czwartek, 29 sierpnia 2013

031. Rozdział trzydziesty pierwszy

Gęsta, październikowa mgła wisiała nad błoniami Anubis Academy, przysłaniając kolorowe już wierzchołki drzew w pobliskim lesie. Słońce, mdłe i pozbawione swojego letniego uroku, starało się przebić przez tą biała kołdrę, bezskutecznie chcąc się wydostać na wolność. Z jadalni dobiegało ciche podzwanianie sztućców, a stary, drewniany zegar pokazywał godzinę w pół do ósmej. Zwykłe, poranne rozmowy, ziewanie i narzekanie na wczesną porę nic nie obchodziły jedną z uczennic, siedzącą cicho na swoim miejscu i żującą kawałek tostu posmarowany dżemem.
Możesz przy tym stracić życie
Postanowiła, teraz już tej decyzji nie zmieni. Bo co powie Eddiemu? Że stchórzyła? Że się rozmyśliła? Albo to był taki kawał? Nie, tego by nie zniosła. Zrobi to, a potem stanie się taka, jak sprzed miesiąca, taką jak ją poznali. Zadowolona z życia kujonkeczka.
Mara wstała i ona zrobiła to samo. Zaprzyjaźniła się z Marą, żałowała,  że nie było jej od początku roku szkolnego. Znalazły wspólny język, może to przez to, że Jaffray powiedziała jej co czuje. A Megan wolała dusić w sobie emocje.
Chciało jej się spać. Ostatnio źle sypiała, odwiedzając w krainie snów te same miejsce - zniszczony, niewielki domek do którego nie wchodziła, tylko gapiła się na niego. A gdy w końcu postanowiła wejść, budziła się. To było męczące. I nużące. Tak więc, Grant musiała wstawiać i widzieć w lustrze dziewczynę o dziecięcych policzkach, których tak nienawidziła, z podpuchniętymi oczami. Rozważała nawet podkradnięcie Amber niewielkiej  ilości podkładu, by zatuszować zmęczenie. Ale jak do tond się na to nie zdobyła.
Idąc przez mgłę u boku Mary, słysząc tylko oddech przyjaciółki i dźwięk własnych tenisówek na zmrożonej trawie, dziewczyna odetchnęła ciężko. Czuła się tylko tak raz: gdy zbiła zabytkową wazę, którą wujek podarował tacie. W końcu przyznała się do tego, ale fakt, jak dusiło ją w gardle za każdym razem, gdy o tym pomyślała, był okropny. A teraz czuła się tak samo. Przestała być aktywna na lekcjach, z algebry szło jej coraz gorzej. Dla osób trzecich, mogło to wyglądać jak depresja. Ogólnie lubiana uczennica, bez żadnych problemów w domu, uśmiechająca się często, gdy czuła, ze ją na to stać, nie mogła mieć depresji. I ona sama czuła, że tak nie jest. Jeżeli to zrobi, odetchnie z ulgą i w końcu będzie mogła normalnie żyć. Na ile normalne było odwiedzanie jej przez ducha i szukanie zabytkowej, tajemnej Księgi Ozyrysa. Wieczne życie. Dlaczego Victor tak bardzo go pragną? "Ma ambicje takie, jak Voldermort" , pomyślała Megan i otworzyła swoją szafkę, wkładając podręczniki a potem zamknęła je zbyt gwałtownie. Uczniowie, którzy przechodzili obok niej, popatrzyli się dziwnie. Uśmiechnęła się, mając nadzieje że nie sztucznie i poszła do klasy od angielskiego.
Słuchając jednym uchem, a wypuszczając drugim Megan słuchała wykładu na temat epoki oświecenia i jego wpływu na literaturę. Kilkakrotnie złapała się na tym, że patrzy tępo na tablice lub na portret jakiegoś znanego poety, chcąc czymś zając ręce zaczęła bazgrać w zeszycie. Mara ukuła ją w bok, gdy nauczycielka zadała im jako pracę domową napisanie notki biograficznej na temat Jonathana Swifta. Megan nabazgrała polecenie na marginesie, zamknęła zeszyt oraz włożyła go do plecaka i podążyła za innymi uczniami, którzy zaczęli wylewać się z klas, nie zważając na okrzyki nauczycieli 'Powoli' albo 'Spokojnie'.


Z perspektywy Patricii
Eddie czasem zachowywał się dziwnie. No, może dziwnie to za mało powiedziane. Dla mnie, na przykład dziwne było to, ze dzisiaj był dla mnie miły. Tak. Miły! Nawet podzielił się ze mną swoją kanapką. A zwyczaj, gdy siedzieliśmy w stołówce i gdy wyciągnął jedzenie zachowywał się jak Gollum ze swoim pierścieniem. Oczywiście, nie syczał 'Mój sssskarb'  ale pewnie to robił, kiedy był sam na sam w domu.
Siedzieliśmy na jednej z kanap w sali teatralnej, gdzie w czwartek mieliśmy ostatnią lekcję. Teraz nie robiliśmy nic innego, jak tylko przygotowywanie do tego głupiego przedstawienia. Nie rozumiem, po co mamy to robić. Tak, szerzenie swoich horyzontów, szlifowanie umiejętności jest przecież takie ważne. A my jesteśmy tacy utalentowani. Bla bla bla. Nie wiem, kto uważa Alfiego za utalentowanego. Właśnie teraz paraduje w czerwonych szelkach, jak jakiś idiota. Mój dziadek ma takie same szelki, dostał je od mojej kochaniutkiej siostrzyczki. I nawet on w nich nie chodzi, bo uważa, że są wieśniackie. Oczywiście, nigdy tego nie powiedział, żeby zapewne nie urazić Piper, ale ja tam swoje wiem. Ten jego wzrok, jak dostał je na gwiazdkę. Hah! Nadal nie mogę zapomnieć jego miny. A właściwie, czemu ja myślę o moim dziadku?
Eddie chwycił mnie za rękę. Lubię dotyk jego dłoni. Czuję wtedy, jakby przez moje ciało przebieg prąd. Bardzo miłe uczucie. Oczywiście, ja mu tego nigdy nie powiedziałam, szczególnie, jak Jerome siedzi obok nas i zalewa się z Lewisa. Pewnie on mu polecił te szelki, żeby zaimponował Willow. Ah, jakie to miłe, gdy przyjaciel radzi drugiemu jak dbać o swoją dziewczynę. Ciekawe czy Jerome podkochuje się jeszcze w Ester. Mamy z nią każdy wf, ale jakoś nie widziałam, żeby Clarke ślinił się na jej widok, tak jak to robił w pierwszej klasie. Boże, to było obleśne.
Przeciągnęła się na kanapie, niby przypadkiem muskając policzek Eddiego swoją ręką. Zabrzmiał dzwonek. Reszta klasy nawet nie czekała na nauczycieli, tylko wzięła się do roboty. Reszta, czyli nie my. Ja i Eddie siedzieliśmy i podziwialiśmy, jak inni wypruwają sobie flaki. Byliśmy odpowiedzialni za kostiumy, więc na razie nie było się o co spinać. Willow biegała w tą i z powrotem, naśladując jednorożca. Otaczają mnie idioci.
Mara usiadła obok mnie, bazgrząc coś zawzięcie w swoim zeszycie. Nie pracowała. No chyba jej zrobię zdjęcie! Po chwili wynurzyła się spod objęć czarnych włosów, z wypiekami na policzkach. Spojrzałam na jej dzieło i zamarłam, ściskając mocniej dłoń swojego chłopaka. Musiała zauważyć, że gapię się w kartkę
bezmyślnie, bo spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.
-Ładne, prawda?
-Tak, a mogę zobaczyć z bliska? - spytałam i uśmiechnęłam się, gdy podała mi zeszyt. Ktoś zawołał Jaffray a ona wstała posłusznie i odeszła. Szturchnęłam Eddiego w bok.
-Za co? - spytał rozdrażniony.
-Popatrz! Pamiętasz? - spytałam, pokazując mu rysunek Mary.
-Nie.
-Ale ty jesteś tępy! - warknęłam - Jak to stało się z Willow, to narysowałeś taki sam znak.
Eddie wstał pociągając mnie w górę i podszedł do Fabiana, szepnął coś mu do ucha, a potem pokazał zeszyt Mary. Brunet przyjrzał mu się dokładnie, a ja stanęłam obok niego.
-Myślisz, że Mara może mieć z tym coś wspólnego?
-Może... - odparłam.
-Nie, to niedorzeczne.
Znikąd pojawił si Alfie, zaglądając przez ramię Eddiego na zeszyt. Nadal miał te idiotyczne szelki.
-Co tam macie?
-O, Sibuna ma nową poszlakę? - spytała Amber, podchodząc i wyrywając z rąk zrezygnowanego Fabiana rysunek - Strasznie brzydki ten obrazek. To dzieło Alfiego?
W tym momencie Alfie zaczął się kłócić z Amber, że on przecież pięknie rysuje i jak ona śmie wątpić w jego talent. Ja wypatrywałam Megan. To dziwne, ale choć nie uważałam ją za godną do wstąpienia do Sibuny, powinna wiedzieć. Kumplowała się z Marą a ona ufała jej na tyle, by powiedzieć gdzie zobaczyła ten symbol. Pewnie musiała być za kulisami, bo tutaj jej nie było. Fabian zaczął się zastanawiać na głos, co to może być, nie przekrzykując Amber i Alfiego, którzy wyglądali, jakby się mieli za chwilę rzucić na siebie. Eddie sobie po prostu stał i gwizdał.
-Co to za zbiegowisko? - Super. Taylor. - Wracać do pracy!
Wyrwałam szybko zeszyt z rąk Fabiana, nie zważając na jego protesty i wepchnęła w ręce zdezorientowanej Mary, która rozmawiała z Jeromem. Lepiej żeby nie było dowodów. Tak czy siak, Fabian musi szybko rozwiązać te hieroglify, co dostałam je w liście, bo dostanę bzika.


Tik tak. Tik tak.
Megan gapiła się na wskazówki swojego budzika, oczekując północy. Ona i Eddie umówili się na dole, przy drzwiach do jego sypialni. Nie będą mogli wyjść przez drzwi główne, więc wejdą wejściem od pralni. Tam jest normalny zamek, który będą mogli odtworzyć wsuwką i niepostrzeżenie wyjść. Na wszelki wypadek, Eddie miał otworzyć okno, gdyby plan A nie miał wypalić. Pozostawała jedynie nadzieja, ze nie będą musieli uciec się do planu B. Megan nie miała ochoty na lądowanie w różach. Wypiła dwie szklanki kawy przed upuszczeniem szpilki, prawie parząc się w język, by mieć pewność, ze na pewno nie zaśnie. Znalazła w kredensie plany domu, to pomoże im w odnalezieniu stron. Dodatkowo kompas spoczywał bezpiecznie w torbie schowanej pod łóżkiem.
Gdy zegar pokazał dwadzieścia po jedenastej, Megan uprzednio upewniwszy się, że jej współlokatorki śpią, wysunęła się cicho spod kołdry. Ubrała szybko sweter i dół od czarnego dresu, starając się nie robić hałasu. Gdy było wpół do dwunastej, dziewczyna w trampkach z torb a na ramieniu, wymknęła się ze swojego pokoju. Na dole czekał na nią Eddie, z latarką i gestem pokazał jej, żeby szła za nim. Na paluszkach przeszli przez kuchnię, a potem do pralni. Chłopak pogrzebał chwilę w zamku, aż ten cicho kliknął i otworzył drzwi. Chłodne, jesienne powietrze ugodziło ich z całą siłą, wbijając igły w twarz i dłonie, powodując gęsią skórkę. Megan podążyła do zachodnio-północnej krawędzi domu. Spojrzała na zegarek. Za piętnaście dwunasta. Będzie miała dosłownie  sekundy, by wykopać dwie małe bryłki zamarzniętej ziemi. Poczuła, jak ciało jej kostnieje. zaczęła chodzić w tą i z powrotem, by rozgrzać mięśnie i ogrzewając władne dłonie gorącym powietrzem z jej ust, które zamieniało się w parę.
Za pięć dwunasta.
Wyciągnęła mały szpadel, którego Trudy używała no przesadzania kwiatków z ogrodu. Eddie miał drugi. Megan modliła się w myślach, by się nie spóźnił. Stanęła i kucnęła, trzymając małą łopatkę w pogotowiu. Gdzieś z głębi rozległ się ponury dźwięk, a wskazówka na jej zegarku doszła i zatrzymała się na dwunastce.
Północ.
Czując, jak prąd przebiega po jej ciele, Megan wbiła z całej siły ostrze w ziemie i wykopała maleńką bryłkę ziemi z zachodniej części. Zostało jej trzydzieści sekund. Potem odwróciła się w drugą stronę i powtórzyła czynność. Gdy minęła minuta odetchnęła i usiadła na zmarzniętej ziemi. Zrobiło jej się słabo. Spojrzała na na szpadel i zmarła. Po ostrzu spływała powoli, srebrna ciecz, połyskująca dziwnym blaskiem, niczym krew. Spojrzała na wykopaną ziemie. Ona również była pokryta tą samą substancja. Megan przyjrzała jej się z fascynacją. Błyszczała przepięknie. Dotknęła ją koniuszkiem swoich palców. Była taka w dotyku jak płynny brokat. Nagle ogarnęło ją uczucie szczęścia. Zrobiło jej się lekko na sercu. Piękne uczucie. Uniosła dłoń do ust, chcąc spróbować tego płynnego szczęścia. Czyjaś dłoń chwyciła ją za nadgarstek.
-Megan, co ty robisz?
Po mimo tego że było przeraźliwie zimo, dziewczyna poczuła, że robi jaj się gorąco. Szybko podniosła się z ziemi i uśmiechnęła blado. Wyłata palce w swoje spodnie i spojrzała na Eddiego.
-Udało ci się?
-Mhmm... - chłopak pokazał je swoje bryłki, które trzymał. Megan wyciągnęła plakietki z literami : N,S,W, i E. Przypięła do swojej zachodniej E i do północnej bryłki N. Potem Eddie zrobił to samo. Razem schowali je do jej torby, razem z szpadami, na których płyn już nie błyszczał i szarzał.
-Też tak miałem - powiedział Miller, gdy wracali. Megan schowała ręce do kieszeni, czerwona jak piwonia - Dziwne to było.
-Ale czy coś w tym domu jest normalne? - spytała, zruszając ramionami.
-Czajnik - odpowiedział chłopak i wpuścił ją do domu. Poczuła, jak przyjemne ciepło rozlewa się po jej ciele. Podeszła do kaloryfera i położyła na  nim dłonie. Stali tak z pięć minut, po czym obydwoje podskoczyli, gdy ktoś głośno zachrapała. Dusząc w sobie śmiech, przeszli do kuchni.
-Dobranoc - szepnął, by nie obudzić nikogo. Uścisnął ją i odwrócił się, znikając w swoim pokoju.
-Dobranoc - odpowiedziała, chociaż wiedziała, że jej już nie usłyszy. Cicho weszła po schodach, omijając siódmy stopień, który przeraźliwie skrzypiał i weszła do swojego pokoju. Przeprała się w piżamę i wsunęła pod kołdrę.
-Nie powinnaś - szepnęła Selene, pojawiając się i badając czujnie ją tymi pięknymi, ciemnymi oczyma, które świeciły jak dwie, jasne gwiazdy.
-Nie robię tego dla siebie - odpowiedziała szeptem Megan, wtulając twarz w poduszkę - Tylko po to, żeby byli bezpieczni.
Po tych słowach ciężkie powieki opadły, a ona pogrążyła się w niespokojnym śnie, by znów znaleźć się przed zniszczonym domkiem, razem z bezcielesną dziewczynką, która nuciła pod nosem starą melodię.
Hello darkness, my old friend, I'm coming to talk with you again





Hey, guys.
Ostatnio ktoś mi suszył głowę o rozdział. Nie pokażę palcem, bo to nigrzeczne ( to była ♥ℓσѕт♥ιи♥∂яєαмs♥ ale ciii) i właśnie tej osóbce dedykuje rozdział. Ale, ludzie, mineły tylko cztery dni! Wytrzymacie bez mnie przez cztery dni. C'nie? Rozdział nie wyszedł taki jak ja chciałam. No ale mówi się trudno. Zrobiłam sobie drugą dziórkę w uchu, teraz boli baardzo bo już.. dzisaj środa? Nie, czwartek. No to czwarty dzień. Mama mówi, że to dobrze, ale wczoraj paniki narobiłam xD Kupuję dzisiaj plecak, buty już mam i się zachwycam, heh. Nidługo będe miała mikrofon, potem kamerkę i mozeee... ALE PODKREŚLAM! Może zrobię twittcam. Taką videorozmowę z wami. Co wy na to? Ale pewnie dopiero gdzieś w październiku. Ogarniacie? Dwa dni temu mineły cztery miesiące odkąd postanowiłam pisać. Hih. Nawet nie pamiętam, jak mi to zleciało. Odeszłam z stronki na fb, bo już nie miałam czasu ją prowadzić. *le ja weszłam przed chilą na stronę Brada* O mój Boże! O Jezusku najsłodszy! Brad przy pianinie! dskghdfgh I DODAŁ PRÓBKĘ WINDOW.  ma tą koszulę, którą kocham, mam identyczną! Nie wierzę że to napiszę: ale chyba zerwanie z Sam dobrze mu zrobiło .Dobra, żegnam! *le piszczy aż się zrobi sina i mleje*

Joylitte
xoxo

niedziela, 25 sierpnia 2013

030. Rozdział trzydziesty

-To nie wyjdzie - Colin spojrzał z powątpiewaniem na Jeroma - Mówię ci, to nie wyjdzie.
-Och, zamknij się Rowe. Gdybyś raz w życiu był optymistą, nic by ci się złego nie stało - warknął Logan.
-Kto to mówi... - mruknął chłopak.
Siedzieli przy stole w salonie. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby stół nie był po brzegi zapełniony kanapkami, owocami, ciastkami, czekoladowymi tortami, wczorajszą pizzą ( Rose nie kryła "fuu!" jak to zobaczyła) , naleśnikami, spaghetti, goframi z bitą śmietana, warzywami  i różnymi innymi produktami. Alfie i Logan, którzy siedzieli po przeciwnych stronach, mieli na sobie białe śliniaki. Jerome masował kark Alfiego, mruczał mu coś do ucha i zagrzewał do walki. Colin, który był 'asystentem' Logana, jakoś się do tego nie palił. Co więcej, patrzył z niepokojem, jak Willow ustawia kamerę, tak by cała scena była dobrej jakości i każdy najmniejszy szczegół było widać. Według niej, każdy pomysł, na który wpadł jej chłopak, zasługuje na poparcie i realizacje. Do tego wszystkiego dodała, że umieści tą scenę w swoim filmie. A Colin miał wrażenie, jakby trafił na dziwne przyjęcie do Szalonego Kapelusznika. Brakowało tylko Alicji.
Prawie wszyscy z Anubisa zgromadzili się, by podziwiać te starcie. Większość z nich kibicowała Alfiemu, czemu trudno sie dziwić. Wczoraj dał wspaniały pokaz jedzenia kilku centymetrowej kanapki. Nawet Colin musiał przyznać, ze to było imponujące.
Do salonu wkroczyła Megan z książką, która stała się jej nieodłączną częścią wizerunku. Stanęła w drzwiach, spojrzała na stół, potem na kamerę, Alfiego i Logana, a jej wzrok zatrzymał się na Jeromie. Odwróciła się na pięcie i już chciała wyjść, gdy Clarke poszedł do niej i odwrócił tak, by mógł patrzeć jej w oczy. Colin patrzył, jak się do niej uśmiecha, a ona zrobiła przerażone oczy.
-Meggy, Meggy nasza kochana Meggy! - powiedział tarmosząc jej włosy.
-Spadaj Jerry, nie mam zamiaru uczestniczyć w waszym chorym pomyśle. To nie miało być jutro?
-Nie, nie miało - powiedział nadal tarmosząc jej włosy - Meggy, nie chcesz być przypadkiem naszym sędziom?
-Ha ha ha ha, nie!- warknęła - Weź sobie Marę. Albo wiesz co? Amber! Ona lubi być ważna. Na pewno się zgodzi.
To mówiąc wyrwała się i popędziła na górę. Colin czuł, ze robi mu sie gorąco. Amber? "Weź Marę" - krzyczał w myślach- "Błagam weź Marę!".
Clarke westchnął, po czym spojrzał na stół i oznajmił.
-Idę po Amber.
-Nie! - Logan spojrzał na Colina, któremu wyrwał sie jęk - Niech Rowe pójdzie po Millington. I tak nic nie robi.
Czując na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych, Colin zawlókł się do pokoju blondynki. Tam spotkała go niespodzianka - Amber siedziała i pisała. Miał dziwne wrażenie, że to nie zadanie domowe. Zapukał w drzwi i mruknął niepewnie:
-Umm, Amber?
Blondynka uśmiechnęła się, a on poczuł, że jego żołądek robi się ciężki.
-Och, cześć! Właśnie kończę, choć tu! Pomożesz mi!
Podszedł do niej na miękkich nogach a ona wrzuciła mu w dłonie plik kartek. Spojrzał na nią zdziwiony,a potem przypomniał sobie, czemu tu właściwie jest.
-Amber, chłopaki robią konkurs i chcą żebyś... umm.... była sędzią czy coś w tym rodzaju.
-Och, wspaniale! To moje powołanie. Dobra idziemy.
I z gracją przeszła przez pokój, a Colin poczłapał na nią. Gdy byli w holu, wzięła kilka kartek, które trzymał i weszła do salonu.
-Słuchajcie! Jak dobrze wiecie w piątek są moje urodziny. Robię imprezę. I zrobiłam tez listę prezentów, które chciałabym dostać. Dla każdego z was oddzielna lista. To jest wydarzenie roku, wszystko musi być perfekcyjne i...
Logan chrząkną i Amber spojrzała na niego zdziwiona.
-Millington, możesz mi oddać mojego murzyna?
Między brwiami blondynki pojawiła się mała zmarszczka.
-Chyba zatrudnię sobie Colina. Naprawdę robi to...
-Ty masz Willow - żachnął Soren - To jest twój murzyn. Teraz choć tu sędziuj, umieram z głodu.
Colin poczłapał za dziewczyną i stanął za Loganem, czując, jak na jego policzki spływa rumieniec. Spojrzał na sofę, gdzie siedziała Rose. Przedtem wszystkich ignorowała, czytając czasopismo, teraz czujnie mu sie przyglądała, a na jej ustach błąkał się niewinny uśmiech. Szepnął do niej bezgłośnie 'Co?' ale ona tylko pokręciła głową i wróciła do czytania, cała rozpromieniona. Colin poczuł, że robi mu się bardziej gorąco niż przedtem. Wiedziała. Rose Riddle wiedziała.


Alfie wepchnął sobie pół kawałka tortu do buzi. Eddie śmiał się i zerkał co chwilę na Amber, która zrobiła się nieco zielona na twarzy. Patricia stanęła obok niego z założonymi ręki z mieszanina poirytowania i rozbawienia. Niby od niechcenia rzuciła mu przelotną uwagę:
-Mi to nawet kanapki nie zrobisz.
Miller uśmiechnął sie i przyciągną do siebie. Pocałował ją w czubek głowy i szepnął:
-Może ci zrobić super popisową kanapę ze spaghetti. Co ty na to Gaduło?
Patricia prychnęła i podeszła do Willow, by sprawdzić, jak idzie jej kręcenie. Eddie dalej obserwował z podziwem, jak chłopaki wpychają sobie teraz babeczki do ust. Obok niego stanęła Megan, która dotąd nie miała ochoty na branie w tym udziału. Dzielnie patrzyła na to wszystko, a Eddie zaczął sie zastanawiać, kiedy w końcu pęknie. Po jakich pięciu minutach, wydusiła z siebie to, po co tu stała:
-Eddie, możemy pogadać?
Chłopak spojrzał z żalem na stół, potem znów na brunetkę, dając jej do zrozumienia, że chciałby zostać do końcem. Ta jednak pokręciła głową i wyszła z salonu. Eddie, rad nie rad wyszedł za nią. Nie zatrzymała się w holu, tylko ku zdziwieniu chłopaka, poszła do jego pokoju.
Eddie siedział bawiąc się czarna piłeczką, odbijając ją od ściany. Megan mięła swoją spódnice w kwiaty, siedząc na łóżku Fabiana. Eddie podejrzewał, że chce pogadać o Rutterze. Coś w stylu ' Tęsknię za nim' lub 'Jak go przeprosić'. Był więc głęboko zdziwiony, gdy oznajmiła:
-Chce pogadać o tym twoim śnie. Widziałeś tam kogoś jeszcze, prócz Patt i Alfiego?
Eddie usiadł na podłodze. Nadal nie czuł sie na sile o tym gadać. Wiedział jednak, że gdyby nie miało to znaczenia, Grant by o to nie pytała.
-Taa, chyba było tam więcej osób. Znaczy ja się nie rozglądałem. Raczej nie miałem ochoty, wiesz?
Dziewczyna zacisnęła usta.
-Czyli że kolejny może być następny. To nie musi być Patricia?
-Chyba tak -Eddie wzruszył ramionami.
-Potrzebuję twojej pomocy. Ale musisz przyrzec, że mi pomożesz. że się nie wycofasz.
Chłopak kiwną głową.
-Dobra.
-Pogadałam sobie z Selene. Powiedziała mi o niejakim zaklęciu Signantes. Dzień przed pełnia księżyca, o północy, z czterech stron domu, trzeba wykopać bryłę ziemi. Później, gdy zajedzie słońce, musimy wejść w te podziemia, z położyć je odpowiednio , czyli zachodnia bryłka w zachodniej części i tak dalej. Potem o północy - tutaj kaszlnęła - trzeba złożyć ofiarę w postaci kawałka duszy.
-Żartujesz? I co to da?
-Ochronę. To coś, co się stało Willow i Alfiemu, nie powinno się już zdarzyć.
Potem zamilkła i wpatrywała się w kalendarz. Eddie spytał cicho:
-Kiedy jest pełnia?
-Według kalendarza w ten piątek...
-Czyli że jutro już musimy to robić?
-No.
-Będzie problem. W piątek jest impreza urodzinowa Amber. Dziwnie to będzie wyglądało, jak oboje znikniemy.
Megan zaczęła wykręcać swoje palce.
-No to nie wiem - powiedziała powoli - Powiesz, ze musisz spotkać ze siostrą, ja że mi jest niedobrze i jakoś się wymkniemy. Tylko jak wejdziemy do piwnicy. Trzeba znać kod.
-Nie trzeba. W kuchni jest tajemne przejście, o którym Victor nie wie.
Megan uśmiechnęła się.
-Takie jak w filmach?
-Tak, takie jak w filmach.
Zachichotała i w tym momencie Logan wpadł do pokoju, a za nim Fabian. na widok brunetki jego uśmiech nieco zbladł. Megan wstała i wyszła.
-Alfie puścił pawia - zawołał uradowany Soren - Wygrałem.
Eddie spojrzał na niego i włożył czarne słuchawki do uszów, by zatopić sie w muzyce, która jako jedyna dawała mu ukojenie.


Colin szedł powoli do wyjścia, zielony na twarzy. Czegoś tak obrzydliwego jeszcze nie widział. Teraz pragnął się przejść, by odetchnąć świeżym powietrzem. Dotykał już klamki, gdy poczuł, ze ktoś chwyta go za ramię i wpycha do schowka na płaszcze. Chłopak poleciał na ścianę, potykając się o białe adidasy i trampki. Jęknął i otworzył oczy. Rose zamykała pomieszczenie na klucz. Spojrzał na nią zdziwiony, gdy stanęła koło niego, cała rozpromieniona.
-Kiedy cię trafiło? - spytała podnieconym szeptem.
-Co? Ja nie wiem...
-Och daj spokój! - fuknęła i uśmiechnęła się szeroko - Widziałam to w salonie. Tak jak na nią patrzysz. Może inni nie widzieli, ale ja tak.
Zatkało go. Nie odezwał się, więc Rose chyba uznała, ze może paplać dalej.
-Dobra, to jak ją dla ciebie poderwiemy? Już wiem! Zaproponujesz jej wspólne wkuwanie tekstu, ona tak kocha aktorstwo. No i będziesz z nią gadać, później zaprosisz na kawę niby jako przyjaciele, potem na jakiś spacer. A na końcu byś ją pocałował przed całą szkołą, na tym przedstawieniu i...
-Stop! - przerwał jej chłopak, patrząc na nią podejrzliwie - Czemu mi chcesz pomóc?
-Mam dobre serduszko.
-Oh przestań! Widziałem jak dzisiaj podstawiłaś nogę jakiemuś chłopakowi, bo nie podobały ci się jego buty.
-Myślisz że jestem taka płytka?
-Tak.
Rose nie przestawała się uśmiechać. Colina to nie zaniepokoiło. Może schowała gdzieś tutaj nóż i chce go zadźgać. Po chwili powiedziała spokojnym tonem:
-Pomogę ci zdobyć Amber, a ty mi pomożesz zdobyć Fabiana.
Chłopakowi opadła szczęka. Riddle i Rutter? No, coś nowego. Wydukał z siebie tylko nędzne 'Co?'
-Och, słyszałeś - powiedziała zniecierpliwiona dziewczyna - Zawrzyjmy pakt. Pomożemy sobie nawzajem. Ty jesteś chłopakiem...
-Cóż za spostrzeżenie - mruknął.
-... a chłopaki sobie ufają. Chyba. A ja przekonam Amber, żeby dała ci szanse. To jak, umowa stoi, partnerze?
Wyciągnęła ku niemu rękę, a ten ją niepewnie uścisnął.




Ale was rozczarowałam. Nie wyszło mi, cały rozdział to głównie dialogi, nic nie poradzę, moja poetycka dusza ( jeżeli kiedyś ją miałam) sobie poszła na spacer. Chyba zgłoszę porwanie na policję. Pewnie wróci. Może.
Dla mnie to był dość ciężki tydzień. Nawet dla aktorów. Przyjaciółka jest w szpitalu, ma jakieś badania, bo jest po chorobie. Bardzo za nią tęsknie. Brad i Sam zerwali, co jest dla mnie wstrząsem  Uważałam ich za parę idealną. Nawet już sukienkę na ich ślub kupiłam! Lou spalił się dom. Biedna. Przez cały czas jest mi zimno. Buty które chciałam kupić, są za duże, a mniejszych rozmiarów nie ma. Niedługo szkoła. Co mnie martwi - wiele blogów kończy swoja działalność. 'Kocham HoA na wieki'. No raczej wątpię. Ah, akie mam problemy. No, papatki kochani. Sorry za zepsucie rozdziału. Siema! 


Joylitte 
xx

piątek, 16 sierpnia 2013

029. Rozdział dwudziesty dziewiąty

Każdy sen, ten cza­row­ny i piękny, zbyt długo śniony za­mienia się w koszmar. A z ta­kiego budzi­my się z krzykiem. Ale Patricii to nie przeszkadzało. Ważne, żeby się wyspać. Oczywiście Sibuna -jak to Sibuna - miała inne zdanie.
Była piątą. Albo parę minut po piątej. Patricia nie odbierała najlepiej. Za to była pewna, ze obudzono ją wcześniej, niż sobie tego sama życzyła. Słońce jeszcze nie wstało, a na błoniach unosiła sie perłowa, gęsta mgła, która tuliła drzewa i krzew, by jeszcze chwilę pospały. Patricia chciała być drzewem. Przynajmniej by się wyspała. Ale była w swoim pokoju, co była jakimś małym plusikiem. Alfie siedział na jej łózko, blady i roztrzęsiony. Wyglądał, jakby zobaczył ducha. Amber siedziała na podłodze, głaszcząc jego ciemną dłoń. Po raz pierwszy Patricia zobaczyła w tym roku na jej twarzy prawie ludzki wyraz - współczucie. Może i więcej. Nie obchodziło ją to.
Spojrzała na swojego chłopaka, który siedział na łóżku Grant, z twarzą wtuloną w dłonie. Sama Megan gdzieś zniknęła. Przedtem wcześnie wstawała, ale dzisiaj pobiła rekord. Piąta! Nawet zdążyła pościelić łóżko! Willamson usiadła obok Eddiego, i położyła mu głowę na ramieniu. Nawet się nie poruszył. Patricia podniosła ręce i delikatnie odjęła jego dłonie od twarzy. Spojrzał na nią tymi smutnymi, zielonymi oczami, których nienawidziła. Tak nienawidziła, kiedy zioną z nich smutek. Otrząsnęła się i spytała cicho i spokojnie:
-Eddie, co ci się śniło?
Wszyscy spojrzeli na nią, prócz Afiego. Ten nadal uważał swoje stopy za zaskakująco ciekawe, i uparcie patrzył się w nie pustym wzrokiem. Nastąpiła długa cisza. Cisza, która wbijała się tysiącami sztyletów w serce rudowłosej dziewczyny. Potem Eddie otworzył usta, a słowa, chociaż tak cicho wypowiedziane, były dla każdego wyraźne.
-Ja... Ja byłem w korytarzu. I usłyszałem krzyk. Biegłem, aż natrafiłem na drzwi. Otworzyłem je i znalazłem się w pokoju z kulą ze światła. Potem ktoś mnie zawołał. I zobaczyłem jakby ducha Alfiego. Krzyczał. Spojrzałem na swoje dłonie. One też zaczęły znikać. Odwróciłem się, żeby wybiegnąć i ...
Zamilkł. Patricia czekała. Wiedziała, że dla jej chłopaka każde słowo przypominało koszmar, który dopiero co przeżył. Dotąd patrzył się w podłogę, więc Williamson zdziwiło, jak spojrzał na nią.
-A potem zobaczyłem ciebie. Byłaś jakby martwa. Byłaś duchem. Krzyknąłem, a potem obudził mnie Fabian. 
Patricia patrzyła na niego z mieszaniom współczucia, strachu  i zdziwienia. Widział ją. Dlatego tak cierpiał. Bo widział ją. Nie zobaczył Rose, Amber , Jeroma czy Colina. Tylko ją. Objęła go i przyłożyła swój policzek do jego zimnego policzka i szepnęła:
-Och, Eddie.
Trwali tak przez długi czas. Minęto sporo czasu, aż drzwi otworzyły się i stanęła w nich Megan. Patricia spojrzała na nią. Była już ubrana w mundurek z perfekcyjnie zawiązanym krawatem, włosy miała ułożone, a oczy wymalowane. Był tylko mały szczegół, który zauważała chyba tylko Patricia: dziewczyna miała wory pod oczami a same oczy lekko czerwone. Nie musiała pytać co się stało. Najpierw jej wzrok zatrzymał się na Peddie, później na Amber i Alfiego. Posmutniała, chociaż nawet się nie uśmiechała. Przyłożyła tylko dłoń do ust, szepnęła 'O Boże', zamknęła drzwi i usiadła obok Amber, która zawzięcie głaskała dłoń Alfiego.
-Połóżcie się na chwilę - stwierdziła po długiej przerwie Megan, a Patricię uderzyło z jakim spokojem to mówi - Potem coś wymyślimy. Teraz najlepiej zamknąć umysł.
I wstała. Williamson miała ochotę jej przyłożyć. Nawet nie przejęła się Eddiem. Podeszła do krzesła i wzięła plecak. Potem nachyliła się do jej ucha i szepnęła:
-Jak Eddie chce, może tu zostać. Ja i tak nie wrócę. Musze się przejść.
-Dzięki. A śniadanie? 
-Zjadłam. Nie martw się. Wyspałam się.
Patricia spojrzała na nią. Wcale tak nie wyglądała. Była zmęczona, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało. Włożyła słuchawki do uszów i pomogła wyprowadzić Fabianowi Alfiego z pokoju. Amber podciągnęła dwa razy nosem i schowała się pod swoją kołdrą. Eddie opadła na poduszki, a Patricia zrobiła to samo. Po chwili już zamknęła oczy i odpłynęła.
Nie trwało to długo. Zanim sen się zaczął, budzik oznajmił , że pora wstawać. Williamson z trudem wyłączyła go i przetarła oczy, pozbawiając się resztki zmęczenia. Nie budziła Eddiego. Tak uroczo wglądał, kiedy spał. Wyślizgnęła się z pokoju, mając zamiar wziąć długi prysznic.
Ten dzień należał do najdłuższych, jaki mogła przeżyć. Tak to obierała. Nie było w nim nic magicznego. Zwykłe, nudne lekcje. Chemia, biologia, matematyka, wprowadzenie do biznesu, fizyka, angielski i godzinny wf na koniec dnia. Koszmar. Zwykle na wf pojedynkowali się z Eddiem, ile razy walną piłka Willow. Jenks nie miała nic przeciwko. Nawet podobało jej się to, że jest obiektem powszechnego zainteresowana. A dziś było inaczej. Tak więc z ulgą na twarzy Patricia wyszła z szatni i poszukała swojego chłopaka. Szedł wolnym krokiem do domu. Dogoniła go i splotła jego palce ze swoimi. Nie odtrącił jej.
-Co byś powiedział na spacer? - zaproponowała, chcąc zwrócić jego uwagę.
-Najpierw idę pod prysznic - oznajmił - Przez cały wf rzucałaś we mnie w piłkami. A potem chyba się położę na chwilę.
- O nie! Sen jest dob­rym le­kar­stwem na prob­le­my, ma jed­nak krótkot­rwałe działanie.
Eddie spojrzał na nią zdziwiony. Chwilę to trwało zanim to co powiedziała dotarło do niej. Zatkała usta dłonią i przeklęła.
-To twoja wina! - warknęła na wciąż oszołomionego chłopaka - Zamieniam się w kopię Megan! Jedziemy
za zakupy.
Teraz nie zaskoczyło jej to, że zareagował większym zdziwieniem. Ale planowała to od dłuższego czasu.
-Trzeba ci kupić żel do włosów - oznajmiała z dumą - I kolekcje czarnych, skórzanych kurtek. Przywrócimy dawny styl. Co ty na to?
Teraz o jego reakcja zaskoczyła ją. Tą dłonią, którą trzymała go za rękę, przyciągną mocno do siebie. Druga objął ją w pasie i wbił swoje usta w jej. Po sekundzie odwzajemniła pocałunek. Gdy się od niej odsunął, szepnął:
-Dziękuje, że jesteś.



To prawie niemożliwe. Niemożliwe, ze można iść aż tak powoli. Prawie nie ruszała nogami. Ale Megan to nie przeszkadzało. Byle dotrzeć jak najpóźniej do domu. Wracała z biblioteki. Prawie z niej nie wychodziła. Spojrzała dzisiaj rano w lustro. Wyglądała prawie tak samo. Zwyczajny mundurek ze swetrem i marynarką, czarną spódnicą i kokardą na głowie. Ostatnio dostała obsesji na punkcie kokard. Były takie a'la Ariana Grande. A potem spojrzała w swoje oczy. Nie poznawała ich. Nie poznawała tych ust, tych oczu, tych policzków. To nie była ona. Z dużym wysiłkiem, stwierdziła, że Fabian ma racje. Zmieniła się. Od kiedy pamiętała, była wesoła nastolatką z błyszczykiem na ustach w spódniczkach, przy boku ukochanej Chloe, z którą były nierozłączne. Jak bliźniaczki. A teraz? Siedziała w bibliotece, analizując każde słowo z pamiętnika Sary z historią i próbując się połapać, kiedy to było. Histeryczka. Obsesyjna kujonka. Totalny mol książkowy. Witamy w świecie nowej Megan!
Schowała czerwone dłonie do kieszeni marynarki. Zimnie październikowe powietrze dawało jej się we znaki. Ale się nie śpieszyła. Włożyła słuchawki do uszów i szła. Postanowiła dzisiaj upiec ciastka. Ale ma jeszcze czas. Te, które piekła razem z Chloe, kiedy jeszcze mieszkała w Exmouth, z rodzicami. Wydało jej się, że minęły wieki. Nawet nie zwróciła uwagi na kobietę w zwiewnej, białej sukni, która mimo chłodu poruszała sie zgrabnie mimo chłodu.
-Życie zmienia człowieka. Ale to co najgorsze, jeszcze przed tobą.
-Ale ja nie chce. Nie chce tego. Zabierz to od mnie.
-Mówisz 'nig­dy się nie zmienię' , 'jes­tem ja­ki jes­tem'. Tym­cza­sem każdy się zmienia, to życie zmienia człowieka.
-Przestań- szepnęła Megan drącym głosem.-Cza­sem chciałbym cofnąć czas i przeżyć swo­je życie raz jeszcze ale nie po to aby coś w nim zmieniać ...
-Musisz być silna. Nie łam się. Jesteś kluczem.
-Czym?
-Kluczem. Znajdź tą księgę, bo inaczej to koniec. Znajdź i zniszcz.
-Jak to powstrzymać? Te cholerne ataki na uczniów? Jak? Musi być jakiś sposób.
Selene milczała, ale Megan to nie przeszkadzało. Stanęła i spojrzała na nią.
-Jest stare, pradawne zaklęcie - mruknęła kobieta - Ale nie dacie sobie rady. Jest zbyt złożone. To tak, jakby powstrzymać śnieg, by nie padał w zimie. Możesz przy tym stracić życie.
Zamilkła, a Megan zaczęła wpatrywać się w spadające liście. Nadchodziła jesień, nie mając litości. Drzewa zaczęły już zmieniać barwy, a niebo było ciężkie od nagromadzonych chmur, grożąc deszczem. Pierwsze krople zaczęły spadać, gdy Grant podjęła decyzje.
-Jak?
-Zaklęcie Signantes. Megan, nie baw się w bohaterkę. Potrzebuję cię do innego celu.
Grant spojrzała na nią wymownie, ta westchnęła i obydwie ruszyły do Anubisa, przy akompaniamencie deszczu i opisu dotyczącego Signantes.
Gdy dziewczyna stanęła w drzwiach, wiedziała już co musi zrobić, by ochronić przyjaciół.
Zostawiła plecak w pustym pokoju i przebrała się w zwykle, jensowe leginsy, szarą koszulkę z napisem 'PEACE LOVE ROCK' i różową koszulę w kratkę. Zawiązała białe trampki i poszła do kuchni, uprzednio biorąc swoje równania z algebry. Zrobiła tych cholernych pięćdziesiąt przykładów, choć kosztowało ją to dwie godziny, więc musiała wcześniej wstać. Położyła je na stole i ruszyła do lodówki. Wyciągnęła potrzebne składniki, związała włosy i zawiązała niebieski fartuszek. Gdy zabierała sie do wyrabiania ciasta, do kuchni wparował Alfie ze swoją eskortą: Amber i Wlliow. Poszperał chwile w lodówce, ale nie zdążył wyciągnąć tego, czego chciał, bo Patricia pchnęła go i wyciągnęła sok pomarańczowy, który wlała do dwóch szklanek. W jednym uchu w którym tkwiła słuchawka, grała muzyka, więc Megan uparcie skupiła się na słowach. Podniosła jednak głowę, gdy Lewis powiedział:
-Dziewczyna, która umie piec ciasteczka, to dobra dziewczyna.
Megan uśmiechnęła się do niego promiennie i ukradkiem spojrzała na Millington i Jenks. Obydwie były w szoku. Gdy Alfie wyszedł w kuchni, obydwie krzyknęły:
-Naucz mnie piec ciastka!
Megan zamarła, tak samo jak Patricia, która kierowała się do wyjścia. Rzucała spojrzenie to na dziewczyny, to na Grant. W końcu Amber i Willow ubrały fartuszki, bijąc się, która weźmie różowy i otoczyły ją. Megan spojrzała na Patricię, która stała w drzwiach i bezgłośnie wymówiła 'Ratuj'! Ta jednak uśmiechnęła się, pomachała jej ręka i odpowiedziała:
-Powodzenia Grant!
W tej chwili Willow upuściła miskę z wodą, która nie była jej do niczego potrzebna i zamoczyła nieskazitelnie czyste, białe trampki Megan.




Miałam dodać wczoraj, a nawet przed wczoraj, ale se zapominałam przedwczoraj, wczoraj mnie nie było, więc jest dzisiaj * uznajmy, że wszyscy ogarnęli* Macie Peddie! Nie jestem najlepsza w pisaniu, więc musi was to zadowolić. Brad Kavanagh dodał nowe zdjęcia. O matko. Jakie to jest... lol... no nie mam słów! Moja ikonka ^^ Cóż, za pięć dni ma urodziny, wymyślę jakieś zajebiste życzenia. Miałam wysłać nagranie, ale... To była wielka porażka. He he. Willow i Amber zabiegają o względy Alfiego. Coś mi mówi, że muszę pomieszać w tym związku. Ale tak na max'a. Tego jeszcze nie grali. Chce podziękować za wszystkie wasze komentarze, choć wcale na nie nie zasługuje. Na komentarze zasługuje Iluzjonistka czy Sapphire, która swoimi opowiadaniami nawraca fanów Jeroy na fanów Jary *oh, yeah, tak, czytałam komentarze* A ja nadal ryczę za Jarą. I Fabiną. Tak sobie pomyślałam... Mogli nie niszczyć Jary, a Mabian by nie powstało. Jak? Usiądźcie dzieci, opowiem wam coś. A mianowicie Joyfie. Poczekajcie! Skoro Amber wyjechała, to czemu nie. KLIK! Naprawdę nieźle by razem wyglądali. Oczywiście to takie rozwiązanie  jak nie niszczyć mojej ukochanej Jary i nie dopuścić, aby... * przerywamy program, gdyż występuje w nim za dużo przekleństw pod adresem waldzia, za co mógłby autorkę pozwać do sądu* No już :) Wyładowałam się :)
Do napisania! Alohaaa!

Joylitte
xoxo

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

028. Rozdział dwudziesty ósmy

Każdy się czegoś boi. Megan się bała pająków i innych robactw, Alfie małych pomieszczeń a Amber źle ułożonej fryzury. Jednak to nie jest prawdziwy strach. To był lęk. Nieuzasadniony lęk przed tym, co nas obrzydza, czego nie rozumiemy. Nie mamy na to wpływu.  Przez strach tracimy naj­lep­sze chwi­le w swoim życiu. Allison nie bała się małych drobnostek, ona bała się przyszłości. Bez przerwy o niej myślała. Lubiła też rozprawiać też o swojej przeszłości. O tym, jak została pół sierotą w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Zaw­sze uk­rywała łzy, nigdy nie było widać po niej strachu lecz każde­go wie­czo­ru tyl­ko smutek ją obejmował do snu. Uda­wać przecież można cza­sem przez całe życie.Udając stracisz siebie - przes­ta­niesz być prawdziwy.
Siedziała na łóżku Mary, przeglądają jedną z wielu notatek do gazetki szkolnej. Praca redaktorki naczelnej nie była ciężka. Polegała na czytaniu, poprawianiu i publikowaniu. Tak więc Allison przeglądała pracę Mary z zaciekawieniem. Dziewczyna miała niewątpliwie talent. Napisała artykuł o byciu sobą - o tym, że nie należy ukrywać uczuć. Allison westchnienia - gdyby to było takie proste.
Odłożyła na bok kartkę i rozejrzała się po pokoju. To był ładny pokój. Każda cześć należąca do dziewczyn wyrażała ich osobowość. Dziwaczne znaki wiszące nad łóżkiem Willow miały zapewne odstraszać złe duchy, rysunki Rose wisiały na jej tablicy, którą sama przypięła, a w części Mary były książki - dziewczyna kochała czytać. Allison wbiła wzrok w swoje buty. W domu Anubisa było cudownie. Każdy się rozumiał, a w Hathor? Jeden chłopak palił, inni nic nie robili, mieli podejście obojętne na wszystko. Tak, Allison za nimi nie przepadała.
Dostrzegła mały, plastikowy kwadracik, który wystawał spod łóżka Jaffray. Uklękła i wygrzebała swoimi długimi paznokciami przedmiot. Karta telefoniczna. Allison zawahała się - nie powinna. To pewnie należało do czyjeś z dziewczyn, pewnie któraś ją zgubiła i teraz szukała. Ale nic się nie stanie, jak rzuci okiem. Opadała z powrotem na poduszki, wyjęła swój telefon i włożyła kartę, uprzednio wyjmując swoją. Ekran zajaśniał. Parker weszła z opcję 'wiadomości przychodzące'. Serce podskoczyło jej do gardła. To karta Joy.
Pierwszy SMS: Przyjadę, już zaczynam się pakować. Wszystko u Sweeta załatwione. Powinnam być jutro rano. Zmienię na druga kartę.
Drugi SMS:  Przecież to nie jest problem. Pójdę do Sweeta i załatwię. Proszę, tato.
Trzeci SMS : Mogę do ciebie pojechać? Przyda mi się trochę odpoczynku od Jeroma. Pokłóciliśmy się. 
Allison podnosiła wzrok. Mara na tacy niosła herbatę dla nich dwóch. Gdy zobaczyła minę Parker, zamarła.
-Allison, stało sie coś? Jesteś blada.
-Ja... Ja - dziewczyna czuła, że w gardle jej zaschło. Popiła łyk naparu, którą podała jej Jaffray i podała jej telefon - Znalazłam kartę Joy.
Mara drżącymi palcami objęła telefon i przejrzała wiadomości. Po tym weszła w opcje 'przychodzące' i je też przeglądnęła. Potem podnosiła oczy na dziewczynę.
-Spójrz. Pierwszy esemes przechodzący: Mam kłopoty finansowe. Pisze z telefonu kolegi. Pisz na mój. Jest  z innego numeru. A potem jest z telefonu taty Joy. To nie jest normalne.
-Czyli, że... - Allison przełknęła ślinę - Ktoś ją wkręcił?
Mara pokiwała smutno głową, po czym cicho szepnęła:
-To nie był wypadek. To było zabójstwo.


Megan rzuciła na stół w jadalni swój zeszyt do algebry. Miała dość, że większość zadań, które nie zdarzyła zrobić na lekcji, musiała robić w domu. A na dodatek, rozwiązywała je źle. A ciągle szyderstwa ze strony Chloe wcale nie podnosiły ja na duchu. Do tego jej przyjaciółka odmówiła odrabiana za nią lekcji i podpowiadania na kartkówkach. Sama Grant nie popierała ściągania .Weźmy na przykład dzisiaj: znalazła ściągi Patt i zrobiła jej godzinny wykład o oszukiwaniu. Nie żeby Williamson to obchodziło. Nie wiele się nią przejmowała. Ale żeby najlepsza kumpela, z którą się znały od ponad dziesięciu lat odmówiła jej pomocy? To była lekka przeginka.
Fabian podniósł na nią wzrok i szybko zamknął laptop, zanim Megan zobaczyła, co właściwe robi. Ostatnio tylko siedział nosem w książce albo w necie. Zresztą, i tak nie robił nic innego. Było jednak coś w tym niepokojącego, co nie podobało się Grant.
-Dobra, zaczynamy lekcję. Nie chce dać Chloe satysfakcji ze szydzenia ze mnie.
Fabian westchnął i spojrzał jej w oczy.
-Megan, czy to w ogóle chcesz to rozumieć? - spytał.
-Oczywiście! Myślisz, że to fajne być najgorszą w klasie?
Tylko nie rycz idiotko. Każdy ma jakiś konik. Nie rycz.
Spojrzała na niego posępnie i opadła na oparcie. Chyba podziałało. Chwycił długopis i otworzył jej zeszyt. Odetchnęła ciężko i pochyliła się nad papierem. Na oślepiającej bielem karce pisał dzisiejsze zadanie domowe. Megan widziała niebieskie cyferki. I literki. A może to były ciastka. Fabian rysował ciastka? Nie, Fabian pisał równianie. Ale zjadła by ciastko. Takie z kremem. Mogła by jutro upiec ciastka. Otrząśnij się, Megan! Fabian zaczynał coś mówić.
-Najpierw metoda podstawiania. Wyliczasz z jednego równania X i podstawiasz do drugiego.
-Mhmm.
-Tutaj prościej jest wyliczyć X z drugiego, ale możesz też wyliczać Y, wtedy...
Fabian ma ładny głos, stwierdziła Megan. Taki usypiający. Mogła by się oprzeć o niego i zasnąć. Ciekawe czy Nina tak robiła? Chciała by poznać Ninę. Podobno była fajna. Znaczy jest fajna. Poczuła, że chce jej się spać. O Fabian doszedł do końca równania. Z takiego równania x to dwa. Serio? Ciekawe jak on to zrobił. Też by tak chciała. Teraz Fabian zamknął zeszyt i położył na nim długopis. Wziął laptop i powiedział:
-No to na jutro pięćdziesiąt równań.
-ŻE CO? Pięćdziesiąt?!
-No tak. Chcesz być lepsza. Minimum pięćdziesiąt. Możesz więcej.
-Dzięki. Nie pomożesz mi? Zawsze rozwiązywaliśmy trochę razem, a...
-Megan, mam własne sprawy.
I wyszedł. Spławił ją. Zaśmiała się cicho pod nosem. O nie, tak się nie będziemy bawić. Chwyciła zeszyt i długopis i poszła za nim. A co! Będzie grała dziewczynę w opresji. Przeszła obok Logana, który obdarzył ją dziwnym spojrzeniem i uśmiechnął sie pod nosem. Zignorowała go. Nie miała teraz czasu myśleć, co zrodziło się w jego chorym łbie. Wemknęła się przez szparę i rzuciła zeszyt na najbliższe łóżko. Rutter spojrzał na nią zdziwiony.
-Możesz mi wytłumaczyć, co się właściwie z tobą dzieje? - warknęła, chcąc przynajmniej, żeby to zabrzmiało nieco troskliwie. Nie udało się.
-Ze mną? - Fabian uniósł brwi - To ty się zmieniłaś!
-Ja się zmieniłam?! - z każdym słowem jej głos nabierał na sile - To ty mnie unikasz, jak przyjdzie co do czego. Bez przerwy czegoś szukasz! Jezu, Fabian, mogłabym ci pomóc!
-To nie jest twoja sprawa! Nie musisz o wszystkim wiedzieć!
-Dobra, ale przynajmniej może byś się do mnie odezwał, tak od czasu do czasu. Jaka to sprawa? Ma to coś wspólnego Sibuną? Czy kimś z Sibuny?
Nie odpowiedział. Jego policzki nabierały czerwonej barwy, tak samo jak policzki Megan.
-Boże, Fabian, siedzimy w tym razem! Powiedź mi!
-Nie mogę! Megan, nie interesuj się tym! To ciebie nie dotyczy.
-Tak? Jakoś wątpię.
-Przestań mnie wypytywać! Idź sobie pogadać z Marą.
-Ahh, więc o to chodzi.
Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, chociaż te ostatnie zdanie wypowiedziała prawie szeptem. Odwrócił się od niej i zaczął szukać coś w szafce. Po chwili oznajmił bezbarwnym głosem:
-Wyjdź.
Nie zawahała się. Chwyciła niebieski zeszyt w rękę, rzuciła na Ruttera przelotne spojrzenie i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Biegiem udała się do swojego pokoju i ten również zamknęła z trzaskiem. Przekręciła klucz w zamku i oparła się o ścianę. Cholera. Nie poszło po jej myśli. Nie miała wybuchnąć. Grzecznie spytać. To wszystko. Coś nie wyszło. Podniosła głowę. W oczach malowały jej się łzy. Słońce wpadało przez uchylone okno, nadając pomieszczeniu przytulny klimat. W jego promieniach błyszczały drobinki kurzu, unosząc się leniwo. Toaletka Amber, plakaty Patricii i jej gitara, jej kochany instrument, zdawały się istnieć w innym wymiarze, oddzielone murem chłodu i dystansu. Opadła bez sił na podłogę i podkuliła nogi, tuląc je swoimi ramionami a brodę ułożyła na kolanach. W jej głowie nie było już wrzasku - tylko szum. Czasem zwykła kłótnia wystarczy, i nic już nie jest takie jak przedtem ... A ona tego nie chciała. Smutnymi oczyma spojrzała w lustro. Na dziewczynę z białą koszulą z czarnym  motywem jaskółek, ciemnymi spodniami i zwykłymi trampkami. Po policzku spływała czarna łza. Podniosła się i stanęła na miękkich nogach, mając wrażenie, ze się pod nią załamią.
-Potrzebny mi spacer - wymamrotała, biorąc szary sweter - Długi spacer.


Eddie przewracał się z boku na bok. Nie mógł zasnąć. Coś go dręczyło. Niepokoiło. Uwolnił się z objęcia kołdry i usiadł na łóżku. Jego stopy ochłodziła zimna posadzka. Ukrył twarz w dłoniach i czekał.
Oczy go piekły, domagając się snu. Chciał zasnąć. Ale nie mógł. Każdy szczegół, nawet tykanie zegara, sprawiało, że głowa pękała mu na pół.
-Fabian? - szepnął - Śpisz?
-Nie. Ale chciałbym.
Eddie wzruszył ramionami i z powrotem opadł na poduszę. Uderzył ją parę razy, aż zaczęły z niej wylatywać pióra i wtulił w nią twarz. Może miał gorączkę? Nie, raczej nie. Był zmęczony. Tak. Był tak zmęczony, że nie mógł zasnąć. W końcu jego powieki skleiły się, dając upragniony sen.
Stał w długim, mrocznym korytarzu. Jedynym źródłem światła były pochodnie powstrzymywane przez kamienne ręce, wystające ze ścian. Odległość pomiędzy nimi była duża, a Eddie zauważył, że były powieszone tam lustra w złotych ramiach, teraz już brudne i w pajęczynach. Postawił pierwszy, niepewny krok, który natychmiast rozległ się tysiącami po korytarzu. Szedł tak już długi czas, jeśli nie wieczność, gdy cisze rozległ zimny, męski wrzask. Eddie zatkał uszy rękoma, lecz nic to nie dało. Zaczął biec, tak szybko jak nigdy w życiu. Natrafił na coś. Drzwi. Metalowe drzwi. Przyłożył na nich rękę i pchnął. Wrzask nieco umilkł, ale nie całkowicie. To co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach.
Pokój wydawał się wielką kopułą, na której zostały usiane gwiazdy. Po środku znajdowała się wielka, blada kula dająca mdłe, widome światło. Przyciągała wzrok. Eddie zapomniał o krzyku, zapomniał o wszystkim. Szedł do niej, wyciągając rękę, by dotknąć przedmiotu.
Osyrion.
Ochrypły głos potoczył się po jego umyślę, sprawiając ból. Wszystkie gwiazdy zgasły, jedynym źródłem światła była owa świetlista gwiazda. Nie na długo.
Białe obłoczki dymu zaczęły formować się wokoło niego i kuli. Zaczęły się formować w kształty. Eddie podniósł wzrok i zobaczył, kto wydawał krzyk, który rozległ się teraz z całą mocą.
Alfie.
Ale nie zwyczajny Alfie. Ten był ubrany w białą szatę i emanował dziwnym światłem, podobnym jak te od kuli. Usta były szeroko otwarte, a oczy stanęły w słup. Teraz był skupiony na krzyku. Jego ręce były wyprostowane i wyglądał tak, jakby wisiał na krzyżu. Chłopak cofnął się o krok.
Spojrzał na swoje dłonie. Jego obróżki palców zaczęły świecić. Rozpływały się w mgle, zamieniając w ducha. Odwrócił się, zamierzając wybiegnąć. Gdy tylko to zrobił, zobaczył coś, dzięki któremu serce mu zamarzło.
Patricia.
Jej rude włosy nie były już rude. Były srebrzyste, tak samo jak oczy. Tak jak Alfie była ubrana w długą, białą suknie, i tak jak on była blada. Jej usta poruszały się tylko nieco, a oczy były nie przytomne. Ta sama poza jak u Lewisa, tylko nogi były luźniej rozstawione a palce nie zaciśnięte w pięści. Wyglądała, jakby miała za chwilę się utopić. Jakby sinymi ustami chciała zaczerpnąć powietrza, ale już nie było nadziei. Tak samo było z włosami, okalającymi jej piękną twarz. Jakby była w wodzie.
Krzyknął. Nie. Tylko nie ona. Tylko nie ona...
Zimna woda chlasnęła mu w twarz. Teraz na niego pora. Dołączy do niej. Czemu jeszcze oddycha? Powinien się dławić.
-Eddie, Eddie! Obudź się!
Fabian nim potrząsał, a on miał wrażenie, jakby zaraz miała mu wybuchnąć głowa. chwycił przyjaciela za ramię, a ten się uspokoił.
-Alfie - wysapał Eddie, bo ból mył nie do wytrzymania - On jest następny. Teraz.
-Co?
Eddie zdołał wypowiedzieć jeszcze słowa, zanim zemdlał:
-To samo co z Willow.


Mdłe. Bez komentarza. Nie wiem co napisać, więc napisze to co mi chodzi po głowie:
Brad Kavanagh to sam sex ♥


Z poważaniem,
Joylitte
xoxo

piątek, 9 sierpnia 2013

027. Rozdział dwudziesty siódmy

Ten świat jest niebezpieczny. Ale pokażcie mi miejsce w tym świecie, które jest bezpieczne? Właśnie. Gdy zegar wybije dwunastą wtedy wstaniemy i będziemy razem tańczyć. Jak na razie, to miejsce jest zamknięte w śnie, a ty będziesz o tym śnić, marzyć o dziwnym, innym świecie, którego jeszcze nie znałaś. Wtem pojawisz się w opowieści o niezwykłym happy engu, w którym nic nie jest tak, jak się wydaje. Wszystko to bzdura, nic nie jest takie, jak jest, bo wszystko jest tym, czym nie jest.
W świecie, w którym nic tak naprawdę się nie liczy i nic nie będzie trwać wiecznie, czy znajdzie się para  kochanków by przerwać tą bajkę ? Czy będzie happy end?
Piła z kieliszka wina tak długo, że zaczęła widzieć gwiazdy. Rozglądnęła się w oku siebie i stwierdziła, że tak naprawdę nie ma pojęcia, gdzie się znajduję. Czerwone róże stały przy wejściu, stoliki nakryte czarnym aksamitem i na każdym tliła się długa biała świeczka.Było duszno. Nagle sobie uświadomiła, że to jest tylko sen, bo z tego co widzi, srebrnej mgiełki unoszącej się w pomieszczeniu , dziwnego tańca zwierząt, Niedaleko kicał królik, a małe skrzydlate wróżki latały wokół niej.
Jakiś dziwny przybysz podchodzi do niej i oferuje jej rękę do tańca, ona patrzy na niego z podziwem i zachwytem. Był przystojnym mężczyzną z bujną, ciemno blond czupryną. Nawet nie zauważyła, że muzyka unosiła się wokół niej, dopóki on nie zapytał, czy może z nią zatańczyć.
Ona niepewnie podaje mu rękę, a on zaprowadza ją na środek pokoju, gdzie unosi się silny zapach róż., Położył rękę na jej talii, a druga objął jej drobną dłoń. Przesuwali się powoli w rytm muzyki.
Kołysali się wokół, aż muzyka dobiega końca. A później po prostu patrzyli sobie w oczy. Oni powoli pochylił się bliżej, aż ich usta były były niebezpiecznie blisko. Zamknęła oczy, czując jego oddech i kiedy był tak blisko, że mógł ją pocałować, wielki stary zegar wybił pełną godzinę, oboje popatrzyli się na jego tarczę znajdującą się w rogu pokoju. Była północ.
Kiedy zwróciła wzrok na swojego księcia o blond włosach i niebieskich, głębokich oczach, on ukłonił jej się. Podniosła ze zdumienia brew, a jednocześnie dusiła w sobie ciekawość, co będzie dalej. Potem nagle chłopak zaczynał znikać z jej oczu. Powoli zamieniał się w pył i a ona zanim mogła cokolwiek zrozumieć, krzyknąć co się dzieje, obudziła się na błoniach swojego akademiku.


Megan siedząc, opierała się o pień dużego, starego drzewa. Oprawiła pamiętnik Sary w bibułę i gdy ktoś pytał jej się, co czyta, odpowiadała 'Jutro dwa' lub 'Liceum Avalon' . Były to książki, które czytała bardzo dawno temu w wieku piętnastu lat. Ale tylko te tytuły przychodziły jej namysł, gdy ktoś raczył się do niej odezwać. Zazwyczaj nikt tego nie robił, nawet Fabian ( ku jej wielkiej uldze) bo przywykli do widoku Grant z nosem wetkniętym w książkę, co jej niezwykle odpowiadało.
Siedział w cieniu, ciesząc się z ostatnich dni ciepła. Chciała, żeby tak było zawsze, żeby lato trwało wiecznie. Ale to było niemożliwe, więc Megan pogodziła się z myślą, że niedługo będzie musiała wyciągnąć jesienne płaszcze, by wytrzymać na mrozie. Poczucie winny zżerało ją od środka, bo doskonale wiedziała, że powinna teraz siedzieć na strychu i szukać tej zakichanej księgi. Później zacznie padać śnieg i będzie można łatwo odgadnąć dokąd Sibuna się wybiera. Gdyby tylko istniało jakieś tajne przejście łączące oba domy. Będzie musiała w końcu wygonić swoich przyjaciół i zacząć naprawdę ostro szukać.
Mara leżała obok niej na ciemnym kocyku, z głową położoną na ramieniu i spała. Książka, którą czytała znajdowała się obok niej z zaznaczoną stroną, na której Jaffray skończyła czytać. To była zasługa Megan. Nie budziła koleżanki, bo uważała, że należy jej się chwila spokoju. Poza tym Mara słodko wyglądała, jak spała. Grant uśmiechnęła się do siebie. Już wie, dlaczego tak pokochał ją Jerome. Okazała się wspaniałą osobą, z którą mogła pogadać zawsze i o każdej porze. Megan czuła do niej podziw, gdyż na zewnątrz była spokojna i opanowała, a w środku uczucia mieszały się w niej i gotowały. Grant poprawiła pasmo włosów, które opadło Marzę na twarz i powróciła do swojej lektury:


To wydaje się niedorzeczne, ze Cassie zawsze pojawia się, gdy jej nie potrzebujemy  a znika, gdy chcemy, żeby się pojawiła. Cóż, ale z nią tak jest i nic na to nie mogę poradzić. Dzisiaj mija kolejna rocznica śmierci moich rodziców. Ja jestem pewna, że Victor maczał w tym palce i zdania nie zmienię. Rufus mówi, żebym powściągnęła emocje i nie wygłaszała swoich myśli na głos, bo i tak mi nikt nie uwierzy. Przynajmniej on mógłby mi dać wsparcie. Szukałam dzisiaj jakiś wskazówek, ale nic nie znalazłam w bibliotece. W tej drugiej również. To będę ciężka praca.


Megan zauważyła, że pierwsze wpisy Wybranej, są okropne nudne. Żadnej akcji, żadnych intryg. No ale czego się spodziewała po pamiętniku?  Cassie. To imię dość często się pojawiało. A o tych wskazówkach nic nie wiadomo, bo z pamiętnika wyrwano parę kartek. Megan zatrzasnęła lekturę, gdy Mara jęknęła i otworzyła oczy.
-Boże, jaki miałam dziwny sen... - szepnęła - Taki niewiarygodny.
-Co ci się śniło? - spytała Grant szczere zaciekawiona. Po Jaffray można się dużo spodziewać.
-Byłam w takim dużym pokoju i było tam tak pięknie - zaczęła opowiadać rozmarzonym tonem - Były róże, wokół mnie latały wróżki i hasały króliki. Tak, wiem Megan, to co najmniej dziwne i powinnam się udać do pielęgniarki.
-Może później - wzruszyła ramionami - Co było dalej?
-Podszedł do mnie Jerome, poprosił do tańca i tańczyliśmy. Było jak w bajce. A kiedy mieliśmy się pocałować, wybiła północ i ona zamienił się w popiół, zanim się obudziłam.
Grant rozchyliła lekko usta, po czym je zamknęła i odparła z uśmiechem:
-Jak się jest zakochanym, to ma się piękne sny.
-Ale ten był jakiś dziwny. Ostatnio śnią mi się dziwne sny.
-Na przykład? - spytała Megan i położyła się obok dziewczyny.
-W sobotę, zanim Willow mnie obudziła. Śniłaś mi się ty - Mara przerwała, by zobaczyć jej zdziwienie i kontynuowała - Byłaś przy starym, rozwalającym się domku i siedziałaś przed nim na studni. A gdy ktoś zaczął śpiewać, to podeszłaś do drzwi i jak chciałaś je otworzyć, to się obudziłam.
Megan przymknęła oczy, rozkoszując się promieniami słońca na swoim policzku. Cholera. Czy to w ogóle możliwe, ze Marzę śniło jej się to samo, co jej? Nie, może to taki przypadek. Ale nie opowiadała o tym śnie nikomu, nawet Chloe, a przed nią nie miała nigdy tajemnic.
-To naprawdę dziwny sen - szepnęła Megan, po czym zaśmiała się a Mara dołączyła do niej.


Amber kroczyła dumnie przez trawnik, wprost do domu Anubisa. Musiała zostać na próbie, z czego wcale nie była zadowolona. Nie robiła nic. Kompletnie nic! A przecież jest główną postacią, a pojawia się pod koniec pierwszego aktu. Ten scenariusz jest niesprawiedliwy. Mogła przez ten czas robić inne pożyteczne rzeczy. Choćby dla Sibuny, którą ostatnio tak zaniedbała. Co z tego, że szukają książki. Ale to najbardziej czarna zagadka, z jaką mieli do czynienia. Poprzednim razem, nie ginęli ludzie. Szła skrótem, przez błonia, by szybciej położyć się na łóżko. Zatrzymała się, gdy usłyszała męskie głosy. Ukrywała się za rozległym drzewem i przez jego gałęzie dostrzegła dwie sylwetki. Victor. I ten drugi, ale teraz nie mogła przecież zastanawiać się, jak mu było.
-To nie może się tak ciągnąć Victorze - powiedział mężczyzna, który jak na gust Amber przypominał świnię skrzyżowaną z ziemniakiem - Dzieciaki zaczynają węszyć.
-Na przykład kto?
-Ta Skyfol. Zawsze jak gdzieś idę, wpadam na nią. To nie może być przypadek. Sprzymierzyła się z tymi z Anubisa. Z tą brunetką, nie wiem jak jej było.
Victor zmarszczył brwi.
-Będę miał ją na oku. Nie martw się Simonie, niedługo znajdziemy tą księgę i odnajdziemy przepis. To kwestia czasu.
Pożegnali się, a Amber skuliła się w swojej kryjówce, gdy mężczyzna przechodził obok niej. No ładnie. Teraz to muszą zacząć szukać, ale na poważnie. Ale Millington szczerze wątpiła, że mają jakąkolwiek wskazówkę. Ale i tak warto się pospieszyć. Poprawiła włosy i ruszyła szybko do domu. To co zobaczyła na schodach, wcale jej się nie podobało.
Mianowicie - Alfie. Miał naprawdę głupie pomysły, ale teraz to zaszalał. Siedział na schodach, medytując. To nie byłoby dziwne, gdyby nie był owinięty srebrną folią spożywczą. Połyskiwała ona w słońcu na głowie, uszach i na obuszkach palców. Amber podeszła do niego ostrożnie.
-Alfie? Co ty robisz?
-Cii - zasyczał - Zakłócasz sygnał.
-Co? Alfie, czy ty zjadłeś coś nieświeżego?
Chłopak otworzył oczy, które dotąd miał zamknięte i spojrzał na nią ze szczerym zdziwieniem.
-Bo Logan powiedział, że mam takie wielkie uszy, że mógłbym robić za nadajnik dla kosmitów. A Colin dodał, że jak się owinę sreberkiem, to będę mógł sam wysłać do nich zaszyfrowaną wiadomość.
Amber uniosła wysoko brwi.
-Boże, Alfie, jaki ty jesteś głupi! Nie tego uczyłam cię przez ten cały czas, gdy byliśmy razem.
-Nie jesteś już moją dziewczyną - odpowiedział jej, wracając do medytacji.
-Tak, już nie jestem. - odparła piskliwym tonem - Może to i lepiej. Zaraz idziemy do biblioteki, spotkanie Sibuny.
Zdarła folię pokrywającą głowę Alfiego i wbiegła szybko po schodach. Gdy znalazła się w budynku, szybko otarła łzę, która spłynęła jej po policzku. Lewis tymi pięcioma słowami, roztrzaskał jej serce na małe kawałeczki. Cholera, a myślała, że się z tego wyleczyła. Willow właśnie schodziła z piętra w dość dziwny sposób.
-Hej, Willow, chcesz być moją asystentką?
Jenks stanęła w połowie drogi na dół.
-Ja? Naprawdę?
-Tak - Amber wzruszyła ramionami - Każda aktorka ma swoją asystentkę. Na początek - rzuciła torebkę w jej stronę - odrób za mnie lekcje.
Willow pisnęła i wbiegła do swojego pokoju. Amber podążyła więc do pokoju Eddiego. Gdy chciała wejść, Megan stanęła przy jej boku. Kiwnęła głową, a Amber się uśmiechnęła. Nie jej jedynej zależało na Sibunie.
-Dobra, zbierać się - Millington wtargnęła do pokoju, a Fabian, Eddie i Patricia aż podskoczyli - Idziemy na spacer. Nie możemy zmarnować takiego pięknego dnia.
Patricia rozchyliła lekko usta a Eddie odpowiedział:
-Nie chce mi się. Idźcie sobie sami.
-O nie, nic z tego - Megan pociągnęła go za koszulę i brutalnie podniosła z łóżka - Jesteś Osyrionem, więc weź się do roboty. A ty Patricia potomkiem, więc też masz nam pomóc.
Fabian już rozchylił usta, by spytać, czy jak się jest nikim, to może zostać, ale Megan go uprzedziła i warknęła:
-Zamknij się, Rutter. Obiecałeś, że pomożesz mi z algebrą, a jak dotąd ani razu mnie miałam korków. Więc idziesz za karę i guzik mnie obchodzi, co sobie myślisz. Tobie chyba powinno zależeć.
Chwyciła książkę, która chłopak trzymał w ręku i rzuciła na łóżko. Potem tak jak Eddiego, złapała za koszule i przyciągnęła, tak że ich twarze prawie się stykały.
-Zrozumiane? - spytała i gdy Rutter pokiwał głową, puściła go i uśmiechnęła się promienie.
-Jej, idziemy na spacer - pisnęła Amber i w podskokach ruszyła do wyjścia.



Nie jestem z tego rozdziału zadowolona. Taki jakiś dziwny. Ale czy ja pisze normalnie? No raczej nie. Miałam dodać wczoraj. ale jak ma się siostry  to się nie ma chwili prywatności. A mieszkam na zadupiu, więc nie ma nic do roboty. To z Amber pisałam dzisiaj, więc od razu mówię, że przepraszam za zrąbanie puenty. Czy jak to się te cholerstwo nazywa.
Stwierdzam zaciesz, bo Sapphire dodała nowy rozdział. Chichotałam m się jeszcze z godzinę po tym, jak skończyłam czytać. Grace jest zajebista. Nie mogę się doczekać, jak będą z Fabs razem. A kto czytał mój komentarz, proszę wymazać to o sweterku. Choć to najprawdziwsza prawda.
Chciałam sobie zamówić Sibunowy szablon, ale ta blogerka, którą sobie wybrałam, na razie nie robi żadnych szablonów. Musze więc poczekać. Ale ten co ja widzę, się leciutko zepsuł. Grr, zaraz mnie szlag trafi.
Nie mam z kim się wyśmiewać z Joy, chyba że ze swoim odpiciem. OO i ważna rzecz. Poznała w necie, dawno już Sibuner i odtąd się kumplujemy. No wiecie, tak na odległość :) I na początku przysłała mi swoje opowiadania a ja stwierdzam, że są genialne. Ona się tego wypiera, ale zmusiłam ją do założenia wspólnego bloga. KLIK. Postaram się dodać jakiś rozdzialik dzisiaj. Amen.
Nadal nie mogę przeboleć Jary. Ta para miała sobie jakąś iskierkę. Więc upijam się sokiem jabłkowym  żeby nie było. Muszę uzupełniać płyny, bo beczę prawie cały czas. Tak, piętnastolatka beczy za fikcyjną parą. I co z tego, że to w serialu, jak pasowali  do siebie. Teraz posypały by się przekleństwa na temat waldzia, ale nie będę wam psychiki ryć. I tak rozdziały robią swoje. Boże, mówię wam, jak mi się spać chce. Zasnęłam o drugiej w nocy, bo oczywiście Fabianowi nie chciało się mnie usypiać, a sąsiad mnie obudził o szóstej wiertarką  Znaczy nie tak ze stał nade mną z wiertarką  tylko coś tam przy swoim domu robił i mnie obudził. Zabije gnoja. Jeszcze młodkiem dołooże, bo młotkiem też się bawił. Stwierdzam zaczesz  bo Brad dodał nową słit focie na instagrama. On jest taki mraaau :3 
Kuźwa, znowu z tym młotkiem zaczyna.Zaraz normalnie wyjdę, przedrę się przez te choinki i zabiję. Przy okazji zaspokoję swój instynkt mordu na zepsucie Jary. Bo jest tak:
Inni: Strzeżcie się, wrogowie dziedzica.
Ja: Strzeżcie się, wrogowie Jary.
Nie ma litości. 'Tego naaauczyli w szkooole'





Joylitte
xoxox

wtorek, 6 sierpnia 2013

026. Rozdział dwudziesty szósty

Mara tak naprawdę nie wiedziała, kiedy to uczucie spadło na nią, jak grot z jasnego nieba. Może to było w szkole, gdy toczyły się wybory, może to było, kiedy otworzył się przed nią i opowiedział jej o swojej przeszłości, a może to było jeszcze wcześniej, ale była po prostu zbyt ślepa, aby to zauważyć. Teraz nie była już ślepa i ostatecznie przyznała przed sobą: Mara Jaffray zakochała się po uszy w Jeromie Clarke'u.
Ludzie zawsze uważali Jeroma jako chłopaka o zimnym sercu, który dbał tylko o siebie. Ale Mara zobaczyła coś więcej, niż ta zewnętrzna, zimna powłoka. Inni ludzie nie znali Jeroma wystarczająco długo, aby naprawdę dobrze go poznać.Wyjątkiem był Alfie i od dłuższego czasu, Mara.
Jerome zawsze budował woku siebie mur, aby ochronić siebie. Wiedział, że jeżeli ludzie dowiedzą się, kim jest jego ojciec, odsunął się od niego. Spędził lata na budowaniu muru wokół siebie, a Marze zajęło kilka sekund, aby go zburzyć.
Kochał ją od początku, w każdym sposób Mara była dla niego ideałem. Ona była jaśniejsza od gwiazd.
Jerome może i był złośliwy, ale gdy przyszło do okazywania uczuć lub gdy ktoś musiał ją pocieszyć stawał się najlepszym człowiekiem pod słońcem. Ale czy to było szczere? Z pewnością dla niego było to nowe.
Mara to rozumiała i nie musiała usłyszeć od niego, aby wiedzieć, że mu na niej zależy i bardzo ją kocha. Wiedziała i czuła, gdy w jakiś sposób jego oczy stawały się bardziej miękkie każdym razem, gdy spotykali się na korytarzu czy w domu, za każdym razem, gdy trzymali się za ręce, za każdym razem, gdy się całowali.
Jerome zawsze miał tajemnice, ale kto ich nie miał? Ale dla niej był otwartą księgą. Widziała w nim najlepsze rzeczy, których nikt innych nie zauważał. On był dla niej bardziej wrażliwy i dziecinny. Potrafił ją rozśmieszyć i sprawić, że stres opuszczał jej umysł.. Uzupełniali się wzajemnie
Jak ogień i deszcz, ciepło i zimno, yin i yang. Dwa różne bieguny, a jednak byli dla siebie stworzeni.
Była przy nim zawsze, kiedy był zdenerwowany, i zawsze mógł się do niej uśmiechnąć, lub wypłakać w ramię. Był wyjątkowy, ponieważ nikt nie znał go tak jak ona, on tylko jeden sprawiał, że czuła się lekka i tylko on jeden mógł ją naprawdę kochać.
Ludzie zawsze kojarzy go jako ucznia średniego w nauce, aroganckiego łobuza, ale Mara wiedziała, że to tylko fasada, skorupa, aby ukryć wrażliwą osobę, która właśnie przechodzi trudny okres.
Jerome można porównać do motyla w swoim kokonie,który czeka, aby się uwolnić. Mara nie poganiała się by to zrobił, mógł wziąć cześć jej czasu, bo czas jak mówią leczy rany.
Wiedziała opinię ludzi o nim, a ją nie obchodziło to, ona tylko dbała o opinię swoją wobec niego a jej opinia w jego oczach z czasem stała się coraz lepsza. Miał w niej oparcie.Dawniej nią manipulował, jak wtedy, gdy zagroził, że powie nauczycielce, że napisała za Micka test z francuskiego. Zmieniło się to dawno temu, ale wciąż czuła się winna, że go wtedy nie zrozumiała. Była zauroczona Mickiem. A Jerome stał tylko obok.
Zawsze był zaniepokojony, że jego przeszłość wróci i będzie go straszyć, ale Mara zawsze zapewniła go, że przeszłość to przeszłość, a teraz liczy się to, co jest.
-Kocham Cię- szepnęła do niego, gdy tańczyli na imprezie z okazji zakończenia wystawy antyków dwa lata temu.
-Ja też cię kocham- odpowiedział jej, pochylił się nad nią i pocałował lekko w usta.
Czuła wtedy uśmiech na jego ustach, gdy się całowali.
Jerome naprawdę kochał Marę, była światłem gdy on stał w ciemności, uratowała go od samotności, nauczyła go kochać i być kochanym. Była jego życiem, była jego bratnią duszą i dlaczego była najszczęśliwszą osobą na tej planecie? Bo ona była jego.
Mara zatrzasnęła książkę od chemii schowała twarz w dłoniach. Nie, pomyślała czując łzy pod powiekami, nie, on cię zdradził z Willow i ty dobrze o tym wiesz. Nie mógł mnie kochać naprawdę  bo wtedy by tego nie zrobił. Nie notowałby tych cholernych punktów.
Było wpół do dziesiątej. Postanowiła, że zrobi herbatę i pouczy się na poniedziałkowy test z kwasów. Nie mogła się skupić. Książka przywołała w niej lawinę wspomnień. Wybory, wyjazd Micka, zemsta na Campbellu za rzekomą zdradę, odwiedziny w więzieniu, pocałunek. Ich pierwszy, prawdziwy pocałunek. A potem się wszystko zepsuło.
Poczuła czyjąś zimną dłoń na swoim ramieniu i zdała sobie sprawę, że wbijała boleśnie paznokcie w swoje czoło. Zelżyła ucisk i spojrzała na dziewczynę. Megan w swojej zwiewnej, bladoniebieskiej piżamie patrzyła na nią z troską. W dłoni trzymała kubek z kakaem.
-Hej- szepnęła- Wszystko w porządku?
-Mhmm. Tak, wszystko okey - mruknęła, bo co innego miała odpowiedzieć? Nie, nic nie jest w porządku. Kocham swojego byłego, a jakaś część mnie cieszy się ze śmierci Joy. Nienawidzę siebie. Tak, Megan, nienawidzę.
-A ja myślę, że jednak nie. - Dziewczyna usiadła na krześle Fabiana, bo ona siedziała na początku stołu, na jej miejscu - Chcesz pogadać?
Mara wzięła głęboki oddech i zaczęła szeptem opowiadać swoją historię. Dostrzegła w zwykłych, brązowych oczach Megan troskę i współczucie. Tak, jej mogła zaufać.

Niedziela była jednym z nielicznych dni, które Patricia lubiła. Zero szkoły, można robić co się chce i niczym się nie martwić. No, może prócz przygotowywaniem ściąg na kartkówki, a trudno było to robić. Gdziekolwiek by usiadła,  Megan w jakiś magiczny i niezrozumiany sposób się tam zjawiała i upominała ją, posyłając pełne wyrzutów sumienia spojrzenia. Tak więc Williamson zaszyła się w pokoju Rose, a sama blondynka stanęła na czatach. Jedyna normalna dziewczyna w tym domu.
Teraz Patricia zeszła z góry i skierowała się do salonu, gidze na kanapie siedział Eddie, wyluzowany, ze słuchawkami w uszach. Zwrócił ku niej leniwe spojrzenie, uśmiechnął się chłopięco uroczo, z domieszką jego buntowniczego charakteru. Usiadła obok niego, kładąc głowę na jego ramieniu, a on objął ją ramieniem. Położyła nogi na stole i chwyciła najbliższy magazyn Amber, który w dziwny i niewyjaśniony sposób znalazł się na dole.
-Znalazłaś coś nowego? - spytał ją, a ona wiedziała, że nie chodziło o modne dodatki na tą jesień.
-Nie - odpowiedziała obojętnym tonem, chociaż sam fakt, że nic nie mogła znaleźć irytował ją. Eddie nie zadał już żadnego pytania, dopóki Mara i Megan nie zeszły na dół, uśmiechnięte i podążające, co zapewne było najbardziej prawdopodobne, do biblioteki.
-Zakumulowały się, nie? - mruknął patrząc się w miejsce, gdzie przed chwilą stały - Nie siedzisz na górze z Amber? Pewnie czuje się samotna.
-Ma swoje ego- odpowiedziała mu, nadal przerzucając strony magazynu - Ma się za wielką Paris Hilton, odkąd dostała tą głupią role. A ty już nie siedzisz u swojej siostrzyczki?
-Cios poniżej pasa.
Patricia uniosła wzrok i napotkała wzrok Fabiana, który był najwyraźniej czymś podekscytowany. Williamson rzuciła magazyn w bok i wbiła w niego wzrok. Eddie wyjął słuchawki z uszów i zrobił to samo.
-Zgadnijcie, co odkryłem - szepnął, pokazując im kartkę papieru. Patricia zrobiła wielkie oczy i zerwała się z miejsca.
-Powiedziałeś mu? - wrzasnęła, spoglądając na swojego chłopaka, który zrobił skruszoną minę, jakby mu było przykro. Wzruszył tylko ramionami, a ona dodała- Dupek.
I opadła na jeden z foteli, spoglądając na niego nienawistnie.
-Dobra - powiedział Fabian, spoglądając to na nią, to na Eddiego - Tak więc, te gwiazdy. Egipcjanie wierzyli, że liczbą mającą najwięcej mocy, jest szóstka. A tutaj jest sześć gwiazd. Ta pośrodku, jest najpotężniejsza. Ale ta po jej lewej stronie, jest nieco mniejsza od niej, ale większa od pozostałej czwórki. I tutaj mamy problem. Jakie bóstwo jest najpotężniejsze. Ozyrys? Horus? Anubis? Izyda czy...
-Daruj sobie wyliczankę i idź dalej - warknęła niecierpliwie Patricia.
-Dobra. Więc tutaj, ślad się urywa. Ale to musi być schemat czegoś potężnego, mającego władzę nad resz...
Fabian zamilknął, bo w drzwiach pojawiła się Willow z dwoma palącymi się kadzidełkami przypominającymi cienkie gałązki. Salon wypełnił słodki zapach pomarańczy.
-Oczyszczanie domu- zaśpiewała, a Patricia zauważyła, że Eddie popatrzył na Jenks jak na wariatkę.
-Co to za smród? - warknął Longan i w mgnieniu oka stanął obok Jenks - Willow pali zioło, a mi nawet nie można słuchać radia na fulla.
-Wszyscy na dół! - Victor. Patricia przewróciła oczami. Świetnie tylko jego tu brakowało. Wszyscy ustawili się w szeregu, a on zaczął rozdawać mu szczoteczki do zębów.
- Victor, to miłe, że dbasz o moje uzębienie, ale muszę iść się uczyć roli - powiedziała Amber.
-Zamilcz Millington! Gdzie Jaffray i Grant?
-Pewnie w bibliotece - odpowiedział Eddie - Wiesz, jak to jest z tymi kujonkami.
-I tak idziemy do szkoły, więc chcąc nie chcąc i tak tam mają być.
-Po co idziemy do szkoły? - spytał ostrożnie Colin.
-Szlaban! Anulowałem zakaz wychodzenia, ale nie sprzątanie! Biedny Corbierre jest przez was oszpecony. Wychodzić, już!
Wszyscy, narzekając i wlokąc nogami skierowali się do wyjścia. Patricia usłyszała, jak Logan szepce do Jerome'a:
-Następnym razem wymalujemy mu znaj Hitlera na tej jego ohydnej mordzie.
Patricia wbrew sobie, uniosła kąciki ust ku górze.



A ja nadal mam żal i zdania nie zmienię
Joylitte
xxx

sobota, 3 sierpnia 2013

025. Rozdział dwudziesty piąty

Życie w Anubisie powoli wracało do normalnego toku. Tydzień. Tydzień minął od tych dziwnych morderstw, zagadek i innych niedorzecznych spraw. Megan zamierzała jutro wybrać się do letniego domku. Nikt z Sibuny nie zaproponował tego, co wydało jej się szczególnie dziwne. W piątkowy wieczór schowała torbę pod łóżko i położyła się. Po chwili otworzyła oczy. Ciemno. Rozróżniała niektóre ponure kształty szafek, krzeseł. Ktoś potrząsał jej ramieniem. Odwróciła zaspany wzrok w stronę Amber, której oczy były wielkie jak spodki.
-Obudziłaś się? - szepnęła, a Megan wyczuła w jej głosie strach. Potrząsnęła nieprzytomnie głową, po czym Millington dalej kontynuowała szeptem - Coś jest za oknem. Obudziło mnie. Sprawdź to, błagam.
Grant niezdarnie wysunęła się spod kołdry i chwiejnym krokiem podeszła do parapetu. Chciała rozbudzić swój mózg, ale ten nadal pracował na jedynce. Tak bardzo chciało jej się spać. Wbiła wzrok w las i punkcik, który pokazywała blondynka. Wytężyła wzrok. Cholera, mama ma rację. Trzeba nosić okulary przez cały czas. Ale nie miała aż tak wielkiej wady, więc sobie odpuściła. Kształt sie poruszył. Amber kuląca się przy jej boku pisnęła.
-Amber... - Megan starała opanować budzący się w niej gniew - To pies. Zwykły, bezpański pies. Przystopuj ze zmierzchem.
Po czym opadła na swoje łóżko i wtuliła twarz w poduszkę.
-Jesteś pewna? - głos blondynki nieco się uspokoił - Tak na sto procent?
-Yhym. - mruknęła po czym zapadła w sen.
Stała przed ruiną jakiegoś domku. Bluszcz wspinał się po ścianach, okna były zabite deskami. Domek był doskonale ukryty. Drzewa praktycznie go zasłaniały, cegły z komina leżały samotnie na kamiennych schodach. Dom czekał na koniec swojego istnienia. Sprawiał wrażenie, że jak się go dotknie, rozwali się. Więc Megan nie zamierzała ryzykować. Usiadła na skraju studni i lustrowała go wzrokiem. Siedziała i nasłuchiwała. Zerwała się z miejsca, gdy usłyszała głosik dziecka, nucący bardzo starą melodie. Jej babcia ją kiedyś śpiewała.
Hello darkness, my old friend, I'm coming to talk with you again.
Przeszedł ją dreszcz. Tak dawno ją nie słyszała. Ale w wersji śpiewanej przez małą dziewczynę coś ją niepokoiło. Ten głos dochodził z wnętrza domku. Podeszła potykając się o gałęzie i kamienie. Chwyciła za mosiężną klamkę i gdy już miała ją popchnąć, jej twarz zrobiła się mokra.
Zerwała się przerażona i otworzyła oczy. Roześmiana Willow. No tak. Ale co ona robi w jej pokoju? Starła ciecz z twarzy i powąchała ją. Pachniał lawendą i cynamonem.
-Willow, co to jest?
-Jak to co? - odpowiedziała Jenks, po czym podeszła do śpiącej Patricii - W tym domu jest za dużo złej energii. Trzeba ją wyplenić.
Wylała na Williamson na całą resztę olejku, po czym rozejrzała si.ę z promiennym uśmiechem. Patricia zerwała się na równe nogi i warknęła:
-Co do cholery? - Jej wzrok zatrzymał się na Willow - Czy ty możesz być normalna? Boże, patologia. 
Chwyciła ręcznik, obdarzyła Jenks nienawistnym spojrzeniem i wyszła z pokoju, mrucząc pod nosem soczyste przekleństwa. Amber zachichotała, a Willow najwyraźniej nie rozumiała, co się stało.
-Nie wiem czemu ona się tak wścieka! Otacza ją najczarniejsza aura, jaką w życiu widziałam - wzruszyła ramionami i zwróciła wzrok na Megan - A co z tobą i Fabianem?
Megan zamarła, po czym roześmiała się wciągnęła koszulkę do biegania.
-A co ma być? Jesteśmy przyjaciółmi. 
Willow pochyliła głowę, przez co wyglądała trochę jak wiewiórka. Amber rozpuściła blond włosy i zaczęła je czesać. 
-Spędzacie dużo czasu ze sobą - zaczęła Jenks, siadając na łóżku Patricii - Lubisz go, nie?
-Tak, lubię go, ale tylko jako przyjaciela. Na razie nie mam czasu na związki. Poza tym on ciągle jeszcze myśli o Ninie. Boże, możemy zmienić temat? Albo wiecie co? Wy sobie pogadajcie, a ja idę na śniadanie. 
Wypadła z pokoju, zanim Willow zdążyła jeszcze coś powiedzieć. Poprawiła na korytarzu spodenki i zeszła na śniadanie.  Nikogo jeszcze nie było. Zresztą, trudno się dziwić, Willow jeszcze nie pobudziła całego domu swoim olejkiem. Przywitała się z Trudy, zjadła pośpiesznie śniadanie i wymknęła się na górę. W pokoju nie było nikogo, więc wyrzuciła przez okno torbę i włożyła buty do biegania. Przecież to idzie robić - biegać. Przynajmniej w praktyce. W planach miała jeszcze małą wycieczkę do domku Frobisherów, ale nikt nie musi o tym wiedzieć. Włożyła słuchawki do uszów i włączyła Eminema. Przy nim się najlepiej biega, chociaż na jej playliście nie znajdował się tylko on. Włożyła odtwarzacz od kieszonki morskich szortów i wyszła z pokoju. 
-Idę trochę pobiegać - oznajmiła Trudy, która uśmiechnęła się i życzyła je dobrej zabawy i odwróciła się. Wpadła na kogoś. Fabian. Świetnie. Tylko go tutaj brakowało.
-Pobiegać? - spytał ją i wbił spojrzenie w jej oczy. - Tylko pobiegać?
Megan przełknęła ślinę i najbardziej obojętnym tonem, na jaki ją było stać odpowiedziała:
-Tak. Wiesz, trochę ruchu nie zaszkodzi. 
Wyminęła go i czując na sobie jego spojrzenie, wybiegła z domu. Najpierw porwała swoją torbę, w której praktycznie nic nie było prócz chusteczek i zaczęła bieg. Zazwyczaj robiła trzy kółka woku całego terenu szkoły, jednak gdy robiła ostanie okrążenie wbiegła do lasu. Tutaj było nieco trudniej biec, bo gałęzie nie pozwalały rozwinąć jej pełnej szybkości. W końcu dotarła do domku i tworzyła drzwi. Weszła do zakurzonego pomieszczenia i  skierowała się na strych. Odsunięcie szafy zajęło jej pięć minut, po czym weszła po schodach, łkając na widok starych pajęczyn. Nienawidziła pająków. Jej budy wzbijały obłoczki kurzu, gdy stawiała krok. Uklękła przy kartonie stojącym obok szafy, przewróciła go i zaczęła przeglądać jego zawartość. 

-Jesteś tego pewna? - Eddie spojrzał na Patricię i na kopertę, która trzymała w dłoni. Westchnął - Czemu mi nie powiedziała, czemu nie zaczekałaś?
-Bo ty byłeś zbyt zajęty - zakpiła, po czym położyła kopertę na kolanach - Wolisz szukać jakiejś zapleśniałej książki.
Siedzieli w jej opustoszałym pokoju. Megan przed chwilą wyszła pobiegać, a Amber kłócić. Wczoraj dostała próbny scenariusz do pierwszego aktu i stwierdziła, że pojawia się dopiero na końcu, więc poszła sprostować tą sprawę z Allison. Więc on i Gaduła mili trochę czasu by porozmawiać. Chłopak jeszcze raz spojrzał na twarz dziewczyny. Wbiła w niego swoje chłodne oczy. Cholerny rentgen. Zawsze tak robiła, by wzbudzić w nim chociaż drobinę współczucia. Prawdopodobnie oczekiwała na przeprosiny, lecz on nie da jej tej satysfakcji.
-Otwórz - zażądał. Patricia spełniła jego prośbę. Z grubej koperty wysypało się kilka kartek. Eddie podnosił ta, który wylądowała najbliżej jego i rzucił okiem. Hieroglify.
-Serio? - Patricia była zawiedziona- Co to ma być! Żadnego wstrząsającego listu, tylko jakieś stare papiery!
Spojrzał na to, co mu pokazała. Rysunek. Na środku znajdowała się duża gwiazda, woku niej było pięć mniejszych. Wszystkie były połączone złota nicią. Papier był pożółknięty, zmięty i postrzępiony. Jakby ktoś wyrwał go z starej encyklopedii. Na kolejnych też były niezrozumiane symbole, hieroglify. Patricia nie kryła oburzenia. W pełnym momencie podnosiła najmniejszą, prawie niezauważalną. Kartka była biała, czyli ktoś musiał ją napisać i wrzucił kilka starych papierów do koperty. Williamson zaczęła czytać.
-Zawdzięczam ci wiele, pewnie nawet nie pamiętasz. A teraz musisz zrobić to znowu. - Patricia zmarszczyła brwi- Co ja takiego zrobiłam? Nie byłam przecież na imprezie i nie wypiłam za dużo. Zresztą wiesz jak się kończą takie historie. Eddie słuchasz mnie?
-Nie. Musimy poprosić Fabiana o pomoc - Sweet podniósł się, trzymając w ręce kartkę z hieroglifami - On jest w tym niezły.
-NIE! - Patricia chwyciła go za ramię i pchnęła z powrotem na łóżko, po czym przybliżyła twarz do jego twarzy i wycedziła - Nie chce żeby ktoś o tym wiedział. To będzie nasza tajemnica. Jeżeli komuś o tym powiesz, przysięgam, że to będzie ostatni dzień w twoim życiu.
Odwróciła się i usiadła przy biurko, włączając swojego laptopa.
-Fabian zazwyczaj szuka w necie. Nie może to być aż takie trudne.
Eddie otrząsnął się z szoku, wstał i stanął obok. Położył rękę na jej ramieniu i spytał:
-Jesteś tego pewna?
-Powtarzasz się- warknęła w odpowiedzi - Skoro Megan miała jakieś tajemnice, czemu ja nie mogę ich mieć? Pozbieraj kartki, nie chce żeby ktoś je widział.
-Nie jestem twoim murzynem!
-A o ile się założysz? Zbieraj i nie narzekaj. Mamy dość problemów, a użeranie si.e z twoim lenistwem jest  bardziej wkurzające niż myślisz.
Skończyła temat i wbiła wzrok w ekran, przewijając wyniki wyszukiwania. Nienawidził, kiedy jest taka uparta. Jednocześnie to właśnie w niej kochał. 


Megan otarła pot, który spływał jej po czole. Za gorąco jak na jej gust. szczególnie, gdy siedzi się w dusznym pomieszczeniu. Uchylenie małego okienka też w niczym nie pomogło. Po deszczowym wrześniu, nadszedł czas na słoneczny październik. Megan przeglądała teraz drewniany regał. Miała obolałe kolana od klęczenia i przewalania rupieci. Wiec postanowiła przeglądnąć mebel, z którego biała farba się złuszczała. Z wstrętem podniosła książkę w oprawce z pajęczyn. Okazało się, że to szkicownik, do połowy zarysowany. Nic szczególnego. Odłożyła go na miejsce i usiadła w miejscu w którym stała.
-Będę musiała zrezygnować - szepnęła do siebie i spojrzała na dół regały. coś się nie zgadzało. Ozdobny dół szafy nie zgadzał się z resztą. Kleknęła i jęknęła z bólu. Wbiła palce w szparę i mocno pociągnęła. Tępy ból rozszedł się po jej ciele, gdy ukryta szuflada walnęła ją w lewę udo. Przez łzy wyciągnęła zakurzoną, mała złotą książeczkę. Jej serce podskoczyło ze szczęścia. Zaczęła szukać na oprawce dysku słonecznego. Na próżno. Nigdzie go nie było. Już chciała wyrzucić książkę, gdy nagle sobie coś uświadomiła. Po co ktoś miał chować bezużyteczną książkę? Dla zmyły. Raczej nie. Otworzyła więc ja i odczytała wyblakły podpis. Uśmiechnęła sie do siebie.
-No proszę. Znalazłam pamiętnik Sary Frobisher-Smithe.
Schowała pośpiesznie książkę do torby i zamaskowała miejsce znalezienia. Gdy uznała, że nikt nie skapnie się, że tu była, otrzepała kolana i wyszła z budynku. Ciepły wiatr schodził ją rozgrzaną twarz. Teraz napiła by sie mrożonej herbaty. Biegła więc do Anubisa z nadzieją na orzeźwiający napój.



Nudyy. Wiem, wieje nudą. Odzyskałam komputer! Dawno już, ale dostałam szlaban. Joylttka była niegrzeczna. Dodałam coś o Patricii, wiem trochę mało pisałam na szybko, byle coś wam dodać. Brak weny objawia się nawet w przecinkach, więc wybaczcie. Musze nadrobić opowiadania do przeczytania, ha ha. Dobra, to nie było śmieszne.
Dodałam zakładkę 'POSTACI' i 'ROZMOWY Z POSTACIĄ'
Pewnie tą drugą usunę, bo nikt nie chce pytań zadawać. Kto by się spodziewał?
Tenk ju wery macz za komentarze dla mojego badziewia. Cieszy się mordka, he he. 
Nie odpuszczę sobie Jary. Zestarzeje się jako zgorzkniała stara panna uwielbiająca Jarę i Fabinę. Takie tam plany na przyszłość. 



Joylitte
xxx





Obserwatorzy