piątek, 22 listopada 2013

040. Rozdział czterdziesty

Zwróciła swoje czekoladowe oczy ku pochmurnemu niebu i przez chwilę je obserwowała. Nie było na nim nic ciekawego, prócz samotnego, czarnego ptaka. Dawno pogodziła się z myślą, że słońce nie zaświeci w tym tygodniu.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by wiatr plątał jej włosy. Ból głowy powoli ją opuszczał, zostawiając po sobie tępe uczucie pustki.
Muszą odpuścić, już nic innego nie da się zrobić.
Zasunęła kurtkę i powolnym krokiem ruszyła d szkoły. Wyszła pierwsza, mając dość pytań, czy nie chce zostać w domu, czy dobrze się czuję, czy napewno nic jej nie jest.
Och, wszystko jej było. Była tak blisko rozwiązania, a te wymknęło się z jej paców, niczym piasek na plaży. A najgorszy był wyraz twarzy Jeroma. Tam, wczoraj, w salonie patrzył się na nią z taką troską, że zabolało ją serce. Dotknął jej czoła delikatnie, jakby była z porcelany i bał się, że ja stłucze. To był dla niej za wiele.
Włożyła dłonie do kieszeni kurtki, gdy weszła do szkoły. Pierwszy był WF. Nie lubiła tej lekcji, szczególnie grania w kosza. Tyle zachodu, by przerzucić piłeczkę przez obręcz. Pocisz się, stękasz i wyjesz, że niby cię sfalowano. Patricia kochała tą  grę - ona nie. Za dużo przemocy jak na nią.
Przebrała się w stój i usiadła na drewnianej ławce w szatni, przymykając oczy. Ból głowy nie dawał jej spokoju. Może powinna zostać w łóżko? Nie. Nie lubi być w centrum uwagi.
Zasnęła.
Obudziła ją głośna rozmowa dwóch damskich głosów. Megan i Chloe. Musiały się pogodzić. Mara zdała sobie sprawę, że czaszka pęka jej na pół. Zacisnęła usta i czekała, aż dziewczyny wejdą. Zawsze przebierały się długo. Tym razem, poszło im to szybciej i w końcu narzekająca Megan i tętniąca życiem Chloe weszły do szatni. Odłożyły rzeczy i wyszły, nawet jej nie zauważając. Co jest?
Mara spojrzała na zegarek. Za dwie minuty ósma. Rozjarzała się po szatni. Wszyscy zostawili swoje rzeczy i poszli na lekcję. Nawet jej nie obudzili. A może to ona spała za mocno?
Wstała, czując, jak kręci jej się w głowie i truchtem pobiegła na salę gimnastyczną. Gdy weszła, wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jak ona na tego nienawidziła. Tych wzroków pełnych współczucia. Nie jest ostatnią sierotą.
Jednak piłkę na rozgrzewce odpijała jak w letargu, nie wiedząc co się właściwie dzieje. Raz prawie dostała piłką w głowę od Logana. Chloe odpłaciła mu się pięknym serwem w twarz. Kosztowało ją ta trzydzieści pompek, ale drwiący uśmieszek nie schodził jej z twarzy. I gdy wychodzili pod koniec lekcji, Jerome podstawił nogę Sorenowi. Klnąc i wyzywając chłopak ruszył do szatni. Mara, pomimo tego, ze czuła się prawie nieprzytomna zauważyła w oczach Clarka cień, który zniknął, gdy uśmiechnął się do jej pokrzepiająco i poszedł się przebrać. Dziewczyna została sama.
Gdy się przebierała, szumiało jej w uszach. Nie wiedziała co się dzieje, nigdy się tak nie czuła. Nigdy nie miała wrażenia, że ziemia usuwa się z pod jej stóp, ale ona nadal po niej idzie. Jako ostatnia wszyła na korytarz. Panował tam gwar rozmów i było duszno. Jaffray czuła jednak coś innego. Widziała przebłyski światła, potem robiło jej się ciemno przed oczami i znowu widziała normalnie. Raz słyszała szepty, drugi raz krzyki, a potem ciszę.
Zauważyła dwie znajome sylwetki i zaczęła iść w ich stronę. Megan i Chloe. Znowu na nie wpadła. Chwyciła obydwie za ramiona i wtedy odleciała.
Została wydarta z własnego ciała.
Mara zacięła mocno powieki, czując tępy ból w tle swojej głowy. Powoli otworzyła jedno oko, które zalało słoneczne światło. Zrobiła to samo z drugim i przez chwilę mrugała powiekami, by uzyskać ostry obraz.
Znajdowała się na osiedlu zalanym słońcem, z oddali było słuchać morze. Małe dzieci biegały naokoło niej, nie zauważając nowo przybyłej, a znudzeni rodzice obserwowali je, powoli usypiając pod cieniami drzew. Znajdowała się na placu zabaw. A raczej obok, bo stała na chodniku, rozglądając się dookoła. Nagle dostrzegła dwie sylwetki - matkę i córkę - idące z zawziętością ku niej. Mała istotka, wyglądająca na sześć lat, tupała z zawziętością i wymachiwała rękami. Wyglądałaby jak mały żołnierz, ale cały efekt psuła żółta sukienka w czarne kwiatki. Za nią, z niecierpliwieniem na twarzy, szła jej matka, próbując przemówić córeczce do rozsądku. Przeszły obok Mary, nie zauważając jej zupełnie. Ale Jaffray ruszyła za nimi.
-Skarbie, muszę iść do pracy - powiedziała słodkim głosem kobieta. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, włosy miała czarne do ramion i piwne, duże oczy - Meggie, nie mogę się spóźnić.
Meggie. Mara spojrzała zdumiona na twarz córeczki. Dziewczynka miała ciemne, brązowe włosy, małe usteczka i różowe policzki. O Boże, widziała małą Megan. A ta kobieta to jej matka.
-Nie - odpowiedziała dziewczynka i skręciła do bramy, prowadzącej na plac zabaw. Mara ciągle szła za nimi - Ona musi tu być, musi.
-Kochanie - pani Grant uklęknęła przy Megan i złapała ją za małe rączki - Jeżeli chciałaś ze mną iść na plac zabaw, to wystarczyło powiedzieć, a nie uciekać z domu, żebym poszła za tobą.
-Jakaś ty mamusiu głupia - Megan przewróciła oczami w charakterystyczny dla niej sposób, jaki Jaffray znała - Widziałam ją we śnie, ona musi tu być.
Po czym zaczęła się z zawziętością wyrywać i szukać wzrokiem jakieś osoby.
-Meggie...
-Mamo! Patrz! To ona! - krzyknęła dziewczynka i wyrwała się matce z ramion, biegnąc do jasnowłosej dziewczynki. Jaffray razem z panią Grant szybko poszły za nią. 'Ona' trzymała wielkiego, czerwonego lizaka i trzymała się rączki mamy. Mara ja rozpoznała. Te same oczy, ten sam nos.
-Cześć - przywitała się Megan z uśmiechem na ustach - Zostaniemy przyjaciółkami?
Mara razem z panią Grant dobiegły do mini Meggie. Jaffray zauważyła, jak źrenice matki jej przyjaciółki, powiększają się i twarz zaczyna blednąć na widok mamy blondynki. Co dziwne, ta druga też wyglądała na przestraszoną i zdezorientowaną.
-Dlatego że mam lizaka? - mała Chloe spojrzała spod łba na roześmianą brunetkę.
-Nie, dlatego że widziałam cię we śnie. Wyglądałaś jak aniołek.
Ale dowaliła. Mara spojrzała na dwie sześciolatki. Nie wydawały się zażenowane sytuacją, ale ich matki tak - obydwie starały się na siebie nie patrzeć.
-Aaaa - Chloe głęboko się zastanowiła, co wyglądało niesamowicie uroczo i polizała lizaka - Skoro tak, to dobra.
Chloe wyciągnęła rączkę do Megan, poprzednio puszczając rękę matkę. Nawet się nie spytała, czy może się pobawić z nieznaną dziewczynką gadającą bzdury. Mara chciała iść za nimi, ale jakaś siła kazała jej zostać. Gdy małe odeszły na dość dużą odległość, pani Grant odwróciła się do matki Chloe. Była wściekła.
-Dlaczego nic nie zrobiłaś? - warknęła.
-To samo chciałam się spytać ciebie, Margaret - kobieta odgarnęła jasne włosy z twarzy - Dlaczego nic nie zrobiłaś, żeby je powstrzymać?
-Czyli to moja wina - pani Grant prychnęła - Charlotte proszę cię.
Pani Tyson zacisnęła wargi. Nie wrzeszczały, tylko prawie że szeptały. Mara zauważyła, że boją się, że ktoś je usłyszy.
-Czemu nas nie poinformowałaś, że twoje dziecko ma koszmary?
-Bo to MOJE DZIECKO! - Tym razem Margaret krzyknęła, po czym się opamiętała - Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
-Margaret... - ton głosu Charlotte był spokojny - Dobrze wiesz, że to kiedyś musi się stać. Może to nie jest to pokolenie. Może następne.
Pani Grant pokiwała ze smutkiem głową i cicho oznajmiła.
-Musze iść do pracy... - podniosła oczy i przywołała uśmiech, krzycząc - Meggie, musimy iść!
Dziewczynki prawie natychmiast się zjawiły. Z tymi iskierkami w oczach. Mara tak dobrze znała te spojrzenia. Do dzisiaj tak wyglądają, jak się śmieją. Tyle, że są starsze.
-Ale przyjdziesz jutro? - spytała Chloe wciągając rączkę - Przyrzekasz na mały paluszek?
-Na mały paluszek - Megan wyszczerzyła się i wyciągnęła paluszek - Przyjaciółki na zawsze.
Margaret Grant wciągnęła głośno powietrze i spojrzała na matkę Chloe. Ta jednak wzruszyła ramionami jakby chciała powiedzieć: 'Trudno, stało się'. Każda z dziewczynek chwyciła rękę mamy i każda para poszła w przeciwne strony. Mara usłyszała tylko, jak Megan poucza matkę:
-Mamo, nie nazywaj mnie Meggie, jestem już dorosła.
Obraz zaczął się rozpływać i znowu musiała zacisnąć powieki, by nie oślepiło jej białe światło. Ty, razem już nie bolało, poczuła się tak, jakby budziła się ze snu. Powoli, bez nerwów.
-Maro, Maro?!
Dziewczyna otworzyła oczy. Znowu była w szkole. Do jej uszu dobiegł huk i strzępy rozmów. Patrzyła na wystraszone twarze siedemnastoletnich Megan i Chloe, z rozszerzonymi źrenicami i strachem na twarzy.
-Wszystko w porządku? - spytała Chloe z lekkim drżeniem głosu - Jesteś blada. Słabo ci?
Mara czuła, jak dolna warga jej drga. Szybko puściła ramiona przyjaciółek, które dotąd mocno ściskała, odwróciła się na piecie i uciekła, znikając w tłumie.
Zabrzmiał dzwonek na drugą lekcje.

***

Patricia Williamson siedziała w swojej ławce obok Amber. Blondynka na siłę pchała się na puste miejsce, a rudowłosa nie chciała dzisiaj ściągać na siebie uwagi.
Nauczyciel coś mruczał przy tablicy, ale dziewczynę niezbyt to obchodziło. Zasłoniła się piórkiem i udając, że tępo patrzy się w podręcznik, przeglądała gwiazdozbiory. A dokładnie zdjęcia i opisy gwiazd, szukając choć małego kawałka, który wyglądałby jak ten z koperty.
Ta zagadką ją denerwowała. Nie mieli żadnej wskazówki, tylko jakieś stare, śmierdzące pergaminy, na dodatek czyste. Patricia chciała je wyrzucić, ale Fabian jej zabronił, obiecując, że w wolnym czasie je przeglądnie.
Swoją cześć zadania, tą w szukaniu tajemniczego znaku oddał Eddiemu. Sam Fabian nie mógł się skupić na niczym innych, jak na księdze, którą znaleźli. Tak wiec Patricia, chcąc nie chcąc, kazała swojemu chłopakowi sprężyć się i znajdzie ten cholerny znak, zanim ona znajdzie prawidłową sekwencję gwiazd.
Większość gwiazdozbiorów już przeglądnęła. Zostały jej raptem dwa duże i kilka małych. I miała nadzieje, że szybko upora się z tym zadanie i w końcu spokojnie się wyśpi.
Dlaczego zawsze ona? Najpierw Rufus, potem Robert (a przy okazji dowiedziała się, że jest jakimś tam potomkiem, co jej nawet nie satysfakcjonowało ) teraz jakaś tajemnicza postać. I weź tu człowieku żyj normalnie.
Zapisała sobie symbol na kartce. Pięć gwiazd wokół jednej dużej, powiązane sznurami. Tych 'sznurków' na zdjęciach raczej nie będzie. Patricia ze skupieniem przeglądała każdą sekwencje gwiazd ze dwa razy. Amber wierciła się obok niej, co rozpraszało jej uwagę, na szczęście nie gapiła się co robi. Od jakieś czasu nie była wścibska, co tak na marginesie Patricii nie przeszkadzało. Przynajmniej nie musiała zbywać dodatkowych osób. A co do Logana... Tą sprawą ma się zając Jerome i Alfie. Ale ona jakoś im nie ufała. reszta Sibuny przyjęła ten pomysł jak błogosławieństwo z nieba, bo sami nie umieli ruszyć łbami by coś wymyślić. Ale Megan i Alfie musieli nieźle nagadać Clarkowi, który teraz zgrzyta zębami za każdym razem, jak Soren przechodzi obok niego.
Szykuje się zemsta.
Ziewnęła. Często ziewała na lekcji, nic nie było godne jej uwagi. Za bardzo starała się znaleźć ten głupi gwiazdozbiór, nie miała podzielności uwagi. Mieli biologię. A na biologii zawsze są jakieś głupie teksy. Zawsze.
Tym razem przypadło to Willow:
-Proszę pana, a co trzeba zrobić, by amputować nogę? - spytała podnosząc rękę.
-No cóż, powodów jest wiele. Na przykład obumarcie komórek, gdy przed długi czas krew nie dopływa do tkanek i...
-A ja mam pomysł - odezwała się Patricia - Amputujmy teraz nogę Loganowi, zobaczymy co się stanie!
-Jestem za! - Jerome poderwał się z krzesła, po czym cała klasa się ożywiła i zaczęły się rozmowy. Zaczynało się tak : Alfie przybijał ze wszystkimi piątki, Megan głośno wzdychała i chowała twarz w dłonie, Fabian przewracał oczami, a Willow cieszyła się jak idiotka. Ale czegoś tu brakowało : nikt nie uspokajał Jeroma. Patricia rozejrzała się po sali - nie było Mary.
-Spokój! - warknął nauczyciel, uderzając wskaźnikiem w blat biurka - Nawet gdybyśmy to chcieli zrobić, nie mamy powodu...
-Ja mogę dać panu powód! - Lana krzyknęła i wyszczerzyła idealnie białe zęby.
- ...ani zgody...
-Udzielam zgody - wrzasnął Eddie - Mogę go nawet przytrzymać.
-... ani specjalistycznych narzędzi, by wykonać zabiegu.
Klasa westchnęła zawiedziona, ale Chloe powstała i chwyciła za plecak.
-A to się da załatwić - powiedziała ucieszona i wyciągnęła siekierę z plecaka. Cała klasa krzyknęła, rozległy się śmiechy. Tylko nauczyciel i sam Logan parzyli z kamiennymi wyrazami twarzy na wyszczerzoną blondynkę, trzymającą w dłoni siekiery. Patricia wychyliła się, żeby lepiej widzieć i gdy zaczęła klaskać, przesunęła obraz w swojej komórce. Spojrzała przerażona na obraz. Cała jej praca, całe przeglądanie mapy poszło w diabli, a ona musi zacząć od począt...
I nagle zamarła. Przez przypadek znalazła coś, co szukała. I nie chodziło tutaj o miłość, bo zwykle w książkach to zdanie kończy piękną miłosną historię.

***

Mara odkręciła kran i przepłukała twarz lodowatą wodą. I jeszcze raz, i jeszcze raz, by się obudzić. Cały ból odszedł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głowa już jej nie pękała na pół, widziała i słyszała normalnie. Czuła się zaskakująco normalnie. W sensie fizycznym.
A w sensie psychicznym była w szoku. Co to w ogóle było? Wizja przeszłości? Była jakąś cholerną wróżką, jak w tych przygłupiastych programach telewizyjnych, do których dzwonił Alfie? Nie, przecież one przewidywały przyszłość. A przynajmniej tak utrzymywały. Stare naciągaczki.
 Mara zakręciła wodę i spojrzała w zaskakująco czyste lustro w łazience. Była blada, jej wielkie czekoladowe oczy wyglądały na nienaturalnie duże, tusz do rzęs został rozmazany po całej twarzy. Podsumowując - wyglądała żałośnie.
Wyciągnęła z torby drżącymi dłońmi chusteczki i wyjęła jedną. Zaczęła zmywać tusz z policzek i spod oczu. Robiła to delikatnie i powoli, po czym wyrzuciła chusteczkę do kosza i zacisnęła mocno palce na umywalce, do tego stopnia, że zaczęły ją boleć. Ale ból utrzymywał ją przy rzeczywistości, bo przecież był realny.
Widziała małą wersję Megan. Widziała samą Megan. I Chloe. Widziała wspomnienie, które kłębioło się w głowie dziewczyn. Przypomniała sobie słowa Tyson i Grant, o których powiedziała jej Patricia.
Nie pamiętam jak się poznałyśmy, ale z opowieści naszych rodziców w dość nietypowy sposób.
Byłabym wdzięczna, gdybyś nie opowiadała o naszym dzieciństwie. Możesz opowiadać o swoim ale nie o moim...
Nie chodziło tylko o dzieciństwo, Mara to czuła. Megan mogła być cholernie radosna, pozytywna aż do bólu, ale nie zmieni tego, co się kiedyś stało. Może to zatuszować, nakłamać im w twarz, ale nie zmienić. I Chloe tak samo. Obie przyjechały tu z jakieś powodu, a nie dlatego, ze chciały to zrobić. Były zmuszone.
Osunęła się powoli i usiadła opierając się plecami o ścianę. Skąd ona to wiedziała? Była medium czy co?
Któraś klasa zaśmiała się. Wybuchła śmiechem.
Mara zacięła powieki i odetchnęła głęboko. te przebłyski, te szumy i szepty. To nie było normalne. Ona zaczyna wariować. Widzenie czyiś wspomnień nie jest normalne. Ale jedna myśl nie dawała jej spokoju: czy potrafi czytać wspomnienia innych osób, czy to po prostu był jakiś udar albo przywidzenie.
Skarciła się w duchu. Jak może o tym myśleć? Ale z drugiej strony to było zbyt realne, by mogło być przywidzeniem. To namacalne wspomnienie. I  imiona też się zgadzały. Mara wiedziała, ze pani Grant ma na imię Margaret, a mama Chloe - Charlotte. One się znały przed tym spotkaniem córek.
Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
O Boże, ona szaleje. Zmarli decydowali o losach małej roześmianej dziewczynki. To jest więcej niż szalone. To jest szalone i głupie.
-Przestań o tym myśleć! - warknęła i przyłożyła sobie w twarz. Ból był realny. Miejsce, w którym jej ręka spadła z impetem, piekło. Mara dźwignęła się z podłogi. Na prawym policzku miała czerwony ślad. Spojrzała w swoje czekoladowe oczy. Jak to mawiała jej babcia? A tak. Jeżeli czujesz do czegoś powołanie, nie patrz w przyszłość, nie przejmuj się opina innych, którzy mówią, że jesteś szalona. Wszyscy są szaleni i nie rozumiem, dlaczego niektórzy to ukrywają. Zapomnij o wszystkim i rób co kochasz.
Mara chwyciła za torbę i zawiesiła ją na ramieniu. Ustosunkuje się tylko do jednej części tej rady.
Zapomnij o wszystkim.

***

-Czemu mnie uderzyłaś w twarz?
-Pieprz się.
-Odpowiedz mi, słodka pani Tyson.
-Czego kurduplu nie rozumiesz w słowie pieprz się?
Chloe odwróciła się gwałtownie i omal nie wpadła na Logana, który łaził za nią. Co za tępy człowiek.
-Brzydzę się przemocą - odpowiedział chłopak uśmiechając się. Sięgnął do dwa pasma, które opadły dziewczynie na policzek i założył za ucho - Chce tylko wiedzieć.
Dziewczyna strąciła jego dłoń ze swojego ramienia, po czym podeszła blisko, bardzo blisko, tak, ze czuła jego nierówny oddech na swoich ustach. Przymknęła oczy i szepnęła:
-Pieprz się.
Odepchnęła go z całej siły, ale on tylko cofnął się o parę kroków. Ale to i tak usatysfakcjonowało dziewczynę. Odwróciła się na pięcie i poszła dalej pustym korytarzem. Logan dobiegł do niej.
Nienawidziła dawać korepetycji. A to, ze została powołana do opieki nad tym gamoniem, to już nie jej wina, tylko tego starego grzyba. Megan dostała Fabiana, a ona tego matoła. Tylko Megan chciała się czegoś nauczyć, a przynajmniej tak twierdziła. Po prostu czasami urywał jej się kontakt. A Logan? Soren do zupełnie inna bajka. Był tu, bo musiał. Dla Chloe był jak upierdliwy kot, którego ma ochotę kopnąć, bo plącze jej się pod nogami.
Weszli do pustej klasy. Logan usiadł na biurku i obserwował, jak Tyson zapisuje liczby. I Chloe miała nadzieje, ze patrzył się na jej rękę a nie na inna cześć ciała. Rzuciła mu kredę.
-Rozwiąż to. Muszę wiedzieć, ile umiesz, a napewno dużo tego nie będzie.
Logan podszedł do tablicy i zaczął niezdarnie pisać liczby. Co za debil. Megan przy najmniej rozwiązywała proste równania, a nie tak jak on. On nawet musiał dodawać na palcach.
Nie był taki zły. Chloe na początku roku uznała, że nawet jest spoko, gdyby nie był tak pyskaty i arogancki. A ona tych dwóch cech nienawidziła. Tyle w temacie.
Przyglądała się z krzywym uśmiechem, jak liczy. Podrapała się w nos i przyznała, że nie jest tak źle jak sądziła na początku. Przynajmniej chłopak umiał pisać, a to już na jego pozom było dobrze. Umiał napisać ósemkę. Chloe byłaby pod wrażeniem, gdyby była w przedszkolu, a nie w ostatniej klasie liceum.
-Uroczo - powiedziała - Liczysz na palcach.
-Ja cały jestem uroczy - odpowiedział Logan, posyłając jeden z słodkich uśmiechów. Chloe przewróciła oczami.
Te pół godziny minęły bardzo powoli. Gdy Chloe wychodziła z sali, czuła się, jakby tłumaczyła Megan przez trzy godziny, jak się rozwiązuje równania. Masakra, jakby powiedziała to jej przyjaciółka. Tak więc w pół do czwartej, Tyson wyszła z budynku szkoły i ruszyła w stronę domu.
Zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie w tej szkole. Najpierw każą się im trzymać razem, potem rozdzielają nic nie tłumacząc. Jaki ona czuła wtedy żal do swoich rodziców... Musiała być z Megan, obiecała jej to. Dziewczyna za dużo przeszła, a ona jej w tym towarzyszyła, więc zostawienie jej bez powodu było chamskie. Ale Grant sobie radziła, co ja cieszyło. Nadal trzymały się razem.
Przyjaciółki na zawsze. Na dobre i na złe.
To zwykle był ich tekst. Jak sobie coś obiecywały albo musiały stawiać czemuś czoło, zawsze to sobie mówiły. To było tak jak małe zaklęcie.
Megan nie lubiła wspomnień. Za bardzo ją obciążały, przygniatały. Za bardzo się im poddawała, nie umiała z nimi walczyć. A Chloe była jej aniołem stróżem. Pomagała, gdy ta upadała. I też tak było na odwrót.
Nagle poczuła, że łzawią jej oczy. Płakała, nawet nie wiedziała kiedy zaczęły. Tak bardzo chciały o tym wszystkim zapomnieć.
-Hej... - usłyszała za sobą głos Logana. Odwróciła się, żeby mu powiedzieć, żeby spadał. Ale on zrobił coś, czego się nie spodziewała. Objął ją i przytulił. Przez chwile stała jak idiotka, potem go objęła. Pachnął męskimi perfumami, lasem i jeszcze czymś, ale ona nie chciała o tym myśleć. Teraz to się rozbeczy jak dziecko.
Stali tak przez chwilę, aż całkiem zdrętwieli. Odsunęli się od siebie, a on zatarł z jej policzka łzę. To sprawiło, że zapłonęła do niego sympatią. Uśmiechnęła się delikatnie, czekając aż zabierze dłoń z jej policzka. Ale tego nie zrobił. Zamiast tego, delikatnie pieścił jej policzek kciukiem. Spojrzała w jego oczy. Te cholernie błękitne oczy, w którym mogła by utonąć. I nie zobaczyła w niej arogancji. On też czuł to co ona, za dużo czasu widziała oczy Megan z tym samym błyskiem. Ale teraz nie miała najmniejszej ochoty myśleć o przyjaciółce.
Pochylił się nad nią i przez chwilę zawahał się z ustami nad jej ustami. Bał się, że go odepchnie. Że odwróci głowę i ucieknie. Ale ona nie miała zamiaru uciekać. Jego otwarte oczy badały jej szare, szkliste oczy. Nie wiedziała co się dzieje. Czuła, jak rytm serca jej przyśpiesza. Delikatnie przymknął powieki i dotknął jej różowych ust. Ona tez zamknęła oczy. Przywarł ustami do jej ust. Chloe nigdy wcześniej się nie całowała, nie wiedziała jak to się robi. Ale poczuła się niezwykle lekka. Logan położył płaską dłoń na je plecach, przysuwając ja do siebie bliżej. Krew szumiała jej w uszach, objęła jego szyję, przyciągając go mocniej do siebie. Jego pocałunki był całkiem inne niż on. Jego temperament był ognisty, nie umiał się opanować. Tymczasem jego pocałunki były jak czyste powietrze, jak orzeźwiająca woda. Ale i tak przyprawiały ją do obłędu. Lewym kciukiem nadal pieścił jej policzek, prawą rękę zanurzył w jej złocistych włosach. Ona wodziła dłońmi po jego ramionach, błagając Boga, by nie przestawał.
W końcu, po kilku chwilach, może minutach lub słonecznych dni oderwali się od siebie. Przez chwilę nic nie mówili, tylko na siebie patrzyli. W końcu Logan odezwał się lekko zachrypniętym głosem:
-To co? Umówisz się ze mną?
Chloe uśmiechnęła się lekko i z ustami przy jego ustach, szepnęła:
-Pieprz się.
Po czym znowu go pocałowała.



To nie jest ten super seksowny pocałunek, który napisałam wcześniej. Żeby nie było.
Mój najdłuższy rozdział ever, żebyście się na mnie nie gniewali. No :)
I szczerze powiedziawszy, jestem z niego całkiem zadowolona. Przyjemnie mi się go pisało.\
Nigdy się nie całowałam, nie wiem jak to jest, więc sorry, musicie się zadowolić moim kiepskim doświadczeniem w całowaniu. Jedyne co wiem o całowaniu, to wiem z książek. Nie całują się w książce - książka jest nie ciekawa.
Żartuje, całowałam się z Bradem.
Kabum! Ale was zatkało :) Wasze miny są bezcenne *u*
Paskudnie się uczuje, zostałam dziś w domu, brzuch mnie tak bolał ze masakra.
Zostało 8 dni do niesamowicie zajebistego koncertu mojego aniołka Brada na którym rozpierniczy głośniki, bo będzie tak zajebisćie. No.
I mam pomysł na drugą księgę. Ta jest pierwsza, niedługo będzie koniec pierwszej części. Plan jest w planowaniu. Opss. 
Naprawdę muszę do łazienki, ale dokończe moją super zajebiszczastą przemowę, a co.
Dostałam 5 z fizy, możecie mi kupić prezent. Mamusia przyszła z wywiadówki i podsumowując : mam jedną jedynkę, jedną dwójkę, dwie tróje, szesnaście czwórek, czterdzieści cztery piatek i trzy szóstki. Musiałam się pochwalić.
Krzyczą za mną w szkolę Brad Kavanagh, a jak coś chcą, to mówią do mnie największo fanko Brada Kavanagh. To takie żałosne i słodkie zarazem. Ale i tak ich nie lubię ^^
Zapomniałam o Amfie. Znooowu :(
Okey, to ja może pójdę do tej łazienki. Pisze rozdział od ponad trzech godzi, a to daje w kość ♥


Bey. Kocham was
Joylitte 
xoxox


P.S. Waldzo spłoń!

sobota, 16 listopada 2013

039. Rozdział trzydziesty dziewiąty

Mara spojrzała z politowaniem w górę i pokręciła głową. Niby są przyjaciółkami, ale kłócą się o każdą głupotę, wrzeszczał jak małe dzieci i jak małe dzieci robią tyle hałasu. Chloe zawsze tak działała na Megan - pobudzała ją do życia. Mara cieszyła się, że blondynka tak na nią działa. Ostatnio była przygaszona, za bardzo się zamartwiała. Ale w sumie, to właśnie to sprawiło, że się ze sobą zżyły. To Megan pierwsza poznała jej sekret, to ona pierwsza objęła ją i pocieszyła, gdy nikt inny tego nie zauważył. Jaffray była za to jej wdzięczna całym sercem. Miała do przyjaciółki wiele cierpliwości, ale w takich warunkach nie da się uczyć. Zatrzasnęła książkę i wstała z kanapy, ignorując westchnienie Amber, że raczy się pofatygować. Chloe przychodziła raz na jakiś czas, więc było to do zniesienia. Każdemu należny się jakaś mała nuta szaleństwa.
Wchodząc po schodach, hałas narastał. I nagle cisza. Zawsze tak było - faza głupawki przeszła. Ale Mara i tak zapukała do pokoju po czym weszła. Bałagan. Jeden wielki bałagan. A w środku tego bałaganu siedziały dwie dziewczyny. Mara westchnęła.
-O co tym razem poszło?
-Nieważne - mruknęła Chloe i zmrużyła oczy, jakby ją raziło słońce - Allison przyjdzie za pół godziny, miałam ci to przekazać.
-Mhmm. - Mara podniosła z podłogi figurkę aniołka i położyła ją na półce. Przyjrzała się jego dziecinnej twarzy: duże, niebieskie oczy, małe usteczka i duże policzki. Nigdy nie przepadła za tymi sztucznymi figurkami z dwoma piórami zamiast skrzydeł. Odwróciła twarz od przesłodzonej twarzy. Chloe podnosiła się z podłogi. Już wychodziła? Potrafiła siedzieć tutaj godzinami, a dzisiaj po piętnastu minutach ma dość swojej przyjaciółki? Tyson mruknęła 'cześć' i wyszła. Megan nadal siedziała, patrząc się w nicość. Jaffray usiadła na przeciw niej, tak, że jej oczy spoczywały na niej.
-Coś ty jej znowu zrobiła?
-Ja? - Megan spojrzała na nią z słabo udawaną niewinnością - Ja? Ja nic nie zrobiłam, to ona zaczęła.
Mara westchnęła w duchu. Czasami jej nie rozumiała.

***

-Znalazłeś coś?
-Nie.
-Jesteś pewny?
-Tak.
Minęła chwila ciszy, po czym Eddie znowu zagadał swojego współlokatora.
-A teraz?
-Eddie! - warknął Fabian podnosząc wzrok - Może byś sam zaczął szukać?
Eddie wzruszył ramionami i ugryzł jabłko, zaglądając przez ramie Patricii, która też przyłożyła się do poszukiwań. Na razie księgę z dyskiem słonecznym schowali w bezpiecznym miejscu, czyli pod obluzowaną deską obok łóżka Millera. Teraz zajęli się sprawą listu. Williamson, która zabrała się za przeszukanie gwiazdozbiorów. Na kolanach obok laptopa leżała kartka z sześcioma gwiazdami.
-A ty coś znalazłaś? - spytał Eddie, gryząc owoc.
-Jeśli się nie odsuniesz, przysięgam, wsadzę ci to jabłko w wiadome ci miejsce - warknęła Patricia i obdarzyła go morderczym spojrzeniem. Deszcz zaczął bębnic w szybę i spływać po niej leniwymi strumykami. Jak on mógł sobie siedzieć i najnormalniej w świecie jeść jabłko, jak ona i Rutter zasuwali, żeby znaleźć coś, cokolwiek, co by przydało się w rozwiązaniu zagadki? Prawdopodobnie wyczytał z jej twarzy to co myślała, bo wstał, wyrzucił ogryzek do kosza i stanął przed nią z założonym rękami.
-Zadowolona?
-Bardzo- warknęła i opuściła wzrok na monitor. Ale Miller nadal stał. - Co się gapisz? Może wziąłbyś się do roboty?
-I tak nic nie znajdzie - mruknął Fabian kartkując jakąś obszerną księgę.
-Dzięki za wiarę. - mruknął do Ruttera odwrócił się do Patricii - Niby co mam szukać? Warczysz na mnie, że nic nie robię, a jak chce coś znaleźć to...
-Nie ględź - mruknęła dziewczyna pocierając sobie skronie - Znajdź symbol, który nosi Alfie.
-Ja go szukam! - odezwał się Fabian z urazą w głosie.
-A znalazłeś coś? - spytała, a gdy odpowiedział jej mruknięciem, odpowiedziała - No właśnie. Eddie, rusz tyłek i zacznij szukać. Ja muszę iść.
Wstała i zanim chciał zaprotestować, wyszła z pokoju. Akurat wtedy, jak Logan z popcornem powoli wszedł do pokoju i teatralnie zamknął drzwi. Fabian rzucił się na papiery, by je szybko schować, a Eddie oparł się o ścianę i obserwował jego twarz. Coś się szykowało.
-No, to jak wam się udał spacer do lasu? - spytał Soren, siadając na swoim łóżku - Fajnie było?
-Śledziłeś nas? - spytał Fabian z lekką nutą rozdrażnienia w głosie. A Eddie zaklną w duchu. Patricia mówiła, ze ktoś za nimi szedł. Mówiła, że to nie dobry pomysł, ale jej nie posłuchali. Świetnie.
-No wiesz, jak trzech kolesi i trzy laski chodzą po lekcjach do lasu, ktoś może podejrzewać, że coś knujecie.
Eddie zerknął ukradkiem na Fabiana, który słuchał z kamienną twarzą. jego lewa ręka zastygła na klawiaturze laptopa. Logan uśmiechnął się promienie, zadowolony z siebie.
-No, to zawrzyjmy umowę. Ja nic nikomu nie powiem, no może prócz babci, moja babcia jest spoko. - wepchnął sobie do ust trochę popcornu - A wy będziecie robili za mnie zadania domowe i odbębniali dyżury. To jak?
Fabian nadal się nie porusz, tak samo Eddie. Niby co mieli zrobić? Żadne negocjancie nie wchodziły w grę. Albo się zgodzą, albo stracą wszystko. Rutter spojrzał na niego, a on już wiedział, czego chłopak oczekuje. Żeby coś zrobił. Ale nic mu nie przychodziło na myśl, więc tylko kiwnął głową.

***

Amber chodziła w tę i z powrotem, tak, ze od obserwowania jej Megan rozbolała głowa. Posprzątała już bałagan, który zrobiła razem z Chloe i teraz cała Sibuna spotkała się na zebraniu. Przekazanie informacji, że Logan ich nakrył, przypadła nieszczęśliwemu Fabianowi, który teraz zbierał baty to od Amber, to od Patricii. Alfie stał z ponurą minął i obserwował, jak obcasy Amber stukają o panele. Patricia stała przed chłopakami z założonymi rękami i zgrzytała zębami.
-Jak mogliście dać się oszukać! - warknęła.
-Ja nie będę zmywać naczyń, myślicie, że te manicure był za darmo? - spytała Amber zaciskając usta.
-On nic nam nie mógł udowodnić, a wy tylko potwierdziliście jego domysły.
-To nie do pomyślenia, moje ręce nie są przyzwyczajone do pracy.
-Jesteście gorsi niż małe dzieci!
Fabian był cały czerwony na twarzy i nerwowo wyginał palce, a Eddie po raz pierwszy czuł się zakłopotany. Megan stwierdziła, że ta scena fajnie wygląda. Jakby byli małżeństwem i kłócili się o jakąś głupotę. Grant spojrzała na Alfiego, który siedział zamyślony. Gdy zauważył, że się na niego gapi, uśmiechnął się tajemniczo. Megan spadł kamień z serca i odwzajemniła uśmiech. I na jej nieszczęście, Patricia to zauważyła.
-Co się szczerzysz? - warknęła - Nie widzisz, że to poważna sprawa.
-A od kiedy to my traktujemy Logana poważnie? - spytała Megan i spróbowała podnieść jedną brew, ale jej się nie udało. Zresztą jak zwykle.
-Więc co proponujesz? Mamy go olać? Wątpię, poznałam trochę Logana - odpowiedziała Williamson i zignorowała podejrzliwe spojrzenie Eddiego - Łatwo nie odpuści.
-No to go wykiwajmy - odpowiedział Alfie, podnosząc wzrok - Pobawmy się z nim.
-Nie mówisz poważnie - Amber przystanęła i spojrzała na chłopaka - To się źle skończy. Niby kto ma go wykiwać?
-Znam takich dwóch przystojniaków... - Megan rozejrzała się po obecnych roziskrzonym wzrokiem. Jak widać, tylko Alfie załapał o co jej chodzi.

***

Jerome siedział na łóżku i lustrował wzrokiem Alfiego, który nie przestawał się szczerzyć. Chciał ocenić, czy chłopak mówi prawdę. Megan opierała się o drzwi, powołana na światka przestępstwa.
-Poważnie tak powiedział? - spytał Clarke i kopnął małą piłeczkę, która leżała przy jego stopie - Logan?
-Oj tak... - odpowiedziała Megan, z wielkim zainteresowaniem przyglądała się paznokciom - Dodał jeszcze, że masz tyle żelu na włosach, że trudno ocenić, czy je w ogóle myjesz.
Alfie pokiwał entuzjastycznie głową i dodał od siebie:
-Mówił jeszcze, że od jutra zacznie zbierać od każdego w szkole składkę, a potem ci ją przekaże na fryzjera.
-Uznaliśmy, że powinieneś wiedzieć - Megan wzruszyła ramionami i poprawiła włosy. Alfie wyglądał tak, jakby się wahał, czy jeszcze coś powiedzieć. Clarke to zauważył i posłał mu spojrzenie, pod którym Alfie się ugiął i cicho powiedział:
-Jeszcze do tego oznajmił, że się nie dziwi, dlaczego Mara od ciebie odeszła. Że nie jesteś jej wart.
Megan syknęła i posłała Lewisowi mordercze spojrzenie. Jerome wyglądał, jakby ktoś uderzył go w twarz. Jego usta były zaciśnięte w wąską linię, a oczy wydawały się jeszcze bardziej intensywniej błękitne niż zwykle. Wahał się przez chwilę, po czym zapytał zdecydowanym głosem:
-To co robimy? Musimy go na czymś przyłapać?
-Zemsta nie jest dobrym wyjściem za wyrządzone krzywdy - przypomniała mu cicho Megan, po czym umilkła spiorunowana spojrzeniami chłopców. Usiała na skraju łóżka i wyjęła telefon.
-Czyli robimy za detektywów? - spytał z entuzjazmem Alfie - Mogę pożyczyć od Willow aparat i dyktafon.
-Dobra. - Jerome uśmiechnął się złośliwie - Przy okazji nagramy, jak Fabian śpiewa pod prysznicem. Może zrobi za nas zadanie z historii, mam po po dziurki w nosie tej głupiej wojny. A teraz Megan... - zwrócił się do dziewczyny, która szybko schowała telefon - ... wyjdź. To są męskie sprawy.
-Pff... - Grant teatralnie wstała, zatrzepotała rzęsami i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Uśmiechnęła się do siebie, zrobiła klika kroków i wpadła do drugiego pokoju chłopców. Wyszczerzyła się jeszcze szerzej i uniosła dwa kciuki w górę.

***

Straciłeś kiedyś coś? Wydawało ci się, że to już koniec, że się nie podniesiesz, że nie masz sił dalej iść?
Chciałeś zamknąć się w pokoju, zawinąć w koc i już nigdy nie pokazać się światu?
Czułeś się niekochany, oszukiwany i niepotrzebny?
Bo ja tak.
Mój ojciec zginął w pożarze budynku, w pracy. Nikt nie wiedział, jak to się stało. Prawdopodobnie ktoś podłożył ogień, uciekł i potem patrzył, jak niszczy życie innym osobom. Byłam mała, nie rozumiałam co się stało. Pewnego razu, kiedy bawiła się lalkami, zadzwonił telefon. Mama, która w tym czasie prasowała ubrania, poszła odebrać. I nie wracała bardzo długo. Ja, pochłonięta zabawom, spostrzegłam to po godzinie. Podniosłam się więc z podłogi i zręcznie omijając wszystkie swoje zabawki, dotarłam do kuchni. Mama siedziała na podłodze, oparta o szafki i płakała. Gdy mnie zobaczyła, łzy zaczęły płynąć z jej oczu szybciej i szybciej. Podbiegłam do niej i objęłam mocno. Do dzisiaj pamiętam jej ciepły, przerywany oddech na swojej szyi, smak jej słonych łez. Gdy kładła mnie spać, śpiącym głosem spytałam:
-Kiedy wróci tata?
-Kotku, on jest już w swoim domu. Tam mu nic się nie stanie, jest jednym z aniołów Boga.
-A kocha mnie jeszcze?
-Zawsze cię będzie kochał. Teraz śpij.
Gdy obudziłam się w nocy, usłyszałam, jak płacze. Byłam za mała, nic nie rozumiałam. Ale o dziwo, choć miałam niewiele lat, ten dzień utknął mi w pamięci, pamiętam każdy szczegół. Ale wspomnienia o tacie zaczynają blaknąć. Pamiętam jeszcze zapach jego perfum, przyjemne łaskotanie jego wąsów, jak całował mnie w policzek, brzmienie jego głosu. Ale zapominałam jak to jest, kiedy mnie przytulał. I jak łaskotał mnie, jak go wystraszyłam.
Teraz siedzę w internacie, przy stoliku i patrze na kartę telefonu. Kartę Joy. Odkąd znalazłyśmy ją z Marą, bez przerwy szukamy jakieś wskazówki. I w końcu się udało. Włamałam się do gabinetu dyrektora i przeglądnęła nagrania z kamer z tego dnia, gdy wyjechała. Spisałam numer rejestracyjny taksówki i dzisiaj, razem z Mara wybieramy się do Liverpoolu, by znaleźć kierowce i spytać go o kilka istotnych rzeczy.
Schowałam kartę do kieszonki i wyszłam z pokoju. Jaffray miała na mnie czekać przed domem Anubisa. Pożegnałam się Chloe i chwyciłam po swój czarny płaszczyk. Ubrałam go i wyszłam na dwór. Od razu moje policzki się zaczerwieniły, dłonie skostniały. Mogłam wziąć rękawiczki, było by mi cieplej. Jesień zawsze mnie fascynowała. To, jak liście z dnia na dzień robią się czerwieńsze, by po kilku dniach spaść na ziemię. Mimo, że większość ludzi nienawidziła deszczu i zimna, ja je lubiłam. Nie wiem dlaczego, kwestia gustu. Zawsze wolałam zimę od lata.
Mara czekała na mnie w umówionym miejscu, w czerwonym płaszczyku, który idealnie podkreślał jej oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie i razem wsiadłyśmy do taksówki, która właśnie przyjechała.
-Dokąd panienki zawieść? - spytał gburowaty kierowca, żując gumę.
-Liverpool. - odrzekła Mara, uśmiechając się  niepewnie. Zapięłam pasy i spojrzałam na Jaffray.
-Na pewno chcemy to zrobić? - spytałam, widząc troskę w jej oczach - Prawda może być bolesna.
-Tak, Allison, chce poznać prawdę.
Kiwnęłam głową i obserwowałam, jak krajobraz zmienia się. Nie było już wypielęgnowanego trawnika, tylko drzewa. Oparłam głowę o zimną szybę i przymknęłam oczy. Po chwili ktoś zaczął potrząsać moim ramieniem.
-Co? - spytałam półprzytomnie - Zasnęłam?
-Taaa - Mara zapłaciła kierowcy - Wysiadamy.
Otworzyłam drzwi i wyszłam. Nigdy nie lubiłam miast, są zbyt zatłoczone. Potupałam nogami, by się rozgrzać i ramie w ramie z Jaffrey zaczęłam przepychać się wśród ludzi. Wszyscy są tacy ponurzy...
Doszłyśmy do budynku pomalowanego na biało. Mara pewnym ruchem otworzyła drzwi i razem weszłyśmy. Po moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło.
-Dzień dobry - odrzekła wesoło do mężczyzny, który nie wyglądał sympatycznie - Czy mogłabym porozmawiać z koleżanką z właścicielem tej taksówki?
Mara podała mu kartę z napisaną rejestracją. Mężczyzna przebiegł  wzrokiem po liczbach, po tym oddał jem kartkę.
-Nie.
Płomień w oczach Mary zgasł. Kłamie, wiem to. Chwyciłam go z przodu za koszulkę i potrząsnęłam. Mimo, że wyglądał na silnego, wcale taki nie był.
-Słuchaj - warknęłam - Nie chcemy kłopotów, tylko kulturalnie porozmawiać. Więc teraz rusz dupę i go nam znajdź, albo zrobi się nieprzyjemnie.
Facet coś mruknął i wyszarpnął się. Wszedł w brązowe drzwi, po czym wrócił z kolegą. Mężczyzna wyglądał jakby miał ponad czterdzieści lat, był ubrany w zwykłe jeansy i czerwoną bluzę. Stanął z założonymi rękami i spojrzał na na mnie z wyższością a ja spojrzałam na niego, jakby był śmieciem.
-Dzień dobry - zaczęła miło Mara, a facet dopiero się ogarnął, że oprócz mnie jest ktoś jeszcze - Pamięta może pan dzień, w którym przyjechał pan do Anubisa?
-Ahh... - mężczyzna chyba był zaskoczony, że ktoś potrafi być dla niego miły - Tak, pamiętam. To nie był mój najszczęśliwszy dzień.
-A czy na dziewczynę, którą pan zabrał czekał ktoś, gdy przyjechała?
-O czym ty dziewczyno mówisz? - facet wydał się szczere zdziwiony - Nikogo nie zabrałem. Ktoś zadzwonił, a jak przyjechałem, nikogo nie było.
Mara rozchyliła usta, nie wiedząc co powiedzieć. Teraz ja przejęłam pałeczkę.
-Nikogo pan nie widział? Nastolatka, z kręconymi włosami, elegancko ubrana z walizką, prawdopodobnie płakała.
-Nikogo nie zabrałem. Tak ciężko tak zrozumieć. Z policji jesteście?
Zmarszczyłam nos. A myślałam, ze możemy się zaprzyjaźnić. Chyba wszyscy taksówkarze są tacy wredni.
-Dzięki za rozmowę - powiedziałam, po czym chwyciłam Marę za ramię i wyprowadziłam z budynku. Gdy Jaffray poczuła świeże powietrze, nieco się rozluźniła.
-Albo on kłamię, albo mówi prawdę - wykrztusiła z siebie w końcu Mara, gdy prowadziłam ją za ramię do najbliższej kafejki.
-Ale znaleziono ciało Joy... - powiedziałam cicho. Mara lekko drgnęła.
-Coś się tu nie zgadza.
Wszystko. Wszystko się nie zgadza. Wszystko jest porąbane. Weszłyśmy do kafejki pachnącej ciastkami, co było przyjemną zmianą. Zamówiłam dwie kawy i usiadłam z Marą przy jednym wolnym stoliku przy oknie. Kelnerka po kilku minutach przyniosła nam napój. Wypiłam jeden łyk naparu - od razu mnie rozgrzał.
-To musi mieć jakiś związek. - powiedziała Mara - Musi.
-No ale mamy jedną wskazówkę. Joy nie opuściła szkoły.
-Czyli ta sama sytuacja co z Lucy? - spytała i wypiła łyk.
-Tak. Chyba tego się nie da rozwiązać. Musimy się poddać.
Mara spojrzała na mnie, jakbym uderzyła szczeniaczka. Ale taka była prawda. Nie miałyśmy niczego, co by nam pomogło rozwiązać tą głupią grę. Mara pomasowała sobie skronie.
-Dobrze się czujesz? - spytałam zaniepokojona, bo cały kolor odpłyną z twarzy przyjaciółki. Pokręciła głową. Obie szybko dopiłyśmy kawę i wróciłyśmy do szkoły. Chyba nigdy nie polubię taksówek.

***

Jerome położył gorącą dłoń na czole Mary. Dziewczyna była blada, a jej czekoladowe oczy lśniły jak rozżarzone węgle. Allison robiła herbatę w kuchni, a Trudy szukała tabletek na ból głowy. Mara nie miała gorączki, ale jej oczy błyszczały, jak dwie wielkie gwiazdy. Allison przyniosła herbatę na tacy i czystą wodę dla Mary, by popiła tabletki.
-Mam nadzieje, ze to nic poważnego - odparła zaniepokojona dziewczyna.
Jerome kiwnął głową i chciał zabrać dłoń, ale Mara go powstrzymała. Spojrzał na nią zdziwiony, gdy jej dłoń dotknęła jego. Mara zamknęła oczy i zasnęła.







Nie martwcie się, kochanej Marusi nic nie będzie. 
Dawno mnie nie było. Tylko mnie nie zabijcie. Ale chyba nikt nie tęsknił. Koleżanka z ławki powiedziała mi, ze przeczytała moje całe ff. I spytała się tylko, dlaczego ja wszystkich uśmiercam. Wszystko w swoimi czasie. Przypomniałam sobie, że Marusia i Allison robią za Sherlocka. Trzeba było coś na ten temat na pisać. W następnym rozdziale będzie więcej o zagadce Patricii i Loganie. Miałam go zacząć swatać w tym rozdziale, ale sobie zapomniałam. uppsss. Mam nadzieje, ze Beata mnie nie zabije. I Rock n roll.
Mam fajny różowy lakier na paznokciach.
A Brad jedzący ciastka jest uroczy. Nie miałam dawno takiej podarki z ciastek i włosów Brada. Ameeen.

Dla sprostowania, nie pisze bloga o 1D. Jestem autorką pomysłu, moja działka to ff o HoA i tak pozostanie. Nie lubię pisać ff o gwiazdach. Zawsze pisałam tylko o serialach. Poprawka. To jedyne ff które pisałam, lool. No i je piszę. Mam zajebisty koniec, będzie bardzo płaczliwie. Buuu.
Zakochałam się w Darach Anioła, genialny film, teraz czytam  serie ' Diabelne Maszyny'. To przed trylogia DA, jak ją skończę, to zaczynam DA. Jak dobrze, że biblioteka kupiła te książki. Chwała im za to!

Uczymy się grać na gitarce kolęd. Będzie wielkie śpiwania, umca umca.

Nie zanudzam was. 
Paaa
Joylitte
xxx

wtorek, 5 listopada 2013

038. Rozdział trzydziesty ósmy

Oto tęsknotą wbił się w samo serce rzeczy,
Jako strzała pierzasta, by być dłonią znowu,
Która ma wyrwać pocisk i, jak łup połowu,
Wraz z nim zagadkę wydrzeć spod tajemnic pieczy.

-POSZUKIWACZ TAJEMNICY Leopold Staff


Delikatne brzęczenie jej komórki, która leżała na szafce nocnej, wybudziło ją z głębokiego snu. Nie otwierała oczów, wyciąga rękę spod ciepłej pierzyny, która otulała jej ciało, odszukała przedmiot i wyłączyła telefon jednym guzikiem. Wtuliła twarz w jasnoniebieską poduszkę i chwilę pozostawała w przyjemnej nieświadomości. Jednak wspomnienia poprzedniej nocy zalały jej umysł: woda, szklanka, chłód, Lucy, światła, Fabian. O Boże.
Załkała cicho w poduszkę. Tylko raz, cichutko. Postanowiła sobie poprzedniego wieczoru, że nikt w tym domu nie zobaczy jej łez. Nikt.
Ktoś usiadł w nogach jej łóżka, powodując zapadnięcie się materaca. Nie podniosła głowy. Mimo, że spała zapewne długo i nie miała ochoty leżeć w ciepłym łóżku, była zmęczona. I po dziurki w nosie nie obchodziło ją, że ktoś pragnie z nią rozmawiać.
-Śpisz? - szepnęła Amber, choć dokładnie wiedziała, że dziewczyna jest przytomna. Megan mruknęła tylko przecząco i mocniej przytuliła twarz do poduszki. Millington kontynuowała - Victor się wściekł, nie wie co się stało. Bez przerwy coś mruczy do siebie pod nosem. Ja sądzę, że...
Megan uważała, że jeśli Amber coś uważa, należy jej przerwać. Nie żeby była nie miła czy coś w tym
rodzaju, po prostu Amber często gadała od rzeczy. Odwróciła się powoli na plecy i podparła łokciami, tak, żeby widzieć blondynkę, której twarz teraz przybrała dość dziwny wyraz. Megan znała te spojrzenie pod tytułem : "Jezu, wyglądasz strasznie". Gdyby tu była tylko Millington, Grant by to nie przeszkadzało. Ale była tu reszta Sibuny. Eddie, który siedział ze stoickim spokojem, Fabian nerwowo bawiący się swoimi palcami, Patricia z obojętną miną podpierająca ścianę i Alfie obgryzający paznokcie. Wszystkie oczy były zwrócone w jej stronę. Poczuła się niezręcznie, szczególnie, ze włosy sterczały we wszystkie możliwe strony świata. Ona leżała w piżamie, a wszyscy inni byli przebrani w mundurki. Megan z rezygnowaniem opadła na poduszki.
-Jak długo spałam? - spytała, ziewając.
-Za pięć minut zaczyna się pierwsza lekcja - oznajmił Fabian. Na Megan podziałało to jak zastrzyk adrenaliny. W błyskawicznym tempie wyskoczyła z łóżka, podbiegła do szafy i nie zwracając na to, że
Amber chciała jej coś powiedzieć, wybiegła z mundurkiem do łazienki. Eddie rozciągną się i westchnął:
-Mamy jej powiedzieć, że w czwartki jest na dziewiątą?
-Nie - odrzekła Amber włączając stoper w komórce - Zobaczymy czy pobije rekord.
Gdy na liczniku pojawiła sie liczba cztery, Megan wpadła do pokoju, chwyciła za torbę i już miała wybiec z pokoju, gdy stanęła na środku i zauważyła ich kpiące miny.
-Ale z was świnie - mruknęła i padła na łóżko. Amber nie odrywała wzroku od jej nóg i cicho syknęła. Megan też tam spojrzała. Na jej nogach widniały liczne krwawe ranki. Było ich mnóstwo. Megan zaklęła pod nosem, podeszła do szafki i wyciągnęła z nich znienawidzone, czarne rajtuzy. Trudno, musi je nosić.
-Co się wczoraj właściwie stało? - spytała bezpośrednio Patricia, a Fabian zgromił ją wzrokiem. Widać, że inaczej ustalali, jak ją o to zapytać. Obgadywali ją, Megan to czuła.
I z postanowieniem, ze już ikt nie zobaczy jej łez, zaczęła opowiadać. Amber od czasu do czasu zakrywała ręką usta, kręciła głową, ale reszta Sibuny była niewzruszona i słuchała do samego końca. Przy tym, jak opowiadała o Lucy, zerknęła na Eddiego. Jego prawy kącik ust drgał. Czuł to samo co ona - gorzkie rozczarowanie. Selene obiecywała, ze coś się takiego już nie stanie. Gdyby miała nową teflonową patelnie, która działa na duchy...
-Czyli to nie był jej głos? - spytał Fabian, wyrywając ją z zamysłu - Nie był to głos Lucy.
-Niee - Megan pokręciła głową, bawiąc się krawatem - To był głos kobiecy, trochę zachrypnięty, jakby dawno nie mówiła.
-O coś w tym stylu? - spytał Alfie i zniżył głos - Zabiję was, jeżeli nie przyniesiecie mi Maski Anubisa!
-Alfie! - krzyknęła Amber i wzdrygnęła się - Paskudna morda, powinna używać podkładu.
-Oh dajcie spokój! Bądźcie realistami! - warknęła Patricia po raz pierwszy włączając się do dyskusji.
-Jesteś pesymistką, więc się nie odzywaj - mruknął Eddie i dostał od swojej dziewczyny w głowę - Ej!
-Rzecz w tym, ze Eddie zesłał ją do tych cholernych piekieł razem z tym cholernym Rufusem, więc sorry, ona nie wróci.
-Może znalazła sposób, żeby wrócił i pościć swoją porażkę - rzucił Alfie mrocznym tonem.
-Ugh - jęknęła Amber i przeczesała palcami włosy - Mamy Halloween, ale proszę, bez takich tekstów.
Megan uniosła głowę i bacznie sie jej przyjrzała.
-Dzisiaj trzydziesty pierwszy?
-Ehem. Miała być impreza, ale jak jest taka sytuacja to dyrek...
Megan z przerażeniem rozchyliła usta.
-Jezu, tata mnie zabije - jęknęła Grant i zakryła twarz - Piątego są urodziny mojej mamy, a ja nic jej nie wysłałam. Ojciec mnie zabije.
- Ahaa - Patricia uśmiechnęła się lekko - Ja mam pomysł. - niewzruszona, że Megan zwróciła na nią uwagę, kontynuowała - Powiedź im, że jesteś w ciąży. Wnuk to będzie najlepszy prezent.
Amber zakryła usta dłonią i szepnęła:
-Oesu. Megan, jesteś w ciąży?
Eddie uśmiechnął się jeszcze szerzej, zadowolony ze zmiany tematu.
-To by tłumaczyło jej humorki.
Megan jęknęła jeszcze głośniej, zaklinając, że nie ma ciętej riposty, żeby zamknąć im buzie. Od tego była Chloe. Ona nie bała się konsekwencji, waliła prosto z mostu. jak w tedy, gdy nauczyciel od WF w starej szkole chciał jej pokazać, jak powinna serwować i chwyciła ją za rękę, wydarła się na cały głos błagając o pomoc, gdyż pedofil ją gwałci. Co z tego, że dostała uwagę i obniżone zachowanie? Okryła się blaskiem chwały i jej występek pamiętają aż do dzisiaj.
-Idę coś zjeść - mruknęła z braku lepszego pomysłu i ześlizgnęła się z łóżka, i ignorując głośnie 'Wiedziałam!' i 'A nie mówiłem!', wyszła szybko z pokoju. Za nią poszedł Fabian, który najwyraźniej nie przepadał za żartami na temat ciąż. Położył dłoń na jej ramieniu.
-Wszystko w porządku? - spytał, choć dziewczyna nie patrzyła na niego. Nadal miała do siebie żal za to, jak głupio się z nim pokłóciła.
-Mhmm. - mruknęła i usiadła na 'swoim' miejscu. Uśmiechnęła się do Trudy, gdy ta położyła przed nią talerz z grzankami z serem.
-Kłamiesz - uśmiechnął się i też sięgnął po grzankę, nie zwracając uwagi na gniewne pomrukiwania dziewczyny - Nimi się nie przejmuj - pokazał palcem w sufit, gdzie rozległo się głuche dudnienie - A co do Lucy, rozwiążemy to, zobaczysz.
Megan spojrzała na niego po raz pierwszy w tym dniu. Zaskoczyła ją szczerość w jego głosie, zachowywał się tak, jakby nie byli pokłóceni przez blisko dwa tygodnie. Gdy spostrzegł, że dziewczyna na niego patrzy, uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła gest, czując się lekka na sercu. To był najbardziej szczery uśmiech, jaki w swoim życiu mogła zobaczyć.

***

-Znowu ze sobą gadają - rozdrażniona Rose kopnęła w najbliższy fotel. Colin podniósł leniwy wzrok znad książki na jasnowłosą. Nierzadko zdarzało się, ze Riddle była wściekła. A jak się zdarzało, to zazwyczaj nikt tego nie oglądał. A jak już oglądał, to warto było na to patrzeć. Colin westchnął i odłożył książkę na dół.
-Ale czemu się tak złościsz? - spytał i rozejrzał się dookoła, żeby się przekonać, czy nikt ich nie podsłuchuje. Choć sala w której mieli zajęcia teatralne, była pełna ludzi, nikt jakoś nie był zainteresowany nimi - To przecież nie koniec świata.
Rose stanęła, zaciskając pięści i odwróciła powoli wzrok na niego. Colina przeszedł dreszcz:
-A jak ci idzie z Amber? - spytała i rozradowała się na widok jego zmieszanej miny. Rose zawsze była bezpośrednia, przynajmniej od tego czasu, jak zawarli 'spółkę'. Poradziła mu, żeby wyszedł gdzieś z Amber pod pretekstem uczenia się roli ( przedstawienie miało sie odbyć za miesiąc, co Millington przypominała każdego dnia, co pięć minut). Wypili razem kawę, lepiej się poznali i te inne sprawy, które potrzebne są do 'rozwijania związku'. dziwne, bo Riddle w żadnym związku nie była, a dawała rady jak profesjonalna doradczyni. Colin wytrzymał jej spojrzenie, aż ta się poddała i opadła obok niego.
-A tak mi dobrze szło - westchnęła i zakryła twarz dłońmi - Ja go naprawdę lubię.
Colin nie był mocny w tych sprawach. Teraz Rose, która przed minuta kipiała gniewem, wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Więc chłopak nie wiedział co dalej : ma ja poklepać po ramieniu i powiedzieć że wszystko się ułoży?
-Gorzej i tak nie będzie - mruknął i na mordercze spojrzenie koleżanki tylko wzruszył ramionami - Bądźmy szczerzy, kujony zawsze zadają się z kujonami.
Nieoczekiwanie Rose zaczęła się śmiać, co trochę speszyło chłopaka.
-No co?
-Ha ha ha, wyobrażasz sobie Marę i Fabiana jako parę? Ha ha ha, ja jakoś nie. Oni mogą być przyjaciółmi, ale nie parą. Za dużo takich samych cech. Mara lubi się rządzić i on też. Nie dogadali by się, każde lubi postawić na swoim.
-Czyli Mara chce kogoś, kim można dyrygować?
-Tego nie powiedziałam.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując innych ludzi. Jak sztucznie się uśmiechają, kiwają głowami, chodzą i rozmawiają. To było nudne zadanie, ale najwyraźniej im odpowiadało.
-Zajmijmy się twoim związkiem i Amber - powiedziała Rose trochę ciszej, żeby nie usłyszał jej Logan, który sie pojawił znikąd - Musisz dowidzieć się, o czym ona myśli.
-Mam się nauczyć telepatii? - spytał, a dziewczyna spojrzała na niego z politowaniem.
-Nie. Jej pamiętnik. Dziewczyny piszą pamiętniki.
-Ty masz pamiętnik? - spytał Colin zauważając jej kpiący uśmieszek.
-Słyszałaś, co ona powiedziała? - spytał Logan, wpychając się w rozmowę i podkreślając słowo'słyszałaś' - Że dziewczyny piszą pamiętniki. Ona jest obojnakiem.
-Stul ryja Soren, nikt cię nie pytał o zdanie.
-Widzisz? - Logan zwrócił się do Colina - Już klnie jak facet. Może nauczy tego Fabiana, bo taka ciota nigdy nie nauczy się klnąc.
Rose wstała i niby przypadkiem, kopnęła Logana z całych sił w nogę.

***

Niebo, przykryte szarymi chmurami, nie dawało ani krzty pokrzepienia i nie zachęcało do nauki. W klasie panował zwykły szum głosów, którzy wydawali uczniowie zbyt znudzeni, żeby cokolwiek zrozumieć. Jedynie Mara opierała się sennemu nastrojowi i z godną podziwu zawziętością notowała każde słowo pani Taylor. Fabian i Megan starali się brać z niej przykład. Fabianowi w dużej mierze się udawało, ale Grant zrezygnowała z notatek po piętnastu minutach lekcji. Teraz gapiła się rozmarzonym wzrokiem w tablicę zapisaną czarnym mazakiem i lekko rozchyliła usta. Inni uczniowie porozkładali się na ławkach lub rozmawiali szeptem. Jerome wyciągnął się i czujnym wzrokiem rozglądał leniwie dookoła.
Nauczycielka odwróciła się i obrzuciła klasę rozczarowanym spojrzeniem. Powoli wszyscy się budzili i zaczęli udawać, że słuchają.  Megan jednak nie zmieniała swojej wygodnej pozycji i nadal wpatrywała sie z otwartą buzią w przestrzeń. Taylor pokręciła głową i spojrzała na zegar. Do końca ostatniej lekcji zostało pięć minut.
-No więc, możemy powtórzyć sobie materiał z dzisiejszej lekcji... - tutaj zignorowała buntownicze pomrukiwania klasy - ... albo omówić kwestię waszej wycieczki, choć wątpię, że gdzieś pojedziemy.
Teraz w klasie zapanowała kompletna cisza. Nawet Grant, która prawie leżała nieprzytomna na ławce, wyprostowała się.
-Jakiej wycieczki?
-Czemu nikt nam nie powiedział?
Taylor uniosła rękę i cała klasa umilkła, spragniona informacji. Zrobili by wszystko, byle wyrwać się ze szkoły.
-Jutro jest pierwszego listopada. Święto zmarłych, ciało pedagogiczne pomyślało, by wybrać trzy klasy i pojechać z nimi na cmentarz z drugiej wojny światowej. Ale wasze podejście do historii jest karygodne i...
-Kochamy historię! - wykrzyknął Jerome - Szczególnie druga wojnę światową! Wszystko, byle by to nie był Egipt.
-Kochamy w szczególności Hitlera! - dołączył się Logan, a na jego ustach zagościł złośliwy uśmieszek - Corbierre też kocha Hitlera. Jest jego fanem!
Taylor pomasowała sobie skronie. Klasa była sympatyczna, jednak z góry jej skłonność do rozmów i ignorancja dla prowadzącego zajęcia często się ujawniała. Megan wyciągnęła się jak kot i wbiła wzrok w zegar. Trzeba się streszczać.
- Możecie pojechać, jeśli...
Dzwonek zagrzmiał, choć prawie nikt nie ruszył się z miejsca. Wyjątkiem była grant, która podniosła sie z krzesła, lecz na warknięcie Lany, usiadła z powrotem.
- Jeśli napisaliście test z historii pozytywnie i wasza średnia będzie dość wysoka - po czym dodała, gdy klasa zaczęła się zbierać - W co wątpię.
Megan jako pierwsza wypadła z sali, co było dość nietypowe. Zawsze pierwsi drzwi dopadali Jerome lub Alfie, za nimi pędził Logan, byle szybko dostać sie na obiad. Megan wepchała książki do szafki, zatrzasnęła drzwiczki i ruszyła za Amber. Dopadła ją przy sali teatralnej. Reszta Sibuny też się tam zebrała. Millington zrobiła minę zbitego szczeniaczka.
-Muszę? - spytała, sprawiając wrażenie, ze sie zaraz rozpłacze.
-Owszem - Fabian chwycił ją za ramię i pociągnął za sobą. Rano w drodze do szkoły ustalili, że ostatni raz przeszukają domek letni. Niedługo zacznie padać deszcz i śnieg i coraz trudniej będzie im się wytłumaczyć przed Trudy, kiedy będą wracali do domu zmarznięci, przemoczeni i ubłoceni. Coraz ciężej będzie im się wytłumaczyć i zakryć fakt, gdzie się wybierają. Ostatni dzień października nie zapowiadał sie ciekawie - nad szkołą wisiały chmury, a zimny wiatr atakował każdy nie zakryty rąbek ich skóry. Poszli w mundurkach, narzucili na siebie tylko kurtki i ruszyli w las.
Jak na jesień przystało, gałęzie drzew były nagie, a uschnięte liście tworzyły na ściółce coś na kształt dywanu, przyjemnie szumiąc, gdy po nich szli. Patricia rozglądał się niespokojnie za siebie.
-Ktoś za nami idzie - mruknęła do Eddiego, a wówczas i ona zaczął się oglądać - Nie podoba mi się ten pomysł.
-Nie narzekaj Gaduło. To ostatni raz, mogło być gorzej.
Doszli do budynku, który mimo lat wyglądał pięknie i majestatycznie na tle lasu. Fabian otworzył drzwi i cała Sibuna wślizgnęła się do środka. Kurz wdzięcznie tańczył w pomieszczeniu, Jedak nikt się tym nie przejmował. Podążyli prosto do 'czerwonego pokoju' gdzie mieściły się tajemne drzwi na strych.
Pomieszczenie było uporządkowane i to była ich sprawka. Kartony leżały pod ścianą, przeszukane, regał też został odsunięty i dokładnie sprawdzony. Jednak nikt z Sibuny nie odkrył tajemniczego schowka, za co Megan była dozgonnie wdzięczna losowi.
Zaczęli szukać, najpierw przeglądać tekturowe pudełka, gdy w tym czasie Amber szukała jakiś schowków w podłodze, stukając w panele obcasem. Po pól godzinie musieli przyznać, że nic nowego się nie pojawiło. od czasu do czasu pojawiała sie Selene, kręcąc głowa i znikała. To denerwowało Grant, bo sama kobie zapewne wiedziała, gdzie księga z dyskiem słonecznym się znajdowała. Amber też nie wyglądała na mile zaskoczoną.
-Mam tego dość, stoimy w miejscu! - tupnęła nogą, zwracając na siebie uwagę. Megan podniosła wzrok i zauważyła Eddiego skradającego sie za blondynką trzymającego w prawej dłoni sztuczną rękę kościotrupa - Jeżeli nic nie znajdziemy, to ja...A!
Wrzasnęła, widząc na swoim ramieniu kościste palce. Odskoczyła jak oparzona, popychając Alfiego, który z wrzaskiem runą na ścianę i ... zwalił portret Sarah, którego ramy roztrzaskały się z zetknięciu z podłogą. Nikt sie nie odzywał, wszyscy gapili się w szczątki obrazu. Fabian odzyskał głos pierwszy:
-Alfie, co ty narobiłeś!
-To nie ja... - próbował sie bronić Lewis, jednak bezskutecznie. Rzucił wściekłe spojrzenie Amber.
-To twoja wina!
-Wcale nie! - pisnęła blondynka i pokazała palcem Eddiego - Gdyby nie on, nie wystraszyłabym sie!
-Dość! - warknęła Patricia - Mam was dość! Wszyscy, co do jednego, jesteście...
-... genialni. - zakończyła prawie szeptem Megan i omijając szczątki portretu podeszła do kawałka ściany, który zakrywał obrazy. Wodziła palcami przez chwilę i wyczuła wybrzuszenie. Czując na sobie wzrok wszystkich, podniosła ułamane pióro i delikatnie otworzyła schowek.
W środku leżała zakurzona książka opatrzona w czarną skórę. Megan chwyciła ją ostrożnie w palce, bojąc się, by ta nie rozsypała sie w proch. Przetarła wierzchem dłoni okładkę, po czym odwróciła sie do przyjaciół, pokazując ją. W promieniu światła, który padł z malutkiego okienka, zalśnił złoty znak dysku słonczego.





Rozdział dedykuje mojej mamie, która dzisiaj obchodzi urodziny. Oczywiście, ona sie tego nie dowie, ale sam gest jest miły. Jestem bardzo dobrą córeczką.
No i mojej koleżance, Beacie, która obchodziła urodziny wczoraj.
No, rozdzialik wyszedł, jaki wyszedł, bądźmy szczerzy, szału ni ma. Byłam na konkursie z geografii. 30 pkt na 50 pkt. Jestem na siebie zła. Mogłam sie bardziej pouczyć, może bym się dostała do drugiego etapu. Smutam się, bardzo.
Kupuje nową patelnie na swoją klasę. Nienawidzę ich z całego serca  Przekręcają nazwisko Brada żeby mnie wkurzyć, mówią, że to czego słucham jest wieśniackie. Oczywiście, ja Brada bronię. Wczoraj mi koleżanka napisała"odważna jesteś bronisz to co kochasz" To było miłe. Popłakałam się.
Odwaliłam od Sapphire te wiersze na początku. No i z 'Diabelskie Maszyny' Boże, moja nowa ulubiona seria. Jest genialna *u* Will i Tessa muszą być razem, muszą.
Dzisiaj robiłam histerię, czemu nikt mnie nie zabierze do Londynu, ja jako jego dziewczyna muszę być na jego pierwszym koncercie. Domyślcie sie, o kogo chodzi.
Stałam się współtwórczynią nowego fan fika o 1D. Nie oceniajcie mnie, proszę, miałam pod tym tematem pisać fan fika o Bradzie, ale nikt by tego nie czytał, więc odarłam pomysł koleżance ( tej z góry). Zbieram na bilet do Londynu, cza jakoś odwiedzić Bradzika. On powiedział, ze mam sobie sama na wszystko zapracować. Widzicie, jaki wredny?
Zdradzę wam - mam już napisany mega pocałunek jednej z par. No, zgadujcie, jakiej?
Zrobiłabym kolejnego twitcama, o 17.30 w niedziele, jeszcze nie wiem którą. Pojawił by się ktoś? Bo nie wiem czy robić tylko dla siebie i mówić, jaki ty Bradziku słodki i tak dalej.
Nie mam obsesji, wyjaśnijmy to sobie jasno.
Po prostu wspieram go w każdym kroku, słucham jego muzyki, jaram sie jego zdjęciami, mam zaciesz, jak oddycha i jestem całkowicie mu oddana.
Jak do ton dotarłeś, gratuluje.

Do napisania
Joylitte xoxo

Obserwatorzy