-Chcesz ją wykorzystać? Przecież ona nawet o tym nie wie, nic nie wie o Sibunie.
-I na razie nic nie powiemy, dopóki nie będzie gotowa. Może nie przyjąć takiego ciosu.
Przez chwilę przed oczami zobaczyłam jej bladą minę, jak Eddie i Fabian opowiadają jej o Sibunie. To wszystko działo się pod jej nosem, nawet pomagała w niektórych miejscach. Może by sie wkurzyła, ze nie powiedziano jej wcześniej, może by machnęła ręką a może znalazła by rozwiązanie. Szybciej od Fabiana... Ale Mara ma większe zmartwienie, niż użeranie sie z tym, co my zaczęliśmy. Wyścig o Księgę się nie zakończył, ale my mamy coś, czego gang Victora nie ma napewno. Miejmy nadzieje, że nam się uda. Jeżeli nie, już po nas. Ciekawe, jakby to wszystko się skończyło. Nieśmiertelność musi być męcząca. Wiem to, bo oglądałam dużo filmów i czytałam dużo książek. Żartuje. Jeżeli mam żyć przez całą wieczność tak jak teraz, wolałabym jednak dać spokój.
Fabian widząc moją minę spytał:
-Stało się coś?
-Życie bez basenu pełnej gorącej czekolady jest do kitu.
I kichnęłam. O nie. Nie, nie, nie, nie. Nie mogę być chora. Nawet przeziębiona. Wyglądam wtedy jak mokra kura. Tak naprawdę nigdy nie widziałam mokrej kury, ale muszą wyglądać kropnie. Same oczy kur mnie przerażają.
-Jeszcze coś? - spytał Fabian, trochę zdziwiony moją odpowiedzią.
-Chce kupić sobie kurę. Chce zobaczyć, jak wygląda jak jest mokra.
Rutter coś mruknął pod nosem i dalej czytał, więc nie było sercu dalej siedzieć i czekać, aż się odezwie. Postanowiłam więc zadzwonić do rodziców. Rzadko kiedy gadamy, praktycznie zawsze jak dzwonie to nie ma ich w domu. Albo nie chcą odebrać. Teraz są święta, więc o ile gdzieś nie pojechali, to może uda się ich złapać. Usiadłam w miękkim fotelu i wykręciłam numer do domu. Zazwyczaj  dzwonie z komórki, ale teraz mam nadzieje na dłuższa rozmową, a darmowe minuty mam tylko do Chloe.
Moja mama odebrała na drugim sygnale. Ucieszyłam się, słysząc jej pogodny głos. Brakowało mi tego.
-Halo?
-Cześć mamo, to ja - odezwałam się i zagryzłam dolną wargę.
-Meggy? Czemu sie nie odzywałaś? Jak tak u ciebie? Podoba ci się prezent?
- Po pierwsze: bardzo, po drugie: nieźle, po trzecie: nie miałam czasu.
-Nie miałaś czasu, by porozmawiać z własną matką?
-No wiesz, ratowałam świat.
Mama zaśmiała się ciepło.
-No tak. Czyli lokatorka jest zbyt poukładana?
Przypomniałam sobie czerwoną twarz Amber, gdy zostawiłam kilka ciuchów na jej krześle, bo nie chciało mi się ich wkładać do szafy. Mama zawsze żartowała z tego, ze jestem cholerną bałaganiarą.
-Można tak powiedzieć.
Gadałyśmy przez jakieś piętnaście minut, w czasie których zakręcałam kabel od telefonu na lewym palcu i z powrotem go odwijałam. W końcu przeszłam do sedna:
-Wiesz, dostałam kartkę od babci na święta - odezwałam się zabawkowym tonem, a po drugim końcu słuchawki zaległa cisza - Coś nie tak?
-Nie, wszystko w porządku, po prostu tata pokazuje mi, że zrobił kawę.
Kłamała. No super, nawet w sprawie głupiej kartki?
-No a nie wydaje ci się dziwne, że coś i wysłała? Przecież nie utrzymujemy kontaktów.
-Może się dowiedziała, że mieszkach kilkaset kilometrów od domu i chciała ci dodać otuchy? - w jej głosie było słychać nieźle maskowane zdenerwowanie - Słuchaj Meggy, muszę kończyć. Zadzwoń, kiedy będziesz miała jeszcze czas.
-Taa.
-Wesołych Świąt.
-Nawzajem.
Rozłączyła się, a ja odłożyłam słuchawkę zbyt gwałtownie. Babcia o czymś wiedziała, a moi rodzice coś przed mną ukrywają. Postanowiłam, że nie będę o tym myśleć. Pobiegłam na górę i włączyłam jakiś denny film na laptopie i siedziałam przed nim aż do obiadu. a po nim zrobiłam pięć kubków pachnącej gorącej czekolady i weszłam do pokoju Fabiana. Ku mojemu zaskoczeniu, siedziało tam pięć osób, nie cztery. Więc zabraknie mi czekolady. Eddie ma mój widok rozpromienił się i wziął napój.
-Dzięki - powiedział i dźgnął mnie w żebra. Przechyliłam tacę, a czekolada prawie się rozlała.
-Dupek - mruknęłam i rozdałam kubki pozostałym, sama zostając z pustymi rękoma. Całe marzenia o czekoladzie sie rozpłynęły. Po chwili siedzenia w ciszy i sączenia mojego zacnego napoju ( ja zagrzebałam sie w kocyk Fabiana i czekałam, aż skończą, bo cholernie było mi szkoda) , Mara odezwała się:
-Dobra, jestem gotowa. Co mam robić?
Ostatnie pytanie skierowała do Fabiana, który kartkował książkę.
-Odblokuj umysł, opróżnij ze wszystkich myśli, odpręż się.
-Czytałam takiego fan fika - odezwałam sie niepytana - Dziewczyna próbowała usłyszeć głos zamordowanego chłopaka i zamieniła się w maszynę do zabijania. Wymordowała wszystkich w pokoju.
Mara pobladła na twarzy, a ja czułam, jak to Fabian, nie Mara, morduje mnie wzrokiem. Upss.
W końcu Jaffray uspokoiła się i zaczęła oddychać równomiernie. Jakby spała. Po pięciu minutach trwania takiego stanu otworzyła oczy i odpowiedziała zrezygnowana:
-To nie działa.
-Musisz ćwiczyć - odpowiedziała Chloe, przeglądając rzeczy Logana - Nikt nie nauczyć się grać na gitarze z dnia na dzień.
Już otworzyłam usta, ale Chloe rzuciła we mnie najbliższą poduszką.
-Zamknij się - warknęła - Nie chcemy słuchać twoich durnych upodobań książkowych.
-Nic nie powiedziałam! - rzuciłam się i zrobiłam groźną minę, ale siedziałam zaplątana w kocyk, który psuł efekt.
-Wystarczyło... - burknęła.
-Wiecie co? - Fabian odezwał się zamyślony - Jestem pewny, że w gabinecie Sweeta będzie coś o naszej sytuacji.
-Co? - Mara zrobiła wielkie oczy - Chcesz się włamywać do gabinetu dyrektora?
-Bo to pierwszy raz - Eddie wzruszył ramionami i się przeciągnął. - Musimy tylko wyczaić dobry moment, by nikogo nie było. W nocy?
-W czasie przedstawienia - powiedziałam, a Fabian kiwną głową - Musimy mieć coś, co odciągnie ich uwagę.
-Mamy sabotować własną sztukę - fuknęła Chloe, ale po chwili roześmiała się - Przyniosę siekierę!
-Nie... - Mara odpuściła wzrok i swoje paznokcie - Niech Amber pocałuje Colina.
Po chwili milczenia odezwał sie Eddie:
-Taaa. To może się udać. To kto jej powie?
-Napewno nie ja! - krzyknęłam i próbowałam wstać, ale zaplątałam się w kocyk i z całym impetem walnęłam w podłogę plecami. Uznałam, ze w tym momencie brzydkie słowo będzie na miejscu. Chloe zachodziła ze śmiechu, wykrzykując 'Jezu, to było awesome! Zrób to jeszcze raz!'.
Wplątałam się z koca i walnęłam ją w głowę, żeby się opanowała. Pomogło za drugim razem.
-Ej, a to za co? - warknęła, rozmasowując sobie miejsce uderzenia.
-Za ten twój głupi śmiech wiewiórki.
-Tobie nawet czekolady szkoda.
Mruknęłam coś bardzo brzydkiego, co nie warto sie z wami dzielić. Mara weschnęła.
-Więc drugiego?
Wszyscy pokiwali powoli głowami. Chloe uniosła rękę, jakby była w szkolę.
-To mogę przynieść tą siekierę?


~*~

No, nie pisałam nic przez rok. Jestem okropna.
Nie było twitcama. Nie gniewacie sie? Czułam sie jak lama w ... Dobra, nie wiem jak się czują lamy, nie wińcie mnie.
Kiedyś jeszcze go zrobię, obiecuje.
Wielkimi krokami zbliża sie Amfie. Tak, nie zapominałam. Po trzech rozdziałach powinno być po wszystkim.
Rozdział jest krótszy, bo nic już nie mogłam wymyślić a powrót ze świat chce fajnie napisać i nie zmęczyć was tym badziewiem.
Powiem wam jedno: Jerome, Megan i Edziu będą trollić Rose.
Obsesja na temat imienia Steve uważam za rozpoczętą.
Starałam się o ocenę 'bardzo celującą' z religii, ale mi nie dał skubanie.
Pff.
Nie beę sie rozpisywać, siostra dycha mi w kartk.
Dziękuje za duuużo komentarzy pod ostatnim postem i duuużo wyświetleń.
Motywujecie mnie kochani.

ily xoxo
Joylitte

Obserwatorzy