niedziela, 29 września 2013

034. Rozdział trzydziesty czwary

-Widzieliście Megan?
Kilka osób, które Mara rozpoznawał, pokiwało przecząco głową. Dziewczyna, załamana, usiadła przy stole zawalonym jedzeniem i ukryła twarz w dłoniach. W jednym momencie Megan pocieszała ją, w drugim rozpływała sie w powietrzu. Nie było jej nigdzie. Cały dom został sprawdzony dwa razy, jednak brunetka jej nie znalazła. Jej umyśle pojawił się natrętny głosik, który tak lubił się z niej naśmiewać. Zostawiła cię, śpiewał, a pod powiekami Mary zaczęły zbierać się łzy, zostawiła cię, a przedtem obiecała, ze tego nie zrobi. Naiwna jesteś, najpierw Jerome, teraz ona, la la la la.
Chwyciła jedną szklankę, po czym ja odstawiła, i znowu sięgnęła po nią dłonią. Musiała czymś zająć ręce, by nie zwariować.
Naiwna dziewczyna, śpiewał głosik w jej głowie, wierzy w poprawę losu. Ha ha!


Zimno. Chłód szczypał ich w policzki, dłonie i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Przedarł się przez kilka warstw ubrać i niepokoił ich, nie pozwalając znać spokoju. Megan oparła głowę o ramię Eddiego, podkurczając nogi, by się ogrzać. Nie wiedziała co ze sobą począć. Najpierw jest w ciepłym pomieszczeniu, gdzie otaczają ją ludzie, potem jest sama i chce znowu znaleźć się w tym pokoju, by ponownie uciec. Wieczna huśtawka emocjonalna. Skostniałe dłonie zdawały zamieniać się w kostki lodu, więc dziewczyna włożyła je pod bluzkę, by trochę je ogrzać. Gdy poczuła swoje zimne palce na brzuchu, od razu je stamtąd wyciągnęła.
Eddie siedział koło niej. Milczący, zatopiony w własnych myślach. Pewnie w jego umyśle pojawiała sie sylwetka Patricii. Megan nie miała nikogo, kto mógłby ją pocieszyć. nawet Chloe, którą tak kochała, zdawała sie od niej oddalać. Najpierw rozdzielone przez miejsce zamieszkania, potem Sibune.
To przez mnie. Gdyby nie ja, to by się nie stało.
Dwa zdania, które tak często powtarzała w tamtym życiu. Ten ból. Obiecała sobie, że nie będzie o tym myśleć. Jednak jej mózg nie dawał za wygraną.
To przez mnie.
-Opowiedz mi o Ninie. - poprosiła Megan cichutko, jednak ze byli tu sami, jej głos był dwa razy silniejszy. Eddie drgną i odezwał się tez tak samo cicho, jakby się bał, ze kogoś obudzi:
-Co chcesz wiedzieć?
-Wszystko.
-Nie wiem wszystkiego. Znam tylko cześć historii.
-Część mi wystarczy - odparła Megan, podsuwając się do niego, tak, by oparł głowę na jej głowie.
Więc Eddie zaczął opowiadać, to co mu przekazała Sibuna. Że rodzice Niny zginęli w wypadku jak była mała, jak znalazła się tutaj, bo dostała stypendium. Jak Joy zniknęła i Patricia posądziła Martin, ze maczała w tym palce, jak dostała Oko Horusa od starszej pani, która potem okazała sie Sarą, że była miła i inteligenta, zawsze skora do pomocy. Że według Fabiana Nina była podobna do Sary z czasów młodości, jak zaczęły sie zagadki. Jak powstała Sibuna. O Zgromadzeniu. I na kocu semestru, że to ona jest Wybraną, a nie Joy, tak jak sądzono. O kielichu Ankh, jak go złożyła. Jak dowiedziała się, ze jej korzenie sięgają starożytnego Egiptu, że pochodzi od Amneris. Jak zbieżność, ze urodziła się siódmego dnia, siódmego miesiąca i o siódmej godzinie wpłynęła na jej życie. Jak zaczęła ich nękać Senkhara, grożąc, że ich zabije, jak nie znajdą maski, jak zostali naznaczeni. A gdy w końcu gdy znaleźli maskę, musiała ją włożyć, bo inaczej jej przyjaciele zostaliby zabici. Jak Fabian chciał ją powstrzymać i Joy zasłoniła go własnym ciałem, by go uratować. Jak dowiedzieli się, że on, Eddie, jest jej Osyrionem, jak chwycił koronę Senkhary i zesłał ją do egipskiego piekła, razem z Rufusem, Osyrionem Sary. Jak Fabian i Nina obiecali sobie, ze nigdy się nie rozdzielą. A potem nastał trzeci rok. I Nina nie wróciła a jego posądzono o romans z nią. Jak Fabian przeczytał list i wybudował woku siebie mur. I tutaj historia się urywała. Nina, Wybrana, przestała wpływać na los osób, które kochała. Że Osyrion i Wybrana, nie mogą być razem.
Eddie zamilkł i pozwolił, by Megan coś powiedziała. Ona jednak milczała i bezmyślnie wpatrywała się w ciemność, która rosła wokół nich.


Amber otwierała prezenty. Najpierw od taty, potem od przyjaciół. A Patricia ignorowała ją jak mogła i szukała w tłumie Eddiego albo Megan. Myśl, którą podsunął jej Logan, wydawała się absurdalna, ale niesamowicie jej ciążyła. Oboje zniknęli. Kiedy powinni tu być. Źle się czuję? Albo musi spotkać się z siostrą? Nędzna wymówka. Zabiję oboje, jak tylko się zjawią.
Ale ona nie jest zazdrosna. O co? Nowa dziewczyna, którą zna od ponad miesiąca, znika z jej chłopakiem. Nie ma o co być zazdrosnym.
A może?
Patricia wbiła w resztki tortu urodzinowego Amber. Nigdy nie przepadała za wiśniami, jednak jadła bezmyślnie ciasto obojętna na wszystko dookoła. Co chwilę Rose trącała ja łokciem, jednak to nic nie pomagało. Z zamyślenia wyciągnął ją dopiero Victor, gdy wyłączył muzykę. Cało towarzystwo umilkło i zastygło, bojąc się poruszyć. Prócz Willow i Alfiego, którzy nadal hasali nieświadomi tego, że nie mają już do czego tańczyć. Amber stanęła obok dozorcy ze wściekłą miną.
-To moje urodziny, a pan nie był zaproszony - warknęła i włączyła muzykę z powrotem.
-Koniec balu - warknął Victor i wyłączył wieżę, po czym zwrócił się do całego towarzystwa - Ci, którzy tu nie mieszkają, mają wyjść!
Wszyscy szybko zaczęli wychodzić, prócz Lany, która patrzyła się w niego z przerażeniem.
-Nie- jęknęła Amber podciągając nosem - To moje urodziny! Zostałam pozbawiona resztek godności, moja impreza to ruina, zostanę starą panną z kotami i nie będę zapraszana nigdzie, zamiennię sie w damską wersję Victora i będę gadała do wypchanych kotów!
Po czym wybuchła płaczem, a Victor spojrzał na nią zaskoczony.
-Nie przesadzaj Millington i bierz sie za sprzątanie tego bałaganu! - warknął, po czym zauważył Lanę stojącą na środku pokoju - Ty tu nie mieszkasz.
-Och, jaki pan spostrzegawczy! - warknęła dziewczyna, po czym złożyła na piersi ręce - Uczniom wolno przebywać poza domem do dziewiątej.
-Natychmiast wychodź!
-Nie! - wrzasnęła Lana tak samo podniesionym głosem - Mam swoje prawa, to wolny kraj!
Patricia obserwowała, jak Victor podchodzi do Lany i chwyta ją za ramię. Dziewczyna dala miała wojowniczy wyraz twarzy.
-O ile pamiętam, jesteś z domu Hathor? - powiedział, siląc się na uprzejmość. Lana warknęła epitet, który
nie należy powtarzać i zaczęła się szarpać, byle wyrwać się z mocnego uścisku. - Wszyscy mają zacząć sprzątać! O dziewiątej oczekuję wszystkich w łóżkach!
Amber, która ukryła się w ramionach Mary, zawyła żałośnie. Do uszów Patricii doszły słowa "w moje urodziny", 'sprzątać" , "wredne" i "nie chce". Gdy Victor wyszedł z domu, Patricia wyciągnęła komórkę i wybrała numer Eddiego. Po chwili usłyszała chłody, żeński głos:
-Numer znajduję się poza zasięgiem, proszę spróbować później.
Wybrała numer jeszcze raz. i jeszcze raz. I nadal nic. Świetnie, Eddie zapadł się pod ziemię, a ona musi sprzątać. Niech tylko go dopadnie.



Oboje zasnęli, mimo zimna, jakie przechodziło przez ich ciało. Nie powinni tego robić. W tunelach jest niebezpiecznie, jednak siedzieli tu od ponad sześciu godzin, czekając na północ. I gdy było pięć minut do wyznaczonej godziny, zegarek Eddiego zacząć cicho pipczeć. To obudziło Megan z niespokojnego snu.
Na początku nie wiedziała, gdzie się znajduję. Potem sobie przypomniała : tunele, zaklęcia, pająki, północ, ofiara z duszy, pająki i pająki. Trąciła łokciem Eddiego, jednak ten się nie obudził, więc uderzyła go w głowę.
-Wstawaj, Eddie!
-Jeszcze pięć minut... - wyjąkał chłopak, po czym chrząknął.
-Za pięć minut to będzie za późno! Wstawaj, ale to już!
Eddie wstaną i przetarł oczy i rozglądną się dookoła. Megan śledziła wskazówki na jego zegarku. Cztery
minuty. Trzy minuty. Dwie minuty. Jedna minuta. Północ.
I wtedy to się stało. Dwa bladoniebieskie promienie wystrzeliły z miejsca połączenia ziemi z posadzką. I w tym samym czasie jeden promień połączył się ze wschodnią częścią. Grant wiedziała co robić, puściła się biegiem w głąb korytarza, kierując się promieniem, który nie wystrzelił w bok, tylko centralnie przed siebie. Słyszała, jak Eddie ją woła, słyszała jak odgłos jego butów odbija się echem, gdy próbuje ją doścignąć. Widziała, ze jest blisko i zaczęło jej się kręcić w głowie. Wszytko było jak powinno być.
Dobiegła. Do miejsca, gdy wszystkie cztery promienie spotykały się. Eddie dobiegł do niej i chwycił za rękę. Wyszarpnęła ją.
-Co ty chcesz zrobić? - wrzasnął, gdy podeszła szybko do miejsca zetknięcia. odwróciła się na piecie i spojrzała mu w twarz.
-Złożyć ofiarę z cząstki duszy.
Chłopak nie zdążył zareagować, dziewczyna zrobiła krok w tył, na spotkaniu promieni. Te szybko przeniosły się do jej piersi, tam gdzie było serce. Zaczęła unosić się w powietrze. Eddie stał sparaliżowany strachem. Co mógł zrobić? W jego umyśle toczyła się walka. W tym czasie Megan unosiła się i zaczęła świecić dziwnym, szarym blaskiem. Do momentu, gdy wybuchła jak gwiazda.
Siła uderzeniowa odrzuciła Osyriona do tyłu. Ogłuszyła go, tak więc nie wiedział, ile tak leżał. Gdy się ocknął, ból rozsadzał mu głowę. Otworzył oczy i zobaczył kształt, rozłożony na zimnej, kamiennej posadzę. To go orzeźwiło. Podniósł się i tak szybko, jak mógł, potykając się, podszedł do brunetki i uklęknął przy niej. Miała zamknięte oczy i jeszcze bardziej bladą twarz, niż przedtem. Gdy dotknął jej policzka palcami, przekonał się, że jest zimna.
-Megan, proszę, nie...
Potrząsnął nią, ale ie dało to żadnego efektu. Powtórzył zabieg, ale bez rezultatu. Przy jego boku pojawiła sie kobieta. Miała czarne, proste włosy, przyodziana w białą suknie.
-Pomóż mi... - szepnął chłopak, a ta pokiwała głową i troską w oczach wyjęła z jego kieszeni Oko Horusa. Pokazała na Megan, jego i wisior. Zrozumiał doskonale. Wyciągnął dłoń, a gdy łańcuszek spadł na jego rękę, poczuł, ze jest ciepły. Zawiesił go na szyi dziewczyny i dotknął jej piersi. Poczuł, jak energia przepływa przez jego ciało, jak zostaje odprowadzona do ręki. Gdy stracił już nadzieję, Megan cicho jęknęła.
Twarz kobiety rozjaśnił uśmiech. Pokazała mu dwa kciuki do góry, po czym zniknęła.
Eddie potrząsnął Megan, a ta jęknęła nieco głośniej.
-Bogu dzięki, żyjesz! Możesz wstać?
Otworzyła delikatnie oczy, a Eddie pojął, że to było bezsensowne pytanie. Podniósł ją i wtedy zauważył dwa medaliony, które spoczywały na ziemi. Ostrożnie, bojąc się co sie stanie, jak ich dotknie, podniósł je z posadzki i schował w kieszeni. Gdy szedł korytarzem, dołączyła do niego owa kobieta, która mu pomogła.
-Mówiłam jej, żeby tego nie robiła, ale nie posłuchała.
Eddie spojrzał na nią zdziwiony.
-To ty mówisz?
-Nie, jestem jednym z tych duchów, które są nieme. Oczywiście, ze mówię, debilu! A niby kto powiedział jej o tym całym absurdzie.
-Jesteś Selene? - spytał, a gdy ta z politowaniem kiwnęła, zadał inne pytanie - Nowoczesna jesteś, jak na starożytnego ducha.
-Żyje w tych zaświatach od ponad dwudziestu paru wieków. Czegoś sie tam nauczyłam. W każdym razie, Megan jest pierwsza, która przeżyła Signantes. My nie mieliśmy tyle szczęścia.
-Jacy my?
Selene zagryzła wargę i pokręciła głową.
-Za wcześnie, później się dowiecie.
Eddie doszedł do przejścia, które oddzielało tunele od gabinetu. Nacisnął guzik i w mgnieniu oka znalazł się w pracowni Frobishera. Sprawdził, czy w piwnicy nikogo nie ma i dopiero wtedy wyszedł. Nie spodziewał się niczego innego, jak wszech ogarniającej ciemności. Szedł powoli z Megan na ramionach. Nagle stanął, ktoś próbował wejść do piwnicy. Szybko, jak tylko umaił, przebiegł piwnice i dotarł do tajemnych drzwi. Gdy tylko je zamknął, usłyszał głosy i hałasy.
-Myślisz, ze ta mała nas podejrzewa? - Simon. Co on tu niby robi?
-Nie, nie ma takiej obawy. Chodźcie bracia i siostry, czas rozpocząć ceremonię.
Victor i jego "bracia i siostry" zaczęli śpiewać w nieznanym mu języku. Co tu się dzieje? Uchylił delikatnie drzwi, tak, ze przez małą szparkę mógł zobaczyć postać swojego ojca, odwróconego do niego tyłem. W tej chwili Megan jęknęła cicho:
-Eddie...
-Ciii! - uciszył ją, bojąc się, że ktoś ich usłyszy.
-Boli mnie tył głowy...
Jego ojciec poruszył się niespokojnie. Chłopak rad nie rad, zamknął cicho drzwi i zaczął wspinać się po stromych schodach. Sufit był coraz niżej i chłopak pojął, ze zbliżają się do wyjścia. Z trudem, pchnął drzwiczki piekarnika, i najpierw wypchnął, półprzytomną Megan, potem siebie. Odgarnął jej ciemne włosy z szyi i zmrużył oczy. Czteroramienna, czarna gwiazda widniała tuż nad liną, gdzie wyrastały jej włosy. Świetnie. Prawie się zabiła, a na pamiątkę ma tatuaż. Alleluja!
Chwycił ja na ramiona i z największym trudem przeniósł na kanapę. Nie będzie szedł na górę, do jej pokoju, gdzie mieszka razem z Patricią. jakby sie obudziła, było by po nich. Jakby wyglądał, z zemdlałą dziewczyną w ramionach, cały utytłana kurzem? Położył ją na sofie, a sam, zwinął się w kłębek i zapadł w twardy sen na fotelu.
Rano czekał go kolejny koszmar.




JESTEM CHORA PSYCHICZNIE!
Sorry, za rąbanie puenty, ale ja nie nauczyłam się jeszcze ładnie wysławiać ( czyt. jestem do bani). 
Herbatka, kocyczek, Anubis to coś, co oposy lubią najbardziej. Nie powiem tygryski, bo nie mam mordy jak tygrys, tylko jak opos. Mówiłam, jestem chora.
Moje opowiadanie to wielka porażka. Jestem optymistką!
Spać.
Ja nigdzie jutro nie idę, ani do szkoły, nie wychodzę z łóżka, nie chce ,mi się, ja się tak nie bawię. Przeziębiłam się, buu. Siedzę sobie w piżamce. Zrobiłabym twitcama, ale nikogo nie będzie, soo... A gadać do siebie nie będę. 
Dżemik się kończy, wczoraj zjadłam połowę na epoce lodowcowej. Zdzichu i Edek ♥
Chciałam wstać, ale rąbnęła sobie nogą w biurko. Auć.
Nie ma dżemu, ubolewam.
Moja siostra wynosi wszystko z łóżka nw gdzie. Boję się. Przytulcie mnie.
Jestem w ciąży! Według mojej koleżaneczki. A zaczęło to sie tak: pani od j. polskiego powiedziała, żebyśmy poszyły po dziennik no i tak zrobiłyśmy. No i wracamy i mówię do Dagi:
J:Jesteś pewna, ze tam jest trzy?
D: Tak jestem pewna!
J:A co jeśli 3 kreski oznaczają liczbę 2?!
D: Trzy kreski oznaczają że jesteś w ciąży.
Po czym zaniosła się śmiechem, ja strzeliłam poker face. Przechodziliśmy obok klasy 1 i zaczęli nam klaskać  A potem, jak zaczęliśmy pisać dyktando, Daga trzęsła sie ze śmiechu. Później była religia. No i zaczęliśmy się kłócić na przerwie. Ja żeby przestała, bo nie jestem z Bradem w ciąży, ona żebym się ogarnęła, bo jestem ( poprzedniego dnia zesłabłam przed angielskim) . Ja krzyczałam na pół korytarza, że mu napiszę, ze ona tak sądzi a ona żebym jej nie odznaczała  No i czekaliśmy przed klasą  aż Paweł przyniesie klucz i ona, ze możne ksiądz zechce mi zorganizować lekcję przedporodową. I się zaczęło, ze napisze Bradowi, że tak mówi a ona, że jak to zrobię, to powie księdzu że jestem w ciąży. Logika my friend. Fascynujące, nieprawdaż?
Uznajmy, że pojęliście.
Nie będę was męczyć, bo już i tak ten chłam u góry zrobił swoje.

Bey, Joylitte
xoxox

niedziela, 22 września 2013

033. Rozdział trzydziesty trzeci

Są ta­kie mo­men­ty, że życie to je­den wiel­ki bez­sens, bez­sens bez nadziei na lep­sze jutro. Obserwując sylwetki ludzi, ich zadowolone twarze, zastanawiała się, co ona tu robi. Muzyka nie była zbyt głośna, ale i tak kuła ją w uszy i sama dziewczyna miała ochotę wybiec i już nie wrócić. Jednak nie taki był plan. Jeżeli już go ułożyła, musi  doprowadzić go do końca. Bez względu na to, jak bardzo ją to kosztowało. Czuła tylko chłód lemoniady, którą trzymała w prawej dłoni, by sie ochłodzić. To takie nieprawdopodobne. Niedawno zdarzyły sie dwa tragiczne wypadki, a oni wszyscy po kolei, zachowują się tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Przynajmniej tak się zachowują w towarzystwie. Nie każdy taki był.
Przypomniała sobie obraz Patricii, siedzącej na podłodze z plecami opartymi o łóżko i przeglądającej stary album ze zdjęciami. Żeby jej nie przeszkadzać - wyszła. To był jej sposób, żeby się z tym wszystkim uporać. A gdy ona wtargnęła z swoimi buciorami do pokoju, czuła się, jakby naruszyła jej prywatną strefę.
Stanęła koło okna i patrzyła się w kolorowe obłoki, które zabarwiło słońce ot tak, dla zabawy. Zbliżał się zachód, a dziwna kula powstała w jej żołądku i zaczęła rosnąć, targając jej wątpliwościami. Była potrzebna do innych celów, przynajmniej według Selene. Wszystko ładnie, ale jest jeden mały haczyk - do jakiego celu? Łamała sobie tym głowę, nie mogąc spać w nocy i przekręcając się z jednego boku na bok.
Upiła jeden mały łyk, który natychmiast zalał jej płuca zimna wodą. Bezsens. Po co żyć? Po co się uczyć? Jak ktoś jej przystawi pistolet do skroni, to nie zapyta o rodzaje kolumn, albo co to jest pierwiastek kwadratowy. Nasi przodkowie nie umieli pisać, czytać i co? Wynaleźli ogień i koło, dla nich najważniejsze było przetrwanie i nie dać się zabić. Chociaż nie, ognia chyba nie wynaleźli, samo się wynalazło. Ale jest określony porządek.
Ktoś stanął obok niej i wymierzył jej bolesne ukłucie w bok. Fuknęła jak rozjuszona kotka i spojrzała urażonym wzrokiem na Jerome, który najwyraźniej nie wiedział, że przerwał jej filozoficzne zamysły o ludzkości i wszechświecie.
-Czemu sie nie do nikogo nie odzywasz?
-Bo jestem zgorzkniała, zacofana umysłowo i nie mam na to ochoty.
-Ale po co ta złość?
Megan spojrzała na niego jak na idiotę. Złamał serce biednej Marze, która próbowała się pozbierać i zejść na dół na przyjęcie, a on najprawdopodobniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Nagle nabrała ochoty, by przekonać się, jak lemoniada którą trzymała, wyglądała by na jego włosach. Opanowała się i spojrzała w okno. Jeszcze kilka minut i będzie mogła sobie iść. Rozejrzała się do około. Wszyscy roześmiani, wystrojeni i beztroscy. Grant straciła wiarę w ludzkość.
-Wszyscy zapomnieli. - zdała sobie sprawę, że to ona powiedziała. Jerome, który stał obok niej, spojrzał na nią.
-Nie, nie zapomnieli. Na pewno.
-Tak sądzisz? - zakpiła, patrząc jak Rose siada obok Fabiana i styka kolana o jego kolana - Bo raczej mi się wydaje, że wszyscy świetnie się bawią.
-Daj spokój Megan. Każdy radzi sobie z tym jak mu wygodniej. Wolą udawać, ze Joy po prostu wyjechała, a nie...
Głos się mu załamał. Megan poczuła si.ę paskudnie, że wciągnęła go w ten temat. A potem przypomniała sobie Marę na środku jej pokoju i wbrew w sobie poczuła mściwą satysfakcję. I ogarną ją wstręt do samej siebie.
- W każdym razie - Jerome kontynuował po dość długiej przerwie - Wydaję się, że jest tak jak przed trzema laty. Joy zniknęła, pojawiają się nowi, a na końcu psychopata...
-Co?
-Nic.
Megan spojrzała na Clarka. Chłopak zmieszał się, najwyraźniej zły na siebie za dużo powiedział. Joy już kiedyś zniknęła? Czy to czasem nie było za czasów pierwszej Sibuny? Tyle rzeczy wiedziała o tym domu, jednak niektórych szczegół z książki się nie dowie. Będzie musiała zapytać się kogoś. Najlepiej tą osobę, z którą powiązany jest jej plan. Ale nie zaszkodzi czegoś dowiedzieć się od Jerome.
-Ale o co chodzi z psychopatą?
-Megan, żartowałem, nie bierz tego do siebie. O, popatrz! Lana przyszła! Choć pogadamy z nią.
Chwycił ją za rękę, ale ona rzuciła spojrzenie na okno. Słońce prawie zasnęło. Już czas.
-Idź sam, ja dość kiepsko się czuję - odpowiedziała, a napotykając jego wzrok powtórzyła - Jerome, idź. Na prawdę mi słabo.
Nie skłamała. Czuła się, jakby miała zaraz zemdleć. Jednak dopiła lemoniadę i z pustą filiżanką ruszyła do kuchni. 



Patricia rozmawiała z wszystkimi i po raz pierwszy od długiego czasu poczuła się dziwnie wolna i lekka. Nie interesował ją jakiś tajemniczy list, zagadki i zapleśniała księga. Śmiała się z głupich żartów Rose, której jakimś cudownym sposobem udało się odciągnąć Fabiana od książek. Dopiero Eddie, mówiąc, ze musi iść, rozwiał jej dobry humor.
-Ale jak to? - spytała, marszcząc czoło i spoglądając, jak jej chłopak zarzuca na siebie skórzaną kurtkę.
-Mówiłem, że umówiłem się z Taylor. A moja siostrzyczka naprawdę nie lubi, jak ktoś się spóźnia.
Po tych słowach przysunął się do niej i złożył pocałunek na jej ciepłych ustach. Poczuła jak przez jej całe ciało przepływa prąd. Gdy otworzyła oczy, napotkała jego spojrzenie. Wyglądał tak, jakby żałował, że musi już iść.
-Kocham cię - szepnął, a jej dłoń wyślizgnęła się z jego palców. Odprowadzała go wzrokiem aż do kuchennych drzwi, za którymi zniknął. Poczuła się dziwnie pusta. Przecież on tylko idzie do siostry powtarzała sobie w duchu, nic mu nie grozi. 
Ale idzie tam, gdzie zostałaś grzesznikiem , powiedział mały mściwy głosik w jej głowie. Skąd wiesz, że mu nic nie grozi? Przecież to czujesz. Nie zaprzeczaj.
Opadła na fotel i spojrzała na Rose, która śmiała się razem z Fabianem. Dwójka jej przyjaciół, była tu. Nie było jednak tej, przy której zawsze mogła płakać i mieć pewność, że jej nie wyśmieje. Nie było Joy.
-Jesteś pewna, że on cię nie zdradza? - Logan usiadł koło niej i rozciągnął sie na kanapie, zajadając pączka.
-Co? - Patricia spojrzała na niego zdziwiona - Eddie?
-Nom - mruknął i pochłoną pączka - Na przykład z Megan?
Patricia parsknęła śmiechem.
-A jeśli mam dowody? - spytał, nie wzruszony, że mu nie uwierzyła.
-Dawaj.
-Po pierwsze : jakbyś nie zauważyła, od kilku dni naradzają się przyciszonymi głosami. Jak ktoś się pojawi, milknął. Wczoraj w nocy Eddie się wymknął z pokoju tak około w pół do dwunastej. A teraz Megan i on poszli razem do kuchni i już z niej nie wyszli. A Megan podobno się źle czuła. Dlaczego nie poszła do pokoju, odpocząć?
Na Patt nie zrobiło to większego wrażenia. Za pierwszym razem. Za drugim razem zaczęła się zastanawiać. Faktycznie, dzisiaj dość dużo rozmawiali, wczoraj wydawało jej się, ze ktoś wychodzi, a Eddie mógł wyjść głównym wejściem.
- Miłej zabawy życzę - odparł zadowolony z siebie Logan i zostawił rudowłosą z powątpiewaniami targającymi jej umysł.



Eddie, gdy tylko wszyscy z kuchni wyszli na moment, szybko wyciągnął Oko Horusa i przyłożył je do drzwiczek piekarnika. Rubin zaświecił się, a tajemne przejście się odblokowało. Megan, która nerwowo wybijała rytm obcasem na kafelkach w kuchni, spojrzała na przejście wielkimi oczami.
-Jak ty to... - zaczęła, lecz Eddie uciszył ją i szybko kazał wejść do środka. Dziewczyna posłuchała go i chwile po tym byli już na dole w piwnicy. Wnętrze było bardziej przerażające niż zwykle, a półmrok zdawał się uosabiać ich strach. Szybko podszedł do regału i zaczął przekręcać liczby. Najpierw jeden, potem osiem, dziewięć i na końcu zero. Kolejne przejście otworzyło sie i Megan pisnęła. Mówił jej przecież, że tak będzie, więc czemu wydawała się zaskoczona? Wszedł do pomieszczenia cuchnącego starymi książkami i wysunął jedną z szuflad biurka Frobishera. Leżały tam medaliony. Dokładnie było ich sześć. Potrzebne były Sibunie jeszcze za czasów szukania Maski Anubisa. Od tego czasu, sporo się pozmieniało.Chwycił jeden i rzucił Megan, a drugi założył na swoją szyję. Dziewczyna za jego przykładem zrobiła to samo. Eddie zauważył, że ręce jej drżą. On był opanowany. W końcu był Osirionem, nie mógł zachowywać się jak mięczak. Podszedł do regału i wyszukał książkę, która była mu potrzebna.
-Choć - zwrócił się do Megan, która podeszła do niego chwiejnym krokiem - To był twój pomysł, więc weź się w garść.
Nie chciał jej urazić, tylko nieco zmotywować. Pokiwała głową ale w tym samym czasie pobladła. Chwycił ją za spoconą dłoń i uruchomił mechanizm. Natychmiast oboje znaleźli się na początku tunelu. Zapomniał, jak szybko uruchamia się światło i jak ich przeszukuję. Gdy dotarło do ich klatki piersiowej, gdzie dyndały medaliony, zniknęło. Eddie spojrzał na Megan. Była biała na twarzy i sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz zwymiotować.
-Każdy z Sibuny musi przez to przejść - odparł Eddie i uśmiechnął się do niej zachęcająco.
-Tak. Dobra, zaczynamy.
Najwyraźniej przypomnienie jej, ze należy do Sibuny, jakoś ją wzmocniło. Wyciągnęła kartkę i rozejrzała się.
-Jesteśmy tu - oznajmiła, pokazując początek tunelu. - Południowo-wschodnia cześć. To najpierw idziemy na południe, potem na wschód, a...
-Skąd masz tą mapę? -spytał zdziwiony.
-Ukradłam Fabianowi. - dziewczyna zarumieniła się - Nie musimy mu o tym wspominać.
-Grzebałaś mu w rzeczach?!
-Nie! Po prostu szukałam informacji potrzebnych do zrealizowania mojego planu bez jego wiedzy i pod jego nie obecność.
-Czyli grzebałaś mu w rzeczach.
Eddie zaświecił latarkę i strumień światła padł na sufit i pajęczyny, które go przystrajały. Megan drgnęła.
Nienawidziła pająków. Zaczęli iść a ich kroki odbijały sie echem po korytarzach. Ciągle z nosem w mapie, Megan kierowała się w prawo, lewo, lewo i prawo i jeszcze raz w lewo, aż Eddie się całkiem pogubił. Jednak dotarli do ślepego zaułka i Grant wyciągnęła małą bryłkę z kartką o literce N. Eddie skierował latarkę na podłodze. Było coś tam na rysowane. Kucnął i otarł wielowiekowy kurz z posadzki. W ciemności zajaśniała czteroramienna gwiazda.
-Czy to czasem nie jest jakiś znak satanistyczny?- spytała Grant z powątpiewaniem parząc na symbol
-Wątpię.
Wyciągnął z jej rak ziemię i położył na środku gwiazdy. Obydwa przedmioty zajaśniały srebrzystym blaskiem i stopiły się w jedno. Chłopak patrzył się na to z otwartymi ustami. To było więcej niż dziwne. Po jakieś minucie, odezwał się chrapliwym głosem.
-No to jedno z głowy. Idziemy po następne.
Megan ocknęła się i wyciągał mapę. Tak obeszli każdy ślepy zaułek, znajdując w tym samym miejscu czteroramienną gwiazdę i ten sam schemat "stopnienia się w jedno". Gdy skończyli, osunęli sie na podłogę pełną kurzu. 
Pozostało im tylko czekać.




No helloł skarby. Rozdział kiepski, nudny, nie ciekawy, beznadziejnie napisany, bublowaty, do bani, do chrzanu, do kitu, do niczego,dziadowski, okropny, tandetny, kiepski, nędzny, tragiczny, fatalny, rozpaczliwy. Tak jak to wszystko zebrać do kupy, to wyglądał tysiąc razy lepiej w mojej głowie. Ale jak sie nie umie pisać to tak jest.  Iluzjonistka napisała, że " Doszłam do wniosku, że trochu się pozmieniało w stylu pisania na plus oczywiście. Choć nadal pięknie wszystko opisujesz i oddajesz emocje bohaterów, co jest Twoim największym atutem" Ja jakoś tego nie widzę. A pozmieniało się w stylu pisania bardziej na minus, niż na plus. Choć nigdy nie było na pusie, tylka na minusie. 
Chyba już enty raz zmieniam jak ma wyglądać Megan, lol. Ale chyba taka zostanie. 
Dostałam nową kamerkę ( tańczy jak Alfie) i gitara nastrojona  Moge sobie ją teraz rozstrajać i nastrajać, kiedy będę sobie mogła. Nastrój nadal beznadziejny, nawet nie pytajcie. Nie chce mi się żyć. I jestem głodna, dżemuś się skończył, taka kicha, że szkoda gadać.
Ale...
Brad podał dalej mojego twitta a dzień wcześniej odpowiedział na 4 moje pytania. Zgon, cztery punkty z mojego życiowego planu spełniły się:
1. Zacznie mnie obserwować na twitterze.

2. Odpisze na mojego twitta.
3. Poda dalej mojego twitta.
4. Polubi mojego twitta.
5. Zagra koncert w Polsce.
Chce sobie być takim kotem,
leżeć sobie i wszystkich mieć gdzieś
6. Zwiążemy się węzłem małżeńskim.
Wierze że mi się uda, nie ma co! Oglądałam własnie na esce "Touch". Genialny serial, beczałam ze kilka razy, nie mogę doczekać się kolejnej cześć  Wciąga że ja nie mogę, szczególnie ten wątek ze zmarłą dziewczynką. Oglądnijcie, polecam.
Wybaczcie mi te długie przerwy w postach, szkoła, beznadzieja, szukam nowego szablonu, albo sama go zrobię, do póki nie będzie bloga, który wykona moje zlecenie.
Pisze wypracowanie z niemca. Lol, kiepsko mi idzie nawet z tłumaczem. Kto normalny zadaje opisanie gitary na 70 słów. Znaczy, ja sobie wybrałam gitarę, mogłam opisywać kamyk, byłby przynajmniej zalew.
Mamy nowego księdza : Piotra Stanisława Michała Anioła ( nie pytajcie jak z niego wyciągnęliśmy aż 3 imona). Lol. Ostatnio na lekcji mówił o Krzyżu Anhk ( możecie wyobrazić sobie mój zaciesz? ) jako najpierw że to był symbol w starożytnym Egipcie ( piszczałam w duchu) a potem że to znak satanistyczny. Patrzymy następnego dnia, a nasza wychowawczyni ma taki naszyjnik. Mam w planie powiedzieć o tym księdzu i zachęcić go na odprawieniu egzorcyzmu. Poważnie tak zrobię. Ksiądz mnie nawet lubi ( ze względu na siostrę, bo ja i ona jesteśmy zajebiste).
Lubie być wredna dla chłopaków, szczególnie dla lalusiów. A mam ku temu powód. Wczoraj założono stronę " Tu imię fan page" Lol. Zmienili na "Matko Boska" ale i tak będę wredna. Nie lubię tego lizusa, on jest facetem a myśli o butach i zajmujące się swoimi włosami. I to nie w taki stylowy sposób, jaki robi to Dżeruś, tylko taki bleee. 
Koleżanka ami napisała, żebym sobie odpuściła. Za żadne skarby. Napieprza się ze mnie przy każdej okazji, więc czemu ja mam być dla niego miła? Bo co? Jest popularny, nauczyciele grożą mu pytaniem i odpuszczają i robi co mu się podoba. Odzywa się tylko, jak chce żebym mu dała coś odpisać. Więc ja mu odpowiadam nie po chrześcijańsku.  Nienawidzę go od 1 klasy, lubię panią od historii, ostatnio na niego nakrzyczała. I pani od geografii też ♥ A tak na marginesie całej klasy nienawidzę.
Pieprze wszystko, jadę do Whitehaven, do widzenia.

Joylitte
xxx

czwartek, 12 września 2013

032. Rozdział trzydziesty drugi

Radosny pisk obudził dziewczynę, która z piaskiem w oczach, wtuliła twarz w poduszkę, rozkoszując się odpoczynkiem. Pierwszy raz od bardzo dawana, nie śniła jednego snu, nie patrzyła swoimi oczyma na obrazy w jej głowie. Chciała tylko jednego - zasnąć i obudzić się za dwa dni. Tak, by się pożądanie wyspać.
Zwykłe, poranne hałasy zaczęły docierać do jej uszów, ale ona chciała ich nie słyszeć. Otwieranie szafek, muzyka (to była sprawka Patricii, która miała dość euforii Amber), odgłosy stóp na miękkim dywanie. Ktoś trącił ją w ramię, wymawiając jej imię. Zamruczała, żeby dać znać, że nie śpi i dali jej spokój. W końcu sama nie wiedząc, co robi, odgarnęła pierzynę ze swojego ciała, wsunęła stopy do pantofli i wyszła chodem zombie ( przynajmniej jej się tak wydawało) do łazienki.

Z perspektywy Rose
Zawiązałam krawat, który kontrastował   moją jasną cera i białą koszulą, na którą narzuciłam marynarkę. Nieźle. Podkreśliłam też oczy, żeby wydały się większe. Przynajmniej taka była rada Amber. No bo widzicie, nasza słodka Ambs ma dzisiaj urodzinki. Jej! Wszyscy się cieszymy, będzie impreza z Picolo i takie tam. Anie, chyba Picolo nie będzie. Amber ma trochę tam mózgu, bo widziała, jak Alfie i Eddie podniecali się oranżadą. Witamy w domu Anubisa. Siedemnastolatki jarają się ciastami, a stary dozorca gada z wypchanym krukiem.Ale są dobre strony tego przyjęcia. Megan pożarła sie z Fabianem o jakiś absurd, więc on nie ma nic do roboty, bo raczej z Loganem nie pogada sobie o wykopaliskach w Egipcie, więc siedzi i czyta. A ta impreza będzie idealnym pretekstem, żeby go rozruszać. No, przynajmniej taki jest plan. Colin ma trzymać z dala naszą słodką Megan, gdy ja będę dobrze się bawiła. A potem coś tam powiem Amber o Colinie, żeby dotrzymać obietnicy. Widzicie, nie jest bez uczuć! Tak będzie uczciwie. Chociaż wątpię, żeby ona się nim zainteresowała. To przecież Amber. Chłopak musiałby zmienić totalnie swój styl, żeby zwróciła na niego uwagę.
Westchnęłam i skierowałam sie do wyjścia. Nienawidzę jedzenia na zamianę. Gdyby niektórzy się wynieśli, było by okej. Ja marzyłam o tej szkole i o tym, ze zamieszkam w tym domu od przeszło sześciu lat. I co? Nawet nie mogę zjeść śniadania ze swoimi przyjaciółmi, bo jedzą na tej drugiej zmianie. Victor mógłby sprzedać wypchaną wronę... a przepraszam, kruka i w końcu kupić jakiś większy stół.
Usiadałam na swoim zwykłym miejscu, obok nadpobudliwej Willow i Colina, pogrążonego jak zwykle w swoich myślach. Nasypałam sobie płatków i nalazłam mleka, starając się nie patrzyć, jak Alfie próbuje nieustannie rozśmieszać swoją dziewczynę. Podobno jak chodził z Amber miał jakieś tam poczucie godności, ale jak na niego patrzę, to raczej w to nie mogę uwierzyć. Nie to, że go nie lubię. Potrafi być zabawny, ale przeważnie jest wkurzający. Pewnie sam nawet o tym nie wie. Biedaczek. Jeszcze tego brakuję, żeby zaczął nazywać zwykłe rzeczy imionami. Ot tak, dla zabawy. Ale dopóki Ambs jest w tym domu, raczej się do tego
za bardzo nie pali.
-Zrobiłaby sobie grzywkę... - zaczęłam niezbyt pewnie, bo w sprawach urody zwykle dyskutowałam z Joy. Na samą myśl o niej,  zebrało mi się na płacz. Tak bardzo mi jej brakowało. Jerome utkwił we mnie ten wzrok.
-Po co? - spytał z nutką rozdrażnienia, a ja chyba wiedziałam, co będzie dalej - Tylko ja ma tak zajebiste włoski, żeby móc o nich rozmawiać.
Zgadłam.
Mara posłała Jeromowi te wymowne spojrzenie, gdy na śniadaniu zaczynał, jaki to jest piękny. Nie żebym go wyśmiewała. Clarke jest niezły, ale nie w moim stylu. Wole Fabiana.
-Tak, żeby coś odświeżyć coś w swoim stylu - wzruszyłam ramionami - Czasami zmiany są potrzebne.
-Ale tylko moje włosy...
-Jerome!
Jerome posłał Marze niewinne spojrzenie, a ja mogłabym przyrzec, że ta się lekko zarumieniła. Jaffray odwróciła ponownie wzrok na swojego niedojedzonego tosta.
-Wasze teksty brzmią jak z "Szansy na sukces" - mruknął Colin, a potem ugryzł kawałek jabłka.
-Ty grałeś w szansie na sukces? - podnieciła się Willow i prawie walnęła mnie w głowę z nadmiaru emocji - Nie ogarniam fabuły! Gdzie tam jest mowa o jednorożcach?
-Oglądasz to? - spytałam, lekko rozbawiona.
-No własnie nie. - odpowiedziała z żalem -  Nie było tam jednorożców.
-Okrutne... - powiedziałam szeptem, czując że zbiera mi się na śmiech.
-No wiem - Willow pociągnęła nosem - Choć Alfie, będziemy zbierać grzyby.
Po czym wstała i zabijając się o własne nogi ruszyła w podskokach do drzwi. Amfie wpychając sobie do buzi tuzin kanapek, wybiegł za nią. Rozejrzałam się po reszcie. Ich miny były lekko rozbawione i zażenowane. Twarz Colina była bez zmian. Koleś nie ma uczuć. Krępującą cisze przerwał Jerome:
-A ja i tak uważam, ze mam włosy lepsze od całej reszty tych aktorów. I jestem przystojniejszy.


Z perspektywy Mary
Jak się jest scenarzystką, to trzeba być na każdej próbie, o każdej porze i zawsze być przed czasem. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem może być na przykład to, że spędzam przeważającą cześć swojego wolnego czasu z Jeromem. Czasem z Fabianem i Allison, bo musimy dopracować scenariusz, bo Amber coś nie pasuje. A dzisiaj jest chyba jeden z tych dni, w którym wszystkim się nic nie chce. Piątek. A wieczorem impreza Amber. Ale ja nie jestem z tych osób, żeby z czegoś rezygnować. Więc zabrałam ze sobą jedną osobę i razem z nią przenosiłam kostiumy zza kulisy. Mogłam wybrać każdego: Megan, Patricię, Logana czy nawet Alfiego! Ale ze znanych sobie powodów, zaciągnęłam tam Jeroma. A on sie jakoś nie upierał. Nawet chętnie ze mną poszedł. Pewnie dlatego, że miał dość już spełniać rozkazów Amber, bo 'to jej urodziny'. Ale ja sobie tam wolę to tłumaczyć, że chciał trochę czasu ze mną spędzić. Więc nie odbierajcie mi tej przyjemności.
Ostatnio zauważyłam, że chyba już dochodzi do siebie. Zaczyna żartować, więcej czasu poświęca swoim cudnym włoskom, przez co ja muszę się powstrzymywać by nie przejechać palcami po tej pięknej grzyweczce. Ale co najważniejsze, coraz częściej sie uśmiecha. A to działa jak ciepły okład na moje zbolałe serce. Cieszę się, ze może być choć w połowie szczęśliwy. Megan poradziła mi, żebym mu powiedziała, ale nie tak prosto z mostu. Tak subtelnie. Gdyby to było takie proste. Podobno to prawda, że człowieka nie można zmusić do miłości, ale jeżeli wystarczająco długo się mu ją okazuje to przyjdzie moment, w którym sam się zmusi. Ale ja nie chce go zmuszać. Ciekawe czy on to też czuję. Jak mnie przypadkowo dotknie, czy czuje ten dreszcz, który przebiega przez moje ciało, te iskierki w moich oczach, gdy nazywa mnie po imieniu.
-A to gdzie? - spytał, pokazując mi tekturowe pudło z perukami i odrywając mnie od swoich myśli
-Połóż w tym kącie - powiedziałam, udając że bardzo się interesuję jakimiś beznadziejnymi świecidełkami.
Po jakiś dwóch minutach znowu się odezwał:
-Maro, możemy porozmawiać? - odwróciłam się, by spojrzeć na niego. Siedział na jednym z miękkich foteli, które przyniesiono tu dla Amer. Na nogach, które w każdej chwili mogą się pod mną ugiąć, podeszłam do niego i spostrzegłam na jego ustach smutny uśmiech. Coś zakuło mnie w sercu. Skapnęłam się, że gapię się na jego usta, więc szybko przeniosłam wzrok na jego piękne oczy.
-Coś sie stało? - spytałam, szczerze zmartwiona.
-Nie, tylko chciałbym porozmawiać o nas...
O Boże! Wy tez czujecie, jak wali mi serce? Opanuj się, opanuj...
-O nas? - spytałam, ukrywając uczucia które się we mnie gotowały.
-Taak. Bo widzisz, Maro, wcale nie musi tak być. Wcale nie musimy zachowywać się z dystansem...
Powie to!
-... wale nie musimy pamiętać, to co było w tamtym roku...
On to powie, a ja mu wyznam, że go kocham.
-...wymarzmy to. Bądźmy przyjaciółmi tak jak przedtem. Najlepszymi, jak brat i siostra. Dobrze?
Czułam, że coś we mnie pękło i pozostał tylko gorzki smak zawodu. Przyjaciółmi... To słowo brzęczało w mojej głowie, jak nieznośny owad. Jak ty możesz być tak ślepy, Jerome! Nie widzisz, że mi na tobie zależny? Nie widzisz, ty wstrętny egoisto, że cię kocham! Powiem mu to w twarz.
-Dobrze. Myślę, że na dzisiaj to już koniec z tym sprzątaniem.
Wstałam, czując że zbiera mi się na płacz. Jestem taka słaba. Głupia. Beznadziejna. Tak wiele chciałabym mu powiedzieć. O tym, że o tym, że codziennie zasypiam tuląc się do zimnej poduszki i wyobrażając sobie, że tulę się do niego. Dlaczego mnie na to nie stać?
Chwyciłam torbę i wybiegłam ze szkoły. Biegłam i biegłam, aż nie wpadłam do holu wypełnionego słodkim zapachem, ale nie zatrzymałam się. Biegłam dalej, aż na górę, do pokoju Megan. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją. Siedziała, czytając grubą książkę oprawioną w bibułę. Spojrzała na mnie i od razu wiedziała, że coś się mi stało. I wtedy wybuchnęłam. Zaczęłam płakać i zesunęłam się na środek pokoju, nogi odmówiły mi posłuszeństwa, czując, ze muszę to zrobić. Dawno nie połkałam. Nawet gdy Joy umarła. Wtedy byłam w szoku, ale nie płakałam. Ani łezki. A teraz one lały się ze mnie, z moich czekoladowych oczów, które podobno tak On kochał. Czemu?
Megan uklękła przy mnie i przytuliła. Poczułam słodki zapach jabłek i domowych ciasteczek. Dobrze, że ją mam. Zaczęła delikatnie kołysać mną i sobą, szepcząc ciii, a ja płakałam i płakałam w jej pachnące, długie włosy, nie czując ukojenia. To ze mnie nie wyjdzie.
-P-p-przyjac-c-iółmi... O-on ch-chce żebyśmy b-byli przyjaciółmi!
A potem znowu płakałam a ona znowu mnie objęła, jeszcze mocniej i troskliwiej. A tylko Jerome mnie tak obejmował. Z taką miłością. Siedziałyśmy tak kilka dobrych minut, zanim się trochę uspokoiłam i ona odsunęła się od mnie i spojrzała w oczy. Miała zwykłe, brązowe oczy.
-Hej - zaczęła ze smutnym uśmiechem i pocieszającym tonem - W końcu zrozumie! A wtedy zaręczycie się i będziecie mieli córeczkę! Zobaczysz.
Zaśmiałam sie cicho. Wątpię, żeby to się stało. Czasami wystarczy jed­no słowo by uśmiech zgasł, jed­no podanie ręki by wskrzesić nadzieję i jed­no spojrzenie by zrozumieć wszystko. A ja oddałabym życie za niego, chociaż on mnie już pewnie nawet nie kochał.




Dam wam chwilę na dramatyczne podsumowanie. Już, okey. No to lecimy. 
Dżizus, jak ja nie potrafię pisać. Wchodzę na wszystkie blogi i wszystkie bloggerki umieją pisać tak ze mi szczena opada, a ja co? Umiera, ktoś płaczę, jakaś przewidywalna zagadka  potem znowu ktoś umiera, nudy, potem płacz i ktoś znowu umrze. Nie było mnie piętnaście dni. No ale nic nie robienie się samo nie zrobi. 
Macie jakąś zrąbana scenę z Jarą, choć Jarą tego nie można nazwać, bo Jara jest rozwalona, moje
opowiadanie do dupy ( powiedzmy to sobie w prost) (ps. do dupy to metafora)(ps2. stwierdziłam tak z przyjaciółką) Sorry, ja po chrześcijańsku nie przeklinam, zwątpiłam w ludzkość. To przez jeory i mabian. A mówią  że ludzie się zmieniają. No ale takie jest życie. Dowiedziałam się, że mój kierowca autobusa-gimbusa ma Pan Miecio na imię i teraz się jaram, bo Pan Miecio jedzie. Oh yeah, jestem taka światowa. Jakieś kilka razy małe dzieci mnie prawie zabiły, ale się odratowałam i stwierdzenie, ze szkoła jest fajna jakoś zostało przez mnie obalone. Na każdej lekcji chce mi się rzygać. Siostra mówi, że jestem w ciąży z Bradem Kavanagh, a ja ja gorliwie popieram. Przyjmuje propozycje iminom dla dziewczynki! Dla chłopca już mam, hi hi ♥
Ale ze mnie debilka, żałujcie, że mnie znacie.
Faza na malowanie paznokci lakierami uważam za rozpoczęta  Co z tego, ze nie umiem malować paznokci. Czuję powołanie, żeby to robić. Sorry, jak w tekście są błędy, coś zepsuło i nie pisze, gdzie są błędy a gdzie ich nie ma. No wiecie, takie czerwone glizdy pod słowami. Glizdy, aka ja szalenie zabawna jestem, czujecie ten sarkazm?
Co by tu jeszcze dorzucić  A! Nienawidzę swojej klasy. Wiecie, jestem suką za każdym razem, bo nie pożyczam podręcznika. I nie wahają mi się tego powiedzieć w twarz. Brad im przypieprzy gitarą, taki jest przynajmniej plan ( *le wyznanie z serii trudne sprawy Tyski, które i tak was gówno obchodzą i po co ja to w ogóle pisze, jak to moje życie i was to nie interesuje a własne problemy macie a jak ja mam swoje to się zgłosić mam do psychologa, bo was to nie obchodzi). Ale wyżyłam się, c'nie?
Dobra, ja muszę kończyć, włoski się same nie umyją, kupiłam se schaumę, trzeba se włoski 'la Eudżenek zrobić, jutro EdB, muszę wyglądać jak nie ja, bo siedziałam koło dyrektora i klęłam ile wlezie a potem się skapłam, że on to widział i słyszał.
P.S. Naprawiłam, są już te czerwone glizdki, ha ha ha ♥ Ja informatyk, dawać mi dyplom!
P.S.2 Ewelina ( moja sis) stwierdziła, że niedługo Wigilia i będzie się uczyła grać " Przybieżeli do Betlejem"
P.S.3 Stich jest taki słodki. Chce być Stichem.
P.S.4. Brad i Eugene są tacy sexy ♥.♥
P.S.5 Dzisiaj chłopaki z mojej klasy wołali Brad Kavanagh. Kto mi powie, o co im chodziło?
P.S.6 Dziękuję za 8093 wyświetleń i 20 obserwatorów! Nie zasługuję na to! Jesteście tacy kochani!
P.S.7 Brad mi podkrada schaume! Musze iść :c



Bey
Joylitte
xoxo

Obserwatorzy