czwartek, 27 czerwca 2013

0017. Rozdział siedemnasty

-Listy!
Colin niemal zabijając się o własne nogi, wbiegł do holu, gdzie stała Trudy z paczkami w rękach. Odszukał swoje dwa listy i wepchnął je do kieszeni swojego mundurka, nie patrząc nawet na adresatów. Wszedł do jadalni i zajął swoje miejsce. Był czwartek.
Chłopak chwycił miskę z płatkami i nalał mleka do białej miski z niebieskimi wzrokami. Jerome usiadł obok niego, nie odzywając się ani słowem. Rowe wiedział o co chodzi - Jeroy przeżywali kryzys. Colin był światkiem ich kłótni, a potem wilczych spojrzeń w tak zwanej kozie za nic nie zrobienie. To było dość zabawne : pokłócili się za to, że Joy przyznała, że Jerome potrafi zachowywać się jak dupek. Chłopak nie znał go długo, nie był zorientowany w tym, co się stało w poprzednim semestrze. Mimo to bał się zapytać, wtrącić małe słówko, by mu pomogli zrozumieć sytuacje, jaka panuje w domu Anubisa. Ale sam nie lubił opowiadać o swojej przeszłości, więc nie pytał o nią innych. Czuł, ja dwie koperty ciążą mu w kieszeni,
chciał jak najszybciej się ich pozbyć. Mimo to siedział i z milczeniem jadł swoje płatki. Jednak senna atmosfera nie trwała długo. Chłopcy zawsze byli pierwsi na śniadaniu. No, ostatni zawsze przychodzi Jerome, który musiał ułożyć swoje włosy na żelu. Później przychodziły dziewczyny. Willow pełna energii i zapału do życia, zaspana i marudząca nad wczesną porą Rose i Joy. Wszyscy siedzieli pocieszeni jedną myślą - niedługo piątek. Jednak atmosfera zrobiła się ciężka, gdy Mercer z idealnym makijażem i  fryzurą weszła do jadalni. Nie obdarzając ani jednym uśmiechem, ani głupim "cześć" , które denerwowało Colina, usiadła przy stole, obok Rose i Alfiego. Zawzięcie stukała w klawiaturę swojego telefonu, nie biorąc do ust ani kęsa. Colin odwrócił od niej wzrok. Joy była ładna, jednak nie widział w niej tego, co Jerome. A ten chłopak był nią zauroczony, przynajmniej tak było do wczoraj.
Poczuł , jak ktoś kopię go w nogę. Clarke dał mu dyskretny znak, by wyszedł z jadalni i z nim porozmawiał. Colin szybko dokończył swoje śniadanie i wyszedł za chłopakiem do ich wspólnego pokoju.
Usiadł na łóżku i wbił spojrzenie w Jeroma, który wyjmował spod łóżka małe pudełko. Wyciągnął czerwoną farbę w spreju i rzucił ją Colinowi.
-Masz, tylko nie możemy tego zawalić. Jesteś odpowiedzialny za ta główną część.
-Co? - chłopak podniósł oczy na swojego współlokatora - A tego nie miał zrobić Logan?
-Miał - Jerome wzruszył ramionami, pakując swoją torbę do szkoły - Widziałeś mój zeszyt od historii?
Colin wskazał palcem na parapet i spojrzał na etykietkę farby.
-Czemu tego nie zrobi?
-Bo woli być odpowiedzialny za część A. Chyba się nie boisz?
Colin przecząco potrząsną głową. Clarke poklepał go po ramieniu i z torbą na ramieniu wyszedł z swojego pokoju. Gdy drzwi zamknęły się, Colin wyjął dwa listy i nie otwierając podarł je i wrzucił do kosza. Nie musiał zgadywać kto to, po prostu to wiedział. Chwycił swój plecak i skierował się z zamiarem pójścia do szkoły. Czekała go niespodzianka, nie był do końca przekonany, czy miła.
-Co mnie to obchodzi? - Joy warknęła na Clarka, który na policzkach miał czerwone wypieki.
-Powinno, Mercer, powinno.
-Nie mów do mnie po nazwisku! - Joy wbiegła po schodach, potrącając przy okazji Amber. Jerome ze wściekła miną wypadł z domu, zmierzając zapewne w kierunku szkoły.
Amber stała sparaliżowana, patrząc się z szeroko otwartymi oczami i uchylonymi ustami na Colina.
-O co? - zdołała jedynie wyjąkać, zawracając się do Rowe'a. Chłopak w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Dziewczyna uśmiechnęła się i zeszła po schodach. Colina uderzyło to, jaka jest ładna, lekka i pełna wdzięku. Amber miała to, co jego mama nazywała "delikatnymi rysami twarzy". Wyglądał tak, jakby w całym swoim życiu nie zaznała ciężkiej pracy, jej długie, blond włosy... Colin spuścił wzrok i przesunął się koło Millington, obdarzając ją jedynie smutnym uśmiechem.

Amber była światkiem kolejnej bezsensownej kłótni par. Nie, żeby nie kłóciła się z Afiem o głupie rzeczy, kiedy Amfie jeszcze istniało. Teraz ten związek należał do przeszłości, Willow doskonale pasowała do jej byłego chłopaka. Oboje byli zdrowo szurnięci. Grupa pierwsza właśnie kończyła śniadanie. Ten podział działał jej na nerwy, nieco przypominał  kolonie, na której była pięć lat temu. Tam też jedli na dwa turnusy. Nie mogli jak normalni ludzie kupić większy stół?
Amber przywiała się ze wszystkimi i usiadła na miejscu, które poprzednio zajmowała Rose. Była pierwsza, co wydawało jej się nadzwyczaj dziwne. Nigdy nie była pierwsza na śniadaniu, a czwartek nie należał do jej ulubionych dni tygodnia. Właściwie, to lubiła tylko sobotę.
Pomogła Trudy ze zbieraniem półmisków i nakrywaniem sztuców, gdy zjawili się pozostali. No, prawie wszyscy. Dziewczyna wzięła swoją ulubioną sałatkę owocową i nałożyła na talerz. Musiała mieć dużo siły. Była tak podekscytowana ostatnim odkryciem, choć nie widziała żadnej przyjemności w kartkowaniu zapleśniałych ksiąg. Kolejnych, zresztą. Tęskniła za sprawami Sibuny. Wcześniejszy semestr nie spędziła tutaj, tylko w Szkole Mody. Podobało jej się tam, bardzo się podobało. Lecz coś mówiło, żeby wrócić. Wychowywała się w tym domu, może dlatego ta więź z uczniami była tak silna. No i za owocowymi babeczkami Trudy, to też należy zaznaczyć.
-Co mamy na pierwszej lekcji? - spytała, chcąc w jakiś sposób nakłonić kogoś do rozmowy
-Zajęcia teatralne - odpowiedział Eddie, unikając wzroku Patricii.
-Nie zrobiłam zadania. Ma ktoś jakiś wolny temat na spektakl? - Amber wyjęła dwie male kartki ze swojego żakietu i postukała niecierpliwie długopisem o blat stołu. Logan wyciągnął słuchawki z uszów i nachylił się w jej stronę.
-O seryjnym mordercy, który się zakochuje...
-O dobre... - Amber zaciekle zaczęła zapisywać jego słowa na papierze.
-... ale nie może powstrzymać swojej natury mordu i zabija kochankę, a na końcu zjada jej zwłoki.
Nikt się nie odezwał. Amber zamarła w długopisem w ręku, patrząc się na Sorena. On jest chory psychicznie, pomyślała, po czym zmięła zapisaną kartkę.
-To jest twój temat? - spytał Fabian, podnosząc szklankę soku do ust.
-Zagrałabym w tym. Mi się podoba, masz mój głos Soren - Patricia ugryzła swojego rogalika - Jest o miłości, a nie jest przesłodzone. Się nie dziwcie.
Nikt jej nie odpowiedział. Amber wiedza, że Williamson uwielbia horrory, ogląda je nałogowo. Przedwczoraj miała tak zwany 'maraton' do pieszej w nocy. Amber zerknęła na początek filmu stwierdzając, że nigdy nie zostanie wielką fanką tego gatunku. Zerknęła na Eddiego. Nic nie odpowiedział, gapił się w swój talerz z jajecznicą, torturując ją widelcem. Wyczuwając moment napięcia, Megan weszła do jadalni, z torbą na ramieniu. Rzuciła krótkie "hej" i wpakowała dwa jabłka do swojej torby.
-Nie będziesz jadła? - spytała Amber, gdy dziewczyna chwyciła naleśnik w rękę i zamierzała wyjść.
-Nie - odpowiedziała, zatrzymując się i odwracając się do stołu twarzą - Muszę coś poszukać w bibliotece. Przetrwam bez śniadania.
Po tych słowach wyszła. Amber spojrzała na Fabian'a. Rutter wbił w talerz wzrok, który po chwili odsunął. Amber walnęła go nogą pod stołem.
-Coś ty jej zrobił?
-Auć. Nic.
-Akurat- wtrącił się Logan - Nakrzyczał na nią, myśląc, że to ja. Nawet nie wiedziałem, że umiem denerwować ludzi siedząc w drugim pokoju.
-Cóż za wzruszająca historia - Patricia udała, że wymiotuje na swój talerz - Mam już temat do napisania książki.
Amber wyjęła swoją komórkę, posługując sie starą metodą na odrobienie lekcji - internetem. Wystukała w okienku "tematy na opowiadania" i przepisała jeden środkowy wynik i jeden z ostatnich.
-Dobra, powinna się odczepić.

Kurz drażnił ja w nozdrza, a powieki opadały na oczy za każdym razem, gdy przestała czytać. Megan siedziała skulona w bibliotece, czytając historię o grobowcu Tutenchamona, Frobisher'ów i domu Anubisa. Wszyscy z Sibuny byli w tym temacie zorientowani, a ona nie miała zamiaru zostać w tyle.Wierze zbudowane z książek zasłaniały jej widok, więc się nie rozglądała. Co chwilę sięgała tyko po paluszki, które schowała wczoraj do torby i zmuszała się do jedzenia, byle nie zasnąć. Czarne litery układające się w słowa, trafiały do niej bardziej niż głupia algebra. W końcu trzeba będzie poprosić Fabian'a o dalsze korepetycje. Tyle że nie dziś, na razie ma za dużo na głowie. Pomięta karteczka rozpraszała jej uwagę. Zapisała na niej drobnym druczkiem treść zagadki, powierzonej jej przez kobietę. Megan obróciła ją w dłoniach. Nie potrzebowała jej, znała już każde słowo na pamięć, jednak wlepienie wzroku w druk pozwalało jej się bardziej skupić.
-Moje imię jest związane z tysiącami innymi, z którymi dzielę czarną wieczność. Jest moim dziedzictwem, jestem ósmą z kolei. I czyta się je jak pierwiastki.
Megan szeptała gorączkowo. Coś jej zaświtało w głowie. Zamknęła opasłą księgę o wykopaliskach archeologicznych w XIX wieku. Potknęła się o swoją torbę, rzuconą na podłogę i podbiegła do regału odznaczonego literą S.
Słońce nieśmiało wpychało się do pomieszczenia z księgami. Megan widziała kurz, który wzbiła swoimi krokami. Do tego działu nikt praktyczne nie zaglądał, głównym centrum były książki o biochemii, fizyce i matematyce. Grant wyciągała jeden z nielicznych tomów na trzysta stron, najcieńszej z tego zbioru. Wróciła na swoje miejsce do czytania i zaczęła kartkować książkę.
-Jak ci idzie?
Głos rozległ się nagle, Megan nie czuła nawet, że ktoś się zbliża. Podniosła wzrok. Na przeciwko niej
siedziała kobieta w białej sukni, wpatrując się ciemnymi oczami w dziewczynę. Sięgnęła po paluszek i włożyła go sobie do ust. Grant uśmiechnęła się do siebie pod nosem i zapytała:
-Teraz śnię czy mam przywidzenia?
-Jedno i drugie,a jednocześnie żadne - odpowiedziała kobieta i sięgnęła po księgę, leżącą na przeciwko niej. Zaczęła ją przeglądać, więc Megan wzięła z niej przykład i zrobiła to samo. Nie odrywała wzroku od ślaczków na papierze, gdy kobieta zaczęła ja przepytywać.
-Znasz moje imię?
-Nie, jeszcze szukam.
Chwila przerwy, po czym kobieta znów pytała:
-Znalazłaś sobie zajęcie twórcze. To takie słodkie, jak usiłujesz rozgryźć o o chodzi w innych zagadkach.
-Aha.
-Pamiętaj, że rzeczy mogą się wydawać inne niż są w rzeczywistości.
-To znaczy?
-Na przykład: możesz myśleć, że piszesz na czacie z mężczyzną, a tak naprawdę to kobieta.
Megan oderwała wzrok od książki i spojrzała na swoją rozmówczynie. Uśmiechała się szeroko, mrugała do niej i chwyciła w dłonie książkę, którą zrzuciła jej prosto w twarz.
Grant otworzyła oczy i odkleiła pożółkną kartkę od policzka. Rozglądnęła się po bibliotece. Cisza. Zresztą, to się za często nie zmieniało. Wyciągnęła komórkę, zamierzając wysłać SMS do Amber i prosząc o spotkanie przed lekcjami. Dziesięć po ósmej. Megan jęknęła. Zaspała, spóźni się na zajęcia, musi szybko posprzątać, Nieznajoma ( tak ją zaczęła nazywać, dopóki nie zgadnie jej imienia) zjadła jej całą paczkę paluszków. Ale za to miała wskazówkę, bardzo cenną wskazówkę.




Płaczę. Za Fabiną, za Jarą, Amfie i dlatego, że się przeziębiłam. Ale to nic do rzeczy nie ma.
Pisałam ten rozdział, jak miałam wenę, więc jestem w miarę zadowolona z niego. Po raz pierwszy to napisałam. O maj gasz.
Moja wena gdzieś zwiała. Znów. Pewnie sobie filtruje z Brad'em w Whitehaven. Idiotko, wracaj, on ma dziewczynę.
Olśniło mnie wczoraj w nocy i mam fajny pomysł na ciąg dalszy. Jak na razie Logan myśli o mordercach, Megan rzuca się książkami w bibliotece z widmem, a Jerome i spółka z.o.o. coś knują. Najs.
Próbuje przywrócić dawną Patricię. Słabo mi idzie ._.
'Miłość choć na pozór in­na , wiele ma wspólne­go z nienawiścią. '
To o Jarze. Wiec sorry wladzo, coś twojej ekipce nie wyszło.
Zdecydowanie brak mi weny.
Pa moi Sibuners. Trzymajcie się, bo ja już się załamuje. 

Joylitte
XXX

5 komentarzy:

  1. Suuuper *.*
    Zapraszam na mój nowy odcinek :http://fabinastoriesby-patrycja.blogspot.com/2013/06/odcinek-11-jak-dugo-trzymasz-mnie-w_27.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Joylitte, trzymasz mnie przy życiu <3
    Rozdział piękny! Stwierdzam radość, bo kłótnia Jeroy. Zapowiada się piękny dzień.
    Moja wena (Trudzia) wybrała się na samotne wakacje do Japonii. Bierze udział w reklamie gumy do żucia.
    LOGAN, I LOW JU! Uwielbiam go <3 KREW KREW KREW KREW :C
    MEGAN MEGAN MEGAN! Jest tiaka szupel <3 Ma taki fajny, zadziorny charakterek ^ ^
    Ubóstwiam Cię, droga Joylitte.

    Korzystając z okazji, chciałam bardzo podziękować za ten piękny komentarz pod moim postem (teraz to ja ryczę xd).
    Bo my należymy do tych, którzy nigdy nie stracą wiary :)
    A co do Frace... To chyba doczekasz się buziaka ^ ^
    Kocham Cię <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialne.*-* Poprostu siedze i czytam. ^^
    Logan to nie przypadkiem Logan Lerman(♥)? Cos mi się tak skojarzyło. :3 Chociaż już nie wiem. xd Mniejsza. xd
    A wracając do rozdziału, naprawde wspaniały. Ma w sobie "to coś". ;3 Wszystko wspaniale opisane. Bardzo realistyczne. ^^
    GONE rządzi. ^^ Grant geniusz.♥ Nie mogę się już doczekać 6 części. :3

    OdpowiedzUsuń
  4. Jebłam jak zobaczyłam te pytania na moim blogu ;p. To ja się jednego, dwóch spodziewałam, a tu proszę. Nie żebym się skarżyła. Cieszę się :). Zarówno z pytań jak i jak zawsze wspaniałego komentarza. Tylko twoje potrafią tak poprawić mi humor. Dziękuję ci za nie ;*.
    I zrobimy taką wymianę: Ja ci dam moją książkę,a ty mi dasz swoją, bo muszę ją mieć ^^.
    Mogę dopilnować, żeby Fabianek częściej obrywał i będę go do ciebie wysyłała na masowanie główki :).
    Jestem strasznie ciekawa tego żartu Jeroma i spółki.
    Megan ma naprawdę wiele cierpliwości. Tyle siedzieć w bibliotece i nie zasnąć. Mnie by nawet paluszki nie uratowały przed tym.
    Rozdział CUDNY! Jak zawsze wszytko pięknie opisane. Sama przyjemność z czytania tego.
    I jak ty możesz mówić, że ja mam talent. Kobieto, ty piszesz lepiej niż znani pisarze. Kocham to czytać. Jako fanka Patrici, czekam aż pojawi się coś o niej ^^.
    Ej też bym sobie porzucała książkami z widmem.
    Osoba, która kocha ciebie i twojego bloga ;**

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy