czwartek, 26 grudnia 2013

042. Rozdział czterdziesty drugi

Słodki zapach pierników rozchodził się po całym domu, aż w końcu dotarł do moim nozdrzy i obudził mnie z głębokiego snu. Leniwie spojrzałam na tarczę budzika i dopiero gdy uświadomiłam sobie, która godzina, jęknęłam. Powoli zaczęłam układać sobie w głowie powód spóźnienia, aż w końcu do mnie dotarło, że dzisiaj mamy wolne. Jest Wigilia.
Przez chwilę leżałam jeszcze w łóżku, przeklinając na siebie, ze nie kupiłam sobie kalendarza w zeszłym roku. Nie musiałabym się budzić ze strachem, że zapałam. Ale znając mnie, prawdopodobnie byłoby mi szkoda kasy na kalendarz. I tak bym go nie używała.
Powoli, bardzo powoli wstałam z łóżka. To powoli trwało jakieś dwadzieścia minut, w końcu są święta, mogę sobie pozwolić na miłe otępienie mojego umysłu. Po czterech miesiącach wkuwania mój mózg jest na wykończeniu. Usiadłam i rozejrzałam się dookoła. Fakt, nikogo nie ma.
Amber i Patricia wyjechały. Ta pierwsza do Londynu, gdzie jej tata akurat się zatrzymał i mogą spędzić te święta razem. Millington nie pokazywała tego, jak bardzo się cieszy. Ale wczoraj, gdy pakowała po raz któryś walizkę, widziałam, ze nie może się doczekać. Zastanawiałam się, jak to jest. Widzieć ojca raz na milion lat, a na mamę Amber nie miała co liczyć. Zmarła, gdy blondynka miała sześć lat. Sama mi tego oczywiście nie powiedziała, sama się dowiedziałam. I to przez przypadek, nie myście sobie, że jestem jakaś wścibska.
Patricia wróciła na święta do Liverpoolu. Miała się zjechać cała rodzinka, z czego ogromnie cieszył się Eddie, żartując, ze wpadnie posłuchać, jak jego dziewczyna śpiewa kolędy. Williamson akurat była nie w sosie, więc oblała czekoladowym mlekiem chłopaka. Tak na marginesie, to Patricia bez przerwy chodzi taka.... wściekła? Chyba słowo 'wściekła' jest dobrym określeniem. Oczywiście, te zacne uczucie nie jest mi pisanie. Ruda po prostu mnie nienawidzi.
Jak mam być szczera, to wszyscy mnie nienawidzą. Jedynie Fabian i dziewczyny z domu Hathor są w stosunku mnie przyjaźni. No i nie liczyć tych, który nie wiedzą nic o istnieniu Sibuny ani Kręgu.
Cała sprawa się mocno zagmatwała. Ludzie nie lubią, jak się im nie mówi, ze są złączeni przez swoich przodków więzłam z innymi osobami. Z bardzo dawnymi przodkami. Teraz, tak mniej więcej w dużym skrócie, opowiem wam bajeczkę, co się działo przez ostatni czas. Czyli calutki listopad i dwadzieścia cztery dni grudnia. Więc usiądźcie, weźcie sobie kakałko i poczytajcie opowieść, jak wszystko spieprzyłam.
Tak więc, po moim pięknym wystąpieniu, że wszyscy mamy przechlapane, a przynajmniej ja, Fabian, Eddie, Chloe, Allison, Lana, Mara, KT i Nina, Patricia zaczęła się zachowywać tajemniczo, mało się odzywała, unikała rozmów i wspólnych posiłków. Czyli strzeliła takiego focha, że można jej za to podarować puchar. Coraz częściej zaczęłam ja widywać przy książkach, czytającą coś w internecie i robiącą notatki. I jestem na stówę pewna, ze się nie uczy. Też ma swoją tajemnicę, ale wolę na razie ją nie drażnić. Mówię na razie, bo i tak prędzej czy później dowiemy się, o co co chodzi. My czyli Sibuna.
Zawaliłam na równi. Jeżeli myślałam, ze problem Patricii jest poważny, to Sibuna chyba biję ją na głowę. Staliśmy się nieufni dla siebie. Więcej niż nie ufni, spotkań prawie nie ma, nie licząc momentów, gdy wszyscy przypadkowo spotkamy się na posiłku, strzelamy buraka lub spuszczamy głowę i odchodzimy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, ze to moja parszywa wina. Spójrzmy prawdzie w oczy : gdyby nie ja i moje super-ekstra-wspaniałe pomysły, bylibyśmy jedną drużyną, wspieralibyśmy się i byłoby tak, jak na początku. Zaczęłam podziwiać Ninę, Amber i Fabiana, którzy od początku działali razem. Potrafili znaleźć wyjście z każdej sytuacji, nie to co ja. Ale tak na marginesie, mogę całą winę zwalić na Eddiego, bo to on jest liderem. Tyle że, nie potrafię. A więc, kolejnym punktem na mojej liście przestępstw jest rozwalenie Sibuny.
Nie rozwaliłam tylko Sibuny. Nie byłabym sobą, gdybym nie narobiła sobie kłopotów w innym miejscu. A konkretnie - zerwałam wieź pomiędzy mną a Marą. Rozwaliłam to i starłam na proch. Jaffray nie odzywa się do mnie, odkąd jej powiedziałam, ze jest Wyrocznią, potrafi widzieć przeszłość i przyszłość i takie tam bzdety, tyle ze jest ważniejsza od wróżbity Macieja, bo jej korzenie są starożytne i jest potomkinią egipskich wyroczni. I Mara uznała mnie za wariatkę. Tak czy siak, przestała się do mnie odzywać, unika mnie i ucieka, gdy tylko znajdę się w zasięgu jej wzroku. To odbiło się na mojej przyjaźni z Jeromem. W drugi tydzień mojej klęski, chłopak zaszedł mi drogę na korytarzu, gdy szłam do łazienki. Oparł się o ścianę w ten luzacki sposób. Doprowadza mnie to do szału, bo przynajmniej kilka dziewczyn na niego ukrytkiem patrzy i chichoczę. Nie jestem zazdrosna, tylko w takich sytuacjach chce je wszystkie wymordować Mój mózg zakodował sobie, że Jerome jest Mary i nic tego nie zmieni. Spojrzał na mnie tymi cholernymi, niebieskimi oczami i spytał się, jak gdyby nigdy nic:
-Co zrobiłaś Marze?
-Nic nie zrobiłam - powiedziałam spokojnie, choć czułam, ze zaraz się rozpłaczę - Nic.
-Aha - mruknął.
Widać było, że mi nie uwierzył, nie rozumiem, po co on to starał się zamaskować. W końcu zdał sobie z tego sprawę i odpowiedział zrezygnowanym tonem:
-Ja i tak się dowiem. Prędzej czy później, ale się dowiem.
No i od tamtej pory zaczął się odnosić do mnie chłodniej, co mi nie odpowiada. Lubię jego towarzystwo, ale nie wiem, czemu mnie dziwi, ze stanął po stronie Mary.. Tylko nie myście sobie, że Nie próbowałam jakoś się z nią pogodzić, pogadać i wytłumaczy, by mi uwierzyła. Fabian mi pomagała, ale to na nic. Unika nas, jak ognia. Kolejny powód, dlaczego w nocy łkam w poduszkę, kiedy już wszyscy zasnął.
Amber i Alfie nie dużo się zmienili. Prawdopodobnie dlatego, że ich samych to nie dotyczy. Mają jednak do tej pory do mnie żal, że to ukrywałam. Takie chłodne rozczarowanie, ze nie byli godni mojej uwagi. I mam wrażenie, ze rozwaliłam kolejną dobrą relację. A mianowicie, Amber i Alfie, którzy wcześniej i tak czuli się nie zręcznie w swoim towarzystwie, teraz w ogóle ze sobą nie przebywają. Lewis spędza każdą wolną chwilę z Willow a Amber z Colinem. Czy coś z tego będzie, nie wiadomo. Faktem jest, że oni też lądują na moją listę po tytułem 'Ludzie, którzy mieli do mnie zaufanie, więc musiałam to zepsuć'
Fabian. Chyba jedyny człowiek w domu Anubisa, który spróbował mnie zrozumieć i dał mi drugą szanse. Ma do mnie ograniczone zaufanie, ale jemu jedynemu mogę wszystko powiedzieć, więc przyjmuję to z otwartymi ramionami. Już nie raz i nie dwa scena z początku listopada się powtarzała. Na początku wybuchałam płaczem w najmniej spodziewanym momencie w jego obecności, więc musiał mnie uspokajać. Jego ramiona działają na mnie inaczej. Uspokajają i przeganiają wszystkie troski. Nienawidzę tego. Uzależniłam się od jednego człowieka. To bardzo nie dobrze.
Osobami, które nic a nic się nie zmieniły są Chloe, Lana i Allison. Może dlatego, że mieszkają w innym domu, może dlatego że nigdy nie byłam z nimi za blisko. Prócz Chloe. Ona nadal jest taka sama, choć stała się nieco rozmarzona i spokojniejsza. Nie wiem, skąd się wzięło rozmarzenie, bo spokój potrafię zrozumieć.
Osobą, która zmieniła się na plus w stosunku do mnie jest Logan. To jest dziwne, bardzo dziwne. Nie lubimy się, ale mam głupie wrażenie, że coś hamuję go, gdy ma okazję mi dokopać. Może to za sprawką Chloe, która go do uczy? Nie wiem... Ale ta zmiana nawet mi pasuje.
Podsumowując : Megan Grant oficjalnie zostaje wpisana na czarną listę Świętego Mikołaja.
Wyciągnęłam z szafy ciepły sweter, szare rurki i skarpetki. Szybko się przebrałam i zaplotłam warkocza. Nie malowałam się, nie widzę potrzeby, skoro ani nie idziemy do szkoły, ani nie będzie dużo ludzi. Wsunęłam stopy do puchatych, różowych kapci. Kto został w domu? Logan, Eddie i Colin na pewno. Amber, Patricia, Rose, Willow wyjechały, a co do Mary, Fabiana, Jeroma i Alfiego nie jestem pewna. Nie wychodziłam z pokoju, od kiedy dziewczyny wyjechały. Wczoraj skupiłam się na opłakiwaniu swojego marnego losu.
Zbiegłam szybko po schodach, omal nie potrącając Victora, który mruknął coś do mnie, ale głód był ważniejszy niż przekleństwa woźnego. Bądźmy szczerzy : jedzenie jest ważniejsze od wszystkiego innego.
W jadalni był tylko Logan, który ku mojemu zaskoczeniu, lekko się uśmiechnął i zdjął słuchawki z uszów. Po raz pierwszy zobaczyłam go, jak je bez cienkich kabelków znikających w jego spodniach. Długo się na tym nie zastanawiałam, tylko chwyciłam najbliższe danie, powiedziałam 'Smacznego' i zaczęłam jeść. Przysięgam, że od dziś nie opuszczę żadnej kolacji. To zwierze w moim brzuchu jest zbyt rozpieszczone. Może przejdę na dietę? Nie, nie będę głodować. Już wolę być gruba.
Do końca śniadania nikt się nie zjawił. Nie dziwiłam im się. Gdybym była w stanie zasnąć, pewnie spałabym do południa. Wypiłam do końca sok i zaczęłam sprzątać po śniadaniu. Dzisiaj mój dyżur, więc oprócz zmywania (czego nienawidzę, muszę Trudy namówić na zmywarkę), mam pomagać w kuchni. To tyczy się przygotowywania świątecznych potraw. A ja mistrzynią w lepieniu pierogów nie jestem, zazwyczaj połowa farszu ląduje na podłodze, ale kto by się tym przejmował..
Około dziesiątej wszyscy zaczęli schodzić się na śniadanie. Zjawił się Jerome, Colin, Eddie i ku mojemu zaskoczeniu - Mara. Myślałam, że wyjechała do rodziców. Poczułam bolesne ukłucie. Fabian musiał również wyjechać. Ale nie dziwię mu się, każdy ma prawo od mnie odpocząć. Jestem zbyt męcząca, by wytrzymać ze mną całe dwa tygodnie.
Trudy wybudziła mnie z letargu, podając górę misek do wymycia.Westchnęłam i zabrałam się do roboty. Byłam w połowie, gdy opiekunka wyciągnęła z kredensu listy i zaczęła je rozdawać. Dostałam dwa - od babci i od rodziców. Spodziewałam się listów od mamy, ale nie od babci. Nie utrzymujemy z nią kontaktu od kiedy pamiętam. Z zaciekawieniem wytarłam ręce w spodnie ( ręcznik był za daleko) i otworzyłam kopertę. Zwykła bożonarodzeniowa kartka. Zwykłe życzenia. Spodziewałam się czegoś bardziej, eh, jakby to ująć, niezwykłego. Pierwsza kartka od babci, więc mogła by się odrobinę bardziej postarać. Zaglądnęłam jeszcze raz do koperty i wyciągnęłam małą karteczkę. Pochyłym pismem było na nim napisane:


I znak mówił, że słowa proroków są spisane na ścianach dworców i w osiedlowych bramach, i cicho brzmią w dźwiękach ciszy.

Nie bój się przeszłości.

Gapiłam się dobre parę sekund na tą kartkę, zanim zmięłam ją i wyrzuciłam do kosza. Teraz wiem, dlaczego rodzice odizolowali się i mnie od niej. Moja babka miała bzika. Kto normalny przesyła tekst starej piosenki na Boże Narodzenie. Piosenki, którą słyszę każdej nocy w moich snach. Zgniotłam mocniej gąbkę do szorowania naczyń. Te ostatnie zdanie zabolało. Nikt poza rodziną i Chloe nie wie o tym... Czy to możliwe, ze ona się dowiedziała? 
Skończyłam myć naczynia i cisnęłam ręcznik w kąt, cicho wymykając się z kuchni. Ja odwaliłam swoją robotę, teraz pora Eddiego. Oglądnęłam się jeszcze raz przez ramię i chciałam pognać do swojego pokoju. Stanęłam jak wryta - zapomniałam listów z kuchni. Najszybciej jak mogłam porwałam je z blatu, zanim ktokolwiek się zorientował i poszłam do holu. A tam stał Colin, darł swoje listy, które do niego przyszły.Nie zauważył mnie, był skupiony na swojej pracy. Kątem okiem dostrzegłam Jeroma, który przycisnął palec do ust. Skinęłam głową i zaczekałam, aż Colin schowa podarty papier do kieszeni, zabierze kurtkę i wyjdzie na mróz. Dopiero wtedy drgnęłam i spojrzałam na Jeroma. Chłopak zmarszczył brwi, wzruszył ramionami i wycofał się do salonu. A ja dalej stałam. Czy Colin zawsze robił to ze swoimi listami? Przychodziło ich kilka w tygodniu, a on szybko chował je do kieszeni i udawał ze ich nie ma. Ugryzłam się w język. Nie, nie wtrącaj się w to. Nie wolno ci. Dobrze wiesz, że zawsze wszystko spieprzysz.
Drzwi się odtworzyły. Zimny wiatr omiótł pomieszczenie, przywołując mnie do rzeczywistości. W progu stał Fabian. Na jego policzkach gościły rumieńce, śnieg wyglądał wręcz magicznie na jego czarnych włosach. Uśmiechnął się na mój widok. Muszę wyglądać jak idiotka. Podeszłam do niego, gdy zaczął ściągać kurtkę.
-Co ty tu robisz? - spytałam, mnąc w dłoniach list od rodziców - Czemu nie jesteś w domu?
-Miałbym cię zostawić samą? - odpowiedział pytaniem na pytanie, strzepując śnieg z włosów - Nie w tym życiu.
Uśmiechnęłam się. Nienawidzę go. Jest za dobry, niech przestanie być dla mnie taki miły. Wolałabym, żeby na mnie wrzeszczał i się do mnie nie odzywał. Miałabym mniejsze poczucie winy. Przeszedł koło mnie i gestem zachęcił, żebym poszła zanim.
-Zrobić ci herbaty? -pytałam, zanim ugryzłam się w język.
-Herbaty? - Fabian stanął i spojrzał na mnie.
-Nom. Jest zimno, a dzisiaj jest Wigilia i było by fajnie, gdybym w końcu miała na swoim koncie jakiś dobry uczynek. - powiedziałam i uświadomiłam sobie, że wzbudzam litość. Chyba tego nie zauważył i kiwnął głową. Mogę śmiało powiedzieć, że poczułam ulgę. Schowałam listy do kieszeni i poszłam zrobić herbatę. Trochę to trwało, zanim woda się zagotowała, więc mogłam poobserwować, co robią inni. Mara siedziała na kanapie z wielką książką na kolanach. Muszę jakoś ją przekonać. Mam dość tej jej zimnej obojętności wobec mnie. Jerome i Eddie grali w jakąś głupią grę na konsoli, Logana gdzieś wywiało i Colin nadal nie wrócił. Czajnik zaczął gwizdać, oznajmiając, że woda się zagotowała. Nalałam ją do dwóch szklanek, rozlewając przy okazji połowę na posadzkę, dodałam cukier i cytrynę. Powoli, bardzo powoli, zaniosłam to na tacy do pokoju Fabiana. Położyłam ją na kredensie, po czym dodałam mu jedną szklankę a drugą trzymałam w dłoni, ogrzewając zimne dłonie. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. 
-Gdzie byłeś? - spytałam. Byłam ciekawa, bo od ósmej byłam na nogach, a jego wcale nie widziałam.
-W bibliotece w domku - odpowiedział i przerzucił kartkę książki. Teraz zauważyłam, że jest nowa. Znaczy się, była stara i pożółknięta, ale widziałam ją pierwszy raz na oczy.
-Przecież mieliśmy dać sobie spokój w czasie zimy. Taka była umowa.
-Wiem - odpowiedział i wybił łyk herbaty - Ale przejrzałem ten pamiętnik. Sarah mówiła o książce, w której przeczytała wszystko o Kręgu, a przynajmniej część.
Zacisnęłam palce na szklance i poczekałam, aż znacznie mnie parzyć. Oczywiście. Powinnam być wściekła, że mnie nie poinformował, gdzie się wybiera. Ale z drugiej strony, zachowuję się tak samo. Ciekawość wzięła górę.
-Gdzie ją znalazłeś?
-W skrytce w biurku. Niezbyt oryginalny pomysł. Mogłem na to wpaść szybciej, niż po czterech godzinach wydychania kurzu.
Zagryzłam dolną wargę. Siedział tam od siódmej. Albo jest głupi, albo za wszelką cenę chce coś znaleźć, odkąd 'poszliśmy' przez jeden wieczór dalej niż przez ostatni miesiąc.
-Nie powinniśmy powiedzieć tego Eddiemu? I Marze? - spytałam niepewnie. Czuję się głupio, że coś przed nimi ukrywamy. Bo przecież oni też mają prawo wiedzieć.
-Śmiało, wyślij do nich SMS. Ciekawe, czy przyjdą.
Ton, w jakim to wypowiedział był szyderczy. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby wypowiadał się o kimś w taki sposób. Mimo to wyciągnęłam swoją komórkę i szybko napisałam wiadomość do Eddiego i Mary. Reszta Sibuny wyjechała, nie widzę sensu pisania im o tym. Prawdopodobnie w tym momencie, czytają mojego esemesa, spojrzą na siebie i toczą w myślach bitwę : pójść czy nie pójść. Dobra, minęło pięć minut. I nadal nikogo nie ma. Muszę pogodzić się z faktem, że mnie nienawidzą i nie mają zamiaru mnie oglądać. Został mi tylko Fabian. Po dłuższym zastanowieniu biorę komórkę i piszę wiadomość do Chloe, która jako jedyna wciągnięta w ten koszmar z domu Hathor została w akademiku. I kolejne pięć minut czekania. Ona przyjdzie na pewno.
Dokończyłam pić herbatę,a szklankę położyłam na burku. Oparłam się o ścianę i obserwowałam Fabiana. Zagłębił się w czytaniu. Naprawdę lubię u osób ten wyraz twarzy. Mogłabym patrzeć na takich ludzi do końca świata. Powinnam się czuć winna i okazać skruchę. Zamiast tego, czuję się pusta w środku. Już raz wszystko straciłam, stoczyłam się na dno. Nie chce mieć powtórki z rozrywki. Ledwo wyszłam z tego cało i to tylko dzięki pomocy niektórych ludzi. Historia lubi się powtarzać, to najfajniejsza cześć życia. Fajnie, nawet Bóg mnie nie lubi.
Czuję nieprzyjemne swędzenie w gardle i suchość w ustach. Mam ochotę się rozbeczeć, ale wykonuje trik, dzięki któremu przetrwałam w szkolę. Patrze się w jeden punkt, starając się o niczym nie myśleć, tylko od czasu do czasu mrugać. Pomogło. Poczułam na sobie wzrok Fabiana. Znowu to robił. Determinacja na jego twarzy pomieszana z troską. Nie ma odwagi się mnie spytać, co się dzieje. I tak bym mu nie powiedziała. Otarłam mokry nos rękawem i zdobyłam się na smutny uśmiech typu : 'Wszystko w porządku, nie martw się'. 
Drzwi się otworzyły. Tak jak się spodziewałam, Chloe przyszła. Ale Mara zrobiła mi niespodziankę, kuląc się za moją przyjaciółką. Chyba po raz pierwszy od wielu dni szczerzę się uśmiechnęłam. Nabrałam ochoty, by powiedzieć Fabianowi, że się mylił, ale to było już ze mojej strony chamskie. Jaffray szybko wślizgnęła się do pokoju i zajęła miejsce jak najdalej ode mnie. Jakbym była trędowata. Chloe natomiast się nie hamowała, rzuciła się na łóżko Logana i odwróciła do nas głowę. Godna podziwu odwaga.
-Dobra, geniusze - powiedziała rozleniwionym tonem i ziewnęła - Co znaleźliście?
Nie wiem, Chloe. Czekałam, aż ktoś się zjawi, ale miałam nikłą nadzieje. A tak poza tym, to wina Fabiana. On coś znalazł, więc nie patrz się na mnie, jakbym odciągnęła cię od jedzenia pierniczków.
Ograniczyłam się do wzruszenia ramionami i posłałam pytające spojrzenie na Fabiana, który nadal nie mógł się otrząsnąć z szoku. A moja przyjaciółka zaczęła się niecierpliwić.
-Odciągnęliście mnie od jedzenia pierniczków, żeby się na mnie pogapić? Nienawidzę, kiedy ludzie gapią się na mnie bez konkretnego powodu. Jeżeli chcecie sobie zrobić ze mną zdjęcie lub dostać autograf, wystarczy powiedzieć. - Chloe podciągnęła się na łóżko i już miała wstawać. Do Fabiana najwyraźniej dotarł fakt, że będzie musiał się podzielić odkryciem. W pośpiechu przekartkował książkę, a niezręczna cisza nadal trwała.
-Dobra. Dobra. Znalazłem kilka ciekawych informacji, które mogą nam się przydać. - Tutaj zignorował westchnienie Chloe - A więc Krąg powstał na schyłku pierwszego wieku przed naszą erą a pierwszego wieku naszej ery. Daty nie ma, ale to wynika z hieroglifów w kronice. To nie jest oryginał - tutaj podniósł książkę, a złoty symbol gwiazdy zabłyszczał w grudniowym słońcu - tylko wersja przetłumaczona przez Frobishera. Musiał nad tym pracować latami, ale dzieła nie dokończył. Ostatnie kartki nie są zapisane, albo czekają na to, by je zapisać.
-Wow, stop - Chloe leżała teraz na plecach i gapiła się w sufit - To Robert wiedział o ten tegest?
-Jego córka była Wybraną - palnęłam i ugryzłam się w język. Fabian najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, więc nic nie powiedział.
-A to jest dziedziczne? Bo jeśli jest dziedziczne, to wiecie. Skoro Nina jest teraz Wybraną, to musi być córką Sarah, albo przynajmniej jej potomkinią.
-Rodzice Niny zginęli w wypadku samochodowym - syknął Fabian, a mi ciarki przeszły po plecach. - Wracając do tematu, Krąg to takie stowarzyszenie, które powstało by bronić Wybraną. Jej głównym obrońcą jest Osyrion, co wiemy. Strażnik ma mu pomagać i nie dopuścić, by stała mu się krzywda. Izydora ma taki sam obowiązek, tylko jej misja dotyczy Wybranej. Wyrocznia jest przewodnikiem. Przewiduje przyszłość, widzi przeszłość i teraźniejszość. Mara też to potrafi. Tylko musi poćwiczyć.
-Ty tego nie czułeś - szepnęła Jaffray. Po raz pierwszy od półtora miesiąca się do nas odezwała. I była wściekła - Nie czułeś tego. To nie tobie ból rozwalał głowę, nie szwankowały ci zmysły, nie miałeś wrażenia, że czujesz się jakbyś umierał. Byłam zawieszona pomiędzy dwoma światami,. miałam wrażenie, że jeden fałszywy krok i wpadnę w przepaść. Miała ochotę zrobić wszystko, dosłownie wszystko, by to się skończyło.
Cisza. Tylko nierówny oddech Mary ją mącił. Zacisnęłam ręce w pięści. To ona odczuwała większy ból niż ja, to ona starała się opanować szaleństwo i nie zwariować. A ja w tym czasie płakałam nad tym, jaka jestem biedna. Fabian wstał i usiadł koło niej. Przytulił ją i poczekał, aż się uspokoi. Gdy tak siedzieli przytuleni, coś się we mnie poruszyło. Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko otarłam.
-Nie, nie wiem Maro, jak się czułaś - mimo że szeptał, jego głos był dobrze słyszalny - Ale jesteś ważna, bardzo ważna. Pomożemy ci, nie zostawimy cię samą. Nie martw się. Musisz tylko nam zaufać, nie zrobimy ci krzywdy.
Mara kiwnęła głową i dała się zaprowadzić bliżej nas. Usiadła w nogach łózka Logana i dopiero wtedy Fabian puścił jej rękę. Jaffray popatrzyła mi głęboko w oczy. Tak bardzo mi ich brakowało. Poruszyłam ustami, mówiąc nieme 'przepraszam' i skupiłam się na tym, co mówił Fabian.
-Prócz Kręgu są jeszcze tak zwani Łącznicy. Są tak jakby bramą do Świata Umarłych a naszym światem. Ujawniają się tylko wtedy, gdy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Pomagają Wyroczni wypełnić misję. Tak jak Święty Mikołaj ma swoje elfiki, one pomagają Wyroczni. Odprawiają rytuały i chronią nasz świat, by żadne niebezpieczeństwo ze Świata Umarłych się do nas nie dostały. I jak się można było spodziewać, Potomkowie też są w naszej wesołej grupce.
Podniosłam głowę i spojrzałam na Fabiana. On sobie chyba żartował. Jak tak wiele osób mogło być w to zaangażowane
-Potomkowie zostali powołani, żeby chronić kapsuły, Fabian. To nie możliwe, by zostali powołani do czegoś takiego jak...
-Mieli chronić , by ta cholerna zjawa się nie wydostała do naszego świata. Zostali powalani przez samego Frobishera i związani z jego córką. Chcesz coś dodać?
-Jakim prawem on miał taką ogromną moc! - warknęłam, nie zważając na to, że Mara i Chloe nic nie rozumieją z rozmowy - Był tylko zwykłym człowie...kiem.
Fabian uniósł jedną brew, a Chloe wypowiedziała to, na co wpadłam przed sekundą.
-Boże, to jednak jest dziedziczne. A Frobisher był Wybranym. Mam rację?
Fabian powoli kiwnął głową.
-Czyli że nasi rodzice wiedzieli o nas? Bo prawdopodobnie sami byli w to zamieszani?
-Jedno z rodziców - poprawił ją Fabian. Zamykając książkę.
Spojrzałam na niego zdumiona. Hej, ja też jestem w to zamieszana. Nie jestem tu przypadkiem.
-A co ze mną? - spytałam.
-O tobie nic tam nie ma. Nic nie ma o Przepowiedzianej. Jest tylko wzmianka na początku, ze zostałaś do tego powołana.
Zamknęłam usta zdziwiona. To szaleństwo. Przecież to ja od początku otrzymywałam wszystkie znaki, to nie możliwe, by byłam tam bez przyczyny. Wiem, ze nie kłamie. Nie w tej sprawie. O mnie tam po prostu nie ma.
-To chyba logiczne - odezwała się Mara, przerywając ciszę - Przepowiedziana. Przepowiednia. Musi być jakaś przepowiednia, która jej dotyczy.
Tak, Maro. Na pewno masz rację. Tylko co ta za przepowiednia?
Sięgnęłam po książkę i zaczęłam ją kartkować. Te samo piękne, pochyło pismo było na każdej kartce. Zauważyłam, że Robert pisał takie samo T jak córka. Pod koniec książki pomiędzy żółtymi kartkami był schowany płatek białej róży. Wyciągnęłam go drżącymi palcami i gapiłam się w niego tak długo, że oczy zaczęły mnie piec.
-Megan....
Mara wymówiła moje imię z taką delikatnością, jakbym była malutkim dzieckiem, które właśnie widziało, jak jego zwierzak umiera. Nie odpowiedziałam, tylko nadal lampiłam się w biały płatek.
-Tego dnia, kiedy to się stało, widziałam jak się poznałyście. Słyszałam rozmowę waszych rodziców. Wasze mamy znały się od samego początku. 
Nadal nie reagowałam, gotowałam się na cios, jaki los każe mi przyjąć.
-Twoja mam powiedziała, że ktoś już zadecydował o twojej przyszłości. A ona się z nią nie zgadza. Dlatego uciekła od wszystkich. A to, że Tysonowie się wprowadzili do tego samego miasta co wy, to był przypadek. W każdym razie, twoja mama powiedziała, że żadni zmarli nie będą decydować o losie jej dziecka.  I obydwie mają nadzieje, ze to nie jest to pokolenie, tylko następne.
Wiem co chce mi powiedzieć. Obróciłam płatek róży w dłoni i wstrzymałam oddech. Na czystej bieli nadal nie skażonej przez tyle lat, widniała szkarłatna plama. Krew.
-Przykro mi Megan.
Ukryłam twarz w dłoniach. Poczułam, jak ramiona Fabiana mnie obejmują, jak gładzi moje włosy. Po chwili przyłączyła się Chloe i Mara. To nie może być prawda. Nie może. To niemożliwe.
Ale w głębi duszy wiedziałam, ze tak jest. Czułam to. Leżąc po Wigilii w ciepłym łóżku, zastanawiam się, czy moja matka chciała, bym się tego dowiedziała w taki sposób. Nie od niej, tylko od przyjaciół. Fabian musiał to przekazać Eddiemu, bo go do tego namówiłam. Bolało go to, ale nic nie mógł zrobić. To i tak się stanie, wcześniej czy później. Odwróciłam się na drugi pok i wbiłam wzrok w mrok. Tego wieczoru niewiele zjadłam, mdliło mnie. Tylko tykanie zegara mnie teraz nie opuściło. Oraz Selene, która siedziała po turecku na łóżku Amber, smutnie mi się przypatrując. To po to tu była, została wysłana, byśmy znaleźli rozwiązanie.
Ktoś, dawno temu wiedział, ze się narodzę. Wiedział, ze może podejmę zadania, lub czy się stoczę i już nie podniosę. Wiedział, kiedy to będzie. Ciekawe, czy mi współczuł.
A jednak to poczułam. Tak się starałam, a jednak czuje te uczucie. To, które było moim przekleństwem.
Mam się nie bać przeszłości. Teraz zrozumiałam, to co napisała mi babcia. Ona też miała wątpliwości, czy to ona czy tez nie. Tak samo moja mama.
I znak mówił, że słowa proroków są spisane na ścianach dworców i w osiedlowych bramach, i cicho brzmią w dźwiękach ciszy.
Nie wiem, co to oznacza. Ale dowiem się, chodźmy miało to mnie słono kosztować. Czuję się zawiedziona, tak bardzo chciałam, by te Boże Narodzenie było niezwykłe. Nawet ubieranie choinki nie sprawiło mi radości. Nawet śmiech Mary i próba uwolnienia Jeroma ze sznura światełek nie sprawiła, że się uśmiechnęłam.
Nawet jeśli czeka mnie śmierć, nie poddam się bez walki. Zrobię to dla tych, których kocham.
Odpłynęłam, a w śnie znowu znalazłam się przy studni, wsłuchując się w słowa śpiewane przez małą dziewczynkę.
Hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again.
Przyjdę do ciebie Ciemność. Przyrzekam. 



***

Merry Christmas Everybody!
Zrobiłam sobie małą przerwę w pisaniu, ale powróciłam. Mam nadzieje, ze ktoś jeszcze to przeczyta. Było by miło. Spóźnione życzenia świąteczne zawsze spoko.
Zakończyłam pierwszą część pierwszej księgi, teraz pora na drugą. Prawdopodobnie będę pisała ją w pierwszej osobie, czasem przeskakiwała do trzeciej, bo mam tak dużo wątków zaczętych, ze oczami Megan tego nie odpiszę. A doszłam do wniosku, ze dość dobrze piszę w trzeciej osobie, więc muszę popracować nad narracją pamiętnikową.
A jak mi poszły testy? Zawaliłam języki, mój niemiecki sięga dna. Rozszerzony na 18/40 ( co i tak było najwyższym wynikiem w klasie) i podstawowy na 21/40. Coś czuję, że ten semestr będzie upływał pod znakiem germanizacji Justysi. Upss.
Z matmy miałam 19/20 i też nie jest dumna, z historii taki sam wynik. Ale uwaga! Możecie zacząć klaskać. Polski i przyrodnicze napisałam najlepiej z klasy. Z polskiego 31/34. To taki troll do mojej nauczycielki,od polskiego, która uważała, że moje zdolności w zakresie tego języka są ograniczone. A tum czasem BOMSH! Maksa z rozprawki, jako jedyna z klasy. Przyrodnicze też nieźle, 27/30 i to głównie jest zasługa twitterowiczów, że podali co będzie na teście, ale ciii. Jestem the best.
Droga klaso, fakaj się.
Ale dowaliłam z Megan, co nie?
Ok, mam instagrama, KLIK. Tak jest, kupiłam tablet. Huehuehue. I zrobiłam na złość rodzicom, huehuehuehue. 
Brad mnie ignoruje.. Już raz się fochłam, niech nie każe mi tego powtarzać, bo ostatnio wysyłałam mu bardzo nieprzyjemne tweety. Ok, ale nie spadłam poniżej poziomu, jak jedna laska z Portugalii, z którą piszę. Jeżeli myślicie, ze to ja mam obsesję na jego punkcie, to ją poznajcie. I to nie jest taka zdrowa obsesja, jak ja przeżywałam przez pierwsze sześć miesięcy. Jej szajba odbiła. Jeszcze tak mnie nie pojebało, żeby do niego pisać, że jest moim chłopakiem, że może mi powiedzieć wszystko, bla bla bla teksty jak z mody na sukces. A wkurwiłam się, bo jak pisałam z nią po angielsku, oczywiście niczego nie podejrzewając, pisałam jak on jest dla mnie ważny. I wiecie co ona zrobiła? Napisała dla Brada twitlongera, w którym prawie cały tekst to były moje słowa. Bomsh.

Ok, co powiecie na twitcama? Obiecałam, ze zrobię, więc dotrzymuje obietnicy i tym razem się nie spóźnię :) Proponuje 30 grudnia o 17.30. Będzie ktoś? Bo chce mieć Sibunersów, dużo polskich Sibunersów na twitcamie, żeby nie był kompletną porażką jak ten ostatni. Dajcie odpowiedź.

Buziaki
Joylitte
xoxo

sobota, 7 grudnia 2013

041. Rozdział czterdziesty pierwszy

Megan stukała w klawiaturę. Wcześniej miała więcej zapału, by zrobić ten projekt na plastykę. To była wielka wizja - podłożyć głos do filmu, zaciekawić widza, dodać jakąś fajną muzykę w tle i wyświetlić parę ciekawych i dobry zdjęć... I co? Siedzi z nogami na stole, popijając sobie kawkę i zapieprza jak ostatnia idiotka, żeby palanci z jej grupy mogli sobie wszystko przypisać. Następnym razem tak nie będzie, oj nie.
Tyle że, ten następny raz się dość długo wlecze. Od kiedy pamiętała, była ofiarą losu. Zawsze odwalała brudną robotę, a potem - jak przystało na dobrą i solidarną przyjaciółeczkę - kiwała głową i zapewniała, ze cała paczka sie zgrała i odwaliła dobrą robotę. I szóstki z góry na dół. Trach, szósteczka też i dla niej, czemu nie?  I wszyscy happy a ona uchodzi za bohaterkę. Przez kolejne dwie przerwy, potem sępy znowu coś chcą.
Sępy. Tak, to określenie pasuje.
Przecież ma własne życie! Imprezy do rana w sobotę, szalone zakupy, szastanie pieniędzmi na prawo i lewo oraz strojenie sie przed lutrem, żeby dobrze wyglądać, jak paparazzi będą robili jej zdjęcia ze sławnym chłopakiem.
A nie, wróć, to nie to życie. To jej drugie życie, te w jej głowie. A rzeczywistość jest brutalna.
Lata za nią widmo, jest wykorzystywana w klasie jako wzorowa koleżanka, która zawsze da zadanie, nie wspominając o pościgu za Księgą Ozyrysa i tajemnym Kręgu, o którym nawet nie ma w internecie. A jeżeli czegoś nie ma w internecie, to dupa blada.
Popiła trochę kawy, która zrobiła sie już nieco zimna, ale to jej nie przeszkadzało. Ważne, że nie ma nikogo, kto kazał by jej zdjąć nogi ze stołu. To jej bardzo odpowiadało.
Wkleiła adresy stron, skąd pobrała grafikę i dodała napis 'koniec' z uśmiechniętą minką na końcu. Może kiedyś się skapną, że jak ona odwala całą robotę, to na końcu daje minkę, jakby chciała powiedzieć ' To był bardzo ciekawy projekt i wiedza, którą zdobyłam, przyda mi się w życiu. I like it' a pod spodem ' P.S. Droga grupo, mam na was wyjebane, więcej za was nic nie zrobię'
Ale oczywiście nauczyciele są zbyt tępi, żeby to pojąć.
Zamknęła laptopa i wbiła wzrok w ścianę. To był taki odpoczynek bo odwalonej pracy. Inni szli na pizzę, oglądali film lub szli na spacer. A ona gapiła się w ścianę. Musi znaleźć sobie hobby.
Fabian wszedł do jadalni u siadł koło niej. W dłoniach trzymał kubek z gorącą herbatą, policzki miał czerwone a włosy zmierzwione. Musiał właśnie wrócić z biblioteki. Uroczo. Spojrzał na jej nogi, unosząc jedną brew, ale nic nie powiedział. I tak by ich nie zdjęła, jeszcze by warknęła, że przeszkadza jej gapić sie w ścianę.
-Zrobiliście ten projekt?
-Uhumm - mruknęła z filiżanką przy ustach - Zrobiliśmy.
Fabian westchnął.
-Musisz przestać dawać się wykorzystywać.
-Dobrze tato. Znalazłeś coś? Czy tatuś się nie postarał?
-Musisz tak wrzeszczeć?
-Musisz się nie czesać?
Rutter przygładził swoje włosy, patrząc się na nią z urazą. Mruknął 'No wiesz' i otworzył jej laptopa. Nie zaprotestowała - albo była wykończona albo była wykończona. Czyli była wykończona i dlatego gapiła się w ścianę skupionym wzrokiem. Albo żelki się skończyły. Jak żelki sie skończyły, też nie miała humoru. Żelki były dla niej przyszłością świata.
Ktoś trzasną drzwiami. Logan musiał wrócić do domu.
Fabian spojrzał na Megan. Teraz jej twarz się zmieniła, zastępując skupienie tępym wyrazem twarzy. Zupełnie jak na niemieckim, jak starała sie coś zrozumieć, ale po dwóch zdaniach gubiła wątek i udawała że słucha. Rutter próbował zacząć temat, ale jakoś nie miał odwagi sie odezwać. Była w kiepskim humorze, ale to, co mówiła Patricia, ze ona ich okłamuję, nie dawało mu spokoju.
Chrząknął, wybudzając ja w ten sposób z stanu 'niewidoczna'.
-Megan, możemy pogadać w moim po...
Nie skończył, bo Megan się poderwała i rzuciła filiżankę na stół. Fabian podążył wzrokiem na koniec salonu, gdzie Mara szybko się wycofywała, zauważając brunetkę. Grant go olała. Jednak gdy już miała wybiec, odwróciła się i szybko rzuciła:
-Przyjdę za pięć minut.
Jednak usłyszała.

***

Chloe wracała do domu w stanie otępienia. Postanowili, ze nikomu na razie nic nie będą mówić. Ona za żadne skarby nie ma powiedzieć Megan, a on swojej babci. Choć Tyson w to nie wierzyła - Logan sie babci wygada. Komuś musi.
To dziwne, że niektórzy mogą tak maskować uczucia. Tworzyć wokół siebie mur. Znała takiego człowieka, ale myślała że jest takich przypadków jeden na milion. Tak naprawdę nie znała dobrze Jeroma, ale z opowieści Joy wynikało, że też taki był. Niedostępny i wszystkie uczucia ukrywał. Ale jak ona to odblokowała, tego nie zdradziła. Bo prawdopodobnie to nie była ona.
A jednak co drugi człowiek jest samotny.
Ona i on. Teraz o tym myśląc, może dobrze się stało. Tylko, żeby na końcu był happy end. Nienawidzi mieć złamanego serca na pół. Za długo je sklejała, by teraz dać je osobie, która upuści je przy pierwszej lepszej okazji i zbije na jeszcze mniejsze kawałki.
Nawet nie zauważyła, że drapie się w nadgarstek. Spojrzała na miejsce, które swędziało. Było zaczerwienione. Może to uczulenie?
Weszła do domu i poła, jak nos robi jej się mokry. Musiało być naprawdę zimno, choć wcale tego nie czuła. Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na wieszaku. I znowu podrapała sie w nadgarstek. Zaklęła pod nosem i poszła na obiad.
A nadgarstek swędział.
Chloe nawet nie wiedziała, że teraz zmienia jej całe życie. Że wszystkie kłopoty, smutki i tajemnice prowadzą do tego samego miejsca. Że niedługo dowie sie, co to prawdziwy ból. I że nic nie może na to poradzić.
A co najważniejsze, to samo czekało dwóch innych mieszkańców tego domu, do których się uśmiechnęła, gdy weszła do kuchni.

***

Mara nie miała ochoty nikogo widzieć, tym bardziej z kimś rozmawiać. Chciała tylko poczytać, a pech chciał, ze zostawiła książkę w salonie. Ten sam pech chciał, że była tam też Megan, która teraz wbiegała za nią po schodach.
Jaffray weszła do swojego pokoju, mijając po drodze Willow, która niosła wielką roślinę. Wszyscy byli przyzwyczajeni do dziwactw Jenks, więc gdyby nawet weszła do klasy na grzbiecie jednorożca w sweet różowej sukience, nikogo by to nie obeszło.
Megan z zatroskaną mina zamknęła cicho drzwi, gdy weszła do jej pokoju.
-Hej Maro, dobrze się już czujesz?
Mara kiwnęła głową, bo to była jedyna odpowiedź, która przyszła jej na myśl.
-Co sie stało dzisiaj po wf? - usiadła po turecku u jej stóp, patrząc na twarz - Maro, daj spokój, mi możesz powiedzieć...
-Jaki jest prawdziwy powód, dla którego tu przyjechałaś? - spytała drżącym głosem, patrząc na ścianę. Teraz troska na twarzy Grant pomieszała się ze zdziwieniem.
-Tego żałujesz, Maro Jaffray? - spytała Megan, szeptem. Miała łzy w oczach - Żałujesz, że nie jestem na miejscu Joy, że to nie ja zginęłam w tym wypadku? - Mara nadal nie odpowiedziała, uparcie zmuszając się, by nie patrzeć na dziewczynę - Kotku, ja ci ufam. Nie wiem, o co ci chodziło zadając to pytanie, ale na przyszłość, mów wprost co czujesz, bo mam już dość bycia oszukiwania. Przepraszam...
Grant cicho wymknęła się w pokoju, a Mara nadal gapiła się w miejsce, w którym dziewczyna stała. Dolna warga jej drżała. Ona tez miała dość bycia oszukiwana, rozwiązanie jest blisko, ona to czuję. Tylko parę dni... I prawdopodobnie będzie znała rozwiązanie. Wytarła oczy wierzchem dłoni i chwyciła za laptop. W wyszukiwarce ludzi wpisała ' Megan Grant' i kliknęła enter. 
A dziewczyna, której imię zostało wpisane i której tożsamość właśnie była sprawdzana, nie ruszała się spod drzwi. Minęło die, długie minuty, za nim ruszyła się i zeszła na dół dom pokoju Fabiana.
W salonie wariowali. Logan, Colin, Alfie i Jeromem. Znowu rzucali biednym, wypchanym królikiem. Grant przeszła obojętnie i cicho zapukała w drzwi sypialni Ruttera.
Chłopak siedział na łóżku, studiując książkę, którą ostatnio znaleźli. Nie zamykał jej. Widział, ze to ona idzie, zawsze pukała i odczekiwała dwie sekundy, zanim weszła. Zamknęła cicho drzwi i się o nie oparła, wbijają wzrok w fotografie, które wysiały nad jego łóżkiem. Spojrzał na nią i uświadomił sobie, ze nie może tego zrobić. Nie może z niej brutalnie wyciągnąć prawdy, tak jak zażądała Patricia. Bo podobno tylko on mógłby to zrobić. Ale patrząc, jak stara się szybko maskować smutek ale jej się to kompletnie nie udaję, stwierdził, że ona by go nie okłamywała. Nie jego. Dziewczyna zacisnęła szczęki.
-Meg, wszystko w porządku.
Pokręciła głową, a potem opanowanym głosem oznajmiła:
-Nie. Chciałeś o czymś pogadać?
Rutter zawahał sie. Powiedzieć o tym, co odkrył, czy powiedzieć tylko jej? Dawniej dzielił się tymi okryciami tylko z Sibuna, a wcześniej tylko z Niną. Ale nikogo z nich nie było... Chłopak pokazał gestem, by usiadła na jego łóżku. Zrobiła to.
-Przejrzałem ta książkę i stwierdzam, że to jest chyba najczarniejsza strona zaklęć Egiptu, jaką poznałem.
-A ciebie to oczywiście fascynuje, nie? - Megan delikatnie ułożyła księgę na kolanie i przewróciła stronę.
-Nie o to chodzi - powiedział, przysuwając się tak, by mógł pokazywać hieroglify - Widzisz to? To znak cierpienia, a ten tu to krwi. To nie jest normalne. To obrzędy, które odprawiano dawno, bardzo dawno, jeszcze za czasów Starego Państwa.
Megan zmarszczyła brwi.
-Co one miały sprawić? 
-Głosiły, że jedynym wyjściem, gdy ktoś zetknął się z ciemnymi mocami, była bolesna śmierć, często najpierw okaleczono człowieka. Na przykład tutaj - wskazał palcem hieroglif u górze - Tutaj wypalano oczy świętym ogniem, potem odcinano język, jeżeli wrzeszczałeś z bólu. To oznaczało, według nich, że miałeś powiązanie z ciemnymi duchami, które właśnie opuszczały twoje ciało.
-I tak robiono z każdym zmysłem? Odcinano uszy, nos?
-Tak - Fabian przekręcił kartkę i podążył palcem wzdłuż znaków - Potem osobę palono, nie mumifikowano. Tak, by nie pozostał żaden ślad po człowieku. Poczytałem trochę o tym, ale niewiele tego było.
Rutter przysunął bliżej laptopa dziewczyny, którego sobie pożyczył. Odszukał wzrokiem zdanie i przeczytał je na głos:
-" Utrzymuje się, że prochy Przeklętych były rozsypywane w Ciemnym Ogrodzie, do którego wstęp mieli tylko najwyżsi kapłanie". I to w zasadzie tyle... Ogólnie cała strona jest o sposobach mumifikacji w całej historii Starożytnego Egiptu, że ma to głębokie korzenie bla bla bla, życie po śmierci i te sprawy.
Megan zagryzła dolną wargę i przez chwilę nic nie mówiła, przerzucając tylko pożółkłe strony książki.
-Fabian, a czy był jakieś rytuały z ciemnymi mocami, służące dobru?
Chłopak podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
-Czyli biała magia? Nie, do tego jeszcze nie doszedłem. Ale z tego co widziałem, w tej książce są receptury na eliksiry, by kogoś zabić. Wiesz, taka powolna śmierć, bolesna lub nie. Do wyboru do koloru.
-I niby jak to ma nam pomóc w znalezieniu tej Księgi Ozyrysa? Może powinniśmy się skupić na czymś innym, poszukać jakiś ukrytych stron lub czegoś w tym stylu...
-Skąd wytrzasnęłaś taki pomysł?
-Z filmu. Kocham filmy. Można się z nich wiele dowiedzieć.
Obydwoje podnieśli oczy, gdy drzwi sie otworzyły. Rose stała w nich, zmieszana, a jej wzrok spoczął na chwilę na kolanach Megan, gdzie leżała książka i ręka Fabiana, którą szybko zabrał. Przez twarz blondynki przemknął cień, ale bardzo szybko, prawie niezauważalnie. Jednak Megan to wyłapała, zanim twarz dziewczyny znowu się rozjaśniła.
-Nie przeszkadzam? - spytała, po czym nie czekając na odpowiedź, powiedziała - Fabes, miałeś mi pomóc  w chemii.
Chłopak zerwał się, zamykając laptop brunetki i podał go jej. Zanim zdążył wyjść, Megan spytała:
-Fabian, mogę pożyczyć książkę?
Przez chwilę stał, zastanawiając się w duchu. Po czym kiwnął głową i wyszedł, zostawiając ja samą. Grant westchnęła. Ukrywanie uczuć zdała na lekcjach życia na sześć, może nawet siedem. Tylko musi to robić szybciej, bo ktoś się skapnie, że cholernie martw się o Marę, choć nie powinna. Ale miała głupie wrażenie, że Jaffray za wszelką cenę chce dowiedzieć się więcej o niej i jej przeszłości. A do tego nie może dopuścić. To miało być nowe życie, bez śladu dawnych dzieje. Ale wszystko zaczyna się walić. Miała ochotę sie rozpłakać, usiąść i beczeć jak pięcioletnia dziewczynka.Pięknie, tylko że obiecała sobie samej, ze nie będzie płakać.
Grant wstała i z książką i laptopem pod pachą wyszła z pokoju. I mało co nie wpadła na Jeroma i Alfiego, którzy oglądali coś na telefonie. I zgodnie z jej zasadą, żeby nic po sobie nie pokazywać, podeszła do nich.
-No siema, znaleźliście coś? - spytała wesołym tonem i zaglądnęła na ekran. Rozchyliła usta z wrażenia, po czym je szybko zamknęła. Jednak Jerome to zauważył i uśmiechnął sie szeroką. Dziewczynę uderzyło to, ze ma takie perfekcyjne zęby. Wszyscy mieli perfekcyjne zęby, tylko nie ona. Życie jest niesprawiedliwe.
-Mocne, co?
Megan nie musiała odpowiadać, wiedział, że ją zatkało. Nie spodziewała się, że zrobią to tak szybko. Ale zemsta to słodka rzecz, nie ma co z nią zwlekać. Kiwnęła tylko głową i szybko poszła do pokoju.
Ten był pusty. Ucieszyło ją to. Usiadła na łóżku i zaczęła przeglądać strony książki, szukając symbolu, który by znała. Tłumacząc całą książkę, nic nie osiągnął. Trzeba kierować sie instynktem.
I w końcu prawie pod sam koniec, znalazła to, czego szukała. Ta dziwną sekwencję gwiazd, jedna duża w środku i piątka pozostałych złączona ze sobą. Ten sam symbol był w pamiętniku Sary. Napewno, nie mogła by go pomylić z żadnym innym. On coś znaczy. Nie czytała opisu do tego obrazka, chciała iść po kolei. Ale ta sytuacja wymagała nagięcia zasad.
Szybko przekartkowała pamiętnik i znalazła to, czego szukała. Przy każdej gwiazdce stała liczba. A pod spodem, niczym indeks, spisane objaśnienia. Nawet wtedy, gdy Sarah była na wyczerpaniu jej pismo było idealne. Megan podziwiała takich ludzi.
Dziewczyna szybko przeczytała każdy numerek. I znowu. I znowu. W końcu podniosła głowę i zobaczyła siebie. Konkretnie swoje odbicie w lustrze. I czerwone wypieki na policzkach.
-Boże - szepnęła do siebie - Przecież to tak cholernie proste.

***

Amber siedziała i malowała paznokcie.
Mara siedziała i zawzięcie stukała w klawiaturę.
Amber siedziała i starała się ignorować zawziętość na twarzy przyjaciółki. Przyjaciółki...
Kiedyś były tak blisko. A potem stanął pomiędzy nimi Mick, oddaliły się od siebie, potem tak sie wydarzyło, ze ona wylądowała razem z Alfiem, a Mara z Cambellem. A potem jeszcze jeden rok i ona nadal była z Alfiem, a Jaffray z Clarkiem. Jakby sie nad tym zastanowić, to całkiem fajna miłosna historia. Można by o tym nawet serial nakręcić, zresztą całkiem niezły, tylko pod koniec ktoś zepsuł zakończenie.
-Maro, mogłabyś zakręcić? Mam mokre paznokcie.
Ciemnowłosa oderwała wzrok od laptopa, westchnęła i zakręciła fiolkę. I dalej wróciła do pracy. Auć. Amber poczuła, że jest tu nie potrzebna. W sumie, czuła sie tak od pewnego czasu. Wzięła lakier do paznokci i poszła do kuchni.
Nie było w tym nic dziwnego, że lodówkę pustoszył Alfie. Dziewczyna ostrożnie, by nie zrobić żadnej krzywdy paznokciom, nalała soku pomarańczowego do szklanki. Chciała wyjść niezauważona, ale się nie udało. Kurczę.
-Ambeer! - Alfie z uśmiechem na ustach, trzymając w ramionach przynajmniej połowę zawartości lodówki - Potrzymasz? Muszę zrobić zapasy.
-Nie! - krzyknęła blondynka, po czym szybko dodała - Pomalowałam paznokcie no i...
Przerwała, zauważając wózek za chłopakiem.
-Alfie, po co ci zapasy? - spytała - Chyba nie chcesz oglądać 'Zmierzchu'? Ostatnim razem, gdy to oglądaliśmy, zrobiłeś naszyjnik z czosnku i objadałeś sie chipsami, mówiąc, że wampiry nie znoszą cholesterolu.
Alfie uśmiechnął się błogo na to wspomnienie.
-Ale mnie nie dopadły. Plan zadziałał - Po czym na widok miny dziewczyny, powiedział rzeczowym tonem - To zapasy na zimę. W tym roku wpadnę w hibernację.
Amber westchnęła.
-Alfie, ludzie nie zapadają w hibernację.
-Jak to nie! - oburzył się chłopak - Jerome powiedział, że jak na...
-Jerome mówi wiele rzeczy. Nie wmówił ci czasami, że gdy zaczniesz śpiewać po koreańsku w pełnie księżyca, to spadnie deszcz cukierków?
Alfie spojrzał na swoje buty i mruknął:
-Może...
Stali tak przez chwile, dość długą zresztą, bo nawet Amber zdążyła wypić cały sok. W końcu gdy odłożyła szklankę na blat i chciała wyjść, Alfie cicho spytał:
-Lubisz mnie jeszcze?
Dziewczyna stanęła i powoli się odwróciła. Lewis stał w tym samym miejscu, bawiąc się nerwowo swoimi palcami.
-Słucham?
-Omijasz mnie szerokim łukiem, prawie się nie odzywasz. Spędzasz tylko czas z Colinem. A mnie ignorujesz, a przecież znamy się dłużej i... i...
Głos Millington ugrzązł w gardle. Czyli nie zauważył. Z jednej strony to dobrze, bo nie wiedział jak bardzo jej zależało, a z drugiej strony, nawet na tyle jej nie znał, żeby zauważyć.
-Ja sie do ciebie odzywam. To ty spędzasz dużo czasu z Willow. A zresztą nieważne.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, pozostawiając chłopaka z palącym uczuciem niepokoju.


***

-Kawałek konstelacji Kleopatry, rozumiesz? - Patricia potrząsała przed nim kawałkiem papieru - Konstelacja Kleopatry.
Eddie zmarszczył brwi, usiłując to wszystko ogarnąć. Patricia westchnęła.
-Rusz móżdżkiem i przywołaj tą zjawę, kimkolwiek ona jest.
Teraz najwyraźniej chłopak zrozumiał.
-Chyba nie potrafię. Gaduło, wrzuć na luz - umilkł, widząc jej wściekłe spojrzenie - Okej... Ehkemm. Pani Kleopatro? Selene? Słyszy mnie pani?
Czuł się głupkowato, mówiąc do siebie. Ale Williamson stała przed nim założonymi rękami. W końcu po paru nieudanych próbach, westchnęła i usiadła na podłodze przy łóżku.
-To na nic - jęknęła - Stoimy w miejscu. Nie uda nam się nawet za tysiąc lat.
Eddie usiadł koło niej i objął ją ramieniem.
-Hej. Znalazłaś coś na temat tych gwiazd! To już jest coś.
Patricia posłała mu mordercze spojrzenie.
-Zamknij się Miller, to nie prawda, daj mi się poużalać nad sobą.
Więc siedzieli tak w ciszy, podczas której Eddie nadal ją obejmował, a ona nadal go ignorował. W końcu, położyła głowę na jego ramieniu. W sumie, to było całkiem przyjemnie. Dopóki Miller nie wpadł na iście genialny pomysł i zamiast przemyśleć go kilka razy, od razu podzielił się z nim z dziewczyną.
-A może poprosimy Megan o pomoc?
Patricia zerwała się, odpychając go od siebie. W jej oczach było coś takiego...
-A może nie? Nie zastanawia cie to, że tylko ona widzi tego upiora? Nie zastanawia cię to, ze jako jedyna widzi tego przeklętego ducha? A przecież to ty jesteś Osyrionem.
Eddie spojrzał na nią, po raz kolejny zastanawiając się,  czy nie powiedzieć jej prawdy. Że o też ja widział i że on i Megan zablokowali jakieś połączenie między domem a światem umarłych. Dom był bramą. Tak, to by wiele wyjaśniło. A on zrobił to dla niej, bo widział ja w śnie, pozbawioną życia a mimo to widmowo piękną. Ale czasami miał wrażenie, że nic ją to nie obchodzi,  że myśli, że on ma ją gdzieś. To bolało, tak cholernie bolało.


***

Lana spała. Tak samo jak jej współlokatorki, była pogrążona głęboko w mieście snów, tym, co działa jak narkotyk i pozwala na chwilę odetchnienia. A Lana czasami po tych wszystkich głupawkach na lekcji, potrzebowała dobrego snu.
Przez cały czas coś ja niepokoiło. Była jak w transie, a ta cholerna ręka nie dawała jej spokoju. To ma być uczulenie, czy co?
Około północy się obudziła. Czuła sie, jakby ktoś porządnie walnął ją czymś ciężkim w nadgarstek. Syknęła z bólu. To było potworne, czuła się, jakby połamała wszystkie kości prawej ręki.
Z sąsiadującego łóżka usłyszała jęk.
-Chloe? - spytała cicho, starając sie nie rozpłakać. Ból tępił jej wszystkie myśli.
Przy łóżku Allison zaświeciło się światło. Dziewczyna trzymała sie za prawy nadgarstek, ciemne, splątane włosy zasłaniały jej twarz. Lana z najwyższym wysiłkiem odgarnęła kołdrę i prawie zemdlała. Zdziwiło ja to, że może stać. Szybko, byle tylko nie tracić sił, szybko usiadła na łóżku Tyson, bo było najbliżej. Allison była równie dzielna i wkrótce i ona siedziała na łóżku przyjaciółki, uprzednio zaświecając jej lampkę nocną. Gdy tylko światło padło na twarz dziewczyny, do Lany dotarło, jak strasznie Chloe wyglądała. Dziewczyna miała podkrążone oczy, włosy w nieładzie. Te szare oczy, które zwykle były radosne, były umęczone jak u kobiety w podeszłym wieku, która straciła kogoś ważnego.
-Wy też? - spytała blondynka cicho. Lana wiedziała o co jej chodzi. Więc albo miały takie same uczulenie, albo...
-Pokażcie nadgarstki - nakazała Lana, choć bała się co zobaczy. Wszystkie trzy wyciągnęły ręce. Skyfol wstrzymała oddech. Na ich nadgarstkach, niczym tatuaż zrobiony z krwi i znamię z przeszłości widniało Oko Horusa.
Nawet nie wiedziały, jak zdołały w tym szoku zasnąć. Gdy się obudziły, była już sobota, a słońce wlewało się przez okno, jakby to był całkiem ładny dzień. Lana spojrzała na nadgarstek. A więc to nie był koszmar. To Oko Horusa. Była o tym przekonana. Chloe i Allison jeszcze spały, obok siebie, a ona jedna nie mogła dalej zamknąć oczu. Co to do cholery jest?
Podjęła decyzję w ułamku decyzji. Ześlizgnęła się z łóżka, szybko ubrała i zeszła na dół. Musiała się kogoś poradzić, nie była z tych osób, które sobie same ze wszystkim radziły. A jedyną osobą, która nie będzie o nic pytać i da jej odpowiedź, jest Megan. Ona zawsze będzie tą niedociekliwą i wierną.
Chłodne powietrze nieco ja orzeźwiło i spowodowało, że poczuła, jak bardzo jest głodna. Gdy dotarła do domu Anubisa, czuła się, jakby przebiegła pół kilometra. Była dopiero siódma i nikłe szanse, że Meg będzie na dole. Trudno, obudzi ją.  Mogła sobie spać w nocy.
Ku jej zdziwieniu, w salonie siedzieli Eddie i Fabian z niezbyt szczęśliwymi minami. Rutter tylko mruknął 'cześć' a Miller nadal rzucał przekleństwa na Logana, jedząc tosta. Jejku, jaka ona była głodna!
-Ej, może któryś z was iść na górę po Megan? Mam z nią sprawię... do omówienia.
-Nie wolno nam być na damskim piętrze przed śniadaniem. To wbrew zasadom - Fabian mruknął, popijać sok pomarańczowy. Lana prychnęła.
-Ja mu dam, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - mruknął do siebie Miller, a Lana podniosła jedna brew do góry - Szczyl pożałuję, że się urodził...
Fabian przewrócił oczami. Lana usiadła na fotelu i postanowiła czekać. Choć miała długi rękaw i jako zabezpieczenie założyła bransoletki , miała wrażenie, że chłopcy mogą zobaczyć to COŚ przez materiał.
Mara zeszła po kilku minutach, nienagannie ubrana i uczesana. Tą to należało podziwiać. Nawet w sobotę wyglądała doskonale... Lana wyciągnęła komórkę i wybrała numer Megan. Nie mogła dłużej czekać. Po trzecim sygnale, odezwał sie w słuchawce głos Megan.
-Czego kurwa?! Śpię, zostaw wiadomość po sygnale.
Lana mimowolnie się uśmiechnęła, mimo tego, że dziewczyna przeklinała.
-Meggie mogłabyś zejść na dół?
-Mogłabym, ale nie muszę. Do widzenia.
-Nagły wypadek, piska siostrusiu, zrób to dla mnie.
Megan mruknęła i rozłączyła się. Po chwili zeszła w szlafroku. Była zła i niewyspana. A to już było nie dobrze. Megan spojrzała na nią z czystą nienawiścią.
-Spałam. Nie mogłaś wejść na górę i mnie obudzić.
-Obudziłabym tez Patt, a tego bym nie chciała.
-Mhmm.
Lana zaciągnęła Megan w najbliższy kąt, tak, by chłopcy nie słyszeli o czym rozmawiały. W sumie, to Fabian zapewne się kształcił pod względem słownictwa, jakie rzucał Eddie pod adresem Sorena.
-Obiecaj, że nikomu nie powiesz. Obiecaj.
-Obiecuję na siedem kotów Willow, ze nikomu sie nie wygadam. O co chodzi?
Lanie zrobiło się ciemno przed oczami, poczuła się, jakby ktoś przywalił jej patelnia w łeb.
-Lana, dobrze się czujesz?
Ktoś coś upuścił i podbiegł do niej. Czuła, jak kolana się pod nią uginają, jak ktoś jej pomaga usiąść. Schowała w twarz w dłoniach. Po jej ciele przeszedł prąd, Oko na nadgarstku zapiekło. To było nie do opisania. I nagle, nawet tego nie czując, wypowiedziała coś. To był jej głos, ale głęboki, pewny siebie i nico rozmarzony.

Pięć gwiazd, powołanych, by chronić jedną
I ta piąta, która zobowiązała sie być wierną
Stanie przed śmiercią i ją pokona
Lecz życia ocalić już nie zdoła
Zrobi co musi, by uchronić swą Wybraną
A wszyscy razem Kręgiem się staną


Otworzywszy oczy, zobaczyła, że cztery pary oczu wpatrują się w nią przerażeniem. Oko Horusa piekło ją niemiłosiernie. W końcu Megan, która zasłaniała usta dłonią, powiedziała zachrypniętym głosem.
-Myślę, że czas powiedzieć wam prawdę. A ty Lano wróć do domu. Później do ciebie przyjdę. I wszystko wyjaśnię.

***

Siedem osób siedziało w jej pokoju.
Mara. Fabian. Patricia. Eddie. Amber. Alfie. I ona.
Szóstka wpatrywała się w nią jak idiotkę, niezadowolona z niej. Nie powiedziała jej tego, co wie. Jaffray tylko siedziała w koncie, potrząsając głową.
Ona czuła się okropnie.
Wyobraź sobie, że wszyscy cię nienawidzą. nawet twoim rodzice. Zawiodłeś wszystkich, upadasz, masz dość. I wrażenie, ze jakbyś podciął sobie gardło, nikogo by to nie obchodziło. Nawet by się ucieszyli, bo nie musieli by cię już znosić.
Mara w końcu powiedziała, że musi zrobić zadanie, Amber i Alfie też się wymknęli, a Patricia i Eddie po prostu wyszli, nic się nie tłumacząc. Została sama z Fabianem.
Czuła sie jak nic niewarty wisiorek, który ktoś wypuścił i nawet się nie postarał, żeby go podnieść. Nic nie warta. Nienawidziła tego wzroku. Szczególnie w wykonaniu Fabiana. To było porównywalne z wbiciem ostrza w jej w serce.
-Okłamałaś mnie - powiedział w końcu chłopak - Jak mogłaś, Megan. Ufałem ci.
Megan w końcu podniosła na niego umęczone oczy. Po jej policzku spływała łza, którą delikatnie wytarła.
-Nie powinieneś. Nie wolno ci ufać.
-Kiedy sie tego dowiedziałaś? Odpowiedz, tylko prawdę.
-Wczoraj. Gdy... gdy pożyczyłeś mi książkę.
-I naprawdę myślisz, że...
-Tak. Nina jest Wybraną, Eddie Osyrionem, Mara Wyrocznią, KT Izydorą, ty Strażnikiem, a ja... Ja jestem Przepowiedzianą.
Pomiędzy nimi zawisła cisza. W końcu Megan ja przetrwała.
-Fabian, ja nie dam radę. Boże, tworzymy Krąg, ale... ja...
Usiadł koło niej i chwycił jej zimne dłonie. Wieczne zimne dłonie. Nie potrafiła spojrzeć mu w twarz. W te niebieskie lub zielone oczy... Nie potrafiła.
-Damy radę. Przynajmniej jestem tak samo nienormalny jak ty.
Zaśmiał się ciepło, jednak to nic nie pomogło. Po policzkach płynęły jej łzy. Fabian otarł je, po czym przytulił ją.
-Musze iść do Lany, powiedzieć jej, kim jest... - szepnęła, zawstydzona.
-Pójdę z tobą.
-Nie musisz...
Obejmował ją, a ona czuła że rytm jego serca ją uspokaja. jego ciepły oddech na jej szyi, jego ręce na jej plecach. To działało jak spokojna kołysanka. Mogła by zasnąć w jego ramionach. Przyjemne ciepło rozlało sie po jej ciele, prawie likwidując i wypierając ból z jej serca. Po tym, jak ona sie zachowała... Jak nie powiedziała mu, kim jest, jak wiele znaczy w tej głupiej zabawie.
-Obiecaj, ze nigdy mnie nie opuścisz - szepnęła Megan, przytulając się mocniej do niego i wdychając jego zapach.
-Nie opuszczę cię aż do śmierci - odszepnął chłopak, po czym pocałował ją w czoło.



KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Obserwatorzy