środa, 23 października 2013

037. Rozdział trzydziesty siódmy

-Życie jest okrutne.
-Dlaczego tak sądzisz?
-Bo tak jest.
Jerome spojrzał na Marę, którą zasłoniła się czarnymi włosami i nie mógł odczytać wyrazu jej oczu. Siedzieli w pokoju, na kanapie i odrabiali zadanie domowe z chemii. Jaffray już prawie skończyła rysować wzory sumaryczne, strukturalne i pół strukturalne, a on nie był nawet w połowie. Może jakby przestał się rozglądać we wszystkie strony, poszłoby mu o wiele szybciej. Willow budowała jakiś ołtarzyk na środku pomieszczenie i nie zwracała uwagi na ciche pomruki Lany, która siedziała po turecku, czekając na Victora, aż ten łaskawie się zjawi i pozwoli odbębnić swoją karę za "pyskowanie i nie zwracanie się z szacunkiem do osób starszych". Ilekroć ktoś spytał ją, co musi zrobić, mruczała coś, czego nie dało się wyłapać wśród potoku przekleństw. Więc dali jej spokój. Fabian, Patricia i Eddie gdzieś znikli, Alfie obżerał się z Loganem ciastkami, które upiekła Trudy, a Megan razem z opiekunką robiły generalne porządki na strychu. Nie wiedzieć czemu, dziewczyna bardzo garnęła się do pracy i Trudy nie potrafiła jej odmówić, skoro miała dodatkowe ręce do pracy.
Jerome uświadomił sobie, że Mara patrzy się z zaciekawieniem przygląda się jego rysunkom. Poczuł zażenowanie - ona już skończyła, a on gapi sie bezmyślnie w wypchanego królika, którego Victor wczoraj przyniósł. Jak na uczniów przystało, Colin i Alfie dokładnie zbadali zwierzątko. Tyle że, pod koniec doświadczenia pod tytułem 'Czy coś się stanie, jak walniemy  nim o ścianę' , bursztynowe oko zwierzaka wypadło. Teraz króliczek został oszpecony przez bezbarwną taśmę owiniętą wokół głowy, żeby zamaskować zbrodnie.
-To wiązanie jest źle - oznajmiła mu Mara, stukając palcem o kartkę jego zeszytu.
-Nie potrafię tego rozwiązać - warknął i rzucił zeszyt na stolik - Jestem beznadziejny. Po co mi ta chemia? Do niczego nie jest mi potrzeba.
-Nie jesteś beznadziejny - odpowiedziała mu dziewczyna, sięgając po podręcznik i otwierając go na dziale, który omawiali - Choć, to jest proste wytłumaczę ci.
Przysunął się bliżej niej, tak, że stykali się ramionami. Spojrzał na te skomplikowane wzory i już wiedział, ze nic ie zrozumie. Mara jednak nie dała za wygraną i zaczęła mu tłumaczyć wszystko, krok po kroku i gdy już był pewien, że zrozumiał, coś walnęło go w ramię.
-Sieeema! - krzyknęła mu do ucha Megan i wyszczerzyła zęby w uśmiechu - Suwać się, będę oglądała teraz House'a.
Wygięła się pod dziwnym kątem, by sięgnąć pilot, który leżał na stoliku w dużej odległości od niej. Gdyby nie Jerome, dziewczyna spadła by z kanapy. Chwycił ją za ramię w ostatniej chwili, gdy palce brunetki chwyciły pilot. Kliknęła czerwony guzik i na ekranie pojawił się nowy teledysk Rihanny. Dziewczyna szybko przeżucia na kanał dziewiąty, akurat, jak zaczął się serial.
-A ty cie miałaś pomagać Trudy? - spytała Mara, gdy Jerome ściągną z włosów Grant pajęczynę. Dziewczyna prychnęła i machnęła ręką.
-Co tam sprzątanie, nowy sezon jest ważniejszy. I o dziewiętnastej telewizor znów jest mój - oznajmiła i na widok pytającego spojrzenia Jeroma wzruszyła ramionami - No heloł, jest nowy odcinek Sam i Cat, ostatnio dzieciak wpadł do sedesu!
Mara spojrzała w górę. Zamiłowanie Megan do seriali i filmów nie znały granic. Potrafiła płakać w jednej minucie, potem znów śmiać się chwilę później i znowu płakać.Jerome znał znak Jaffray, że tutaj raczej się nie pouczą i wstali, by pójść do jego pokoju. W drzwiach minęli się z Victorem, który spojrzał na Lanę, siedzącą na podłodze i przyglądającej się Willow, która paliła kadzidełka i wzywała duchy życia, siejąc trawę na panelach.
-Ty, idziesz ze mną - oznajmił a dziewczyna spojrzała na niego spod łba.
-Od kiedy jesteśmy ze sobą na 'ty'? - spytała, podnosząc się z podłogi i otrzepując spodnie - A tak poza tym, mam imię. Lana jestem, miło poznać.
Dziewczyna na wyciągnęła rękę, lecz on ją zignorował wskazał na schody, znając do zrozumienia, żeby po nich weszła do jego gabinetu. Potem spojrzał z zgorszeniem na Megan i warknął:
-Grant, ścisz ten telewizor, ogłuchnąć można.
Dziewczyna na tą uwagę wbrew zaleceniom pogłośniła telewizor i dalej z fascynacją lampiła się w ekran.
Tymczasem Willow dalej tańczyła, Alfie dalej żarł ciastka, Jerome zrozumiał wiązania, a Mara ucieszyła się na widok jego zadowolonego uśmiechu.


Patricia z niezadowoleniem stukała swoimi czarnymi paznokciami o blat komody, która stała w pokoju Eddiego. Fabian stukał zawzięcie w klawiaturę swojego laptopa a Eddie przechadzał się po pokoju, oglądając po raz setny kartki, które były przesłane w kopercie. Williamson dotąd się dziwiła, że Victor nie zauważył zniknięcia jednego z listu, ale to był raczej powód do szczęścia, niż do smutku. Po raz kolejny dziewczyna zawiodła się na umyśle Fabiana.
-Jak to nie wiesz, co może oznaczać ten symbol! - prychnęła niezadowolona i rozczarowana,  kopiąc czerwoną piłkę, która potoczyła sie pod łóżko Logana.
-Nie mogę go znaleźć! Ani w żadnej książce, ani w internecie ani w zapiskach Frobishera!
Eddie rzucił na łóżko kartki z hieroglifami, a potem sam się na nim położył, zakładając ręce za głowę.
-Że ty niby już kiedyś kogoś uratowałaś? Może ktoś zrobił sobie z ciebie jaja? - zaczął Eddie.
-I Victor by to tak ukrywał? - odgryzła się Patricia - Wątpię.
Dziewczyna szybko odwróciła wzrok na drzwi, które się otworzyły. Eddie prędko zgarnął kartki i wrzucił je za łóżko, a Fabian zamknął swojego laptopa. W drzwiach stała Amber, a za nią Megan i Alfie, którzy mieli miny, jakby pomysł do wkraczania do pokoju wcale ich nie porywał. Blondynka żwawo wkroczyła do pokoju i oznajmiła radosnym głosem:
-Dawno nie było spotkania Sibuny. Czas to naprawić - po czym usiadła na łóżku obok Fabiana, a Megan zamknęła drzwi jedną ręką, a w drugiej ściskała swojego laptopa. Zapadła niezręczna cisza. Amber, jako że czuła sie odpowiedzialna za tą całą zgraję nieodpowiedzialnych dzieciaków, zagadnęła:
-No to strych jest przeszukany. Nie znaleźliśmy niczego.
-Skąd wiemy że chodzi o strych w tym domku? - spytał Alfie, bawiąc kawałkiem sznurka który znalazł na podłodze.
-Może tam jest jakiś inny strych? A może chodzi o strych w tym domu?
-Nie - zaprzeczyła Megan, otwierając swojego laptopa - Louisa jasno powiedziała, że chodzi o strych w tym domu.
-Skąd wiemy że to Louisa? - spytał Eddie, podnosząc się i siadając na łóżku.
-To już chyba ustalone. Pismo jest całkowicie inne, niż w poprzednich zagadkach, które rozwiązywaliście. - odpowiedziała mu Megan, szukając coś w internecie.
-Ale nie zaszkodzi przeszukać strychu... - zaproponował Fabian, zerkając na zegarek.
-Skąd weżniemy kod? - spytała Patricia, siadając obok swojego chłopaka - Victor sam nam go nie poda.
-Może ma go zapisany gdzieś w papierach? - podsunął Rutter.
-Chcesz mu grzebać w papierach? - spytała Amber, poprawiając włosy - To nie jest dobre rozwiązanie. Użyjmy mojej umiejętności czytania w myślach. Dużo czytałam na ten temat i...
-Ja znam kod - odparła beznamiętnie Megan, przeglądając stronę z dokumentami. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Ona uniosła głowę i rozejrzała sie zmieszana - Co?
-Jak go zdobyłaś?
-Oh, to było dosyć proste - Grant machnęła ręką niecierpliwe - Zgłosiłam się do pomocy przy sprzątaniu strychu i niby przypadkowo zamknęłam drzwi. Spytałam Trudy o kod, bo sama dźwigała wielkie pudło z tymi wszystkimi  środkami czystości, powiedziała mi i KA BUM! Mamy kod. 1907.
-Czemu to są zawsze coś znaczące daty? - zastanowiła sie na głos Patricia, podnosząc z ziemi kartkę i zapisując cztery cyfry.
-Właśnie szukam, co to za rok... - mruknęła Megan, wpisując kolejne hasło w wyszukiwarkę.
-Możemy pójść tam dzisiaj w nocy, zanim Trudy się wygada, że podała ci kod - oznajmił Eddie, przeciągając się leniwie.
Fabian wstał i podszedł do szafki, wyjmując z niej ciepłą kurtkę i ubierając ją, mimo zaskoczenia na twarzy Amber.
-Gdzieś idziesz? - spytała Amber, marszcząc brwi.
-Taa - mruknął Fabian, chowając komórkę do kieszeni - Rose i ja umówiliśmy się, że przygotujemy ostatnie dekoracje na ten cały występ.
-Skoro ty idziesz, ja też - Amber podniosła się i poprawiła rękaw od swojej bluzki - Ja i Colin będziemy ćwiczyć scenariusz. A potem pójdziemy na kawę czy coś... Sibuna?
Amber podniosła prawą dłoń do prawego oka, a reszta uczyniła to samo. W pokoju została tylko czwórka, która najwyraźniej nie miała nic innego do roboty jak siedzenie i nic nie robienie. Po pięciu minutach kompletnej ciszy, Megan wrzasnęła entuzjastycznie:
-Tak! Znalazłam! - wstała, usiadła obok Patricii i zaczęła czytać na głos - "W 1907 roku, na świat przyszła Sarah Frobisher-Smithe, drugie dziecko znanego archeologa Roberta i jego żony Louisy". To Frobisher miał jeszcze jedno dziecko?
-No - mruknęła Patricia - Z pierwszego małżeństwa miał syna, a on...
Urwała, na widok Alfiego, który pochylał się nad laptopem i czytał jeszcze raz fragment, który przeczytała Megan. Spod jego koszulki wystawał wisior, który rano podarowała mu Grant. Williamson wstała i chwyciła naszyjnik, dokładnie oglądając.
-Skąd go masz? - spytała ostro, piorunując go wzrokiem, do tego stopnia, że Alfie miał minę, jakby chciał czmychnąć pod łóżko.
-Dostałem od Megan... - wyjąkał chłopak, po czym wyrwał się z jej ucisku i wypadł z pokoju. Patricia powoli odwróciła się w stronę Grant, która przybrała obojętną minę.
-Nie rób dramatu Patricia, to tylko zwykły wisorek, który dostałam od babci. No, ja się będę zbierać - wstała i przeciągnęła się - Mara ma mi wyjaśnić tą zrąbaną algebrę, bo Weatherby porządnie się na mnie uwziął. Ten facet jest dziwny...
Megan wyszła rześkim krokiem i zamknęła za sobą drzwi. Eddie chciał wstać, ale Patricia powie zepchnęła go na łóżko, po czym sama się na nim położyła i zanurkowała ręką za jego krawędź, wyciągając kartki, które uprzednio wepchnął tam jej chłopak. Rozłożyła jedną kartkę z hieroglifami i wskazała palcem na zwór, który dosyć często się pojawiał.
- Wiedziałam, że gdzieś widziałam ten symbol! - powiedziała rudowłosa  - Wiedziałam!
-Okej, nie podniecaj się tak - zgasił ją Eddie, nadal lustrując wzrokiem kartkę - Pytanie tylko, co to oznacza?
- Nie wiem, ale jedno jest pewne - odpowiedziała Patricia i schowała kartkę do kieszeni - Megan kłamie.


Gorąca herbata stała na szafce nocnej, laptop się ładował a ona, uprzednio zakładają swoje ulubione, żółte i cieplutkie skarpetki, leżała na swoim łóżku. W pokoju nie było nikogo, więc okoliczności nadawały się idealnie na zagłębienie się ponownie w lekturze, jakom jest pamiętnik Sarah. Co prawda, miała się uczyć na algebrę, ale chrzanić to. W życiu tego nie zrozumie, a teraz biorą na matmie całkowicie inny temat, sprawdzian z całego działu jest dopiero na początku listopada, a to jeszcze dwa tygodnie. Zdąży się nauczyć, przynajmniej taki jest plan.
Otworzyła w połowie książkę, która była najbardziej nudą lekturą, jaką mogła sobie wybrać. Nic w niej nie było. Nic. Oprócz szczegółowego opisu liści, które majestatycznie spadają z drzew, był również opis kwiatów, które więdną. Porywające do tego stopnia, że Megan widziała to oczami swojej bujnej wyobraźni. Ale od niedawna, jakieś dwa wpisy wstecz, zaczęły grać pierwsze skrzypce uczucia - panienka nieźle wkurzyła się na jegomościa Rufusa.
Jej Osyrion. No proszę, przyjaciel zajmował miejsce tatusia?
Tak czy inaczej, zmotywowało to brunetkę do dalszego czytania.Coraz częściej, jak wertowała pamiętnik, zjawiała się przy niej Selene. Doprawdy interesujące, jak ona potrafi człowieka wyprowadzić z równowagi. Teraz siedziała na swoim ulubionym miejscu, czyli na parapecie.
Megan ostatni raz rzuciła jej przelotne spojrzenie i zaczęła czytać w myślach:

Coraz mniej mi się podoba. Victor robi sie tajemniczy, tak samo Rufus. Oboje wytrącają mnie z równowagi, do tego stopnia, ze mam ochotę rzucać zabytkową wazą, której zakazali ruszać.Oboje są w z mowie. Czuję to.

Megan zerknęła na Kleopatrę, która teraz siedziała w nogach jej łóżka. Dziewczyna powoli, chwyciła za kubek z gorącym naparem i zaczęła go wolno pić. Przewróciła kartkę. Data wskazywała, ze wpis powstał tydzień później, niż poprzedni.

Wiedziałam! Wiedziałam! Jak oni mogli mnie tak oszukać! Szczególnie Rufus, myślałam, że się przyjaźnimy, a tu takie rozczarowanie. A nawet może... Nie, dość. A co się stało? On, Victor, Cassie, Oskar, Gabriel, Percy wiedzieli! To, że jestem Wybraną, wiąże się z czymś innym, niż tylko posiadanie tego głupiego wisiorka, pochodzenie bla bla bla. Ludzie mają za mnie oddawać życie! Przeczytałam to w książce, która została przetłumaczona przez ojca i którą oni wszyscy przed mną chowali. Spotykali się w nocy, kiedy myśleli, że ja śpię. Łzy cisną mi się pod powieki, jak pomyślę, że taki los może ich spotkać. Musze wyjechać. Już tu nie wrócę, żal mi będzie, ale to jest najbardziej rozsądne rozwiązanie. Krąg nie może oddać za mnie życia.

Megan, która popijała herbatę, zakrztusiła się. Jej oczy, które zaszły łzami, wpatrywały się we słowo "KRĄG" Kaszląc i dusząc się, dziewczyna podeszła do szafki i wyjęła zeszyt, w którym zapisywała wszystkie wskazówki i spostrzeżenia dotyczące pamiętnika. Otworzyła go na pierwszej stronie, gdzie zostały zapisane pamiętne słowa, które na zawsze zmieniły jej życie : "Znajdź księgę. Skompletuj Krąg. Uratuj Wybraną. Strych. Strych w tym domu wyjawi ci tajemnice. Pomóż, za nim będzie za późno. Znajdź Krąg. Niech przepowiednia się spełni."
Krąg i przepowiednia. Dwa słowa, dzięki którym nie mogła spać po nocach. Spojrzała jeszcze raz na poblakły atrament. Wybrana, Osyrion i spięciu innych tworzyło Krąg? Razem z Victorem? Tym Victorem? I mieli zginąć, byle by uratować Wybraną. Wszystko by się zgadzało, ale kto należy do Kręgu? Po co go stworzono.
Przeczytałam to w książce, która została przetłumaczona przez ojca i którą oni wszyscy przed mną chowali.
Boże, czy to Księga Ozyrysa, którą szukają? Czy znalazła rozwiązanie?
Opadła z bezsilności na zimną podłogę. Musiała to przyznać przed samą sobą, choć tak długo to odwlekała.
Cholernie brakowało jej Fabiana. Może i był uparty, nieco nieśmiały i lubił postawić na swoim, ale dało się z nim prowadzić dyskusję. Z Eddiem nie było jak, to samo Alfie, Patricia denerwowała sie, jak czegoś nie pojęła, a Amber może starała sie zrozumieć, ale niewiele to dawało. A Fabian coś by dopowiedział, poprawił ją, albo całkowicie wyśmiał i poddał całkiem inną teorię. Ale miała sie od niego trzymać z daleka. Rose miała racje - była obrażalska, rozstawiała wszystkich po kątach, kłóciła się, jak coś jej nie pasowało. Ale chyba tak mają jedynaczki? Mimo to powinna to zmienić, a nie jak idiotka pogrążać sama się w tym bagnie.
Chciała poczuć się jak prawdziwa członkini Sibuny. Dotknęła niewyczuwanego znamienia, które znajdowało sie na jej szyi. Znamię jej klęski, pychy, samolubności. Zresztą nie pierwszy raz taka jest. Przedtem, zanim jeszcze została wysłana do szkoły. Jej przeszłość...
Nienawidziła siebie, taką jaką jest.
Uświadomiła sobie, ze płacze. Otarła z nienawiścią oko niebieskim rękawem, na którym pojawił się czarny ślad od tuszu od rzęs. A niby był wodoodporny.
Selene pojawiła się przednią i delikatnie musnęła jej dłoń. Poczuła zimno, które było jednak przyjemne. Dodawało jej nieco otuchy, mimo to łzy nadal płynęły po jej policzkach. Już ich nie wycierała. Niech ten ból z niej wypłynie, niech zostawi ją w spokoju, niech pójdzie precz.
Po raz pierwszy w oczach kobiety wyczuła troskę i współczucie. Nie było w nim nic z dumnej władczyni, wszechwiedzącej i pewnej kobiety. Kiedy przemówiła, jej głos był niezwykle delikatny.
-Pogódź się z nim. Nie mów mu nic o tym, co odkryłaś, ale pogódź się z nim. Będzie ci prostej przez to przebrnąć - musnęła jej policzek niematerialnymi palcami - Pamiętaj, los nie będzie dla ciebie łaskawy.
Nim zdążyła spytać ją, o co jej chodzi, ona zniknęła. Megan została sama w pustym pokoju. Wstała i podreptała do toaletki Amber. Wyciągając mokrą chusteczkę, których Millington używała każdego wieczoru, zmyła carne obwódki najpierw z prawego oka, potem z lewego. Gdy minęło pięć minut i wyglądała, jakby wcale nie płakała, otworzyła powoli drzwi i sprężystym krokiem ruszyła na dół. Zatrzymała się dopiero w połowie schodów, gdzie mogła dostrzec co się dzieje na dole.
Fabian przytulał Rose, niby po przyjacielsku, ale jak tylko blondynka zobaczyła Megan, posłała jej wredny uśmieszek. Nie wiedzieć czemu, Grant miała ochotę wjechać z patelnią na scenę, przywalić jej w tego ryja, tak, żeby został ślad na całe życie.
Zrozum, wszyscy mają dość, więc się uspokój.
Okey, pomyślała Megan, schodząc wyprostowana na dół. Okey, spoko, uspokoi się. Chce, żebym to zrobiła, nie ma sprawy. Tyle że, nie będę jej schodziła z drogi, żeby jej wszystko ułatwić. A z tą patelnią to dobry pomysł. Zrobię to na koniec roku, jak dostanę świadectwo. Żeby okaleczenie uczennicy szkoły nie psuło mi podania na studia.
Już miała wchodzić do salonu, gdy usłyszała dzwonek. Odwróciła się szybko na pięcie, zrobiła dwa kroki i otworzyła drzwi. Stała w nich niska, ciemna blondynka w okularach, biało-niebieskiej kurtce, spod której wystawał czarny golf i bordowych spodniach. Wyglądała na zmęczoną i zrezygnowaną.
-Hej Bethany. Wejdziesz?
Przepuściła dziewczyna, a ta posłusznie weszła i wzięła głęboki oddech.
-Widziałaś Lucy?
Megan zmarszczyła brwi.
-Nie, a stało się coś?
Bethany wybuchnęła płaczem. Megan zmieszała się - tego się akurat nie spodziewała. Beth wzięła kilka uspakajających wdechów i wydechów, po czym wyrzuciła urywanymi słowami:
-Ja... Nie widziałam jej od południa... Miała wrócić do domu sama, po kółku... Szukałam jej wszędzie, na całym i... i...
Rozejrzała się z nadzieją po holu, jakby się spodziewała, że Lucy kryje się w jakimś kącie.
-Słuchaj... - powiedziała Megan spokojnie, chociaż od środka zżerała ja panika - Zdejmij kurtkę, napij się herbaty i razem coś wymyślimy, okej?
Dziewczyna pokiwała żałośnie głową, podała jej swoją kurtkę, którą Megan powiesiła na wieszaku i poszła za nią do kuchni. Oparła się o blat i przyglądała się, jak Grant nalewa wody do czajnika, a później, jak z jego dzióbka wybuchają kłęby pary. Brunetka zalała wrzątnikiem torebki z herbatą, posłodziła napój i dodała cytryny i dopiero wtedy podała go ciemnej blondynce. Powoli, żeby nie wylać ani kropli, usiadły przy stole.
-Byłaś u dyrektora? - spytała Megan bezpośrednio, czując, że milczenie na nic nie pomorze. Bethany pokręciła przecząco głową. - Niedobrze. Szukałaś wszędzie?
Znowu tylko kiwnięcie.
-Wypij herbatę, musisz się rozgrzać. A potem razem pójdziemy do dyrektora. Dobrze?
Megan nawet nie patrzyła, czy blondynka kiwa czy kręci głową. Przymknęła oczy, a w jej głowie zrodziły się trzy słowa : "Tylko nie to"


Lucy nie wróciła ani następnego dnia, ani w środę. Niepokojące stało się to, że na kółku matematycznym była, co Poppy potwierdziła, gdyż siedziały razem przy jednym stoliku. Dalej ślad się urywał. Rudowłosa owszem wyszła ze szkoły, ale do domu Mut nie wróciła.
Megan czuła się, jakby świat miałby się skończyć. Nadal jej foch na Fabiana trwał, gdyż po scenie z Rose, jaką odegrał w holu, nie odważyła się go przeprosić. Po dziesiątej próbie, która zakończyła się niepowodzeniem, Grant zrezygnowała. Do tego wszystkiego Lucy zniknęła, a pocieszeniem było to, że zaginęła na terenie szkoły i istniała mała i nikła nadzieja, ze się na nim znajduje.
-Zupełnie jak w Hogwarcie - podsumował na której lekcji Jerome. Mara spojrzała na niego krzywo, a ten tylko wzruszył ramionami.
Wieczorem, by poprawić wszystkim humor i wyrwać cały dom z letargu, w jakim się znalazła Willow zaczęła konwersacje  o jednorożcach.
- Śnił mi się ostatnio - odparła marzycielskim tonem, na co Rose spojrzała wymownie w sufit - Miał srebrzystoniebieską grzywę, różaną sierść i rubinowe oczy.
-Był wściekły? - zapytał Jerome, unosząc nonszalancko jedną brew - Bo jak się ma czerwone oczy, to...
Zacisnął zęby, bo Mara obdarzyła go solidnym kopniakiem w nogę. Willow, jakby nie zauważając tej uwagi, kontynuowała:
-A kiedy go dosiadłam, to popatajał dalej, na taką brzydką łąkę, nie wiem po co, ale...
-Grant! To nie twoja kolacja! - warknął Victor, zwracając sie do dziewczyny, która kryła się w kuchni i nakładała na talerzyk sałakę.
-Czy pan sobie może wyobrazić, jaka ja jestem głodna?. Ta sałatka może uratować moje nic nie warte życie, może doprowadzić do tego, ze mnie nagle olśni, wynajdę lek na AIDS i zostanę sławna, wynajdę bra...
-Nie zjesz tego! - warknął dozorca, wyrywając jej talerz z rąk.
-Dzieci z Etiopii by nie pogardziły!
I czmychnęła, zanim Victor zdołał odpowiedzieć. Tymczasem w salonie pojawił się Logan, zafascynowany wywodem Willow na temat jej marzeń.
-A wiesz, że mogę sprawić, byś widziała jednorożce?
-Och, proszę cię, co za tandetny tekst! - krzyknęła Megan, włączając telewizor i wyciągając się na kanapie.
-Stul ryja! - warknął do niej, a potem zwrócił się do Willow, która rozpromieniła się cała - Jest takie coś, co nazywa się grzybkami, dzięki temu możesz zobaczyć jednorożca. Jak chcesz, mogę ci trochę załatwić...
Urwał, bo dostał butem w tył głowy.
-Oh yeah, pierwszy raz w życiu se wycelowałam! - ucieszyła się Megan, zeskakując z kanapy. Podeszła do stołu i doskonale naśladując Victora burknęła - Soren! To nie twoja kolacja!
Po czym chwyciła go za ramię i dosłownie wyrzuciła z jadalni, starając się nie zauważyć pogardliwej miny Rose.


-Macie dokładnie pięć minut, a potem chce usłyszeć, jak upada ta... szpilka.
Wszystkie trzy wpakowały się do łóżek, gasząc światło. Przewracając się z boku na bok, Megan usiłowała zasnąć. Co za cholerna patologia, czy może zrzucić winę na geny, że każdej nocy nie może zasnąć, a na sen trzeba czekać dobre trzy godziny, zanim skleją się jej powieki? Patricia po pięciu minutach chrapała, Amber potrzebowała drugie tyle i już nie kontaktowała ze światem. Tymczasem ona musi tępo patrzeć się w sufit, starając się nie myśleć o rzeczach, które przychodzą do jej głowy. Odrzuciła kołdrę na bok i uprzednio zakładając szlafrok, wymknęła się z pokoju.
Dom Anubisa zawsze ją oczarowywał w nocy. Był tajemniczy, pełny grozy i uroku. Zeszła cichutko po schodach, by nie zrobić hałasu, przebiegła szybko przed korytarz i wpadła do kuchni. Skradanie się do lodówki opanowała do perfekcji, lecz dzisiaj wyjęła szklankę i napełniła ją najzwyklejszą wodą źródlaną. Patrzyła, jak najpierw się burzy, potem jej powierzchnia stała się gładka. Chwyciła szklankę i powoli wyszła z kuchni na korytarz, byle nie upuścić ani kropli.
Megan rozejrzała się dookoła, mając nieodparte wrażenie, że ktoś ja obserwuje. Stanęła w połowie drogi i poprawiła szlafrok, który zjeżdżał z jej ramion. I w tym momencie poczuła chłód.
W domu nie powinien wiać wiatr, tym bardziej w zamkniętym domu nie powinno go być. Jednak brązowe włosy dziewczyny plątała się, temperatura w pokoju spadła a każde zażycie powietrza było bólem, który kuł jej płuca. Nie ruszała się, przymknęła tylko oczy, mają nadzieje, że gdy tylko je otworzy, wszystko się skończy.
Coś oślizgłego zacisnęło palce na jej ręce, przybliżając się do dziewczyny, aż czuła oddech intruza na swojej nagiej szyi.
-Myślałaś, że to koniec, Megan Grant? - syknęła osoba. Kobiecy głos był zachrypnięty, tak, jakby właścicielka przez długi czas go nie używała. Jej serce przyśpieszyło, dodając jej otuchy, żeby się trzymała, bo nic jej nie będzie. To właśnie czuła, oprócz paniki, która w niej narastała. Kobieta nic jej przecież nie może zrobić, jest tylko złym snem. Pieczęć ją ochroni. Otworzyła więc oczy i spojrzała w lewą stronę, tam, gdzie stał intruz. Nabrała gwałtownie powietrza. Obok niej stała osoba, którą wszyscy poszukiwali od dwóch dni. Ale to nie była ta Lucy, którą pamiętała. Jej włosy były potargane i brudne, na twarzy nie było nic z jej miłego uśmiechu, a mundurek był w strzępach. Grant odwróciła wzrok i wbiła go przed siebie, oddychając głośno. 'Lucy' przybliżyła spękane usta do jej ucha.
-To dopiero początek.
I znikła tak nagle, jak się pojawiła, pozostawiając dziewczynę wstrząśniętą. Megan powoli obserwowała, co dzieje się wokół niej. Wszystkie lampy, które były na korytarzu, zapaliły się i coraz intensywnej płonęły. I coraz bardziej.
-O Boże - szepnęła Megan i upuściła szklankę, którą dotąd trzymała w zaciśniętej dłoni. Nie słyszała, jak spada i nie czuła, jak szkło rani jej stopy. Zasłoniła tylko głowę rękami, na sekundę przed tym, jak wszystkie lampy, jedna po drugiej zaczęły wybuchać.
Trzask. Trzask.
Smród wypełnił pomieszczenie, a ona sama, już w ciemnościach walczyła o to, by nie zemdleć. Drzwi do sypialni chłopców otworzyły się z trzaskiem. Jerome jako jedyny, trzymał dla własnego bezpieczeństwa lokówkę w wyciągniętej przed sobą dłoni. Megan pomyślała, że musi wyglądać dziwnie i żałośnie, stojąc sama na korytarzu. Poczuła pieczenie na nogach, to na pewno ta szklanka, którą upuściła, musiała ją skaleczyć.
Ktoś delikatnie objął ją ramieniem i zaczął prowadzić na górę, a ona się nie opierała. Jeszcze tylko wychwyciła, jak Eddie żartuje sobie z Jeroma i jego lokówki do włosów. Jednak w tych słowach była jakaś sztuczność, zatajenie, ze nic się nie stało i nie ma się czym stresować.
Powoli zaczęli wspinać się po schodach, aż dotarli do drzwi oddzielających korytarz od damskiego piętra. Chłopak cicho otworzył drzwi, potem to samo zrobił z drzwiami do jej pokoju. Razem usiedli na łóżku. Fabian objął ją i poczekał, aż rytm jej serca się uspokoi. Wtuliła głowę w jego koszulę.
-Wszystko gra? - spytał szeptem, by nie obudzić jej współlokatorek, które nie mały najwyraźniej pojęcia, co się stało.
-Nie - odpowiedziała tak samo cicho i poczuła, ze zbiera jej sie na płacz - Fabian, przepraszam. Nie powinnam...
-Cicho - uciszył ją - Nie ważne. Po prostu pamiętaj, ze nie jesteś sama.
Puściła ją, a ona pokiwała powoli głową i pożyła się do łóżka, a Fabian przykrył się pierzynom, potem uśmiechnął się delikatnie i cicho usiadł obok niej, na podłodze. Wyszedł wtedy, kiedy dziewczyna zasnęła.


Nigdy w życiu nie pisze tak długiego rozdziału. Zrozumiano? Nigdy.
Tak czy siak, nie spodziewajcie się następnego w przyszłym tygodniu, musze nadrobić zaległości w szkolę. Olałam sprawdzian z fizy, żeby napisać dla was ten rozdział.
Mam wiele wątków, które chciałabym rozwinąć, w ogóle to opowiadanie jest na dłuższą metę, ale nw czy bedzie ktoś jeszcze to czytał, bo mada na HoA się skończyła. Ja będę nadal pisać, za bardzo się przywiązałam ♥
Byliście pierwszymi osobami, które coś we mnie doceniły. Ja się nie czułam uzdolniona, ale pisałam dalej a myśl o tym, ze ktoś t czytał, była po prostu cudowna. Ale wyświetlenia spadły, komentarze też i to nie tylko na moim blogu. Przykre, ale to życie.
Dziękuje wam kochani za wszystko♥

P.S. Widzieliście nowe włoski Brada ?? *u* Jaram się jak idiotka huehuehuehuehehue ♥

No, kocham was
Joylitte
xoxox

5 komentarzy:

  1. Gdybym tak nie kochała Megan, to bym tam przyszła i ją zabiła.
    STYKALI SIĘ RAMIONAMI ROMANTYZM JEST!
    Idę na korki do Marusi. Dzisiaj miałam kartkówkę z chemii, fajnie, że coś umiałam. Siedzę pod samym biureczkiem, także miejscówa do ściągania genialna. Napisałam imię i nazwisko. To coś znaczy!
    Jak będzie 2- to będę się cieszyć.
    Chyba, że gdzieś tam głęboko moja świadomość jest zdolna do wielkich rzeczy i może napisałam to lepiej. Aha, ja mam komentować, a nie chwalić się inteligencją.
    Ach Sam & Cat <3 Ostatecznie mogę jej wybaczyć, bo też to kocham tak ^ ^
    Moja biedna Megusia. Tęskni za Fabianem. Nosz kuźwa nie tul tej Rose, idźże do Grant! <3 Już nawet nazwę dla nich wymyśliłam: Fegan. Miało być odwrotnie, ale wyszedł Mabian (coś czego wymawiać się nie powinno).
    Patusia obczaja kłamstwo. Potem zerwie z Edziem, on się tym nie przejmie, potem okaże się, że jednak się tym przejmie, a potem Patusia pokaże mu nieprzyzwoity gest i the end. Jakaż ja zdolna.
    Grzybki Logusia! ostro
    Jednorożce, przyjaźń to magia (tytuły by Sapphire okej)
    BOŻE LUCY NAPADŁ DUCH DŻOJ I ZAMIENIŁ JĄ W DEMONA? DŻOOOJ PRZESTAŃ!
    Jeruś sparta z lokówką!
    Ten to zawsze o wszystkim pomyśli.
    Jeszcze się z niego śmieją. I tak go kocham. Nawet jak związał się z tym idiotycznym, porytym, chorym psychicznie monstrum zwanym potocznie boską Dżoj.
    Widzisz... Każdy potrzebuję jakiejś osoby do kochania. Myślę, że tak jest w przypadku Megan, ponieważ brak rodzeństwa i prawdziwych przyjaciół spowodował, iż pragnie tej miłości bardziej niż ktokolwiek inny.
    Tak samo jak Fabian, który w pełni zasługuję na uczucie.
    Mam nadzieję, że oboje będą szczęśliwi. Jeśli nie razem, to z kimś innym. Ważne żeby ich serducha były radosne :)
    Cóż mogę dodać? Pięknie piszesz i mam nadzieję, że będziesz to robić jeszcze długoo dłuuugo. Podziwiam twój bezpośredni i szczery styl pisania.
    Naprawdę świetnie się czyta, opowiadanie nie zawiera samych dialogów, ani nie przeciążone, ani nie puste.
    Za każdym razem widzę jak Twój wielki talent rośnie. Przekazujesz nam wszystkie ważne czynniki w uroczy i zrozumiały sposób. To bardzo ważne.
    Kłaniam się.
    Mam nadzieję, że nie przestaniesz robić tego co kochasz. Wiesz... ja piszę nie tylko dla moich czytelników (którzy gdzieś zaginęli), ale również dla siebie. To moja pasja, nigdy z tego nie zrezygnuję. I nawet jeśli robię jeszcze sporo błędów, wciąż się uczę.
    Mam nadzieję, że ktoś komentuję moje opowiadania dlatego, że naprawdę mu się podobało i przeczytał, a nie wymyśli jakąś badziewną formułkę kopiuj, wklej nara.
    Niektóre osoby wcale nie czytają. Można poznać po piśmie. A ja chciałabym dostawać wypowiedzi obiektywne (dzięki temu łatwiej jest mi poprawić parę rzeczy, które chciałabym opanować dla czytelników).
    Twoje komentarze zawsze wywoływały uśmiech na mojej twarzy, bo były po prostu cudne. Mam wielką nadzieję, że pisałaś to prosto z serducha.
    Jestem Twoją wielką fanką i nigdy nie przestanę podziwiać Twoich dzieł <3
    Kocham Cię bardzo bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znów nie mogę uwierzyć, że masz dopiero jeden plus mój komentarz. Co się porobiło, z tymi blogerkami.
    Ja staram się regularnie czytać i komentować blogi. Niesety z moim.internetem jest bardzo cieńko, gdyż z niewiadomych przyczyn raz jest, a raz go nie ma :/
    Powiedziam tą dziewczynę wyżej. Jak można pisać takie długie komentarze? Ja nie potrafię :c
    Co się stało z Lucy! :o
    Tak, Megan pamiętaj, że nie jesteś sama.
    Ej ;D Eddie miał powiedzieć Patty prawdę ;* Jak ja się tego doczekać nie mogę :P
    Okej, lecę już, bo moje koleżanki z pokoju już przyszły :*
    Do zobaczyska ;D Znaczy napisania ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dałuuugi ten rozdział, co mnie bardzo cieszy ^^.
    Trudno mi napisać komentarz, bo ciągle go przeżywam.
    Nie wiem dlaczego, ale jakoś bardziej jestem przekonana do tej wesołej, śmiesznej Megan.
    Podobał mi się ten moment jak Megan zeszła po szklankę wody, a tam Lucy ;p. No i oczywiście moja kochana Patricia. Tylko szkoda, że tak jej mało. A Eddiego to w końcu kiedyś zabiję, naprawdę. Ten człowiek działa mi na nerwy.
    Jerome coraz bliżej Mary. Stykali się ramionami, a to już jakiś krok na przód ^^.
    Dobra, muszę jeszcze kilka rzeczy oblukać. Duuużo weny życzę ;**

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam na nowy odcinek pt. "Intuicja" *.*
    http://fabinastoriesby-patrycja.blogspot.com/2013/11/stracone-marzenia-odcinek-16-cz2.html

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy