piątek, 22 listopada 2013

040. Rozdział czterdziesty

Zwróciła swoje czekoladowe oczy ku pochmurnemu niebu i przez chwilę je obserwowała. Nie było na nim nic ciekawego, prócz samotnego, czarnego ptaka. Dawno pogodziła się z myślą, że słońce nie zaświeci w tym tygodniu.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by wiatr plątał jej włosy. Ból głowy powoli ją opuszczał, zostawiając po sobie tępe uczucie pustki.
Muszą odpuścić, już nic innego nie da się zrobić.
Zasunęła kurtkę i powolnym krokiem ruszyła d szkoły. Wyszła pierwsza, mając dość pytań, czy nie chce zostać w domu, czy dobrze się czuję, czy napewno nic jej nie jest.
Och, wszystko jej było. Była tak blisko rozwiązania, a te wymknęło się z jej paców, niczym piasek na plaży. A najgorszy był wyraz twarzy Jeroma. Tam, wczoraj, w salonie patrzył się na nią z taką troską, że zabolało ją serce. Dotknął jej czoła delikatnie, jakby była z porcelany i bał się, że ja stłucze. To był dla niej za wiele.
Włożyła dłonie do kieszeni kurtki, gdy weszła do szkoły. Pierwszy był WF. Nie lubiła tej lekcji, szczególnie grania w kosza. Tyle zachodu, by przerzucić piłeczkę przez obręcz. Pocisz się, stękasz i wyjesz, że niby cię sfalowano. Patricia kochała tą  grę - ona nie. Za dużo przemocy jak na nią.
Przebrała się w stój i usiadła na drewnianej ławce w szatni, przymykając oczy. Ból głowy nie dawał jej spokoju. Może powinna zostać w łóżko? Nie. Nie lubi być w centrum uwagi.
Zasnęła.
Obudziła ją głośna rozmowa dwóch damskich głosów. Megan i Chloe. Musiały się pogodzić. Mara zdała sobie sprawę, że czaszka pęka jej na pół. Zacisnęła usta i czekała, aż dziewczyny wejdą. Zawsze przebierały się długo. Tym razem, poszło im to szybciej i w końcu narzekająca Megan i tętniąca życiem Chloe weszły do szatni. Odłożyły rzeczy i wyszły, nawet jej nie zauważając. Co jest?
Mara spojrzała na zegarek. Za dwie minuty ósma. Rozjarzała się po szatni. Wszyscy zostawili swoje rzeczy i poszli na lekcję. Nawet jej nie obudzili. A może to ona spała za mocno?
Wstała, czując, jak kręci jej się w głowie i truchtem pobiegła na salę gimnastyczną. Gdy weszła, wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jak ona na tego nienawidziła. Tych wzroków pełnych współczucia. Nie jest ostatnią sierotą.
Jednak piłkę na rozgrzewce odpijała jak w letargu, nie wiedząc co się właściwie dzieje. Raz prawie dostała piłką w głowę od Logana. Chloe odpłaciła mu się pięknym serwem w twarz. Kosztowało ją ta trzydzieści pompek, ale drwiący uśmieszek nie schodził jej z twarzy. I gdy wychodzili pod koniec lekcji, Jerome podstawił nogę Sorenowi. Klnąc i wyzywając chłopak ruszył do szatni. Mara, pomimo tego, ze czuła się prawie nieprzytomna zauważyła w oczach Clarka cień, który zniknął, gdy uśmiechnął się do jej pokrzepiająco i poszedł się przebrać. Dziewczyna została sama.
Gdy się przebierała, szumiało jej w uszach. Nie wiedziała co się dzieje, nigdy się tak nie czuła. Nigdy nie miała wrażenia, że ziemia usuwa się z pod jej stóp, ale ona nadal po niej idzie. Jako ostatnia wszyła na korytarz. Panował tam gwar rozmów i było duszno. Jaffray czuła jednak coś innego. Widziała przebłyski światła, potem robiło jej się ciemno przed oczami i znowu widziała normalnie. Raz słyszała szepty, drugi raz krzyki, a potem ciszę.
Zauważyła dwie znajome sylwetki i zaczęła iść w ich stronę. Megan i Chloe. Znowu na nie wpadła. Chwyciła obydwie za ramiona i wtedy odleciała.
Została wydarta z własnego ciała.
Mara zacięła mocno powieki, czując tępy ból w tle swojej głowy. Powoli otworzyła jedno oko, które zalało słoneczne światło. Zrobiła to samo z drugim i przez chwilę mrugała powiekami, by uzyskać ostry obraz.
Znajdowała się na osiedlu zalanym słońcem, z oddali było słuchać morze. Małe dzieci biegały naokoło niej, nie zauważając nowo przybyłej, a znudzeni rodzice obserwowali je, powoli usypiając pod cieniami drzew. Znajdowała się na placu zabaw. A raczej obok, bo stała na chodniku, rozglądając się dookoła. Nagle dostrzegła dwie sylwetki - matkę i córkę - idące z zawziętością ku niej. Mała istotka, wyglądająca na sześć lat, tupała z zawziętością i wymachiwała rękami. Wyglądałaby jak mały żołnierz, ale cały efekt psuła żółta sukienka w czarne kwiatki. Za nią, z niecierpliwieniem na twarzy, szła jej matka, próbując przemówić córeczce do rozsądku. Przeszły obok Mary, nie zauważając jej zupełnie. Ale Jaffray ruszyła za nimi.
-Skarbie, muszę iść do pracy - powiedziała słodkim głosem kobieta. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, włosy miała czarne do ramion i piwne, duże oczy - Meggie, nie mogę się spóźnić.
Meggie. Mara spojrzała zdumiona na twarz córeczki. Dziewczynka miała ciemne, brązowe włosy, małe usteczka i różowe policzki. O Boże, widziała małą Megan. A ta kobieta to jej matka.
-Nie - odpowiedziała dziewczynka i skręciła do bramy, prowadzącej na plac zabaw. Mara ciągle szła za nimi - Ona musi tu być, musi.
-Kochanie - pani Grant uklęknęła przy Megan i złapała ją za małe rączki - Jeżeli chciałaś ze mną iść na plac zabaw, to wystarczyło powiedzieć, a nie uciekać z domu, żebym poszła za tobą.
-Jakaś ty mamusiu głupia - Megan przewróciła oczami w charakterystyczny dla niej sposób, jaki Jaffray znała - Widziałam ją we śnie, ona musi tu być.
Po czym zaczęła się z zawziętością wyrywać i szukać wzrokiem jakieś osoby.
-Meggie...
-Mamo! Patrz! To ona! - krzyknęła dziewczynka i wyrwała się matce z ramion, biegnąc do jasnowłosej dziewczynki. Jaffray razem z panią Grant szybko poszły za nią. 'Ona' trzymała wielkiego, czerwonego lizaka i trzymała się rączki mamy. Mara ja rozpoznała. Te same oczy, ten sam nos.
-Cześć - przywitała się Megan z uśmiechem na ustach - Zostaniemy przyjaciółkami?
Mara razem z panią Grant dobiegły do mini Meggie. Jaffray zauważyła, jak źrenice matki jej przyjaciółki, powiększają się i twarz zaczyna blednąć na widok mamy blondynki. Co dziwne, ta druga też wyglądała na przestraszoną i zdezorientowaną.
-Dlatego że mam lizaka? - mała Chloe spojrzała spod łba na roześmianą brunetkę.
-Nie, dlatego że widziałam cię we śnie. Wyglądałaś jak aniołek.
Ale dowaliła. Mara spojrzała na dwie sześciolatki. Nie wydawały się zażenowane sytuacją, ale ich matki tak - obydwie starały się na siebie nie patrzeć.
-Aaaa - Chloe głęboko się zastanowiła, co wyglądało niesamowicie uroczo i polizała lizaka - Skoro tak, to dobra.
Chloe wyciągnęła rączkę do Megan, poprzednio puszczając rękę matkę. Nawet się nie spytała, czy może się pobawić z nieznaną dziewczynką gadającą bzdury. Mara chciała iść za nimi, ale jakaś siła kazała jej zostać. Gdy małe odeszły na dość dużą odległość, pani Grant odwróciła się do matki Chloe. Była wściekła.
-Dlaczego nic nie zrobiłaś? - warknęła.
-To samo chciałam się spytać ciebie, Margaret - kobieta odgarnęła jasne włosy z twarzy - Dlaczego nic nie zrobiłaś, żeby je powstrzymać?
-Czyli to moja wina - pani Grant prychnęła - Charlotte proszę cię.
Pani Tyson zacisnęła wargi. Nie wrzeszczały, tylko prawie że szeptały. Mara zauważyła, że boją się, że ktoś je usłyszy.
-Czemu nas nie poinformowałaś, że twoje dziecko ma koszmary?
-Bo to MOJE DZIECKO! - Tym razem Margaret krzyknęła, po czym się opamiętała - Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
-Margaret... - ton głosu Charlotte był spokojny - Dobrze wiesz, że to kiedyś musi się stać. Może to nie jest to pokolenie. Może następne.
Pani Grant pokiwała ze smutkiem głową i cicho oznajmiła.
-Musze iść do pracy... - podniosła oczy i przywołała uśmiech, krzycząc - Meggie, musimy iść!
Dziewczynki prawie natychmiast się zjawiły. Z tymi iskierkami w oczach. Mara tak dobrze znała te spojrzenia. Do dzisiaj tak wyglądają, jak się śmieją. Tyle, że są starsze.
-Ale przyjdziesz jutro? - spytała Chloe wciągając rączkę - Przyrzekasz na mały paluszek?
-Na mały paluszek - Megan wyszczerzyła się i wyciągnęła paluszek - Przyjaciółki na zawsze.
Margaret Grant wciągnęła głośno powietrze i spojrzała na matkę Chloe. Ta jednak wzruszyła ramionami jakby chciała powiedzieć: 'Trudno, stało się'. Każda z dziewczynek chwyciła rękę mamy i każda para poszła w przeciwne strony. Mara usłyszała tylko, jak Megan poucza matkę:
-Mamo, nie nazywaj mnie Meggie, jestem już dorosła.
Obraz zaczął się rozpływać i znowu musiała zacisnąć powieki, by nie oślepiło jej białe światło. Ty, razem już nie bolało, poczuła się tak, jakby budziła się ze snu. Powoli, bez nerwów.
-Maro, Maro?!
Dziewczyna otworzyła oczy. Znowu była w szkole. Do jej uszu dobiegł huk i strzępy rozmów. Patrzyła na wystraszone twarze siedemnastoletnich Megan i Chloe, z rozszerzonymi źrenicami i strachem na twarzy.
-Wszystko w porządku? - spytała Chloe z lekkim drżeniem głosu - Jesteś blada. Słabo ci?
Mara czuła, jak dolna warga jej drga. Szybko puściła ramiona przyjaciółek, które dotąd mocno ściskała, odwróciła się na piecie i uciekła, znikając w tłumie.
Zabrzmiał dzwonek na drugą lekcje.

***

Patricia Williamson siedziała w swojej ławce obok Amber. Blondynka na siłę pchała się na puste miejsce, a rudowłosa nie chciała dzisiaj ściągać na siebie uwagi.
Nauczyciel coś mruczał przy tablicy, ale dziewczynę niezbyt to obchodziło. Zasłoniła się piórkiem i udając, że tępo patrzy się w podręcznik, przeglądała gwiazdozbiory. A dokładnie zdjęcia i opisy gwiazd, szukając choć małego kawałka, który wyglądałby jak ten z koperty.
Ta zagadką ją denerwowała. Nie mieli żadnej wskazówki, tylko jakieś stare, śmierdzące pergaminy, na dodatek czyste. Patricia chciała je wyrzucić, ale Fabian jej zabronił, obiecując, że w wolnym czasie je przeglądnie.
Swoją cześć zadania, tą w szukaniu tajemniczego znaku oddał Eddiemu. Sam Fabian nie mógł się skupić na niczym innych, jak na księdze, którą znaleźli. Tak wiec Patricia, chcąc nie chcąc, kazała swojemu chłopakowi sprężyć się i znajdzie ten cholerny znak, zanim ona znajdzie prawidłową sekwencję gwiazd.
Większość gwiazdozbiorów już przeglądnęła. Zostały jej raptem dwa duże i kilka małych. I miała nadzieje, że szybko upora się z tym zadanie i w końcu spokojnie się wyśpi.
Dlaczego zawsze ona? Najpierw Rufus, potem Robert (a przy okazji dowiedziała się, że jest jakimś tam potomkiem, co jej nawet nie satysfakcjonowało ) teraz jakaś tajemnicza postać. I weź tu człowieku żyj normalnie.
Zapisała sobie symbol na kartce. Pięć gwiazd wokół jednej dużej, powiązane sznurami. Tych 'sznurków' na zdjęciach raczej nie będzie. Patricia ze skupieniem przeglądała każdą sekwencje gwiazd ze dwa razy. Amber wierciła się obok niej, co rozpraszało jej uwagę, na szczęście nie gapiła się co robi. Od jakieś czasu nie była wścibska, co tak na marginesie Patricii nie przeszkadzało. Przynajmniej nie musiała zbywać dodatkowych osób. A co do Logana... Tą sprawą ma się zając Jerome i Alfie. Ale ona jakoś im nie ufała. reszta Sibuny przyjęła ten pomysł jak błogosławieństwo z nieba, bo sami nie umieli ruszyć łbami by coś wymyślić. Ale Megan i Alfie musieli nieźle nagadać Clarkowi, który teraz zgrzyta zębami za każdym razem, jak Soren przechodzi obok niego.
Szykuje się zemsta.
Ziewnęła. Często ziewała na lekcji, nic nie było godne jej uwagi. Za bardzo starała się znaleźć ten głupi gwiazdozbiór, nie miała podzielności uwagi. Mieli biologię. A na biologii zawsze są jakieś głupie teksy. Zawsze.
Tym razem przypadło to Willow:
-Proszę pana, a co trzeba zrobić, by amputować nogę? - spytała podnosząc rękę.
-No cóż, powodów jest wiele. Na przykład obumarcie komórek, gdy przed długi czas krew nie dopływa do tkanek i...
-A ja mam pomysł - odezwała się Patricia - Amputujmy teraz nogę Loganowi, zobaczymy co się stanie!
-Jestem za! - Jerome poderwał się z krzesła, po czym cała klasa się ożywiła i zaczęły się rozmowy. Zaczynało się tak : Alfie przybijał ze wszystkimi piątki, Megan głośno wzdychała i chowała twarz w dłonie, Fabian przewracał oczami, a Willow cieszyła się jak idiotka. Ale czegoś tu brakowało : nikt nie uspokajał Jeroma. Patricia rozejrzała się po sali - nie było Mary.
-Spokój! - warknął nauczyciel, uderzając wskaźnikiem w blat biurka - Nawet gdybyśmy to chcieli zrobić, nie mamy powodu...
-Ja mogę dać panu powód! - Lana krzyknęła i wyszczerzyła idealnie białe zęby.
- ...ani zgody...
-Udzielam zgody - wrzasnął Eddie - Mogę go nawet przytrzymać.
-... ani specjalistycznych narzędzi, by wykonać zabiegu.
Klasa westchnęła zawiedziona, ale Chloe powstała i chwyciła za plecak.
-A to się da załatwić - powiedziała ucieszona i wyciągnęła siekierę z plecaka. Cała klasa krzyknęła, rozległy się śmiechy. Tylko nauczyciel i sam Logan parzyli z kamiennymi wyrazami twarzy na wyszczerzoną blondynkę, trzymającą w dłoni siekiery. Patricia wychyliła się, żeby lepiej widzieć i gdy zaczęła klaskać, przesunęła obraz w swojej komórce. Spojrzała przerażona na obraz. Cała jej praca, całe przeglądanie mapy poszło w diabli, a ona musi zacząć od począt...
I nagle zamarła. Przez przypadek znalazła coś, co szukała. I nie chodziło tutaj o miłość, bo zwykle w książkach to zdanie kończy piękną miłosną historię.

***

Mara odkręciła kran i przepłukała twarz lodowatą wodą. I jeszcze raz, i jeszcze raz, by się obudzić. Cały ból odszedł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głowa już jej nie pękała na pół, widziała i słyszała normalnie. Czuła się zaskakująco normalnie. W sensie fizycznym.
A w sensie psychicznym była w szoku. Co to w ogóle było? Wizja przeszłości? Była jakąś cholerną wróżką, jak w tych przygłupiastych programach telewizyjnych, do których dzwonił Alfie? Nie, przecież one przewidywały przyszłość. A przynajmniej tak utrzymywały. Stare naciągaczki.
 Mara zakręciła wodę i spojrzała w zaskakująco czyste lustro w łazience. Była blada, jej wielkie czekoladowe oczy wyglądały na nienaturalnie duże, tusz do rzęs został rozmazany po całej twarzy. Podsumowując - wyglądała żałośnie.
Wyciągnęła z torby drżącymi dłońmi chusteczki i wyjęła jedną. Zaczęła zmywać tusz z policzek i spod oczu. Robiła to delikatnie i powoli, po czym wyrzuciła chusteczkę do kosza i zacisnęła mocno palce na umywalce, do tego stopnia, że zaczęły ją boleć. Ale ból utrzymywał ją przy rzeczywistości, bo przecież był realny.
Widziała małą wersję Megan. Widziała samą Megan. I Chloe. Widziała wspomnienie, które kłębioło się w głowie dziewczyn. Przypomniała sobie słowa Tyson i Grant, o których powiedziała jej Patricia.
Nie pamiętam jak się poznałyśmy, ale z opowieści naszych rodziców w dość nietypowy sposób.
Byłabym wdzięczna, gdybyś nie opowiadała o naszym dzieciństwie. Możesz opowiadać o swoim ale nie o moim...
Nie chodziło tylko o dzieciństwo, Mara to czuła. Megan mogła być cholernie radosna, pozytywna aż do bólu, ale nie zmieni tego, co się kiedyś stało. Może to zatuszować, nakłamać im w twarz, ale nie zmienić. I Chloe tak samo. Obie przyjechały tu z jakieś powodu, a nie dlatego, ze chciały to zrobić. Były zmuszone.
Osunęła się powoli i usiadła opierając się plecami o ścianę. Skąd ona to wiedziała? Była medium czy co?
Któraś klasa zaśmiała się. Wybuchła śmiechem.
Mara zacięła powieki i odetchnęła głęboko. te przebłyski, te szumy i szepty. To nie było normalne. Ona zaczyna wariować. Widzenie czyiś wspomnień nie jest normalne. Ale jedna myśl nie dawała jej spokoju: czy potrafi czytać wspomnienia innych osób, czy to po prostu był jakiś udar albo przywidzenie.
Skarciła się w duchu. Jak może o tym myśleć? Ale z drugiej strony to było zbyt realne, by mogło być przywidzeniem. To namacalne wspomnienie. I  imiona też się zgadzały. Mara wiedziała, ze pani Grant ma na imię Margaret, a mama Chloe - Charlotte. One się znały przed tym spotkaniem córek.
Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
O Boże, ona szaleje. Zmarli decydowali o losach małej roześmianej dziewczynki. To jest więcej niż szalone. To jest szalone i głupie.
-Przestań o tym myśleć! - warknęła i przyłożyła sobie w twarz. Ból był realny. Miejsce, w którym jej ręka spadła z impetem, piekło. Mara dźwignęła się z podłogi. Na prawym policzku miała czerwony ślad. Spojrzała w swoje czekoladowe oczy. Jak to mawiała jej babcia? A tak. Jeżeli czujesz do czegoś powołanie, nie patrz w przyszłość, nie przejmuj się opina innych, którzy mówią, że jesteś szalona. Wszyscy są szaleni i nie rozumiem, dlaczego niektórzy to ukrywają. Zapomnij o wszystkim i rób co kochasz.
Mara chwyciła za torbę i zawiesiła ją na ramieniu. Ustosunkuje się tylko do jednej części tej rady.
Zapomnij o wszystkim.

***

-Czemu mnie uderzyłaś w twarz?
-Pieprz się.
-Odpowiedz mi, słodka pani Tyson.
-Czego kurduplu nie rozumiesz w słowie pieprz się?
Chloe odwróciła się gwałtownie i omal nie wpadła na Logana, który łaził za nią. Co za tępy człowiek.
-Brzydzę się przemocą - odpowiedział chłopak uśmiechając się. Sięgnął do dwa pasma, które opadły dziewczynie na policzek i założył za ucho - Chce tylko wiedzieć.
Dziewczyna strąciła jego dłoń ze swojego ramienia, po czym podeszła blisko, bardzo blisko, tak, ze czuła jego nierówny oddech na swoich ustach. Przymknęła oczy i szepnęła:
-Pieprz się.
Odepchnęła go z całej siły, ale on tylko cofnął się o parę kroków. Ale to i tak usatysfakcjonowało dziewczynę. Odwróciła się na pięcie i poszła dalej pustym korytarzem. Logan dobiegł do niej.
Nienawidziła dawać korepetycji. A to, ze została powołana do opieki nad tym gamoniem, to już nie jej wina, tylko tego starego grzyba. Megan dostała Fabiana, a ona tego matoła. Tylko Megan chciała się czegoś nauczyć, a przynajmniej tak twierdziła. Po prostu czasami urywał jej się kontakt. A Logan? Soren do zupełnie inna bajka. Był tu, bo musiał. Dla Chloe był jak upierdliwy kot, którego ma ochotę kopnąć, bo plącze jej się pod nogami.
Weszli do pustej klasy. Logan usiadł na biurku i obserwował, jak Tyson zapisuje liczby. I Chloe miała nadzieje, ze patrzył się na jej rękę a nie na inna cześć ciała. Rzuciła mu kredę.
-Rozwiąż to. Muszę wiedzieć, ile umiesz, a napewno dużo tego nie będzie.
Logan podszedł do tablicy i zaczął niezdarnie pisać liczby. Co za debil. Megan przy najmniej rozwiązywała proste równania, a nie tak jak on. On nawet musiał dodawać na palcach.
Nie był taki zły. Chloe na początku roku uznała, że nawet jest spoko, gdyby nie był tak pyskaty i arogancki. A ona tych dwóch cech nienawidziła. Tyle w temacie.
Przyglądała się z krzywym uśmiechem, jak liczy. Podrapała się w nos i przyznała, że nie jest tak źle jak sądziła na początku. Przynajmniej chłopak umiał pisać, a to już na jego pozom było dobrze. Umiał napisać ósemkę. Chloe byłaby pod wrażeniem, gdyby była w przedszkolu, a nie w ostatniej klasie liceum.
-Uroczo - powiedziała - Liczysz na palcach.
-Ja cały jestem uroczy - odpowiedział Logan, posyłając jeden z słodkich uśmiechów. Chloe przewróciła oczami.
Te pół godziny minęły bardzo powoli. Gdy Chloe wychodziła z sali, czuła się, jakby tłumaczyła Megan przez trzy godziny, jak się rozwiązuje równania. Masakra, jakby powiedziała to jej przyjaciółka. Tak więc w pół do czwartej, Tyson wyszła z budynku szkoły i ruszyła w stronę domu.
Zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie w tej szkole. Najpierw każą się im trzymać razem, potem rozdzielają nic nie tłumacząc. Jaki ona czuła wtedy żal do swoich rodziców... Musiała być z Megan, obiecała jej to. Dziewczyna za dużo przeszła, a ona jej w tym towarzyszyła, więc zostawienie jej bez powodu było chamskie. Ale Grant sobie radziła, co ja cieszyło. Nadal trzymały się razem.
Przyjaciółki na zawsze. Na dobre i na złe.
To zwykle był ich tekst. Jak sobie coś obiecywały albo musiały stawiać czemuś czoło, zawsze to sobie mówiły. To było tak jak małe zaklęcie.
Megan nie lubiła wspomnień. Za bardzo ją obciążały, przygniatały. Za bardzo się im poddawała, nie umiała z nimi walczyć. A Chloe była jej aniołem stróżem. Pomagała, gdy ta upadała. I też tak było na odwrót.
Nagle poczuła, że łzawią jej oczy. Płakała, nawet nie wiedziała kiedy zaczęły. Tak bardzo chciały o tym wszystkim zapomnieć.
-Hej... - usłyszała za sobą głos Logana. Odwróciła się, żeby mu powiedzieć, żeby spadał. Ale on zrobił coś, czego się nie spodziewała. Objął ją i przytulił. Przez chwile stała jak idiotka, potem go objęła. Pachnął męskimi perfumami, lasem i jeszcze czymś, ale ona nie chciała o tym myśleć. Teraz to się rozbeczy jak dziecko.
Stali tak przez chwilę, aż całkiem zdrętwieli. Odsunęli się od siebie, a on zatarł z jej policzka łzę. To sprawiło, że zapłonęła do niego sympatią. Uśmiechnęła się delikatnie, czekając aż zabierze dłoń z jej policzka. Ale tego nie zrobił. Zamiast tego, delikatnie pieścił jej policzek kciukiem. Spojrzała w jego oczy. Te cholernie błękitne oczy, w którym mogła by utonąć. I nie zobaczyła w niej arogancji. On też czuł to co ona, za dużo czasu widziała oczy Megan z tym samym błyskiem. Ale teraz nie miała najmniejszej ochoty myśleć o przyjaciółce.
Pochylił się nad nią i przez chwilę zawahał się z ustami nad jej ustami. Bał się, że go odepchnie. Że odwróci głowę i ucieknie. Ale ona nie miała zamiaru uciekać. Jego otwarte oczy badały jej szare, szkliste oczy. Nie wiedziała co się dzieje. Czuła, jak rytm serca jej przyśpiesza. Delikatnie przymknął powieki i dotknął jej różowych ust. Ona tez zamknęła oczy. Przywarł ustami do jej ust. Chloe nigdy wcześniej się nie całowała, nie wiedziała jak to się robi. Ale poczuła się niezwykle lekka. Logan położył płaską dłoń na je plecach, przysuwając ja do siebie bliżej. Krew szumiała jej w uszach, objęła jego szyję, przyciągając go mocniej do siebie. Jego pocałunki był całkiem inne niż on. Jego temperament był ognisty, nie umiał się opanować. Tymczasem jego pocałunki były jak czyste powietrze, jak orzeźwiająca woda. Ale i tak przyprawiały ją do obłędu. Lewym kciukiem nadal pieścił jej policzek, prawą rękę zanurzył w jej złocistych włosach. Ona wodziła dłońmi po jego ramionach, błagając Boga, by nie przestawał.
W końcu, po kilku chwilach, może minutach lub słonecznych dni oderwali się od siebie. Przez chwilę nic nie mówili, tylko na siebie patrzyli. W końcu Logan odezwał się lekko zachrypniętym głosem:
-To co? Umówisz się ze mną?
Chloe uśmiechnęła się lekko i z ustami przy jego ustach, szepnęła:
-Pieprz się.
Po czym znowu go pocałowała.



To nie jest ten super seksowny pocałunek, który napisałam wcześniej. Żeby nie było.
Mój najdłuższy rozdział ever, żebyście się na mnie nie gniewali. No :)
I szczerze powiedziawszy, jestem z niego całkiem zadowolona. Przyjemnie mi się go pisało.\
Nigdy się nie całowałam, nie wiem jak to jest, więc sorry, musicie się zadowolić moim kiepskim doświadczeniem w całowaniu. Jedyne co wiem o całowaniu, to wiem z książek. Nie całują się w książce - książka jest nie ciekawa.
Żartuje, całowałam się z Bradem.
Kabum! Ale was zatkało :) Wasze miny są bezcenne *u*
Paskudnie się uczuje, zostałam dziś w domu, brzuch mnie tak bolał ze masakra.
Zostało 8 dni do niesamowicie zajebistego koncertu mojego aniołka Brada na którym rozpierniczy głośniki, bo będzie tak zajebisćie. No.
I mam pomysł na drugą księgę. Ta jest pierwsza, niedługo będzie koniec pierwszej części. Plan jest w planowaniu. Opss. 
Naprawdę muszę do łazienki, ale dokończe moją super zajebiszczastą przemowę, a co.
Dostałam 5 z fizy, możecie mi kupić prezent. Mamusia przyszła z wywiadówki i podsumowując : mam jedną jedynkę, jedną dwójkę, dwie tróje, szesnaście czwórek, czterdzieści cztery piatek i trzy szóstki. Musiałam się pochwalić.
Krzyczą za mną w szkolę Brad Kavanagh, a jak coś chcą, to mówią do mnie największo fanko Brada Kavanagh. To takie żałosne i słodkie zarazem. Ale i tak ich nie lubię ^^
Zapomniałam o Amfie. Znooowu :(
Okey, to ja może pójdę do tej łazienki. Pisze rozdział od ponad trzech godzi, a to daje w kość ♥


Bey. Kocham was
Joylitte 
xoxox


P.S. Waldzo spłoń!

6 komentarzy:

  1. Przeznaczenie, ja też zapominam o Amfie. Ale ja to w ogóle jakieś dziecko niezrównoważone, to wiesz.

    Ekhem!

    Biedna Marusia. Zgodzę się, wf to bardzo agresywny przedmiot. W poniedziałek rano mam 2 wf-y pod rząd. Taka niekontaktowa Sapphire wejdzie na boisko, to od razu ją zabiją.

    Chloe nosi siekierę w plecaku? Boże, kocham tą dziewczynę. Odwiedzę moją starą klasę. Też z siekierą. Będzie miło.

    Zastanawia mnie fragment o Megan i Chloe. Świetnie opisany, doskonale wczułaś się w moment. To już wiemy, że ich znajomość nie jest przypadkowa. Przeznaczenie jest wszędzie tak. To było słodkie, taka pozytywna magia oddająca nastrój zawarcia przyjaźni przez dzieci. Relacja przetrwała do dziś. Wygląda na to, że obie dziewczyny mogą mieć jakiś udział w tych horrorystycznych rzeczach. Chloe zarąbię takiemu Victorowi siekierą i nara. Happy end.

    Alfie dzwoniący do wróżki. Widać mamy podobne pasje, tyle, że ode mnie żadna szuja nie odebrała. Krzyknęłabym na wizji, że Jeruś jest seksowny czy coś. Darmowa promocja mego narzeczonego.

    Chloe i Logan. Chyba żadnej wymyślonej pary, nie lubiłam tak bardzo jak ich. Świetnie zaplanowałaś ich wątek a ta scenka była urocza. Przedstawiłaś całkiem inną stronę Logana, tą pozytywną, wrażliwą. Okazuję się, że nawet on jest zdolny do uczucia. Naprawdę zależy mu na Chloe, przy czym wciąż oboje są rozwalający. Każdy może pokochać. Nawet tacy porąbani idioci ^ ^ Aaa i końcowa kwestia najlepsza XD

    Co mogę jeszcze dodać? No tak, Dżerome jest boski, ale nie o tym. Z rozdziału na rozdział przebijasz samą siebie. Używasz pięknych zwrotów (Pieprz się np., nie o to mi chodzi ^ ^ ), ładnie dobierasz wyrazy... Kurczę, nie jestem krytykiem, nie znajdę odpowiednich słów, ale całokształt jest genialny. I nie mówię tego tylko dlatego, że kocham cię całym serduchem, tylko uważam, iż jesteś wspaniałą pisarką.
    Kiedy piszesz z punktu widzenia czyjejś postaci, znowu się zachwycam. Potrafisz odwzorować charakter i emocje danej osoby. Na to zwracam chyba największą uwagę. Sama tak nie umiem, muszę się nauczyć ^ ^
    Twoje opowiadania zawierają praktycznie wszystko: humor, elementy związane z tajemnicą, potrafią wzruszyć i jest ten cudowny klimat starego Anubisa.
    Bardzo chciałabym pisać tak jak ty.

    I oczywiście się całowałam z Eugenem.
    Szkoda tylko, że on o tym nie wie...

    Jesteś świetna, genialna, piękna, cudowna, fajna wgl, masz ode mnie wirtualnego tulasa.
    Zrobiłabym twitcama, ale ekran pęknie także ^ ^
    Kocham cię bardzo mocno mój śliczny aniołku <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem twą nową fanką !!! No wiesz, dopiero ja skończyłam czytać rozdziały. Kocham Chole, ma osobowość. Mara ma wizje... Jest jakąś drugą wybraną ???? I grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo ?????? Wiem, głupia jestem .... Też bym przyniosła siekierkę do szkoły, jest tam parę osób które potrzebują amputacji głowy.... hłe hłe Tylko mi nauczyciele za złe trzymanie nożyczek dają nam -10 (to ciekawe co by mi dali za siekierką lub toporek), ta bo oni to se kawką mogą pić i malować paznokcie na lekcjach. Inteligentny ten "regulamin". Sory że piszę ci jakieś bzdety o mym "ciekawym" życiu.Co do rozdziału CUD, MIÓD I MALINY. Życzę weny i więcej czasu z Bradem ^^ /Gad ^_^

    OdpowiedzUsuń
  3. O Boże, Joylitko. Jak ty przecudownie piszesz! ♥
    Kiedyś już zawitałam na Twym blogu, ale na krótko. Żałuję. Tyle ślicznych rozdziałów że w życiu nie skończę ich czytać... no ale trzeba się podjąć! Warto :3
    Muzyczka, słowa, wszystko. Jak czytam o uczuciach Mary i innych bohaterów (ale wiesz, że przede wszystkim kocham Marusię <3), chce mi się płakać. Wszystko sobie przypominam.
    Nie rozumiem samej siebie. Jak można się przywiązać do czegoś tak głupiego jak pairing. Będę tego zawsze żałować. Po co pokochałam to cholerstwo? Żeby potem płakać "jacy ci writersi są niedobrzy"? Głupia Emklarka. Przynajmniej poznałam Was (mą kochaną, najukochańszą wirtualną rodzinkę). Przypominacie, jakie to wszystko jest... piękne. Tak mi brakuje HoA.
    I znowu - co mi odbiło, żeby ryczeć po serialu?
    Normalni ludzie ryczą po innych ludziach, zwierzątkach, rodzinie, nieudanej miłości. Ja po głupim serialu. Boże, ratujcie mnie ;__;
    Wspomniałam to już wyżej, ale muszę jeszcze raz - piszesz prześlicznie. To, jak potrafisz wszystko idealnie opisać... to mi mowę odbiera. Masz talent, Joylitko. Życzę Ci sukcesu :)
    Porcelanowe czółko Marusi mnie poruszyło. Takie takie słodkie :3

    Zapraszam do mnie, czekam na kolejny rozdział. Pisz dalej, bo warto.
    Twoja fanka,
    MClarke ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam na [17] Odcinek pt. "Widzisz? Nie powinnaś się już niczym martwić." http://fabinastoriesby-patrycja.blogspot.com/2013/12/stracone-marzenia-odcinek-17-widzisz.html :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Super :) Wybacz moje lenistwo, ale nie chce mi się o tej porze pisać porządnego komentarza :) Uuu nowy wygląd bloga ^^ Słodziutki , ale naprawdę ładny . Kojarzy mi się, nie wiem dlaczego , a kawiarnią :)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy