czwartek, 29 sierpnia 2013

031. Rozdział trzydziesty pierwszy

Gęsta, październikowa mgła wisiała nad błoniami Anubis Academy, przysłaniając kolorowe już wierzchołki drzew w pobliskim lesie. Słońce, mdłe i pozbawione swojego letniego uroku, starało się przebić przez tą biała kołdrę, bezskutecznie chcąc się wydostać na wolność. Z jadalni dobiegało ciche podzwanianie sztućców, a stary, drewniany zegar pokazywał godzinę w pół do ósmej. Zwykłe, poranne rozmowy, ziewanie i narzekanie na wczesną porę nic nie obchodziły jedną z uczennic, siedzącą cicho na swoim miejscu i żującą kawałek tostu posmarowany dżemem.
Możesz przy tym stracić życie
Postanowiła, teraz już tej decyzji nie zmieni. Bo co powie Eddiemu? Że stchórzyła? Że się rozmyśliła? Albo to był taki kawał? Nie, tego by nie zniosła. Zrobi to, a potem stanie się taka, jak sprzed miesiąca, taką jak ją poznali. Zadowolona z życia kujonkeczka.
Mara wstała i ona zrobiła to samo. Zaprzyjaźniła się z Marą, żałowała,  że nie było jej od początku roku szkolnego. Znalazły wspólny język, może to przez to, że Jaffray powiedziała jej co czuje. A Megan wolała dusić w sobie emocje.
Chciało jej się spać. Ostatnio źle sypiała, odwiedzając w krainie snów te same miejsce - zniszczony, niewielki domek do którego nie wchodziła, tylko gapiła się na niego. A gdy w końcu postanowiła wejść, budziła się. To było męczące. I nużące. Tak więc, Grant musiała wstawiać i widzieć w lustrze dziewczynę o dziecięcych policzkach, których tak nienawidziła, z podpuchniętymi oczami. Rozważała nawet podkradnięcie Amber niewielkiej  ilości podkładu, by zatuszować zmęczenie. Ale jak do tond się na to nie zdobyła.
Idąc przez mgłę u boku Mary, słysząc tylko oddech przyjaciółki i dźwięk własnych tenisówek na zmrożonej trawie, dziewczyna odetchnęła ciężko. Czuła się tylko tak raz: gdy zbiła zabytkową wazę, którą wujek podarował tacie. W końcu przyznała się do tego, ale fakt, jak dusiło ją w gardle za każdym razem, gdy o tym pomyślała, był okropny. A teraz czuła się tak samo. Przestała być aktywna na lekcjach, z algebry szło jej coraz gorzej. Dla osób trzecich, mogło to wyglądać jak depresja. Ogólnie lubiana uczennica, bez żadnych problemów w domu, uśmiechająca się często, gdy czuła, ze ją na to stać, nie mogła mieć depresji. I ona sama czuła, że tak nie jest. Jeżeli to zrobi, odetchnie z ulgą i w końcu będzie mogła normalnie żyć. Na ile normalne było odwiedzanie jej przez ducha i szukanie zabytkowej, tajemnej Księgi Ozyrysa. Wieczne życie. Dlaczego Victor tak bardzo go pragną? "Ma ambicje takie, jak Voldermort" , pomyślała Megan i otworzyła swoją szafkę, wkładając podręczniki a potem zamknęła je zbyt gwałtownie. Uczniowie, którzy przechodzili obok niej, popatrzyli się dziwnie. Uśmiechnęła się, mając nadzieje że nie sztucznie i poszła do klasy od angielskiego.
Słuchając jednym uchem, a wypuszczając drugim Megan słuchała wykładu na temat epoki oświecenia i jego wpływu na literaturę. Kilkakrotnie złapała się na tym, że patrzy tępo na tablice lub na portret jakiegoś znanego poety, chcąc czymś zając ręce zaczęła bazgrać w zeszycie. Mara ukuła ją w bok, gdy nauczycielka zadała im jako pracę domową napisanie notki biograficznej na temat Jonathana Swifta. Megan nabazgrała polecenie na marginesie, zamknęła zeszyt oraz włożyła go do plecaka i podążyła za innymi uczniami, którzy zaczęli wylewać się z klas, nie zważając na okrzyki nauczycieli 'Powoli' albo 'Spokojnie'.


Z perspektywy Patricii
Eddie czasem zachowywał się dziwnie. No, może dziwnie to za mało powiedziane. Dla mnie, na przykład dziwne było to, ze dzisiaj był dla mnie miły. Tak. Miły! Nawet podzielił się ze mną swoją kanapką. A zwyczaj, gdy siedzieliśmy w stołówce i gdy wyciągnął jedzenie zachowywał się jak Gollum ze swoim pierścieniem. Oczywiście, nie syczał 'Mój sssskarb'  ale pewnie to robił, kiedy był sam na sam w domu.
Siedzieliśmy na jednej z kanap w sali teatralnej, gdzie w czwartek mieliśmy ostatnią lekcję. Teraz nie robiliśmy nic innego, jak tylko przygotowywanie do tego głupiego przedstawienia. Nie rozumiem, po co mamy to robić. Tak, szerzenie swoich horyzontów, szlifowanie umiejętności jest przecież takie ważne. A my jesteśmy tacy utalentowani. Bla bla bla. Nie wiem, kto uważa Alfiego za utalentowanego. Właśnie teraz paraduje w czerwonych szelkach, jak jakiś idiota. Mój dziadek ma takie same szelki, dostał je od mojej kochaniutkiej siostrzyczki. I nawet on w nich nie chodzi, bo uważa, że są wieśniackie. Oczywiście, nigdy tego nie powiedział, żeby zapewne nie urazić Piper, ale ja tam swoje wiem. Ten jego wzrok, jak dostał je na gwiazdkę. Hah! Nadal nie mogę zapomnieć jego miny. A właściwie, czemu ja myślę o moim dziadku?
Eddie chwycił mnie za rękę. Lubię dotyk jego dłoni. Czuję wtedy, jakby przez moje ciało przebieg prąd. Bardzo miłe uczucie. Oczywiście, ja mu tego nigdy nie powiedziałam, szczególnie, jak Jerome siedzi obok nas i zalewa się z Lewisa. Pewnie on mu polecił te szelki, żeby zaimponował Willow. Ah, jakie to miłe, gdy przyjaciel radzi drugiemu jak dbać o swoją dziewczynę. Ciekawe czy Jerome podkochuje się jeszcze w Ester. Mamy z nią każdy wf, ale jakoś nie widziałam, żeby Clarke ślinił się na jej widok, tak jak to robił w pierwszej klasie. Boże, to było obleśne.
Przeciągnęła się na kanapie, niby przypadkiem muskając policzek Eddiego swoją ręką. Zabrzmiał dzwonek. Reszta klasy nawet nie czekała na nauczycieli, tylko wzięła się do roboty. Reszta, czyli nie my. Ja i Eddie siedzieliśmy i podziwialiśmy, jak inni wypruwają sobie flaki. Byliśmy odpowiedzialni za kostiumy, więc na razie nie było się o co spinać. Willow biegała w tą i z powrotem, naśladując jednorożca. Otaczają mnie idioci.
Mara usiadła obok mnie, bazgrząc coś zawzięcie w swoim zeszycie. Nie pracowała. No chyba jej zrobię zdjęcie! Po chwili wynurzyła się spod objęć czarnych włosów, z wypiekami na policzkach. Spojrzałam na jej dzieło i zamarłam, ściskając mocniej dłoń swojego chłopaka. Musiała zauważyć, że gapię się w kartkę
bezmyślnie, bo spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.
-Ładne, prawda?
-Tak, a mogę zobaczyć z bliska? - spytałam i uśmiechnęłam się, gdy podała mi zeszyt. Ktoś zawołał Jaffray a ona wstała posłusznie i odeszła. Szturchnęłam Eddiego w bok.
-Za co? - spytał rozdrażniony.
-Popatrz! Pamiętasz? - spytałam, pokazując mu rysunek Mary.
-Nie.
-Ale ty jesteś tępy! - warknęłam - Jak to stało się z Willow, to narysowałeś taki sam znak.
Eddie wstał pociągając mnie w górę i podszedł do Fabiana, szepnął coś mu do ucha, a potem pokazał zeszyt Mary. Brunet przyjrzał mu się dokładnie, a ja stanęłam obok niego.
-Myślisz, że Mara może mieć z tym coś wspólnego?
-Może... - odparłam.
-Nie, to niedorzeczne.
Znikąd pojawił si Alfie, zaglądając przez ramię Eddiego na zeszyt. Nadal miał te idiotyczne szelki.
-Co tam macie?
-O, Sibuna ma nową poszlakę? - spytała Amber, podchodząc i wyrywając z rąk zrezygnowanego Fabiana rysunek - Strasznie brzydki ten obrazek. To dzieło Alfiego?
W tym momencie Alfie zaczął się kłócić z Amber, że on przecież pięknie rysuje i jak ona śmie wątpić w jego talent. Ja wypatrywałam Megan. To dziwne, ale choć nie uważałam ją za godną do wstąpienia do Sibuny, powinna wiedzieć. Kumplowała się z Marą a ona ufała jej na tyle, by powiedzieć gdzie zobaczyła ten symbol. Pewnie musiała być za kulisami, bo tutaj jej nie było. Fabian zaczął się zastanawiać na głos, co to może być, nie przekrzykując Amber i Alfiego, którzy wyglądali, jakby się mieli za chwilę rzucić na siebie. Eddie sobie po prostu stał i gwizdał.
-Co to za zbiegowisko? - Super. Taylor. - Wracać do pracy!
Wyrwałam szybko zeszyt z rąk Fabiana, nie zważając na jego protesty i wepchnęła w ręce zdezorientowanej Mary, która rozmawiała z Jeromem. Lepiej żeby nie było dowodów. Tak czy siak, Fabian musi szybko rozwiązać te hieroglify, co dostałam je w liście, bo dostanę bzika.


Tik tak. Tik tak.
Megan gapiła się na wskazówki swojego budzika, oczekując północy. Ona i Eddie umówili się na dole, przy drzwiach do jego sypialni. Nie będą mogli wyjść przez drzwi główne, więc wejdą wejściem od pralni. Tam jest normalny zamek, który będą mogli odtworzyć wsuwką i niepostrzeżenie wyjść. Na wszelki wypadek, Eddie miał otworzyć okno, gdyby plan A nie miał wypalić. Pozostawała jedynie nadzieja, ze nie będą musieli uciec się do planu B. Megan nie miała ochoty na lądowanie w różach. Wypiła dwie szklanki kawy przed upuszczeniem szpilki, prawie parząc się w język, by mieć pewność, ze na pewno nie zaśnie. Znalazła w kredensie plany domu, to pomoże im w odnalezieniu stron. Dodatkowo kompas spoczywał bezpiecznie w torbie schowanej pod łóżkiem.
Gdy zegar pokazał dwadzieścia po jedenastej, Megan uprzednio upewniwszy się, że jej współlokatorki śpią, wysunęła się cicho spod kołdry. Ubrała szybko sweter i dół od czarnego dresu, starając się nie robić hałasu. Gdy było wpół do dwunastej, dziewczyna w trampkach z torb a na ramieniu, wymknęła się ze swojego pokoju. Na dole czekał na nią Eddie, z latarką i gestem pokazał jej, żeby szła za nim. Na paluszkach przeszli przez kuchnię, a potem do pralni. Chłopak pogrzebał chwilę w zamku, aż ten cicho kliknął i otworzył drzwi. Chłodne, jesienne powietrze ugodziło ich z całą siłą, wbijając igły w twarz i dłonie, powodując gęsią skórkę. Megan podążyła do zachodnio-północnej krawędzi domu. Spojrzała na zegarek. Za piętnaście dwunasta. Będzie miała dosłownie  sekundy, by wykopać dwie małe bryłki zamarzniętej ziemi. Poczuła, jak ciało jej kostnieje. zaczęła chodzić w tą i z powrotem, by rozgrzać mięśnie i ogrzewając władne dłonie gorącym powietrzem z jej ust, które zamieniało się w parę.
Za pięć dwunasta.
Wyciągnęła mały szpadel, którego Trudy używała no przesadzania kwiatków z ogrodu. Eddie miał drugi. Megan modliła się w myślach, by się nie spóźnił. Stanęła i kucnęła, trzymając małą łopatkę w pogotowiu. Gdzieś z głębi rozległ się ponury dźwięk, a wskazówka na jej zegarku doszła i zatrzymała się na dwunastce.
Północ.
Czując, jak prąd przebiega po jej ciele, Megan wbiła z całej siły ostrze w ziemie i wykopała maleńką bryłkę ziemi z zachodniej części. Zostało jej trzydzieści sekund. Potem odwróciła się w drugą stronę i powtórzyła czynność. Gdy minęła minuta odetchnęła i usiadła na zmarzniętej ziemi. Zrobiło jej się słabo. Spojrzała na na szpadel i zmarła. Po ostrzu spływała powoli, srebrna ciecz, połyskująca dziwnym blaskiem, niczym krew. Spojrzała na wykopaną ziemie. Ona również była pokryta tą samą substancja. Megan przyjrzała jej się z fascynacją. Błyszczała przepięknie. Dotknęła ją koniuszkiem swoich palców. Była taka w dotyku jak płynny brokat. Nagle ogarnęło ją uczucie szczęścia. Zrobiło jej się lekko na sercu. Piękne uczucie. Uniosła dłoń do ust, chcąc spróbować tego płynnego szczęścia. Czyjaś dłoń chwyciła ją za nadgarstek.
-Megan, co ty robisz?
Po mimo tego że było przeraźliwie zimo, dziewczyna poczuła, że robi jaj się gorąco. Szybko podniosła się z ziemi i uśmiechnęła blado. Wyłata palce w swoje spodnie i spojrzała na Eddiego.
-Udało ci się?
-Mhmm... - chłopak pokazał je swoje bryłki, które trzymał. Megan wyciągnęła plakietki z literami : N,S,W, i E. Przypięła do swojej zachodniej E i do północnej bryłki N. Potem Eddie zrobił to samo. Razem schowali je do jej torby, razem z szpadami, na których płyn już nie błyszczał i szarzał.
-Też tak miałem - powiedział Miller, gdy wracali. Megan schowała ręce do kieszeni, czerwona jak piwonia - Dziwne to było.
-Ale czy coś w tym domu jest normalne? - spytała, zruszając ramionami.
-Czajnik - odpowiedział chłopak i wpuścił ją do domu. Poczuła, jak przyjemne ciepło rozlewa się po jej ciele. Podeszła do kaloryfera i położyła na  nim dłonie. Stali tak z pięć minut, po czym obydwoje podskoczyli, gdy ktoś głośno zachrapała. Dusząc w sobie śmiech, przeszli do kuchni.
-Dobranoc - szepnął, by nie obudzić nikogo. Uścisnął ją i odwrócił się, znikając w swoim pokoju.
-Dobranoc - odpowiedziała, chociaż wiedziała, że jej już nie usłyszy. Cicho weszła po schodach, omijając siódmy stopień, który przeraźliwie skrzypiał i weszła do swojego pokoju. Przeprała się w piżamę i wsunęła pod kołdrę.
-Nie powinnaś - szepnęła Selene, pojawiając się i badając czujnie ją tymi pięknymi, ciemnymi oczyma, które świeciły jak dwie, jasne gwiazdy.
-Nie robię tego dla siebie - odpowiedziała szeptem Megan, wtulając twarz w poduszkę - Tylko po to, żeby byli bezpieczni.
Po tych słowach ciężkie powieki opadły, a ona pogrążyła się w niespokojnym śnie, by znów znaleźć się przed zniszczonym domkiem, razem z bezcielesną dziewczynką, która nuciła pod nosem starą melodię.
Hello darkness, my old friend, I'm coming to talk with you again





Hey, guys.
Ostatnio ktoś mi suszył głowę o rozdział. Nie pokażę palcem, bo to nigrzeczne ( to była ♥ℓσѕт♥ιи♥∂яєαмs♥ ale ciii) i właśnie tej osóbce dedykuje rozdział. Ale, ludzie, mineły tylko cztery dni! Wytrzymacie bez mnie przez cztery dni. C'nie? Rozdział nie wyszedł taki jak ja chciałam. No ale mówi się trudno. Zrobiłam sobie drugą dziórkę w uchu, teraz boli baardzo bo już.. dzisaj środa? Nie, czwartek. No to czwarty dzień. Mama mówi, że to dobrze, ale wczoraj paniki narobiłam xD Kupuję dzisiaj plecak, buty już mam i się zachwycam, heh. Nidługo będe miała mikrofon, potem kamerkę i mozeee... ALE PODKREŚLAM! Może zrobię twittcam. Taką videorozmowę z wami. Co wy na to? Ale pewnie dopiero gdzieś w październiku. Ogarniacie? Dwa dni temu mineły cztery miesiące odkąd postanowiłam pisać. Hih. Nawet nie pamiętam, jak mi to zleciało. Odeszłam z stronki na fb, bo już nie miałam czasu ją prowadzić. *le ja weszłam przed chilą na stronę Brada* O mój Boże! O Jezusku najsłodszy! Brad przy pianinie! dskghdfgh I DODAŁ PRÓBKĘ WINDOW.  ma tą koszulę, którą kocham, mam identyczną! Nie wierzę że to napiszę: ale chyba zerwanie z Sam dobrze mu zrobiło .Dobra, żegnam! *le piszczy aż się zrobi sina i mleje*

Joylitte
xoxo

6 komentarzy:

  1. Świetne opowiadanie *.*
    Czekam na kolejną część :)
    xoxo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam na nowy [13] Odcinek pt." Dokąd idziesz?"
    http://fabinastoriesby-patrycja.blogspot.com/2013/08/stracone-marzenia-odcinek-13-dokad.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale ja Ci zazdroszczę... I stylu pisania i pomysłów, a najbardziej to chyba tego, że umiesz odwzorować atmosferę z 1 sezonu.
    Też się staram, ale mi nie wychodzi.
    Jesteś prze prze prze przezdolna <3
    Coraz bardziej lubię Megan. Kochana jest :)
    Wiele znajomych mi osób jest bardzo podobnych do Grant. Niby wszystko jest ok, a jednak wciąż coś daleko do szczęścia. Dowód na to, że każdy ma problemy.
    Amfie <3 Uwielbiam ich ^ ^
    Marusia nie ma talentu. Ja też, rzuwiczek : 3
    W taki fajniusi sposób ukazujesz ich problemy, myśli, uczucia. Potrafisz dostosować się do osobowości każdego z nich. To niezwykła umiejętność, bo niestety na wielu blogach (niekiedy również w książkach) postacie nie mają charakteru, tylko są "miłe i sympatyczne". Prościej mówiąc, nijakie.
    U cebie nie ma ani jednego bohatera bez osobowości. Każdy ma charakter, nawet jeśli jest głęboko ukryty.
    Wielkie zazdro :c
    Dziadek Patricii jest modelski c: Szeleczki zawsze spoko.
    Tak sobie myślę, że może Joy dostała z tego szelka i dlatego umarła...
    Bradzio jest fotogeniczny. Też tak chcę! <3
    Organizuję zbiórkę funduszy na bilet i jedziemy do Bradzia, strzelić sobie sweet focie z pianinkiem.
    Potem pójdziemy do Eudżenka, bo Sapphire musi dotknąć jego włosów. Achh ta szałłłmaa <3 ^ ^
    Czajnik jest jedynym porządnym obywatelem. KC Czajnik <3
    Masz wieeeeelki wieeeelki wieeeelki wieeeeeelki (Sapphire, powtarzasz się) talent i bardzo chciałabym pisać tak jak ty. Jesteś wyjątkowa :)
    Twoja forever Joylittler

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham Twoja historię!!!! <3 Wszystko jest takie PIĘĘĘĘĘKNE!!!! :) Rzec by się dało: cud, miód i malinka. :*
    Mam jedną, małą, malutką, tyci prośbę. ;) W przyszłym rozdziale daj Jarę!!!!! Proszę!!!!!!!!!! <3 Anonimek (Klaudia)
    P.S. Kocham Cię :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Mogła byś tu zajrzeć dopiero zaczynam http://propiaserie.blogspot.com/
    P.s Twój blog jest świetny!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy