środa, 23 października 2013

037. Rozdział trzydziesty siódmy

-Życie jest okrutne.
-Dlaczego tak sądzisz?
-Bo tak jest.
Jerome spojrzał na Marę, którą zasłoniła się czarnymi włosami i nie mógł odczytać wyrazu jej oczu. Siedzieli w pokoju, na kanapie i odrabiali zadanie domowe z chemii. Jaffray już prawie skończyła rysować wzory sumaryczne, strukturalne i pół strukturalne, a on nie był nawet w połowie. Może jakby przestał się rozglądać we wszystkie strony, poszłoby mu o wiele szybciej. Willow budowała jakiś ołtarzyk na środku pomieszczenie i nie zwracała uwagi na ciche pomruki Lany, która siedziała po turecku, czekając na Victora, aż ten łaskawie się zjawi i pozwoli odbębnić swoją karę za "pyskowanie i nie zwracanie się z szacunkiem do osób starszych". Ilekroć ktoś spytał ją, co musi zrobić, mruczała coś, czego nie dało się wyłapać wśród potoku przekleństw. Więc dali jej spokój. Fabian, Patricia i Eddie gdzieś znikli, Alfie obżerał się z Loganem ciastkami, które upiekła Trudy, a Megan razem z opiekunką robiły generalne porządki na strychu. Nie wiedzieć czemu, dziewczyna bardzo garnęła się do pracy i Trudy nie potrafiła jej odmówić, skoro miała dodatkowe ręce do pracy.
Jerome uświadomił sobie, że Mara patrzy się z zaciekawieniem przygląda się jego rysunkom. Poczuł zażenowanie - ona już skończyła, a on gapi sie bezmyślnie w wypchanego królika, którego Victor wczoraj przyniósł. Jak na uczniów przystało, Colin i Alfie dokładnie zbadali zwierzątko. Tyle że, pod koniec doświadczenia pod tytułem 'Czy coś się stanie, jak walniemy  nim o ścianę' , bursztynowe oko zwierzaka wypadło. Teraz króliczek został oszpecony przez bezbarwną taśmę owiniętą wokół głowy, żeby zamaskować zbrodnie.
-To wiązanie jest źle - oznajmiła mu Mara, stukając palcem o kartkę jego zeszytu.
-Nie potrafię tego rozwiązać - warknął i rzucił zeszyt na stolik - Jestem beznadziejny. Po co mi ta chemia? Do niczego nie jest mi potrzeba.
-Nie jesteś beznadziejny - odpowiedziała mu dziewczyna, sięgając po podręcznik i otwierając go na dziale, który omawiali - Choć, to jest proste wytłumaczę ci.
Przysunął się bliżej niej, tak, że stykali się ramionami. Spojrzał na te skomplikowane wzory i już wiedział, ze nic ie zrozumie. Mara jednak nie dała za wygraną i zaczęła mu tłumaczyć wszystko, krok po kroku i gdy już był pewien, że zrozumiał, coś walnęło go w ramię.
-Sieeema! - krzyknęła mu do ucha Megan i wyszczerzyła zęby w uśmiechu - Suwać się, będę oglądała teraz House'a.
Wygięła się pod dziwnym kątem, by sięgnąć pilot, który leżał na stoliku w dużej odległości od niej. Gdyby nie Jerome, dziewczyna spadła by z kanapy. Chwycił ją za ramię w ostatniej chwili, gdy palce brunetki chwyciły pilot. Kliknęła czerwony guzik i na ekranie pojawił się nowy teledysk Rihanny. Dziewczyna szybko przeżucia na kanał dziewiąty, akurat, jak zaczął się serial.
-A ty cie miałaś pomagać Trudy? - spytała Mara, gdy Jerome ściągną z włosów Grant pajęczynę. Dziewczyna prychnęła i machnęła ręką.
-Co tam sprzątanie, nowy sezon jest ważniejszy. I o dziewiętnastej telewizor znów jest mój - oznajmiła i na widok pytającego spojrzenia Jeroma wzruszyła ramionami - No heloł, jest nowy odcinek Sam i Cat, ostatnio dzieciak wpadł do sedesu!
Mara spojrzała w górę. Zamiłowanie Megan do seriali i filmów nie znały granic. Potrafiła płakać w jednej minucie, potem znów śmiać się chwilę później i znowu płakać.Jerome znał znak Jaffray, że tutaj raczej się nie pouczą i wstali, by pójść do jego pokoju. W drzwiach minęli się z Victorem, który spojrzał na Lanę, siedzącą na podłodze i przyglądającej się Willow, która paliła kadzidełka i wzywała duchy życia, siejąc trawę na panelach.
-Ty, idziesz ze mną - oznajmił a dziewczyna spojrzała na niego spod łba.
-Od kiedy jesteśmy ze sobą na 'ty'? - spytała, podnosząc się z podłogi i otrzepując spodnie - A tak poza tym, mam imię. Lana jestem, miło poznać.
Dziewczyna na wyciągnęła rękę, lecz on ją zignorował wskazał na schody, znając do zrozumienia, żeby po nich weszła do jego gabinetu. Potem spojrzał z zgorszeniem na Megan i warknął:
-Grant, ścisz ten telewizor, ogłuchnąć można.
Dziewczyna na tą uwagę wbrew zaleceniom pogłośniła telewizor i dalej z fascynacją lampiła się w ekran.
Tymczasem Willow dalej tańczyła, Alfie dalej żarł ciastka, Jerome zrozumiał wiązania, a Mara ucieszyła się na widok jego zadowolonego uśmiechu.


Patricia z niezadowoleniem stukała swoimi czarnymi paznokciami o blat komody, która stała w pokoju Eddiego. Fabian stukał zawzięcie w klawiaturę swojego laptopa a Eddie przechadzał się po pokoju, oglądając po raz setny kartki, które były przesłane w kopercie. Williamson dotąd się dziwiła, że Victor nie zauważył zniknięcia jednego z listu, ale to był raczej powód do szczęścia, niż do smutku. Po raz kolejny dziewczyna zawiodła się na umyśle Fabiana.
-Jak to nie wiesz, co może oznaczać ten symbol! - prychnęła niezadowolona i rozczarowana,  kopiąc czerwoną piłkę, która potoczyła sie pod łóżko Logana.
-Nie mogę go znaleźć! Ani w żadnej książce, ani w internecie ani w zapiskach Frobishera!
Eddie rzucił na łóżko kartki z hieroglifami, a potem sam się na nim położył, zakładając ręce za głowę.
-Że ty niby już kiedyś kogoś uratowałaś? Może ktoś zrobił sobie z ciebie jaja? - zaczął Eddie.
-I Victor by to tak ukrywał? - odgryzła się Patricia - Wątpię.
Dziewczyna szybko odwróciła wzrok na drzwi, które się otworzyły. Eddie prędko zgarnął kartki i wrzucił je za łóżko, a Fabian zamknął swojego laptopa. W drzwiach stała Amber, a za nią Megan i Alfie, którzy mieli miny, jakby pomysł do wkraczania do pokoju wcale ich nie porywał. Blondynka żwawo wkroczyła do pokoju i oznajmiła radosnym głosem:
-Dawno nie było spotkania Sibuny. Czas to naprawić - po czym usiadła na łóżku obok Fabiana, a Megan zamknęła drzwi jedną ręką, a w drugiej ściskała swojego laptopa. Zapadła niezręczna cisza. Amber, jako że czuła sie odpowiedzialna za tą całą zgraję nieodpowiedzialnych dzieciaków, zagadnęła:
-No to strych jest przeszukany. Nie znaleźliśmy niczego.
-Skąd wiemy że chodzi o strych w tym domku? - spytał Alfie, bawiąc kawałkiem sznurka który znalazł na podłodze.
-Może tam jest jakiś inny strych? A może chodzi o strych w tym domu?
-Nie - zaprzeczyła Megan, otwierając swojego laptopa - Louisa jasno powiedziała, że chodzi o strych w tym domu.
-Skąd wiemy że to Louisa? - spytał Eddie, podnosząc się i siadając na łóżku.
-To już chyba ustalone. Pismo jest całkowicie inne, niż w poprzednich zagadkach, które rozwiązywaliście. - odpowiedziała mu Megan, szukając coś w internecie.
-Ale nie zaszkodzi przeszukać strychu... - zaproponował Fabian, zerkając na zegarek.
-Skąd weżniemy kod? - spytała Patricia, siadając obok swojego chłopaka - Victor sam nam go nie poda.
-Może ma go zapisany gdzieś w papierach? - podsunął Rutter.
-Chcesz mu grzebać w papierach? - spytała Amber, poprawiając włosy - To nie jest dobre rozwiązanie. Użyjmy mojej umiejętności czytania w myślach. Dużo czytałam na ten temat i...
-Ja znam kod - odparła beznamiętnie Megan, przeglądając stronę z dokumentami. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Ona uniosła głowę i rozejrzała sie zmieszana - Co?
-Jak go zdobyłaś?
-Oh, to było dosyć proste - Grant machnęła ręką niecierpliwe - Zgłosiłam się do pomocy przy sprzątaniu strychu i niby przypadkowo zamknęłam drzwi. Spytałam Trudy o kod, bo sama dźwigała wielkie pudło z tymi wszystkimi  środkami czystości, powiedziała mi i KA BUM! Mamy kod. 1907.
-Czemu to są zawsze coś znaczące daty? - zastanowiła sie na głos Patricia, podnosząc z ziemi kartkę i zapisując cztery cyfry.
-Właśnie szukam, co to za rok... - mruknęła Megan, wpisując kolejne hasło w wyszukiwarkę.
-Możemy pójść tam dzisiaj w nocy, zanim Trudy się wygada, że podała ci kod - oznajmił Eddie, przeciągając się leniwie.
Fabian wstał i podszedł do szafki, wyjmując z niej ciepłą kurtkę i ubierając ją, mimo zaskoczenia na twarzy Amber.
-Gdzieś idziesz? - spytała Amber, marszcząc brwi.
-Taa - mruknął Fabian, chowając komórkę do kieszeni - Rose i ja umówiliśmy się, że przygotujemy ostatnie dekoracje na ten cały występ.
-Skoro ty idziesz, ja też - Amber podniosła się i poprawiła rękaw od swojej bluzki - Ja i Colin będziemy ćwiczyć scenariusz. A potem pójdziemy na kawę czy coś... Sibuna?
Amber podniosła prawą dłoń do prawego oka, a reszta uczyniła to samo. W pokoju została tylko czwórka, która najwyraźniej nie miała nic innego do roboty jak siedzenie i nic nie robienie. Po pięciu minutach kompletnej ciszy, Megan wrzasnęła entuzjastycznie:
-Tak! Znalazłam! - wstała, usiadła obok Patricii i zaczęła czytać na głos - "W 1907 roku, na świat przyszła Sarah Frobisher-Smithe, drugie dziecko znanego archeologa Roberta i jego żony Louisy". To Frobisher miał jeszcze jedno dziecko?
-No - mruknęła Patricia - Z pierwszego małżeństwa miał syna, a on...
Urwała, na widok Alfiego, który pochylał się nad laptopem i czytał jeszcze raz fragment, który przeczytała Megan. Spod jego koszulki wystawał wisior, który rano podarowała mu Grant. Williamson wstała i chwyciła naszyjnik, dokładnie oglądając.
-Skąd go masz? - spytała ostro, piorunując go wzrokiem, do tego stopnia, że Alfie miał minę, jakby chciał czmychnąć pod łóżko.
-Dostałem od Megan... - wyjąkał chłopak, po czym wyrwał się z jej ucisku i wypadł z pokoju. Patricia powoli odwróciła się w stronę Grant, która przybrała obojętną minę.
-Nie rób dramatu Patricia, to tylko zwykły wisorek, który dostałam od babci. No, ja się będę zbierać - wstała i przeciągnęła się - Mara ma mi wyjaśnić tą zrąbaną algebrę, bo Weatherby porządnie się na mnie uwziął. Ten facet jest dziwny...
Megan wyszła rześkim krokiem i zamknęła za sobą drzwi. Eddie chciał wstać, ale Patricia powie zepchnęła go na łóżko, po czym sama się na nim położyła i zanurkowała ręką za jego krawędź, wyciągając kartki, które uprzednio wepchnął tam jej chłopak. Rozłożyła jedną kartkę z hieroglifami i wskazała palcem na zwór, który dosyć często się pojawiał.
- Wiedziałam, że gdzieś widziałam ten symbol! - powiedziała rudowłosa  - Wiedziałam!
-Okej, nie podniecaj się tak - zgasił ją Eddie, nadal lustrując wzrokiem kartkę - Pytanie tylko, co to oznacza?
- Nie wiem, ale jedno jest pewne - odpowiedziała Patricia i schowała kartkę do kieszeni - Megan kłamie.


Gorąca herbata stała na szafce nocnej, laptop się ładował a ona, uprzednio zakładają swoje ulubione, żółte i cieplutkie skarpetki, leżała na swoim łóżku. W pokoju nie było nikogo, więc okoliczności nadawały się idealnie na zagłębienie się ponownie w lekturze, jakom jest pamiętnik Sarah. Co prawda, miała się uczyć na algebrę, ale chrzanić to. W życiu tego nie zrozumie, a teraz biorą na matmie całkowicie inny temat, sprawdzian z całego działu jest dopiero na początku listopada, a to jeszcze dwa tygodnie. Zdąży się nauczyć, przynajmniej taki jest plan.
Otworzyła w połowie książkę, która była najbardziej nudą lekturą, jaką mogła sobie wybrać. Nic w niej nie było. Nic. Oprócz szczegółowego opisu liści, które majestatycznie spadają z drzew, był również opis kwiatów, które więdną. Porywające do tego stopnia, że Megan widziała to oczami swojej bujnej wyobraźni. Ale od niedawna, jakieś dwa wpisy wstecz, zaczęły grać pierwsze skrzypce uczucia - panienka nieźle wkurzyła się na jegomościa Rufusa.
Jej Osyrion. No proszę, przyjaciel zajmował miejsce tatusia?
Tak czy inaczej, zmotywowało to brunetkę do dalszego czytania.Coraz częściej, jak wertowała pamiętnik, zjawiała się przy niej Selene. Doprawdy interesujące, jak ona potrafi człowieka wyprowadzić z równowagi. Teraz siedziała na swoim ulubionym miejscu, czyli na parapecie.
Megan ostatni raz rzuciła jej przelotne spojrzenie i zaczęła czytać w myślach:

Coraz mniej mi się podoba. Victor robi sie tajemniczy, tak samo Rufus. Oboje wytrącają mnie z równowagi, do tego stopnia, ze mam ochotę rzucać zabytkową wazą, której zakazali ruszać.Oboje są w z mowie. Czuję to.

Megan zerknęła na Kleopatrę, która teraz siedziała w nogach jej łóżka. Dziewczyna powoli, chwyciła za kubek z gorącym naparem i zaczęła go wolno pić. Przewróciła kartkę. Data wskazywała, ze wpis powstał tydzień później, niż poprzedni.

Wiedziałam! Wiedziałam! Jak oni mogli mnie tak oszukać! Szczególnie Rufus, myślałam, że się przyjaźnimy, a tu takie rozczarowanie. A nawet może... Nie, dość. A co się stało? On, Victor, Cassie, Oskar, Gabriel, Percy wiedzieli! To, że jestem Wybraną, wiąże się z czymś innym, niż tylko posiadanie tego głupiego wisiorka, pochodzenie bla bla bla. Ludzie mają za mnie oddawać życie! Przeczytałam to w książce, która została przetłumaczona przez ojca i którą oni wszyscy przed mną chowali. Spotykali się w nocy, kiedy myśleli, że ja śpię. Łzy cisną mi się pod powieki, jak pomyślę, że taki los może ich spotkać. Musze wyjechać. Już tu nie wrócę, żal mi będzie, ale to jest najbardziej rozsądne rozwiązanie. Krąg nie może oddać za mnie życia.

Megan, która popijała herbatę, zakrztusiła się. Jej oczy, które zaszły łzami, wpatrywały się we słowo "KRĄG" Kaszląc i dusząc się, dziewczyna podeszła do szafki i wyjęła zeszyt, w którym zapisywała wszystkie wskazówki i spostrzeżenia dotyczące pamiętnika. Otworzyła go na pierwszej stronie, gdzie zostały zapisane pamiętne słowa, które na zawsze zmieniły jej życie : "Znajdź księgę. Skompletuj Krąg. Uratuj Wybraną. Strych. Strych w tym domu wyjawi ci tajemnice. Pomóż, za nim będzie za późno. Znajdź Krąg. Niech przepowiednia się spełni."
Krąg i przepowiednia. Dwa słowa, dzięki którym nie mogła spać po nocach. Spojrzała jeszcze raz na poblakły atrament. Wybrana, Osyrion i spięciu innych tworzyło Krąg? Razem z Victorem? Tym Victorem? I mieli zginąć, byle by uratować Wybraną. Wszystko by się zgadzało, ale kto należy do Kręgu? Po co go stworzono.
Przeczytałam to w książce, która została przetłumaczona przez ojca i którą oni wszyscy przed mną chowali.
Boże, czy to Księga Ozyrysa, którą szukają? Czy znalazła rozwiązanie?
Opadła z bezsilności na zimną podłogę. Musiała to przyznać przed samą sobą, choć tak długo to odwlekała.
Cholernie brakowało jej Fabiana. Może i był uparty, nieco nieśmiały i lubił postawić na swoim, ale dało się z nim prowadzić dyskusję. Z Eddiem nie było jak, to samo Alfie, Patricia denerwowała sie, jak czegoś nie pojęła, a Amber może starała sie zrozumieć, ale niewiele to dawało. A Fabian coś by dopowiedział, poprawił ją, albo całkowicie wyśmiał i poddał całkiem inną teorię. Ale miała sie od niego trzymać z daleka. Rose miała racje - była obrażalska, rozstawiała wszystkich po kątach, kłóciła się, jak coś jej nie pasowało. Ale chyba tak mają jedynaczki? Mimo to powinna to zmienić, a nie jak idiotka pogrążać sama się w tym bagnie.
Chciała poczuć się jak prawdziwa członkini Sibuny. Dotknęła niewyczuwanego znamienia, które znajdowało sie na jej szyi. Znamię jej klęski, pychy, samolubności. Zresztą nie pierwszy raz taka jest. Przedtem, zanim jeszcze została wysłana do szkoły. Jej przeszłość...
Nienawidziła siebie, taką jaką jest.
Uświadomiła sobie, ze płacze. Otarła z nienawiścią oko niebieskim rękawem, na którym pojawił się czarny ślad od tuszu od rzęs. A niby był wodoodporny.
Selene pojawiła się przednią i delikatnie musnęła jej dłoń. Poczuła zimno, które było jednak przyjemne. Dodawało jej nieco otuchy, mimo to łzy nadal płynęły po jej policzkach. Już ich nie wycierała. Niech ten ból z niej wypłynie, niech zostawi ją w spokoju, niech pójdzie precz.
Po raz pierwszy w oczach kobiety wyczuła troskę i współczucie. Nie było w nim nic z dumnej władczyni, wszechwiedzącej i pewnej kobiety. Kiedy przemówiła, jej głos był niezwykle delikatny.
-Pogódź się z nim. Nie mów mu nic o tym, co odkryłaś, ale pogódź się z nim. Będzie ci prostej przez to przebrnąć - musnęła jej policzek niematerialnymi palcami - Pamiętaj, los nie będzie dla ciebie łaskawy.
Nim zdążyła spytać ją, o co jej chodzi, ona zniknęła. Megan została sama w pustym pokoju. Wstała i podreptała do toaletki Amber. Wyciągając mokrą chusteczkę, których Millington używała każdego wieczoru, zmyła carne obwódki najpierw z prawego oka, potem z lewego. Gdy minęło pięć minut i wyglądała, jakby wcale nie płakała, otworzyła powoli drzwi i sprężystym krokiem ruszyła na dół. Zatrzymała się dopiero w połowie schodów, gdzie mogła dostrzec co się dzieje na dole.
Fabian przytulał Rose, niby po przyjacielsku, ale jak tylko blondynka zobaczyła Megan, posłała jej wredny uśmieszek. Nie wiedzieć czemu, Grant miała ochotę wjechać z patelnią na scenę, przywalić jej w tego ryja, tak, żeby został ślad na całe życie.
Zrozum, wszyscy mają dość, więc się uspokój.
Okey, pomyślała Megan, schodząc wyprostowana na dół. Okey, spoko, uspokoi się. Chce, żebym to zrobiła, nie ma sprawy. Tyle że, nie będę jej schodziła z drogi, żeby jej wszystko ułatwić. A z tą patelnią to dobry pomysł. Zrobię to na koniec roku, jak dostanę świadectwo. Żeby okaleczenie uczennicy szkoły nie psuło mi podania na studia.
Już miała wchodzić do salonu, gdy usłyszała dzwonek. Odwróciła się szybko na pięcie, zrobiła dwa kroki i otworzyła drzwi. Stała w nich niska, ciemna blondynka w okularach, biało-niebieskiej kurtce, spod której wystawał czarny golf i bordowych spodniach. Wyglądała na zmęczoną i zrezygnowaną.
-Hej Bethany. Wejdziesz?
Przepuściła dziewczyna, a ta posłusznie weszła i wzięła głęboki oddech.
-Widziałaś Lucy?
Megan zmarszczyła brwi.
-Nie, a stało się coś?
Bethany wybuchnęła płaczem. Megan zmieszała się - tego się akurat nie spodziewała. Beth wzięła kilka uspakajających wdechów i wydechów, po czym wyrzuciła urywanymi słowami:
-Ja... Nie widziałam jej od południa... Miała wrócić do domu sama, po kółku... Szukałam jej wszędzie, na całym i... i...
Rozejrzała się z nadzieją po holu, jakby się spodziewała, że Lucy kryje się w jakimś kącie.
-Słuchaj... - powiedziała Megan spokojnie, chociaż od środka zżerała ja panika - Zdejmij kurtkę, napij się herbaty i razem coś wymyślimy, okej?
Dziewczyna pokiwała żałośnie głową, podała jej swoją kurtkę, którą Megan powiesiła na wieszaku i poszła za nią do kuchni. Oparła się o blat i przyglądała się, jak Grant nalewa wody do czajnika, a później, jak z jego dzióbka wybuchają kłęby pary. Brunetka zalała wrzątnikiem torebki z herbatą, posłodziła napój i dodała cytryny i dopiero wtedy podała go ciemnej blondynce. Powoli, żeby nie wylać ani kropli, usiadły przy stole.
-Byłaś u dyrektora? - spytała Megan bezpośrednio, czując, że milczenie na nic nie pomorze. Bethany pokręciła przecząco głową. - Niedobrze. Szukałaś wszędzie?
Znowu tylko kiwnięcie.
-Wypij herbatę, musisz się rozgrzać. A potem razem pójdziemy do dyrektora. Dobrze?
Megan nawet nie patrzyła, czy blondynka kiwa czy kręci głową. Przymknęła oczy, a w jej głowie zrodziły się trzy słowa : "Tylko nie to"


Lucy nie wróciła ani następnego dnia, ani w środę. Niepokojące stało się to, że na kółku matematycznym była, co Poppy potwierdziła, gdyż siedziały razem przy jednym stoliku. Dalej ślad się urywał. Rudowłosa owszem wyszła ze szkoły, ale do domu Mut nie wróciła.
Megan czuła się, jakby świat miałby się skończyć. Nadal jej foch na Fabiana trwał, gdyż po scenie z Rose, jaką odegrał w holu, nie odważyła się go przeprosić. Po dziesiątej próbie, która zakończyła się niepowodzeniem, Grant zrezygnowała. Do tego wszystkiego Lucy zniknęła, a pocieszeniem było to, że zaginęła na terenie szkoły i istniała mała i nikła nadzieja, ze się na nim znajduje.
-Zupełnie jak w Hogwarcie - podsumował na której lekcji Jerome. Mara spojrzała na niego krzywo, a ten tylko wzruszył ramionami.
Wieczorem, by poprawić wszystkim humor i wyrwać cały dom z letargu, w jakim się znalazła Willow zaczęła konwersacje  o jednorożcach.
- Śnił mi się ostatnio - odparła marzycielskim tonem, na co Rose spojrzała wymownie w sufit - Miał srebrzystoniebieską grzywę, różaną sierść i rubinowe oczy.
-Był wściekły? - zapytał Jerome, unosząc nonszalancko jedną brew - Bo jak się ma czerwone oczy, to...
Zacisnął zęby, bo Mara obdarzyła go solidnym kopniakiem w nogę. Willow, jakby nie zauważając tej uwagi, kontynuowała:
-A kiedy go dosiadłam, to popatajał dalej, na taką brzydką łąkę, nie wiem po co, ale...
-Grant! To nie twoja kolacja! - warknął Victor, zwracając sie do dziewczyny, która kryła się w kuchni i nakładała na talerzyk sałakę.
-Czy pan sobie może wyobrazić, jaka ja jestem głodna?. Ta sałatka może uratować moje nic nie warte życie, może doprowadzić do tego, ze mnie nagle olśni, wynajdę lek na AIDS i zostanę sławna, wynajdę bra...
-Nie zjesz tego! - warknął dozorca, wyrywając jej talerz z rąk.
-Dzieci z Etiopii by nie pogardziły!
I czmychnęła, zanim Victor zdołał odpowiedzieć. Tymczasem w salonie pojawił się Logan, zafascynowany wywodem Willow na temat jej marzeń.
-A wiesz, że mogę sprawić, byś widziała jednorożce?
-Och, proszę cię, co za tandetny tekst! - krzyknęła Megan, włączając telewizor i wyciągając się na kanapie.
-Stul ryja! - warknął do niej, a potem zwrócił się do Willow, która rozpromieniła się cała - Jest takie coś, co nazywa się grzybkami, dzięki temu możesz zobaczyć jednorożca. Jak chcesz, mogę ci trochę załatwić...
Urwał, bo dostał butem w tył głowy.
-Oh yeah, pierwszy raz w życiu se wycelowałam! - ucieszyła się Megan, zeskakując z kanapy. Podeszła do stołu i doskonale naśladując Victora burknęła - Soren! To nie twoja kolacja!
Po czym chwyciła go za ramię i dosłownie wyrzuciła z jadalni, starając się nie zauważyć pogardliwej miny Rose.


-Macie dokładnie pięć minut, a potem chce usłyszeć, jak upada ta... szpilka.
Wszystkie trzy wpakowały się do łóżek, gasząc światło. Przewracając się z boku na bok, Megan usiłowała zasnąć. Co za cholerna patologia, czy może zrzucić winę na geny, że każdej nocy nie może zasnąć, a na sen trzeba czekać dobre trzy godziny, zanim skleją się jej powieki? Patricia po pięciu minutach chrapała, Amber potrzebowała drugie tyle i już nie kontaktowała ze światem. Tymczasem ona musi tępo patrzeć się w sufit, starając się nie myśleć o rzeczach, które przychodzą do jej głowy. Odrzuciła kołdrę na bok i uprzednio zakładając szlafrok, wymknęła się z pokoju.
Dom Anubisa zawsze ją oczarowywał w nocy. Był tajemniczy, pełny grozy i uroku. Zeszła cichutko po schodach, by nie zrobić hałasu, przebiegła szybko przed korytarz i wpadła do kuchni. Skradanie się do lodówki opanowała do perfekcji, lecz dzisiaj wyjęła szklankę i napełniła ją najzwyklejszą wodą źródlaną. Patrzyła, jak najpierw się burzy, potem jej powierzchnia stała się gładka. Chwyciła szklankę i powoli wyszła z kuchni na korytarz, byle nie upuścić ani kropli.
Megan rozejrzała się dookoła, mając nieodparte wrażenie, że ktoś ja obserwuje. Stanęła w połowie drogi i poprawiła szlafrok, który zjeżdżał z jej ramion. I w tym momencie poczuła chłód.
W domu nie powinien wiać wiatr, tym bardziej w zamkniętym domu nie powinno go być. Jednak brązowe włosy dziewczyny plątała się, temperatura w pokoju spadła a każde zażycie powietrza było bólem, który kuł jej płuca. Nie ruszała się, przymknęła tylko oczy, mają nadzieje, że gdy tylko je otworzy, wszystko się skończy.
Coś oślizgłego zacisnęło palce na jej ręce, przybliżając się do dziewczyny, aż czuła oddech intruza na swojej nagiej szyi.
-Myślałaś, że to koniec, Megan Grant? - syknęła osoba. Kobiecy głos był zachrypnięty, tak, jakby właścicielka przez długi czas go nie używała. Jej serce przyśpieszyło, dodając jej otuchy, żeby się trzymała, bo nic jej nie będzie. To właśnie czuła, oprócz paniki, która w niej narastała. Kobieta nic jej przecież nie może zrobić, jest tylko złym snem. Pieczęć ją ochroni. Otworzyła więc oczy i spojrzała w lewą stronę, tam, gdzie stał intruz. Nabrała gwałtownie powietrza. Obok niej stała osoba, którą wszyscy poszukiwali od dwóch dni. Ale to nie była ta Lucy, którą pamiętała. Jej włosy były potargane i brudne, na twarzy nie było nic z jej miłego uśmiechu, a mundurek był w strzępach. Grant odwróciła wzrok i wbiła go przed siebie, oddychając głośno. 'Lucy' przybliżyła spękane usta do jej ucha.
-To dopiero początek.
I znikła tak nagle, jak się pojawiła, pozostawiając dziewczynę wstrząśniętą. Megan powoli obserwowała, co dzieje się wokół niej. Wszystkie lampy, które były na korytarzu, zapaliły się i coraz intensywnej płonęły. I coraz bardziej.
-O Boże - szepnęła Megan i upuściła szklankę, którą dotąd trzymała w zaciśniętej dłoni. Nie słyszała, jak spada i nie czuła, jak szkło rani jej stopy. Zasłoniła tylko głowę rękami, na sekundę przed tym, jak wszystkie lampy, jedna po drugiej zaczęły wybuchać.
Trzask. Trzask.
Smród wypełnił pomieszczenie, a ona sama, już w ciemnościach walczyła o to, by nie zemdleć. Drzwi do sypialni chłopców otworzyły się z trzaskiem. Jerome jako jedyny, trzymał dla własnego bezpieczeństwa lokówkę w wyciągniętej przed sobą dłoni. Megan pomyślała, że musi wyglądać dziwnie i żałośnie, stojąc sama na korytarzu. Poczuła pieczenie na nogach, to na pewno ta szklanka, którą upuściła, musiała ją skaleczyć.
Ktoś delikatnie objął ją ramieniem i zaczął prowadzić na górę, a ona się nie opierała. Jeszcze tylko wychwyciła, jak Eddie żartuje sobie z Jeroma i jego lokówki do włosów. Jednak w tych słowach była jakaś sztuczność, zatajenie, ze nic się nie stało i nie ma się czym stresować.
Powoli zaczęli wspinać się po schodach, aż dotarli do drzwi oddzielających korytarz od damskiego piętra. Chłopak cicho otworzył drzwi, potem to samo zrobił z drzwiami do jej pokoju. Razem usiedli na łóżku. Fabian objął ją i poczekał, aż rytm jej serca się uspokoi. Wtuliła głowę w jego koszulę.
-Wszystko gra? - spytał szeptem, by nie obudzić jej współlokatorek, które nie mały najwyraźniej pojęcia, co się stało.
-Nie - odpowiedziała tak samo cicho i poczuła, ze zbiera jej sie na płacz - Fabian, przepraszam. Nie powinnam...
-Cicho - uciszył ją - Nie ważne. Po prostu pamiętaj, ze nie jesteś sama.
Puściła ją, a ona pokiwała powoli głową i pożyła się do łóżka, a Fabian przykrył się pierzynom, potem uśmiechnął się delikatnie i cicho usiadł obok niej, na podłodze. Wyszedł wtedy, kiedy dziewczyna zasnęła.


Nigdy w życiu nie pisze tak długiego rozdziału. Zrozumiano? Nigdy.
Tak czy siak, nie spodziewajcie się następnego w przyszłym tygodniu, musze nadrobić zaległości w szkolę. Olałam sprawdzian z fizy, żeby napisać dla was ten rozdział.
Mam wiele wątków, które chciałabym rozwinąć, w ogóle to opowiadanie jest na dłuższą metę, ale nw czy bedzie ktoś jeszcze to czytał, bo mada na HoA się skończyła. Ja będę nadal pisać, za bardzo się przywiązałam ♥
Byliście pierwszymi osobami, które coś we mnie doceniły. Ja się nie czułam uzdolniona, ale pisałam dalej a myśl o tym, ze ktoś t czytał, była po prostu cudowna. Ale wyświetlenia spadły, komentarze też i to nie tylko na moim blogu. Przykre, ale to życie.
Dziękuje wam kochani za wszystko♥

P.S. Widzieliście nowe włoski Brada ?? *u* Jaram się jak idiotka huehuehuehuehehue ♥

No, kocham was
Joylitte
xoxox

czwartek, 17 października 2013

036. Rozdział trzydziesty szósty

Zaufanie jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Oczywiście, można powiedzieć komuś, że ufa mu się bezgranicznie, że skoczyłoby się za tą osobą w ogień. Ale w większości przypadków to tylko puste, nic nie znaczące słowa. Trzeba nie przesadzać z ufnością. Można przyznać się mamie, ze się ma kłopoty, ona przytuli pocieszy i nikomu nic nie powie. Ale ona cię kochała od początku. Jakby to brzydko ująć - to się nie liczy. Pięknym uczuciem jest ufać innej osobie, która pojawiła się w naszym życiu niespodziewanie. 
Aby bez­gra­nicznie ko­muś zaufać pot­rze­ba zarówno od­wa­gi, jak i siły. Po­win­no się bo­wiem zakładać i taką ewen­tual­ność, że za­miast wzle­cieć upad­nie się, i to bar­dzo nisko.
Patricia mu zaufała. Uwierzyła jego słowom, kłamstwu. Wmawiał sobie, ze to przecież dla niej, że robi coś dobrego. Ale brzmiało to tak sztucznie, że sam śmiał si.ę ze siebie w duchu.
Był poniedziałek. Megan ani razu nie zeszła na posiłek, nie wychodziła z pokoju, nie wstała z łóżka odkąd Victor zaniósł w sobotni ranek. On był opanowany, to Amber histeryzowała...
-A co jeśli spotkało ją to, co Willow i Alfiego? Boże, to takie straszne! Na pewno nic nie widziałeś, Eddie? - tu zwracała się do niego, po czym nie czekając na odpowiedz, dalej kontynuowała - A możne zapadła w tą śpiączkę, co się w lasach deszczowych zapada? Wiem! Może jest Śpiącą Królewną? Potrzeba nam księcia żeby ją obudził! No, kto jest chętny?!
Po tych słowach zazwyczaj milkła, bo Patricia nie wytrzymywała psychicznie i rzucała w nią tym, co miała pod ręką.
Wstał i włożył do kieszeni dwa medaliony, które znalazł w korytarzach, zarzucił na ramię swoja szkolną torbę i wyszedł z pokoju. Śniadanie zaczęło się pięć minut temu, a w powietrzu już można wyczuć zapach miodu i naleśników. Usiadł na swoim miejscu, pomiędzy Williamson i Fabianem i bez słowa zabrał się do jedzenia. Amber, która grzebała bezmyślnie w swojej sałatce, która górowała na liście jej posiłków, spoglądała na puste miejsce Grant.
-Szkoda, ze jej nie ma... - stwierdziła i westchnęła, wkładając do ust porcję zielonej sałaty.
-Mi tam nawet dobrze bez niej. Mogła by się nigdy nie obudzić, za bardzo zanudzała. - Logan wyciągnął się na swoim krześle i ugryzł tosta posmarowanego miodem.
Eddie, słysząc co chłopak powiedział, już zrywał sie z miejsca, lecz ktoś był szybszy od niego. Patricia, przed którą stał pełny dzbanek z sokiem pomarańczowym, chwyciła go i całą zawartość wylała na Logana. Chłopak, zaskoczony, poderwał sie z krzesła, wściekły. Ale Williamson jeszcze nie skończyła. Złapała miskę z mlekiem i pływającymi w niej płatkami i chlusnęła ponownie w jego twarz.
-Za co?!- wrzasnął, ocierając twarz rękawem.
-To pierwsze za to, ze jesteś parszywym dupkiem, a to drugie, za to, co mi powiedziałeś na urodzinach Amber.
-Jesteś nienormalna! - wrzasnął Logan i zaraz wybiegł z jadalni, bo Patricia już wyciągała rękę po szklankę z wodą. Usiadła zadowolona z siebie, gdy to pokoju weszła jeszcze jedna osoba. Stanęła na widok ich zdziwionych twarzy i uniosła brwi pytająco.
-Co?
-O Boże, Megan! - Amber zerwała się z miejsca i mało co sie nie zabijając, rzuciła się na szyję brunetki - Myślałam, że zapadłaś na śpiączkę afrykańską, albo że będzie trzeba by ci poszukać księcia, ewentualnie patelnię, żeby cię obudzić!
-Amber, nie chce ci przeszkadzać, ale miażdżysz mi żebra - sapnęła Megan, po czym odetchnęła z ulgą, gdy blondynka wypuściła ją z objęć - Mamy naleśniki?
Eddie obserwował, jak rozpromieniona brunetka siada przy stole, smaruję naleśnik dżemem i śmieję się z każdej drobnostki. Zupełnie jakby zapomniała, przez co przeszła kilkadziesiąt godzin temu. Może faktycznie zapomniała? Może wymazała jej się pamięć? Ale Megan zachowywała się całkiem normalnie i beztrosko, tak, jakby nie znała żadnej z tajemnic tego domu, jakby dopiero co przyjechała. Nie miała ciemnych cieni pod oczami, nie kryła się bez przerwy za książką i nie warczała na nikogo, kto raczył jej przerwać. Była taka pełna życia. On tylko czekał, aż wstanie od stoły.
I wstała. Wyciągnęła się i radosnym tonem oznajmiła Amber, że zaraz pójdą do szkoły, tylko skoczy po torbę. Eddie bąknął coś, że musi iść do łazienki i wymknął się za brunetką.
-Hej, możemy pogadać? - spytał, gdy miała zamiar już wejść na schody.
-Teraz?
-Tak.
Zrobiła minę zbitego psa i gestem pokazała mu, żeby poszedł za nią. Gdy byli sami w pokoju, on chwycił ja za ramie i obrócił ku sobie.
-Jak się nazywasz?
-Megan Grant. Ej, Eddie, na pewno dobrze się czujesz?
Puścił ją i odetchnął.
-Taaa. Pamiętasz co się stało w tunelach?
-Tak jakby...
-Że co proszę? - upadł na łóżko Patricii i spojrzał na nią przez palce - Tak jakby prawie się zabiłaś.
Wzruszyła ramionami i usiadła obok niego.
-Pamiętam tylko do momentu, jak weszłam w te białe światło. Potem pufff - wykonała gest rękami, który miał oznaczać wybuch i zrobił poważną minę - Ciemność, aż się nie obudziłam dzisiaj rano.
-A to na szyi widziałaś?
Megan spojrzała na niego, zmarszczyła brwi i wstała. Złapała swoje włosy w taki sposób, jak gdyby chciała zrobić kucyka i odwróciła się tyłem od toaletki Amber. Na jej szyi widniała maleńka, czarna gwiazdka. Megan wzięła gwałtowny oddech.
-Woowooowooo. Moja mama mnie zabiję.- jęknęła i puściła włosy, które opadły swobodnie na jej plecy.
-A co zrobimy z tym? - spytał Eddie, podając jej medaliony, które znalazł w piątek. Chwyciła je i z fascynacją zaczęła im się oglądać. On nie widział w tych wisiorkach nic specjalnego. Zwykłe kółko i kilka patyków łączących się w gwiazdę. W życiu by takiego nie założył.
-Myślisz że to dla nas? - spytała, marszcząc brwi.
-Może, ale ja tego nie będę nosił- stwierdził, a na widok miny Grant dodał - Hej, one są paskudne! Gaduła wyśmiała by mnie, jakby mnie w tym zobaczyła!
-Obydwoje jesteście tępi! - warknęła Selene, pojawiając się nagle z znikąd i bawiąc się paskiem Amber, który smętnie zwisał z otwartej szafki.
-Ale przecież pasuję! - warknęła Megan, posyłając jej urażone spojrzenie - W tunelach było nas tylko dwoje i ...
-A kogo było jeszcze 'tylko dwoje' ? - Selene nie dawała za wygraną i oparła się o ścianę - Użyjcie mózgów!
- Czemu ona nie powie nam wprost, tylko ... - zaczął Eddie, lecz Megan uciszyła go skinieniem ręki. Nie dość, ze nie da mu dojść do słowa, to wszystkich ignoruje.
- Lol, nie wiem. Może ty masz jakieś pomysły - spytała po minucie milczenia i intensywnego marszczenia brwi.
Dwójka osób. Ktoś, kto potrzebuje ochrony. Ma to na końcu języka, tylko co to...
-Willow i Alfie! - wrzasnął i klasną w dłonie tak gwałtownie, że Megan podskoczyła, a Selene wymownie spojrzała w sufit - Tylko jak ich namówić, żeby nosili te głupie medaliony i ich nie ściągali?
-Zostaw to mnie - oznajmiła Megan, zarzucając plecak w różowe kropki na ramię i mrugając do niego - Będzie bardzo romantycznie, aż porzygamy się tęczą.
Ruszyła do drzwi w podskokach, lecz Eddie złapał ja za ramię. Odwróciła się wolno i spojrzała na niego pytająco.
-Jeszcze jedna kwestia : muszę powiedzieć Patricii o tym, co się stało w tunelach...
-NIE!
-Ale ona myśli, ze mamy romans!
-Obiecałeś Eddie, nie możesz tego zrobić! - wrzasnęła Grant, pokrywając się szkarłatem.
-Co ci szkodzi! I tak sie wkrótce dowiedzą, co za różnica!
-Duża różnica! Dałeś słowo, nie możesz go teraz złamać! Obiecałeś!
-Pamiętam! - warknął i spojrzał na nią spod łba - Ale ona mi ufa, a ja jej okłamywać nie będę!
Wyminął ją i chwycił za klamkę.
-Teraz zabrało ci się na romanse ?! ODWRÓĆ SIĘ, JAK DO CIEBIE MÓWIĘ!
Nie posłuchał jej, otworzył drzwi i wyszedł. Jednak Megan nie dała za wygraną. Wyszła z pokoju i stanąwszy w rogu krzyknęła za nim:
-Wracaj tu, Edisonie Miller! - wstrzymała oddech, a gdy chłopak zniknął z pola widzenia, zaklęła - Cholera.
Była wściekła na siebie i na niego. Jak się wygada, wyjdzie na jaw jej głupie bohaterstwo, a na pytanie, czemu to zrobiła, będzie musiała odpowiedzieć. A tego na pewno nie powie. Nikomu. Jedna osoba wie w tej szkole i nie wygada się, tego byłą pewna. Ale jeżeli Eddie puści farbę, będzie po niej. W praktyce może już zacząć sie pakować. Kopnęła w ścianę za sobą i wtedy usłyszała, jak ktoś cmoka. Odwróciła się i zauważyła Rose, która stała oparta i drzwi i patrzyła się na nią współczująco, bawiąc się krawatem zawiązanym na swojej szyi.
-No proszę, wiecznie miła i grzeczna Meggie, umie jednak pokazać pazurki...
-Odwal się - warknęła cicho Grant i chciała wrócić do pokoju, lecz Riddle stanęła przed nią, zgadzając drogę i wzdymając usta.
-Posłuchaj Grant. W tym domu nikt nie będzie ci lizał butów i biegał za tobą, bo ci coś nie pasuję. Pogódź się z tym. Mam już dość twojego panoszenia się w tym domu, rozstawiania wszystkich po kontach, wrzeszczenie na wszystkich jak coś ci nie leży w interesie a potem strzelanie wielkiego focha i czekanie, aż ktoś cię przeprosi - zaśmiała się cicho, a po plecach Mega przeszły ciarki - Dorośnij. Teraz jesteś nikim, a nie ukochaną córusią mamusi i tatusia, którzy robią wszystko, by ich książnice żyło się dobrze. Zrozum, wszyscy mają dość, więc się uspokój. A skoro już jesteśmy przy temacie - nachyliła się do jej ucha, przykładając policzek do jej policzka i szepnęła zjadliwie - Odwal się od Fabiana, nie zasługujesz na niego. Więc usuń się w cień i został drogę wolną dla kogoś, kto jest lepszy od ciebie.
Po tych słowach uśmiechnęła sie złośliwie i wymijając ją, trąciła boleśnie w ramie. Megan poczekała, aż zniknie z pola widzenia i dopiero wtedy te łzy, które zebrały się w jej oczach, popłynęły po jej policzkach. I całe bohaterstwo szlag trafił.
-Poważnie tak powiedziała? - Chloe stanęła jak wryta, z otwartymi oczami i szafką zapchaną papierami. Megan kiwnęła smutno głową i założyła kosmyk, który opadł na jej policzek, za ucho - Ale suka!
Grant uśmiechnęła się z cieniem rozbawienia, którzy przebił się przez beznadziejność. Chloe była jedyna osoba, która trzymała jej stronę, choćby zrobiła najgłupszą rzecz pod słońcem. Wygrzebała dwa cukierki z zaśmieconej szafki i rzuciła przyjaciółce. Megan otworzyła go powoli, starając się jak najmniej szumieć papierkiem i włożyła do buzi. Czekolada rozpłynęła się na jej języku i dodała otuchy. Chloe zamknęła szafkę i objęła ją po przyjacielsku ramieniem.
-Nie przejmuj się ta wiedźmą.
-Łatwo ci powiedzieć. Ty olewasz wszystko.
-Taa, ale niektórzy nie zasługują na więcej, niż poz­dro­wienie środ­ko­wym palcem.
Zaśmiały się obie. Chloe była dla Megan siostra, którą nigdy nie miała. Ona znała jej sekrety i na odwrót. Przynajmniej cześć. Grant była wierna i nie powiedziała przyjaciółce o Sibunie. Choć Sibuna mało się nią ostatnio interesowała. Nie robiła nic. Czy kiedy znowu kogoś zabiją, to weźmie się do roboty? Znaleźć tą Księgę, mieć spokój. Ale nie tego nie zrozumieją. Od pewnego czasu są zajęci inną robotą, o której jej nie poinformowali. Bo po co? Jest przecież nowa.
-Hej Lucy! - Chloe przywitała się z rudowłosa dziewczyną, która przypinała kartkę do tablicy informacyjnej. - Jak tam twoja ręka?
-Nie najgorzej - uśmiechnęła się Lucy - Cześć Megan.
-Hej - mruknęła nieprzytomnie dziewczyna, bo zauważyła na horyzoncie trzy sylwetki : Amber, Alfie i Willow. Teraz jest szansa. Medaliony spoczywają w jej kieszonce, teraz tylko im to wcisnąć.
-Musze lecieć! Spotkamy się na stołówce - powiedziała pospiesznie i popędziła w stronę znajomych - Hej, Willow! Alfie!
Chłopak razem z dwiema dziewczynami zatrzymał się i zaczekał, aż do nich dobiegnie.
-Mam coś dla was - oznajmiła brunetka i wyjęła z kieszeni medaliony - To takie naszyjniki szczęścia. Dostałam je od babci, ale nie mam chłopaka, więc pomyślałam że dam go wam. Jako dowód miłości, czy coś w tym stylu.
-Są piękne! - podskoczyła Willow, zabierając jeden swój i wieszając go na szyi - Dalej Alfie, załóż swój. Przysięgnij, ze co by sie nie stało, nie zdejmiesz go.
Alfie kiwnął głową, a Willow wystawiła mały palec. Lewis zrobił to samo i chwilę potem złożyli obietnice ' na mały palec', tak, jak to Megan wiele razy robiła z Chloe. Grant zerknęła na Millinton, która gapiła się we złączone palce.
I nagle dostrzegła w jej oczach błysk, którego nie zrozumiała.


Wściekłość. Tylko wściekłość.
Pragnienie zemsty.
Tym razem się nie podda.
Nie tym razem.
Jeżeli nie takim sposobem, jakim to robił dotychczas, zdobędzie ich inaczej.
Naglę ujrzał na horyzoncie małą i bezsilną osóbkę. Wyszczerzył zęby z radości.
Czas na żer.











Miało być w niedziele, potem w wtorek, ale jest w czwartek! Nie zabijajcie!
Meeeega krótkie, ale zawarłam w tym rozdziale to, co chciałam, więc jest okey. Looool. Ale i tak nie jestem zadowolona.
Nie jestem godna konkursu z polskiego, bo robię dużo błędów i szkoda moich sił. Według mojej polonistki.
Byłam na konkursie z chemii. Czy zdobyłam te 2 pkt okaże się jutro. Ka bum! 40 pkt do zdobycia, ja zdobyłam 2. To się nazywa szaleństwo.
Teraz tylko konkurs z geografii 29 i spokój.
Poużalałam się nad sobą  teraz coś na wesoło. 12 chłopaków ( w tym 7 z mojej klasy) rozwalili kibel. Haha, robili zawody, ile osób się mieści na jednym i urwali spłuczkę. Powódź była, zalewka do teraz. Mamusie tych panów przychodzą na 12 jutro. Bezie rzeź. Poświęciłam się, miałam się matmy uczyć, a dla was rozdział piszę.
Bardzo składnie ujęłam swój monolog. eheeem.
Sibuners się rozpadają! Żal. Pozostało aktywnych kilka bloggerek, które chyba będą pisać tylko dla siebie, bo inni już się serialem znudzili. Fajne 'Forever' jak na tych stronach na fejsie.
Mam nadzieje, ze mnie nie opuścicie, bo się załamie! Pierwszy blog, w który się zaangażowałam na poważnie, nie chce stracić tego uczucia. 
Robiłam twittcam, jak ktoś nie oglądał, może mnie zobaczyć tutaj . masakra :(
I tak nie oglądniecie. Jak ktoś był na żywo, gratuluję! Możecie się ze mnie wyśmiewać
Ale i tak was kocham

Joylitte
♥x♥x

sobota, 5 października 2013

035. Rozdział trzydziesty piąty

Słońce od niepamiętnych czasów było symbolem szczęścia i dobra. Czczone przez wiele narodów od starożytności, znalazło swe uwielbienie w malarstwie, literaturze, sztuce. Słońce to radość. Rodzicie powtarzają dzieciom, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Dzieci kiwają głową , wstają i idą dalej. Życie bez słońca było by nijakie. Uśmiech, jak słońce, da­je na­tural­ne ciepło.
Niektórym brakuje słońca. Brakuje miłości. Można życzyć najgorszemu wrogowi śmierci, czemu nie? Ale nie samotności. Bo to własnie samotność jest naszą cichą śmiercią. Życie traci sens. Od tak. Nie ma kolorów. To tak jak w starych czarno białych filmach. Nie ma tego uroku.
A co do śmierci... Czy śmierć jest końcem? Według niektórych jest tylko bramą do wiecznego szczęścia. A ci, którzy zostają na ziemi - cierpią. Nie ma świata bez cierpienia. Dziecko cierpi, jak ktoś go popchnie i się przewróci. A potem dorastasz i zaczynasz wszystko rozumieć. A przynajmniej cześć. Każdy musi trochę pocierpieć, nie ma takiego człowieka, który nie zaznałby tego uczucia.
I niektórzy wolą o tym zapomnieć. Albo zatuszować tą ranę przed innymi, by się nie martwili. A gdy są sami, wspomnienia wracają. Więc udajemy, ze czegoś takiego nie było.
Życie nie jest proste. Nigdy nie było.
Zazdrość wypala w człowieku ranę. Ale trzeba sobie z tym poradzić. I uważać, by ona nami nie zawładnęła.

 ***


Sen jest piękny. To oderwanie od rzeczywistości. I chwilowe zapomnienie o wszystkim. Coś dźgnęło go w ramię. Zignorował to i dalej się zanurz w odmętach snu. Ale intruz nie dawał spokoju.
-Edisonie Miller, wstawaj!
Otworzył powoli oczy. Najpierw był zdezorientowany. A teraz wspomnienia zawładnęły jego jeszcze uśpionym umysłem. Spojrzał nieprzytomnie na Victora, który z groźną miną stał nad nim. Poczuł dreszcz obrzydzenia. Ten człowiek powinien być gdzieś zamknięty. Razem tym pazernym krukiem.
-O co chodzi? - spytał głupkowato i ziewnął. Po tym, jak promienie słońca igrały na starych tapetach tego domu, wywnioskował, ze musi być jeszcze dość wcześniej.
-Dlaczego spaliście w salonie?
-Dlaczego mam się przed tobą tłumaczyć? - warknął Eddie, i dodał w myślach określenie, za które zostałby zlinczowany przez Marę, a Willow padłaby na zawał. W tym samym czasie Victor podszedł do Megan, ale dziewczyna nie reagowała na jego zaczepki.
-Gdzie byliście wczoraj w nocy? - spytał dozorca, prostując się i patrząc na Eddiego z góry.
-Nie wiem jak pan, ale dla mnie dziewiąta to wieczór a nie noc.
-Odpowiedź! Twoi przyjaciele dzwonili do ciebie, nie odpierałeś.
-Telefon mi się wyładował - skłamał chłopak, po czym wstał z fotela. -Idę do siebie.
W tej chwili Megan jęknęła cicho, ale nie obudziła. Obydwoje spojrzeli na nią zaniepokojeni.
-Co jej się stało? - spytał ostro dozorca, uklęknął przy niej i położył rękę na jej spoconym czole.
-Chora jest... ja nie wiem co jej się wczoraj stało. Miałem iść do siostry, ale poprosiła czy mogłaby pójść ze mną, bo się źle czuję. No i zesłabła w drodze a jak już ją tutaj przyniosłem, były już zgaszone światła.
Zagryzł wargę. Mocno naciągane kłamstwo. Może się uda, a może nie.Wstrzymał oddech, gdy dozorca wziął Megan na ręce i zaniósł na górę. To będzie cud, jak jakoś sie z tego wyplączą. Megan nic nie będzie, wmawiał sobie i mocno w to wierzył. Bo podobno jak się coś mocno wierzy, to może się spełnić.
Po chwili z piętra zeszła Patricia. Jej rozczochrane, rude włosy spływały na ramiona i nawet w za dużej bluzce i dole od dresu wyglądała bardzo ładnie. Stanęła przed nim z założonymi rękami i popatrzyła groźnie. Poczuł, jak po jego plecach przebiega dreszcz.
-Co jej się stało? - spytała powoli i spokojnie, choć w środku zapewne gotowała się od emocji. Po chwili zbiegła Amber w szlafroku nałożonym na głowę.
-Boże, nie wiem, zesłabła! Co miałem zrobić? - spytał zrozpaczony, a Patricia groźnie zmrużyła oczy.
-Jak to zesłabła? - spytała Amber, a jej głos został po części stłumiony przez szlafrok.
-Amber, zdejmij to z głowy! - Na scenę wkroczył Fabian i chciał zerwać dziewczynie z głowy materiał, ale ona się obroniła.
-Nie! Bez makijażu wyglądam strasznie! - Krzyknęła i schowała się za Eddiem, który ciągle czuł się obserwowany przez oczy swojej dziewczyny. Fabian przewrócił oczami i opadł na sofę. To samo zrobiła blondynka, tylko w dużej odległości od bruneta. Patricia już otwierała usta, ale przeszkodził jej Victor, który złapał Eddiego za ramię.
-Idziemy do mojego gabinetu, mamy co nieco do pogadania - pociągnął blondyna za sobą, a trójka przyjaciół została sama. Amber pociągła nosem.
-Umrze tam.
-Nic mu nie będzie. Zachowuję się dziwniej niż zwykle - podsumowała Patricia, siadając pomiędzy chłopakiem a swoją przyjaciółką - Musimy zacząć na poważnie szukać tej księgi.
-A co innego robimy? - spytała urażona Millington i wysunęła głowę zza szlafroka - Możemy pójść tam przed południem, sprawdzić raz a dobrze.
Fabian coś mruknął, że nie może bo musi się uczyć na sprawdzian z fizyki, za co Patricia z całej siły walnęła go w tył głowy.
-A to za co? - warknął urażony, rozcierają sobie czubek głowy.
-Za to, że jesteś idiotom!
Amber uśmiechnęła się szeroko i przyłożyła prawą dłoń do oka.
-Sibuna!


Zawartość ostatniego pudła wysypała się na podłogę. Złamane pióra, pożółkłe kartki i inne zepsute i nieużyteczne rzeczy, potoczyły się po zakurzonej posadce. Nigdzie nie było widać żadnej książki. Z rozpaczy zaczęli pukać w ściany, spodziewając się jakiś tajemnego schowka, a Amber obcasami, na których inna dziewczyna wywróciła się by na miejscu, pukała w podłogę. I nic. Zrezygnowana Sibuna zebrała się w salonie. Nawet Eddiemu, który w końcu odpowiadając na wszystkie pytania, dzięki interwencja jego ojca, gdyż same pytania Victora nie raczył odpowiedzieć. Wezwano lekarza, a ten po prostu stwierdził, ze to przez niedobór snu i przepracowanie. A Megan ostatnio na siebie za dużo brała, więc ta bajeczka szybko się przejęła.
Wracali do domu w ciszy. Na przodzie szedł Fabian, z rękami włożonymi do kieszeni spodni, po nim w dość małej odległości Alfie i Amber, a na szarym końcu Patricia i Eddie.
-Jak ci się układa z Willow? - spytała Amber, tonem, jakby ją to mało obchodziło. A obchodziło i to bardzo. Ale co ma powiedzieć? Niech sam sie domyśli.
-Świetnie! Dzisiaj będziemy oglądać materiał, który nakręciła, a później pomedytujemy i będziemy zjeżdżać na sankach ze schodów!
-Mhmm... - mruknęła blondynka wkładając dłonie do swojego bordowego płaszczyka - Cieszę się...
Głos jej utknął w gardle. Jej kiedyś tez to proponował, ale odmówiła. A Willow? Przywitała ten pomysł z otwartymi ramionami. Jakby tylko czekała, aż jej to zaproponuje. Jak to możliwe, ze jak się żegnali w tamtym roku, płakał że smutku, a dwa miesiące później znalazł sobie inną? Bolało. Bardzo bolało, ale tego nie będzie okazywać, nie jest słaba. Nie była na tyle głupia, żeby niszczyć ich związek. Pamiętała, jak się czuła Nina, jak Joy wpakowała się w jej związek. Tęskniła za Niną. Jej jedyna przyjaciółka, której mogła sie wyżalić, teraz nawet nie piszą esemesów. Tak jakby nigdy się nie znały. Odwróciła głowę i zaczęła obserwować spadające liście. Alfie zaczął skakać przy jej boku. Kiedyś by go upomniała. Ale teraz zaczęła sie zastanawiać, czy czasem nie odpuścić. Skoro jest szczęśliwy...
Kilka metrów za nimi, dwójka osób szła w kompletnej ciszy. Ale można było dotknąć napięcia, które wisiało między nimi. Eddie szedł ze spuszczoną głową, obserwując jak czubki jego butów pojawiają się i znikając, a Patricia wpatrywała sie w punk na horyzoncie, który nie istniał. Po chwili dziewczyna przemówiła cicho:
-Nie wierze ci...
Stanął zdumiony, a ona po dwóch krokach zrobiła to samo. Patrzyli na siebie chłodno.
-Ale dlaczego?
-Bo kłamiesz. Znam cię, wiem kiedy kłamiesz. Wcale nie jestem taka głupia, za jaką mnie masz.
-Wcale nie uważam, że jesteś głupia...
Dziewczyna prychnęła, a październikowy wiatr zaczął bawić się jej włosami.
-Co robiłeś razem z Megan? A może podobają ci sie takie kujoneczki? To może ja też zacznę znowu kręcić włosy, ubierać się w kwieciste spódniczki i uczyć się całymi dniami?
-Co ty opowiadasz?
-Och, daj spokój!
Ich przyjaciele poszli dalej, zostawiając ich samych, z zaróżowiałymi twarzami i emocjami gotującymi się w ich ciałach.
-Jesteś zazdrosna, Gaduło?
-Ja !? Zazdrosna!? Jesteś żałosny, Edisonie Miller.
Po czym odwróciła się na pięcie z zamiarem zostawienia go samego. On nie dał jej tej satysfakcji. Chwycił ją za rękę, ale ona ją wyszarpnęła i stanęła z nim w twarzą w twarz. Wiatr szarpał jej włosy. Eddie odgarną kosmyk z jej policzka i założył za ucho. Gdy dotknął poczuł znajomy dreszcz, który przeszywał go, zawsze jak ją dotykał.
-Proszę cię - powiedział cicho - Po prostu mi uwierz.
Po czym przysunął się bliżej i ucałował delikatnie w usta, bojąc się, że ona go odepchnie. Przez chwilę była obojętną, ale odwzajemniła pocałunek. Położyła ręce na jego piersi, a on objął ją w pasie. Gdy przerwali pocałunek, on trzymał ją w objęciach jeszcze długo, długo po tym, jak sylwetki jego przyjaciół  znikły wśród drzew. Położył brodę na jej głowie i poczuł jej oddech na swojej odsłoniętej szyi.
-Przepraszam...
Zamknął w oczy i zanurzył rękę w jej pachnących, miękkich włosach.
-Nic się nie stało Gaduło, nic się nie stało...
Poczuł się jak nic nie warty oszust.


Nie mieć uczuć. To chyba najgorsza i najlepsza rzecz pod słońcem. Być obojętnym, nic nie czuć. Czasami Mara Jaffray chciałaby być takim człowiekiem. Nikt nie mógł by ją zranić, ani sprawić, że szczery uśmiech zagościłby na jej twarzy. Od czasu, gdy dla Jeroma byli 'tylko przyjaciółmi' chowała się przed nim. Nie mogła tego długo robić. Mieszkali w jednym domu. Będzie musiała pogodzić się z tym, ze nigdy go nie odzyska. Choćby starała sie z całych sił.
Siedziała na jednym z foteli i czytała książkę. Było to jakieś romansidło, wypożyczyła to z biblioteki wczoraj, by mieć jakiś pretekst, by dali jej spokój. Tęskniła za Joy. Za tymi czasami, gdzie śmiały się razem, płakały i uczyły. Z Patricią tez były blisko, ale to się nico popsuło, gdy zaczęła chodzić z Eddiem. Jej głównymi przyjaciółmi stali się Fabian, Amber, Nina, Alfie i Eddie. A ona przebywała coraz więcej czasu z Jeromem. I stało się.
-Co czytasz? - spytał Clarke siadając obok niej.
-Dotyk złodziejki - odpowiedziała, nie odrywając wzroku od kartek.
-Przeczytaj coś na głos. - poprosił ją i oparł głowę o oparcie sofy, przymykając oczy. Teraz podniosła wzrok. Przeczesał dłonią swoje włosy. Westchnęła cicho i zaczęła czytać:
-Przyznawanie się do dobrych uczuć to nie objaw słabości. To, kogo postanawiamy pokochać, wiele o nas mówi...
Urwała. Czemu ona zawsze musi natrafiać na takie bardzo życiowe cytaty? 
-Nie wiedziałem, że lubisz czytać romanse - przyznał Jerome i położył nogi na stoliku.
-Bo nie czytam. Nawet nie wiem dlaczego to wypożyczyłam! Oddam to jutro. - westchnęła i odłożyła książkę na stolik. Potem Jerome zadał jeszcze jedno pytanie, ona odpowiedziała. I jeszcze jedno, i jeszcze jedno. Czuła, jak zdenerwowanie opuszcza jej ciało. Poczuła sie lekka, gdy wybuchnął śmiechem, ona zrobiła to samo. Może jednak przeczyta tą książkę do końca?



Nie wiedziała, od ilu dni jej własna dusza jest jej jedyna towarzyszką. Może była tu tylko kilka minut, może już całe miesiące upłynęły, odkąd ostatni raz słońce głaskało jej skórę.
Nie chciała tak żyć... Chciała umrzeć.
Głód, ciemność i samotność stały się jej przyjacielem i wrogiem. Nie odpuszczały ją nawet podczas snu.
Zamknięta...
W ciemności...
Zanuciła z głosikiem małej dziewczynki, opierając się o zimną ścianę z kamienia, pragnąc stać się jej częścią...
Hello Darkness my old friend I've come to talk with you again...




Wróciłam bejbe!
Pisałam ten rozdział calutki dzień,z przerwami oczywiście, i nie wyszedł. Taki romantyczny. A jak coś u mnie jest romantyczne, cza to spe... zepsuć. W każdym razie, czasu na pisanie za dużo nie mam, jak coś to przeczytam sobie inne fanfiki, popłacze sobie nad swym losem na tt i idę się "uczyć".   W tym roku chce na konkursie z geografii dostać się do drugiego etapu. Wiem, jakie to dla mnie ważne, więc się nie uczę. Oglądam sobie lamy :


Tak, wiem. Teraz macie moja inspirację do pisania krwawych opowiadań. O ile ten chłam można nazwać opowiadaniem i krwawym. Może znowu kogoś zabiję. Okey, żartuję. Chociaż...
Caaarl <33 
Krzyki, później cisza. Tak jak w moich opowiadaniach xD Oglądałam sobie wczoraj kochanego Bradzika w Domu Dani. Brad, wyglądasz sexy nawet z ciastem na twarzy. Boże, nie czytaliście moich tweetów, jak wciskałam pauzę i pisałam komentarze jakie narodziły sie w mojej chorej głowie? Nie? To lepiej dla waszej psychiki.
Panie i panowie, oznajmiam, że za namowa drogiej pani Sapphire zrobię w przyszłą niedziele twitcam. O siedemnastej. Tak sobie to wymyśliłam. Jakby coś się zmieniło, dam znać. Zrobię zakładkę twitcam, żeby jak ktoś nie miał twittera, Mógł zadać jakieś pytanie. Chociaż znając moje szczęście, zakładka będzie bez komentarzy xD Link do twicama będzie TU na moim twitterze. Napisze zapraszam na twitcam, czy cos w tym stylu. Pytań nie będę czytać, żeby nie było. Obiecuję. 
Opowiem wam wzruszającą historię, o tym, jak poszłam wczoraj do kościoła. No więc wyszłam zza dziesięć osiemnasta, zadowolona z siebie, że oderwałam sie od komputera ( BRAD DODAŁ COVER HJDHJDSJHFDS ZABIJCIE MNIE!) i idę obie. Spotykam tatę a on do mnie czemu nie poszłam na msze Ja poker face, no przecież idę! A msza była 0 17 bo jest październik i różaniec  Okey, przychodzę odmawiają różaniec. Druga tajemnica. Nie wejdę, bo ludzie się będą gapić, poczekam te piętnaście minut. Ludzie się głupio patrzą, ale udaję ze niby wyszłam, bo się źle poczułam. Przyszedł Kuba, gadamy on się pyta, od kiedy stoję. Ja mu mówię, ze od dziesięciu minut. No i gadamy sobie. I różaniec się skończył. Zaciesz, za chwilę ludzie wyjdą będę szła na te spotkanie do bierzmowania i do domku, bo porządnie zmarłam. I co? I nie poszłam, zaczęła sie msza. ja takie oczy, łat się pytam, on się śmieje, okey. A potem sie skapieliśmy  ze musiała sie spowiedź o godzinę przedłużyć. No to ja, że wchodzę  nie będę marznąć. A Kuba coś takiego : 'Ja bym ci radził nie wchodzić. Nie byłaś na różańcu  godzinę się spóźniłaś  jakby to wyglądało. Wślizgniemy się, jak wszyscy do komunii pójdą, nikt nie zauważy'. Ja okey, czekamy.  I czekamy. Dobra, komunia!. Czekamy aż te wapieńce do komunii pójdą i akcja ninja. On cicho otwiera drzwi, ja po mistrzowsku zamykam i gdyby nigdy nic poszliśmy do komunii. Oh yeah, mogłabym sie włamywać do domu. Nawet nic słychać nie była, a byłam na obcasach. Podsumowując - słuchacie na mszy, kiedy zaczyna się różaniec, a nie myście, co byście teraz z Bradem robili. Okey, tylko ja tak robię...
Będę oglądała z koleżanką " Trzy metry nad niebem" Mam chusteczki, ubrałam się w dres i czekam. Siostra nr 1 jest na poligonie, siostra nr 2 ma własny komputer. Boże, dzięki ci, że został naprawiony! Moja przyjaciółka poleciała do Londynu, jak spodka Brada, ma go od mnie przytulić ^^ Ale za nią tęsknie :c Będę płakać. Wczoraj Aneta pytała Justynę z historii i Justyna się tak na mnie gapiła i huśtała i się gapiła, a ja jadłam lizaka i nie wytrzymałam. Wybuchnęłam śmiechem, oplułam ją a ona krzyku narobiła na pół korytarza. Normalka. 
Chyba kupie sobie tableta, założę instrgrama, dodam dużo swoich zdjęć, Bad je oglądnie, zakocha sie, napisze, zaprosi mnie na wakacje, ja pojadę, zostaniemy małżeństwem i będziemy mieć dwójkę dzieci : Fabiana i Dianę. Plan psychiczny nr 2. Kiedyś musi się udać. Ciemno się robi...

Kocham was
Joylitte
xoxo

Obserwatorzy