czwartek, 26 grudnia 2013

042. Rozdział czterdziesty drugi

Słodki zapach pierników rozchodził się po całym domu, aż w końcu dotarł do moim nozdrzy i obudził mnie z głębokiego snu. Leniwie spojrzałam na tarczę budzika i dopiero gdy uświadomiłam sobie, która godzina, jęknęłam. Powoli zaczęłam układać sobie w głowie powód spóźnienia, aż w końcu do mnie dotarło, że dzisiaj mamy wolne. Jest Wigilia.
Przez chwilę leżałam jeszcze w łóżku, przeklinając na siebie, ze nie kupiłam sobie kalendarza w zeszłym roku. Nie musiałabym się budzić ze strachem, że zapałam. Ale znając mnie, prawdopodobnie byłoby mi szkoda kasy na kalendarz. I tak bym go nie używała.
Powoli, bardzo powoli wstałam z łóżka. To powoli trwało jakieś dwadzieścia minut, w końcu są święta, mogę sobie pozwolić na miłe otępienie mojego umysłu. Po czterech miesiącach wkuwania mój mózg jest na wykończeniu. Usiadłam i rozejrzałam się dookoła. Fakt, nikogo nie ma.
Amber i Patricia wyjechały. Ta pierwsza do Londynu, gdzie jej tata akurat się zatrzymał i mogą spędzić te święta razem. Millington nie pokazywała tego, jak bardzo się cieszy. Ale wczoraj, gdy pakowała po raz któryś walizkę, widziałam, ze nie może się doczekać. Zastanawiałam się, jak to jest. Widzieć ojca raz na milion lat, a na mamę Amber nie miała co liczyć. Zmarła, gdy blondynka miała sześć lat. Sama mi tego oczywiście nie powiedziała, sama się dowiedziałam. I to przez przypadek, nie myście sobie, że jestem jakaś wścibska.
Patricia wróciła na święta do Liverpoolu. Miała się zjechać cała rodzinka, z czego ogromnie cieszył się Eddie, żartując, ze wpadnie posłuchać, jak jego dziewczyna śpiewa kolędy. Williamson akurat była nie w sosie, więc oblała czekoladowym mlekiem chłopaka. Tak na marginesie, to Patricia bez przerwy chodzi taka.... wściekła? Chyba słowo 'wściekła' jest dobrym określeniem. Oczywiście, te zacne uczucie nie jest mi pisanie. Ruda po prostu mnie nienawidzi.
Jak mam być szczera, to wszyscy mnie nienawidzą. Jedynie Fabian i dziewczyny z domu Hathor są w stosunku mnie przyjaźni. No i nie liczyć tych, który nie wiedzą nic o istnieniu Sibuny ani Kręgu.
Cała sprawa się mocno zagmatwała. Ludzie nie lubią, jak się im nie mówi, ze są złączeni przez swoich przodków więzłam z innymi osobami. Z bardzo dawnymi przodkami. Teraz, tak mniej więcej w dużym skrócie, opowiem wam bajeczkę, co się działo przez ostatni czas. Czyli calutki listopad i dwadzieścia cztery dni grudnia. Więc usiądźcie, weźcie sobie kakałko i poczytajcie opowieść, jak wszystko spieprzyłam.
Tak więc, po moim pięknym wystąpieniu, że wszyscy mamy przechlapane, a przynajmniej ja, Fabian, Eddie, Chloe, Allison, Lana, Mara, KT i Nina, Patricia zaczęła się zachowywać tajemniczo, mało się odzywała, unikała rozmów i wspólnych posiłków. Czyli strzeliła takiego focha, że można jej za to podarować puchar. Coraz częściej zaczęłam ja widywać przy książkach, czytającą coś w internecie i robiącą notatki. I jestem na stówę pewna, ze się nie uczy. Też ma swoją tajemnicę, ale wolę na razie ją nie drażnić. Mówię na razie, bo i tak prędzej czy później dowiemy się, o co co chodzi. My czyli Sibuna.
Zawaliłam na równi. Jeżeli myślałam, ze problem Patricii jest poważny, to Sibuna chyba biję ją na głowę. Staliśmy się nieufni dla siebie. Więcej niż nie ufni, spotkań prawie nie ma, nie licząc momentów, gdy wszyscy przypadkowo spotkamy się na posiłku, strzelamy buraka lub spuszczamy głowę i odchodzimy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, ze to moja parszywa wina. Spójrzmy prawdzie w oczy : gdyby nie ja i moje super-ekstra-wspaniałe pomysły, bylibyśmy jedną drużyną, wspieralibyśmy się i byłoby tak, jak na początku. Zaczęłam podziwiać Ninę, Amber i Fabiana, którzy od początku działali razem. Potrafili znaleźć wyjście z każdej sytuacji, nie to co ja. Ale tak na marginesie, mogę całą winę zwalić na Eddiego, bo to on jest liderem. Tyle że, nie potrafię. A więc, kolejnym punktem na mojej liście przestępstw jest rozwalenie Sibuny.
Nie rozwaliłam tylko Sibuny. Nie byłabym sobą, gdybym nie narobiła sobie kłopotów w innym miejscu. A konkretnie - zerwałam wieź pomiędzy mną a Marą. Rozwaliłam to i starłam na proch. Jaffray nie odzywa się do mnie, odkąd jej powiedziałam, ze jest Wyrocznią, potrafi widzieć przeszłość i przyszłość i takie tam bzdety, tyle ze jest ważniejsza od wróżbity Macieja, bo jej korzenie są starożytne i jest potomkinią egipskich wyroczni. I Mara uznała mnie za wariatkę. Tak czy siak, przestała się do mnie odzywać, unika mnie i ucieka, gdy tylko znajdę się w zasięgu jej wzroku. To odbiło się na mojej przyjaźni z Jeromem. W drugi tydzień mojej klęski, chłopak zaszedł mi drogę na korytarzu, gdy szłam do łazienki. Oparł się o ścianę w ten luzacki sposób. Doprowadza mnie to do szału, bo przynajmniej kilka dziewczyn na niego ukrytkiem patrzy i chichoczę. Nie jestem zazdrosna, tylko w takich sytuacjach chce je wszystkie wymordować Mój mózg zakodował sobie, że Jerome jest Mary i nic tego nie zmieni. Spojrzał na mnie tymi cholernymi, niebieskimi oczami i spytał się, jak gdyby nigdy nic:
-Co zrobiłaś Marze?
-Nic nie zrobiłam - powiedziałam spokojnie, choć czułam, ze zaraz się rozpłaczę - Nic.
-Aha - mruknął.
Widać było, że mi nie uwierzył, nie rozumiem, po co on to starał się zamaskować. W końcu zdał sobie z tego sprawę i odpowiedział zrezygnowanym tonem:
-Ja i tak się dowiem. Prędzej czy później, ale się dowiem.
No i od tamtej pory zaczął się odnosić do mnie chłodniej, co mi nie odpowiada. Lubię jego towarzystwo, ale nie wiem, czemu mnie dziwi, ze stanął po stronie Mary.. Tylko nie myście sobie, że Nie próbowałam jakoś się z nią pogodzić, pogadać i wytłumaczy, by mi uwierzyła. Fabian mi pomagała, ale to na nic. Unika nas, jak ognia. Kolejny powód, dlaczego w nocy łkam w poduszkę, kiedy już wszyscy zasnął.
Amber i Alfie nie dużo się zmienili. Prawdopodobnie dlatego, że ich samych to nie dotyczy. Mają jednak do tej pory do mnie żal, że to ukrywałam. Takie chłodne rozczarowanie, ze nie byli godni mojej uwagi. I mam wrażenie, ze rozwaliłam kolejną dobrą relację. A mianowicie, Amber i Alfie, którzy wcześniej i tak czuli się nie zręcznie w swoim towarzystwie, teraz w ogóle ze sobą nie przebywają. Lewis spędza każdą wolną chwilę z Willow a Amber z Colinem. Czy coś z tego będzie, nie wiadomo. Faktem jest, że oni też lądują na moją listę po tytułem 'Ludzie, którzy mieli do mnie zaufanie, więc musiałam to zepsuć'
Fabian. Chyba jedyny człowiek w domu Anubisa, który spróbował mnie zrozumieć i dał mi drugą szanse. Ma do mnie ograniczone zaufanie, ale jemu jedynemu mogę wszystko powiedzieć, więc przyjmuję to z otwartymi ramionami. Już nie raz i nie dwa scena z początku listopada się powtarzała. Na początku wybuchałam płaczem w najmniej spodziewanym momencie w jego obecności, więc musiał mnie uspokajać. Jego ramiona działają na mnie inaczej. Uspokajają i przeganiają wszystkie troski. Nienawidzę tego. Uzależniłam się od jednego człowieka. To bardzo nie dobrze.
Osobami, które nic a nic się nie zmieniły są Chloe, Lana i Allison. Może dlatego, że mieszkają w innym domu, może dlatego że nigdy nie byłam z nimi za blisko. Prócz Chloe. Ona nadal jest taka sama, choć stała się nieco rozmarzona i spokojniejsza. Nie wiem, skąd się wzięło rozmarzenie, bo spokój potrafię zrozumieć.
Osobą, która zmieniła się na plus w stosunku do mnie jest Logan. To jest dziwne, bardzo dziwne. Nie lubimy się, ale mam głupie wrażenie, że coś hamuję go, gdy ma okazję mi dokopać. Może to za sprawką Chloe, która go do uczy? Nie wiem... Ale ta zmiana nawet mi pasuje.
Podsumowując : Megan Grant oficjalnie zostaje wpisana na czarną listę Świętego Mikołaja.
Wyciągnęłam z szafy ciepły sweter, szare rurki i skarpetki. Szybko się przebrałam i zaplotłam warkocza. Nie malowałam się, nie widzę potrzeby, skoro ani nie idziemy do szkoły, ani nie będzie dużo ludzi. Wsunęłam stopy do puchatych, różowych kapci. Kto został w domu? Logan, Eddie i Colin na pewno. Amber, Patricia, Rose, Willow wyjechały, a co do Mary, Fabiana, Jeroma i Alfiego nie jestem pewna. Nie wychodziłam z pokoju, od kiedy dziewczyny wyjechały. Wczoraj skupiłam się na opłakiwaniu swojego marnego losu.
Zbiegłam szybko po schodach, omal nie potrącając Victora, który mruknął coś do mnie, ale głód był ważniejszy niż przekleństwa woźnego. Bądźmy szczerzy : jedzenie jest ważniejsze od wszystkiego innego.
W jadalni był tylko Logan, który ku mojemu zaskoczeniu, lekko się uśmiechnął i zdjął słuchawki z uszów. Po raz pierwszy zobaczyłam go, jak je bez cienkich kabelków znikających w jego spodniach. Długo się na tym nie zastanawiałam, tylko chwyciłam najbliższe danie, powiedziałam 'Smacznego' i zaczęłam jeść. Przysięgam, że od dziś nie opuszczę żadnej kolacji. To zwierze w moim brzuchu jest zbyt rozpieszczone. Może przejdę na dietę? Nie, nie będę głodować. Już wolę być gruba.
Do końca śniadania nikt się nie zjawił. Nie dziwiłam im się. Gdybym była w stanie zasnąć, pewnie spałabym do południa. Wypiłam do końca sok i zaczęłam sprzątać po śniadaniu. Dzisiaj mój dyżur, więc oprócz zmywania (czego nienawidzę, muszę Trudy namówić na zmywarkę), mam pomagać w kuchni. To tyczy się przygotowywania świątecznych potraw. A ja mistrzynią w lepieniu pierogów nie jestem, zazwyczaj połowa farszu ląduje na podłodze, ale kto by się tym przejmował..
Około dziesiątej wszyscy zaczęli schodzić się na śniadanie. Zjawił się Jerome, Colin, Eddie i ku mojemu zaskoczeniu - Mara. Myślałam, że wyjechała do rodziców. Poczułam bolesne ukłucie. Fabian musiał również wyjechać. Ale nie dziwię mu się, każdy ma prawo od mnie odpocząć. Jestem zbyt męcząca, by wytrzymać ze mną całe dwa tygodnie.
Trudy wybudziła mnie z letargu, podając górę misek do wymycia.Westchnęłam i zabrałam się do roboty. Byłam w połowie, gdy opiekunka wyciągnęła z kredensu listy i zaczęła je rozdawać. Dostałam dwa - od babci i od rodziców. Spodziewałam się listów od mamy, ale nie od babci. Nie utrzymujemy z nią kontaktu od kiedy pamiętam. Z zaciekawieniem wytarłam ręce w spodnie ( ręcznik był za daleko) i otworzyłam kopertę. Zwykła bożonarodzeniowa kartka. Zwykłe życzenia. Spodziewałam się czegoś bardziej, eh, jakby to ująć, niezwykłego. Pierwsza kartka od babci, więc mogła by się odrobinę bardziej postarać. Zaglądnęłam jeszcze raz do koperty i wyciągnęłam małą karteczkę. Pochyłym pismem było na nim napisane:


I znak mówił, że słowa proroków są spisane na ścianach dworców i w osiedlowych bramach, i cicho brzmią w dźwiękach ciszy.

Nie bój się przeszłości.

Gapiłam się dobre parę sekund na tą kartkę, zanim zmięłam ją i wyrzuciłam do kosza. Teraz wiem, dlaczego rodzice odizolowali się i mnie od niej. Moja babka miała bzika. Kto normalny przesyła tekst starej piosenki na Boże Narodzenie. Piosenki, którą słyszę każdej nocy w moich snach. Zgniotłam mocniej gąbkę do szorowania naczyń. Te ostatnie zdanie zabolało. Nikt poza rodziną i Chloe nie wie o tym... Czy to możliwe, ze ona się dowiedziała? 
Skończyłam myć naczynia i cisnęłam ręcznik w kąt, cicho wymykając się z kuchni. Ja odwaliłam swoją robotę, teraz pora Eddiego. Oglądnęłam się jeszcze raz przez ramię i chciałam pognać do swojego pokoju. Stanęłam jak wryta - zapomniałam listów z kuchni. Najszybciej jak mogłam porwałam je z blatu, zanim ktokolwiek się zorientował i poszłam do holu. A tam stał Colin, darł swoje listy, które do niego przyszły.Nie zauważył mnie, był skupiony na swojej pracy. Kątem okiem dostrzegłam Jeroma, który przycisnął palec do ust. Skinęłam głową i zaczekałam, aż Colin schowa podarty papier do kieszeni, zabierze kurtkę i wyjdzie na mróz. Dopiero wtedy drgnęłam i spojrzałam na Jeroma. Chłopak zmarszczył brwi, wzruszył ramionami i wycofał się do salonu. A ja dalej stałam. Czy Colin zawsze robił to ze swoimi listami? Przychodziło ich kilka w tygodniu, a on szybko chował je do kieszeni i udawał ze ich nie ma. Ugryzłam się w język. Nie, nie wtrącaj się w to. Nie wolno ci. Dobrze wiesz, że zawsze wszystko spieprzysz.
Drzwi się odtworzyły. Zimny wiatr omiótł pomieszczenie, przywołując mnie do rzeczywistości. W progu stał Fabian. Na jego policzkach gościły rumieńce, śnieg wyglądał wręcz magicznie na jego czarnych włosach. Uśmiechnął się na mój widok. Muszę wyglądać jak idiotka. Podeszłam do niego, gdy zaczął ściągać kurtkę.
-Co ty tu robisz? - spytałam, mnąc w dłoniach list od rodziców - Czemu nie jesteś w domu?
-Miałbym cię zostawić samą? - odpowiedział pytaniem na pytanie, strzepując śnieg z włosów - Nie w tym życiu.
Uśmiechnęłam się. Nienawidzę go. Jest za dobry, niech przestanie być dla mnie taki miły. Wolałabym, żeby na mnie wrzeszczał i się do mnie nie odzywał. Miałabym mniejsze poczucie winy. Przeszedł koło mnie i gestem zachęcił, żebym poszła zanim.
-Zrobić ci herbaty? -pytałam, zanim ugryzłam się w język.
-Herbaty? - Fabian stanął i spojrzał na mnie.
-Nom. Jest zimno, a dzisiaj jest Wigilia i było by fajnie, gdybym w końcu miała na swoim koncie jakiś dobry uczynek. - powiedziałam i uświadomiłam sobie, że wzbudzam litość. Chyba tego nie zauważył i kiwnął głową. Mogę śmiało powiedzieć, że poczułam ulgę. Schowałam listy do kieszeni i poszłam zrobić herbatę. Trochę to trwało, zanim woda się zagotowała, więc mogłam poobserwować, co robią inni. Mara siedziała na kanapie z wielką książką na kolanach. Muszę jakoś ją przekonać. Mam dość tej jej zimnej obojętności wobec mnie. Jerome i Eddie grali w jakąś głupią grę na konsoli, Logana gdzieś wywiało i Colin nadal nie wrócił. Czajnik zaczął gwizdać, oznajmiając, że woda się zagotowała. Nalałam ją do dwóch szklanek, rozlewając przy okazji połowę na posadzkę, dodałam cukier i cytrynę. Powoli, bardzo powoli, zaniosłam to na tacy do pokoju Fabiana. Położyłam ją na kredensie, po czym dodałam mu jedną szklankę a drugą trzymałam w dłoni, ogrzewając zimne dłonie. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. 
-Gdzie byłeś? - spytałam. Byłam ciekawa, bo od ósmej byłam na nogach, a jego wcale nie widziałam.
-W bibliotece w domku - odpowiedział i przerzucił kartkę książki. Teraz zauważyłam, że jest nowa. Znaczy się, była stara i pożółknięta, ale widziałam ją pierwszy raz na oczy.
-Przecież mieliśmy dać sobie spokój w czasie zimy. Taka była umowa.
-Wiem - odpowiedział i wybił łyk herbaty - Ale przejrzałem ten pamiętnik. Sarah mówiła o książce, w której przeczytała wszystko o Kręgu, a przynajmniej część.
Zacisnęłam palce na szklance i poczekałam, aż znacznie mnie parzyć. Oczywiście. Powinnam być wściekła, że mnie nie poinformował, gdzie się wybiera. Ale z drugiej strony, zachowuję się tak samo. Ciekawość wzięła górę.
-Gdzie ją znalazłeś?
-W skrytce w biurku. Niezbyt oryginalny pomysł. Mogłem na to wpaść szybciej, niż po czterech godzinach wydychania kurzu.
Zagryzłam dolną wargę. Siedział tam od siódmej. Albo jest głupi, albo za wszelką cenę chce coś znaleźć, odkąd 'poszliśmy' przez jeden wieczór dalej niż przez ostatni miesiąc.
-Nie powinniśmy powiedzieć tego Eddiemu? I Marze? - spytałam niepewnie. Czuję się głupio, że coś przed nimi ukrywamy. Bo przecież oni też mają prawo wiedzieć.
-Śmiało, wyślij do nich SMS. Ciekawe, czy przyjdą.
Ton, w jakim to wypowiedział był szyderczy. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby wypowiadał się o kimś w taki sposób. Mimo to wyciągnęłam swoją komórkę i szybko napisałam wiadomość do Eddiego i Mary. Reszta Sibuny wyjechała, nie widzę sensu pisania im o tym. Prawdopodobnie w tym momencie, czytają mojego esemesa, spojrzą na siebie i toczą w myślach bitwę : pójść czy nie pójść. Dobra, minęło pięć minut. I nadal nikogo nie ma. Muszę pogodzić się z faktem, że mnie nienawidzą i nie mają zamiaru mnie oglądać. Został mi tylko Fabian. Po dłuższym zastanowieniu biorę komórkę i piszę wiadomość do Chloe, która jako jedyna wciągnięta w ten koszmar z domu Hathor została w akademiku. I kolejne pięć minut czekania. Ona przyjdzie na pewno.
Dokończyłam pić herbatę,a szklankę położyłam na burku. Oparłam się o ścianę i obserwowałam Fabiana. Zagłębił się w czytaniu. Naprawdę lubię u osób ten wyraz twarzy. Mogłabym patrzeć na takich ludzi do końca świata. Powinnam się czuć winna i okazać skruchę. Zamiast tego, czuję się pusta w środku. Już raz wszystko straciłam, stoczyłam się na dno. Nie chce mieć powtórki z rozrywki. Ledwo wyszłam z tego cało i to tylko dzięki pomocy niektórych ludzi. Historia lubi się powtarzać, to najfajniejsza cześć życia. Fajnie, nawet Bóg mnie nie lubi.
Czuję nieprzyjemne swędzenie w gardle i suchość w ustach. Mam ochotę się rozbeczeć, ale wykonuje trik, dzięki któremu przetrwałam w szkolę. Patrze się w jeden punkt, starając się o niczym nie myśleć, tylko od czasu do czasu mrugać. Pomogło. Poczułam na sobie wzrok Fabiana. Znowu to robił. Determinacja na jego twarzy pomieszana z troską. Nie ma odwagi się mnie spytać, co się dzieje. I tak bym mu nie powiedziała. Otarłam mokry nos rękawem i zdobyłam się na smutny uśmiech typu : 'Wszystko w porządku, nie martw się'. 
Drzwi się otworzyły. Tak jak się spodziewałam, Chloe przyszła. Ale Mara zrobiła mi niespodziankę, kuląc się za moją przyjaciółką. Chyba po raz pierwszy od wielu dni szczerzę się uśmiechnęłam. Nabrałam ochoty, by powiedzieć Fabianowi, że się mylił, ale to było już ze mojej strony chamskie. Jaffray szybko wślizgnęła się do pokoju i zajęła miejsce jak najdalej ode mnie. Jakbym była trędowata. Chloe natomiast się nie hamowała, rzuciła się na łóżko Logana i odwróciła do nas głowę. Godna podziwu odwaga.
-Dobra, geniusze - powiedziała rozleniwionym tonem i ziewnęła - Co znaleźliście?
Nie wiem, Chloe. Czekałam, aż ktoś się zjawi, ale miałam nikłą nadzieje. A tak poza tym, to wina Fabiana. On coś znalazł, więc nie patrz się na mnie, jakbym odciągnęła cię od jedzenia pierniczków.
Ograniczyłam się do wzruszenia ramionami i posłałam pytające spojrzenie na Fabiana, który nadal nie mógł się otrząsnąć z szoku. A moja przyjaciółka zaczęła się niecierpliwić.
-Odciągnęliście mnie od jedzenia pierniczków, żeby się na mnie pogapić? Nienawidzę, kiedy ludzie gapią się na mnie bez konkretnego powodu. Jeżeli chcecie sobie zrobić ze mną zdjęcie lub dostać autograf, wystarczy powiedzieć. - Chloe podciągnęła się na łóżko i już miała wstawać. Do Fabiana najwyraźniej dotarł fakt, że będzie musiał się podzielić odkryciem. W pośpiechu przekartkował książkę, a niezręczna cisza nadal trwała.
-Dobra. Dobra. Znalazłem kilka ciekawych informacji, które mogą nam się przydać. - Tutaj zignorował westchnienie Chloe - A więc Krąg powstał na schyłku pierwszego wieku przed naszą erą a pierwszego wieku naszej ery. Daty nie ma, ale to wynika z hieroglifów w kronice. To nie jest oryginał - tutaj podniósł książkę, a złoty symbol gwiazdy zabłyszczał w grudniowym słońcu - tylko wersja przetłumaczona przez Frobishera. Musiał nad tym pracować latami, ale dzieła nie dokończył. Ostatnie kartki nie są zapisane, albo czekają na to, by je zapisać.
-Wow, stop - Chloe leżała teraz na plecach i gapiła się w sufit - To Robert wiedział o ten tegest?
-Jego córka była Wybraną - palnęłam i ugryzłam się w język. Fabian najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, więc nic nie powiedział.
-A to jest dziedziczne? Bo jeśli jest dziedziczne, to wiecie. Skoro Nina jest teraz Wybraną, to musi być córką Sarah, albo przynajmniej jej potomkinią.
-Rodzice Niny zginęli w wypadku samochodowym - syknął Fabian, a mi ciarki przeszły po plecach. - Wracając do tematu, Krąg to takie stowarzyszenie, które powstało by bronić Wybraną. Jej głównym obrońcą jest Osyrion, co wiemy. Strażnik ma mu pomagać i nie dopuścić, by stała mu się krzywda. Izydora ma taki sam obowiązek, tylko jej misja dotyczy Wybranej. Wyrocznia jest przewodnikiem. Przewiduje przyszłość, widzi przeszłość i teraźniejszość. Mara też to potrafi. Tylko musi poćwiczyć.
-Ty tego nie czułeś - szepnęła Jaffray. Po raz pierwszy od półtora miesiąca się do nas odezwała. I była wściekła - Nie czułeś tego. To nie tobie ból rozwalał głowę, nie szwankowały ci zmysły, nie miałeś wrażenia, że czujesz się jakbyś umierał. Byłam zawieszona pomiędzy dwoma światami,. miałam wrażenie, że jeden fałszywy krok i wpadnę w przepaść. Miała ochotę zrobić wszystko, dosłownie wszystko, by to się skończyło.
Cisza. Tylko nierówny oddech Mary ją mącił. Zacisnęłam ręce w pięści. To ona odczuwała większy ból niż ja, to ona starała się opanować szaleństwo i nie zwariować. A ja w tym czasie płakałam nad tym, jaka jestem biedna. Fabian wstał i usiadł koło niej. Przytulił ją i poczekał, aż się uspokoi. Gdy tak siedzieli przytuleni, coś się we mnie poruszyło. Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko otarłam.
-Nie, nie wiem Maro, jak się czułaś - mimo że szeptał, jego głos był dobrze słyszalny - Ale jesteś ważna, bardzo ważna. Pomożemy ci, nie zostawimy cię samą. Nie martw się. Musisz tylko nam zaufać, nie zrobimy ci krzywdy.
Mara kiwnęła głową i dała się zaprowadzić bliżej nas. Usiadła w nogach łózka Logana i dopiero wtedy Fabian puścił jej rękę. Jaffray popatrzyła mi głęboko w oczy. Tak bardzo mi ich brakowało. Poruszyłam ustami, mówiąc nieme 'przepraszam' i skupiłam się na tym, co mówił Fabian.
-Prócz Kręgu są jeszcze tak zwani Łącznicy. Są tak jakby bramą do Świata Umarłych a naszym światem. Ujawniają się tylko wtedy, gdy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Pomagają Wyroczni wypełnić misję. Tak jak Święty Mikołaj ma swoje elfiki, one pomagają Wyroczni. Odprawiają rytuały i chronią nasz świat, by żadne niebezpieczeństwo ze Świata Umarłych się do nas nie dostały. I jak się można było spodziewać, Potomkowie też są w naszej wesołej grupce.
Podniosłam głowę i spojrzałam na Fabiana. On sobie chyba żartował. Jak tak wiele osób mogło być w to zaangażowane
-Potomkowie zostali powołani, żeby chronić kapsuły, Fabian. To nie możliwe, by zostali powołani do czegoś takiego jak...
-Mieli chronić , by ta cholerna zjawa się nie wydostała do naszego świata. Zostali powalani przez samego Frobishera i związani z jego córką. Chcesz coś dodać?
-Jakim prawem on miał taką ogromną moc! - warknęłam, nie zważając na to, że Mara i Chloe nic nie rozumieją z rozmowy - Był tylko zwykłym człowie...kiem.
Fabian uniósł jedną brew, a Chloe wypowiedziała to, na co wpadłam przed sekundą.
-Boże, to jednak jest dziedziczne. A Frobisher był Wybranym. Mam rację?
Fabian powoli kiwnął głową.
-Czyli że nasi rodzice wiedzieli o nas? Bo prawdopodobnie sami byli w to zamieszani?
-Jedno z rodziców - poprawił ją Fabian. Zamykając książkę.
Spojrzałam na niego zdumiona. Hej, ja też jestem w to zamieszana. Nie jestem tu przypadkiem.
-A co ze mną? - spytałam.
-O tobie nic tam nie ma. Nic nie ma o Przepowiedzianej. Jest tylko wzmianka na początku, ze zostałaś do tego powołana.
Zamknęłam usta zdziwiona. To szaleństwo. Przecież to ja od początku otrzymywałam wszystkie znaki, to nie możliwe, by byłam tam bez przyczyny. Wiem, ze nie kłamie. Nie w tej sprawie. O mnie tam po prostu nie ma.
-To chyba logiczne - odezwała się Mara, przerywając ciszę - Przepowiedziana. Przepowiednia. Musi być jakaś przepowiednia, która jej dotyczy.
Tak, Maro. Na pewno masz rację. Tylko co ta za przepowiednia?
Sięgnęłam po książkę i zaczęłam ją kartkować. Te samo piękne, pochyło pismo było na każdej kartce. Zauważyłam, że Robert pisał takie samo T jak córka. Pod koniec książki pomiędzy żółtymi kartkami był schowany płatek białej róży. Wyciągnęłam go drżącymi palcami i gapiłam się w niego tak długo, że oczy zaczęły mnie piec.
-Megan....
Mara wymówiła moje imię z taką delikatnością, jakbym była malutkim dzieckiem, które właśnie widziało, jak jego zwierzak umiera. Nie odpowiedziałam, tylko nadal lampiłam się w biały płatek.
-Tego dnia, kiedy to się stało, widziałam jak się poznałyście. Słyszałam rozmowę waszych rodziców. Wasze mamy znały się od samego początku. 
Nadal nie reagowałam, gotowałam się na cios, jaki los każe mi przyjąć.
-Twoja mam powiedziała, że ktoś już zadecydował o twojej przyszłości. A ona się z nią nie zgadza. Dlatego uciekła od wszystkich. A to, że Tysonowie się wprowadzili do tego samego miasta co wy, to był przypadek. W każdym razie, twoja mama powiedziała, że żadni zmarli nie będą decydować o losie jej dziecka.  I obydwie mają nadzieje, ze to nie jest to pokolenie, tylko następne.
Wiem co chce mi powiedzieć. Obróciłam płatek róży w dłoni i wstrzymałam oddech. Na czystej bieli nadal nie skażonej przez tyle lat, widniała szkarłatna plama. Krew.
-Przykro mi Megan.
Ukryłam twarz w dłoniach. Poczułam, jak ramiona Fabiana mnie obejmują, jak gładzi moje włosy. Po chwili przyłączyła się Chloe i Mara. To nie może być prawda. Nie może. To niemożliwe.
Ale w głębi duszy wiedziałam, ze tak jest. Czułam to. Leżąc po Wigilii w ciepłym łóżku, zastanawiam się, czy moja matka chciała, bym się tego dowiedziała w taki sposób. Nie od niej, tylko od przyjaciół. Fabian musiał to przekazać Eddiemu, bo go do tego namówiłam. Bolało go to, ale nic nie mógł zrobić. To i tak się stanie, wcześniej czy później. Odwróciłam się na drugi pok i wbiłam wzrok w mrok. Tego wieczoru niewiele zjadłam, mdliło mnie. Tylko tykanie zegara mnie teraz nie opuściło. Oraz Selene, która siedziała po turecku na łóżku Amber, smutnie mi się przypatrując. To po to tu była, została wysłana, byśmy znaleźli rozwiązanie.
Ktoś, dawno temu wiedział, ze się narodzę. Wiedział, ze może podejmę zadania, lub czy się stoczę i już nie podniosę. Wiedział, kiedy to będzie. Ciekawe, czy mi współczuł.
A jednak to poczułam. Tak się starałam, a jednak czuje te uczucie. To, które było moim przekleństwem.
Mam się nie bać przeszłości. Teraz zrozumiałam, to co napisała mi babcia. Ona też miała wątpliwości, czy to ona czy tez nie. Tak samo moja mama.
I znak mówił, że słowa proroków są spisane na ścianach dworców i w osiedlowych bramach, i cicho brzmią w dźwiękach ciszy.
Nie wiem, co to oznacza. Ale dowiem się, chodźmy miało to mnie słono kosztować. Czuję się zawiedziona, tak bardzo chciałam, by te Boże Narodzenie było niezwykłe. Nawet ubieranie choinki nie sprawiło mi radości. Nawet śmiech Mary i próba uwolnienia Jeroma ze sznura światełek nie sprawiła, że się uśmiechnęłam.
Nawet jeśli czeka mnie śmierć, nie poddam się bez walki. Zrobię to dla tych, których kocham.
Odpłynęłam, a w śnie znowu znalazłam się przy studni, wsłuchując się w słowa śpiewane przez małą dziewczynkę.
Hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again.
Przyjdę do ciebie Ciemność. Przyrzekam. 



***

Merry Christmas Everybody!
Zrobiłam sobie małą przerwę w pisaniu, ale powróciłam. Mam nadzieje, ze ktoś jeszcze to przeczyta. Było by miło. Spóźnione życzenia świąteczne zawsze spoko.
Zakończyłam pierwszą część pierwszej księgi, teraz pora na drugą. Prawdopodobnie będę pisała ją w pierwszej osobie, czasem przeskakiwała do trzeciej, bo mam tak dużo wątków zaczętych, ze oczami Megan tego nie odpiszę. A doszłam do wniosku, ze dość dobrze piszę w trzeciej osobie, więc muszę popracować nad narracją pamiętnikową.
A jak mi poszły testy? Zawaliłam języki, mój niemiecki sięga dna. Rozszerzony na 18/40 ( co i tak było najwyższym wynikiem w klasie) i podstawowy na 21/40. Coś czuję, że ten semestr będzie upływał pod znakiem germanizacji Justysi. Upss.
Z matmy miałam 19/20 i też nie jest dumna, z historii taki sam wynik. Ale uwaga! Możecie zacząć klaskać. Polski i przyrodnicze napisałam najlepiej z klasy. Z polskiego 31/34. To taki troll do mojej nauczycielki,od polskiego, która uważała, że moje zdolności w zakresie tego języka są ograniczone. A tum czasem BOMSH! Maksa z rozprawki, jako jedyna z klasy. Przyrodnicze też nieźle, 27/30 i to głównie jest zasługa twitterowiczów, że podali co będzie na teście, ale ciii. Jestem the best.
Droga klaso, fakaj się.
Ale dowaliłam z Megan, co nie?
Ok, mam instagrama, KLIK. Tak jest, kupiłam tablet. Huehuehue. I zrobiłam na złość rodzicom, huehuehuehue. 
Brad mnie ignoruje.. Już raz się fochłam, niech nie każe mi tego powtarzać, bo ostatnio wysyłałam mu bardzo nieprzyjemne tweety. Ok, ale nie spadłam poniżej poziomu, jak jedna laska z Portugalii, z którą piszę. Jeżeli myślicie, ze to ja mam obsesję na jego punkcie, to ją poznajcie. I to nie jest taka zdrowa obsesja, jak ja przeżywałam przez pierwsze sześć miesięcy. Jej szajba odbiła. Jeszcze tak mnie nie pojebało, żeby do niego pisać, że jest moim chłopakiem, że może mi powiedzieć wszystko, bla bla bla teksty jak z mody na sukces. A wkurwiłam się, bo jak pisałam z nią po angielsku, oczywiście niczego nie podejrzewając, pisałam jak on jest dla mnie ważny. I wiecie co ona zrobiła? Napisała dla Brada twitlongera, w którym prawie cały tekst to były moje słowa. Bomsh.

Ok, co powiecie na twitcama? Obiecałam, ze zrobię, więc dotrzymuje obietnicy i tym razem się nie spóźnię :) Proponuje 30 grudnia o 17.30. Będzie ktoś? Bo chce mieć Sibunersów, dużo polskich Sibunersów na twitcamie, żeby nie był kompletną porażką jak ten ostatni. Dajcie odpowiedź.

Buziaki
Joylitte
xoxo

sobota, 7 grudnia 2013

041. Rozdział czterdziesty pierwszy

Megan stukała w klawiaturę. Wcześniej miała więcej zapału, by zrobić ten projekt na plastykę. To była wielka wizja - podłożyć głos do filmu, zaciekawić widza, dodać jakąś fajną muzykę w tle i wyświetlić parę ciekawych i dobry zdjęć... I co? Siedzi z nogami na stole, popijając sobie kawkę i zapieprza jak ostatnia idiotka, żeby palanci z jej grupy mogli sobie wszystko przypisać. Następnym razem tak nie będzie, oj nie.
Tyle że, ten następny raz się dość długo wlecze. Od kiedy pamiętała, była ofiarą losu. Zawsze odwalała brudną robotę, a potem - jak przystało na dobrą i solidarną przyjaciółeczkę - kiwała głową i zapewniała, ze cała paczka sie zgrała i odwaliła dobrą robotę. I szóstki z góry na dół. Trach, szósteczka też i dla niej, czemu nie?  I wszyscy happy a ona uchodzi za bohaterkę. Przez kolejne dwie przerwy, potem sępy znowu coś chcą.
Sępy. Tak, to określenie pasuje.
Przecież ma własne życie! Imprezy do rana w sobotę, szalone zakupy, szastanie pieniędzmi na prawo i lewo oraz strojenie sie przed lutrem, żeby dobrze wyglądać, jak paparazzi będą robili jej zdjęcia ze sławnym chłopakiem.
A nie, wróć, to nie to życie. To jej drugie życie, te w jej głowie. A rzeczywistość jest brutalna.
Lata za nią widmo, jest wykorzystywana w klasie jako wzorowa koleżanka, która zawsze da zadanie, nie wspominając o pościgu za Księgą Ozyrysa i tajemnym Kręgu, o którym nawet nie ma w internecie. A jeżeli czegoś nie ma w internecie, to dupa blada.
Popiła trochę kawy, która zrobiła sie już nieco zimna, ale to jej nie przeszkadzało. Ważne, że nie ma nikogo, kto kazał by jej zdjąć nogi ze stołu. To jej bardzo odpowiadało.
Wkleiła adresy stron, skąd pobrała grafikę i dodała napis 'koniec' z uśmiechniętą minką na końcu. Może kiedyś się skapną, że jak ona odwala całą robotę, to na końcu daje minkę, jakby chciała powiedzieć ' To był bardzo ciekawy projekt i wiedza, którą zdobyłam, przyda mi się w życiu. I like it' a pod spodem ' P.S. Droga grupo, mam na was wyjebane, więcej za was nic nie zrobię'
Ale oczywiście nauczyciele są zbyt tępi, żeby to pojąć.
Zamknęła laptopa i wbiła wzrok w ścianę. To był taki odpoczynek bo odwalonej pracy. Inni szli na pizzę, oglądali film lub szli na spacer. A ona gapiła się w ścianę. Musi znaleźć sobie hobby.
Fabian wszedł do jadalni u siadł koło niej. W dłoniach trzymał kubek z gorącą herbatą, policzki miał czerwone a włosy zmierzwione. Musiał właśnie wrócić z biblioteki. Uroczo. Spojrzał na jej nogi, unosząc jedną brew, ale nic nie powiedział. I tak by ich nie zdjęła, jeszcze by warknęła, że przeszkadza jej gapić sie w ścianę.
-Zrobiliście ten projekt?
-Uhumm - mruknęła z filiżanką przy ustach - Zrobiliśmy.
Fabian westchnął.
-Musisz przestać dawać się wykorzystywać.
-Dobrze tato. Znalazłeś coś? Czy tatuś się nie postarał?
-Musisz tak wrzeszczeć?
-Musisz się nie czesać?
Rutter przygładził swoje włosy, patrząc się na nią z urazą. Mruknął 'No wiesz' i otworzył jej laptopa. Nie zaprotestowała - albo była wykończona albo była wykończona. Czyli była wykończona i dlatego gapiła się w ścianę skupionym wzrokiem. Albo żelki się skończyły. Jak żelki sie skończyły, też nie miała humoru. Żelki były dla niej przyszłością świata.
Ktoś trzasną drzwiami. Logan musiał wrócić do domu.
Fabian spojrzał na Megan. Teraz jej twarz się zmieniła, zastępując skupienie tępym wyrazem twarzy. Zupełnie jak na niemieckim, jak starała sie coś zrozumieć, ale po dwóch zdaniach gubiła wątek i udawała że słucha. Rutter próbował zacząć temat, ale jakoś nie miał odwagi sie odezwać. Była w kiepskim humorze, ale to, co mówiła Patricia, ze ona ich okłamuję, nie dawało mu spokoju.
Chrząknął, wybudzając ja w ten sposób z stanu 'niewidoczna'.
-Megan, możemy pogadać w moim po...
Nie skończył, bo Megan się poderwała i rzuciła filiżankę na stół. Fabian podążył wzrokiem na koniec salonu, gdzie Mara szybko się wycofywała, zauważając brunetkę. Grant go olała. Jednak gdy już miała wybiec, odwróciła się i szybko rzuciła:
-Przyjdę za pięć minut.
Jednak usłyszała.

***

Chloe wracała do domu w stanie otępienia. Postanowili, ze nikomu na razie nic nie będą mówić. Ona za żadne skarby nie ma powiedzieć Megan, a on swojej babci. Choć Tyson w to nie wierzyła - Logan sie babci wygada. Komuś musi.
To dziwne, że niektórzy mogą tak maskować uczucia. Tworzyć wokół siebie mur. Znała takiego człowieka, ale myślała że jest takich przypadków jeden na milion. Tak naprawdę nie znała dobrze Jeroma, ale z opowieści Joy wynikało, że też taki był. Niedostępny i wszystkie uczucia ukrywał. Ale jak ona to odblokowała, tego nie zdradziła. Bo prawdopodobnie to nie była ona.
A jednak co drugi człowiek jest samotny.
Ona i on. Teraz o tym myśląc, może dobrze się stało. Tylko, żeby na końcu był happy end. Nienawidzi mieć złamanego serca na pół. Za długo je sklejała, by teraz dać je osobie, która upuści je przy pierwszej lepszej okazji i zbije na jeszcze mniejsze kawałki.
Nawet nie zauważyła, że drapie się w nadgarstek. Spojrzała na miejsce, które swędziało. Było zaczerwienione. Może to uczulenie?
Weszła do domu i poła, jak nos robi jej się mokry. Musiało być naprawdę zimno, choć wcale tego nie czuła. Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na wieszaku. I znowu podrapała sie w nadgarstek. Zaklęła pod nosem i poszła na obiad.
A nadgarstek swędział.
Chloe nawet nie wiedziała, że teraz zmienia jej całe życie. Że wszystkie kłopoty, smutki i tajemnice prowadzą do tego samego miejsca. Że niedługo dowie sie, co to prawdziwy ból. I że nic nie może na to poradzić.
A co najważniejsze, to samo czekało dwóch innych mieszkańców tego domu, do których się uśmiechnęła, gdy weszła do kuchni.

***

Mara nie miała ochoty nikogo widzieć, tym bardziej z kimś rozmawiać. Chciała tylko poczytać, a pech chciał, ze zostawiła książkę w salonie. Ten sam pech chciał, że była tam też Megan, która teraz wbiegała za nią po schodach.
Jaffray weszła do swojego pokoju, mijając po drodze Willow, która niosła wielką roślinę. Wszyscy byli przyzwyczajeni do dziwactw Jenks, więc gdyby nawet weszła do klasy na grzbiecie jednorożca w sweet różowej sukience, nikogo by to nie obeszło.
Megan z zatroskaną mina zamknęła cicho drzwi, gdy weszła do jej pokoju.
-Hej Maro, dobrze się już czujesz?
Mara kiwnęła głową, bo to była jedyna odpowiedź, która przyszła jej na myśl.
-Co sie stało dzisiaj po wf? - usiadła po turecku u jej stóp, patrząc na twarz - Maro, daj spokój, mi możesz powiedzieć...
-Jaki jest prawdziwy powód, dla którego tu przyjechałaś? - spytała drżącym głosem, patrząc na ścianę. Teraz troska na twarzy Grant pomieszała się ze zdziwieniem.
-Tego żałujesz, Maro Jaffray? - spytała Megan, szeptem. Miała łzy w oczach - Żałujesz, że nie jestem na miejscu Joy, że to nie ja zginęłam w tym wypadku? - Mara nadal nie odpowiedziała, uparcie zmuszając się, by nie patrzeć na dziewczynę - Kotku, ja ci ufam. Nie wiem, o co ci chodziło zadając to pytanie, ale na przyszłość, mów wprost co czujesz, bo mam już dość bycia oszukiwania. Przepraszam...
Grant cicho wymknęła się w pokoju, a Mara nadal gapiła się w miejsce, w którym dziewczyna stała. Dolna warga jej drżała. Ona tez miała dość bycia oszukiwana, rozwiązanie jest blisko, ona to czuję. Tylko parę dni... I prawdopodobnie będzie znała rozwiązanie. Wytarła oczy wierzchem dłoni i chwyciła za laptop. W wyszukiwarce ludzi wpisała ' Megan Grant' i kliknęła enter. 
A dziewczyna, której imię zostało wpisane i której tożsamość właśnie była sprawdzana, nie ruszała się spod drzwi. Minęło die, długie minuty, za nim ruszyła się i zeszła na dół dom pokoju Fabiana.
W salonie wariowali. Logan, Colin, Alfie i Jeromem. Znowu rzucali biednym, wypchanym królikiem. Grant przeszła obojętnie i cicho zapukała w drzwi sypialni Ruttera.
Chłopak siedział na łóżku, studiując książkę, którą ostatnio znaleźli. Nie zamykał jej. Widział, ze to ona idzie, zawsze pukała i odczekiwała dwie sekundy, zanim weszła. Zamknęła cicho drzwi i się o nie oparła, wbijają wzrok w fotografie, które wysiały nad jego łóżkiem. Spojrzał na nią i uświadomił sobie, ze nie może tego zrobić. Nie może z niej brutalnie wyciągnąć prawdy, tak jak zażądała Patricia. Bo podobno tylko on mógłby to zrobić. Ale patrząc, jak stara się szybko maskować smutek ale jej się to kompletnie nie udaję, stwierdził, że ona by go nie okłamywała. Nie jego. Dziewczyna zacisnęła szczęki.
-Meg, wszystko w porządku.
Pokręciła głową, a potem opanowanym głosem oznajmiła:
-Nie. Chciałeś o czymś pogadać?
Rutter zawahał sie. Powiedzieć o tym, co odkrył, czy powiedzieć tylko jej? Dawniej dzielił się tymi okryciami tylko z Sibuna, a wcześniej tylko z Niną. Ale nikogo z nich nie było... Chłopak pokazał gestem, by usiadła na jego łóżku. Zrobiła to.
-Przejrzałem ta książkę i stwierdzam, że to jest chyba najczarniejsza strona zaklęć Egiptu, jaką poznałem.
-A ciebie to oczywiście fascynuje, nie? - Megan delikatnie ułożyła księgę na kolanie i przewróciła stronę.
-Nie o to chodzi - powiedział, przysuwając się tak, by mógł pokazywać hieroglify - Widzisz to? To znak cierpienia, a ten tu to krwi. To nie jest normalne. To obrzędy, które odprawiano dawno, bardzo dawno, jeszcze za czasów Starego Państwa.
Megan zmarszczyła brwi.
-Co one miały sprawić? 
-Głosiły, że jedynym wyjściem, gdy ktoś zetknął się z ciemnymi mocami, była bolesna śmierć, często najpierw okaleczono człowieka. Na przykład tutaj - wskazał palcem hieroglif u górze - Tutaj wypalano oczy świętym ogniem, potem odcinano język, jeżeli wrzeszczałeś z bólu. To oznaczało, według nich, że miałeś powiązanie z ciemnymi duchami, które właśnie opuszczały twoje ciało.
-I tak robiono z każdym zmysłem? Odcinano uszy, nos?
-Tak - Fabian przekręcił kartkę i podążył palcem wzdłuż znaków - Potem osobę palono, nie mumifikowano. Tak, by nie pozostał żaden ślad po człowieku. Poczytałem trochę o tym, ale niewiele tego było.
Rutter przysunął bliżej laptopa dziewczyny, którego sobie pożyczył. Odszukał wzrokiem zdanie i przeczytał je na głos:
-" Utrzymuje się, że prochy Przeklętych były rozsypywane w Ciemnym Ogrodzie, do którego wstęp mieli tylko najwyżsi kapłanie". I to w zasadzie tyle... Ogólnie cała strona jest o sposobach mumifikacji w całej historii Starożytnego Egiptu, że ma to głębokie korzenie bla bla bla, życie po śmierci i te sprawy.
Megan zagryzła dolną wargę i przez chwilę nic nie mówiła, przerzucając tylko pożółkłe strony książki.
-Fabian, a czy był jakieś rytuały z ciemnymi mocami, służące dobru?
Chłopak podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
-Czyli biała magia? Nie, do tego jeszcze nie doszedłem. Ale z tego co widziałem, w tej książce są receptury na eliksiry, by kogoś zabić. Wiesz, taka powolna śmierć, bolesna lub nie. Do wyboru do koloru.
-I niby jak to ma nam pomóc w znalezieniu tej Księgi Ozyrysa? Może powinniśmy się skupić na czymś innym, poszukać jakiś ukrytych stron lub czegoś w tym stylu...
-Skąd wytrzasnęłaś taki pomysł?
-Z filmu. Kocham filmy. Można się z nich wiele dowiedzieć.
Obydwoje podnieśli oczy, gdy drzwi sie otworzyły. Rose stała w nich, zmieszana, a jej wzrok spoczął na chwilę na kolanach Megan, gdzie leżała książka i ręka Fabiana, którą szybko zabrał. Przez twarz blondynki przemknął cień, ale bardzo szybko, prawie niezauważalnie. Jednak Megan to wyłapała, zanim twarz dziewczyny znowu się rozjaśniła.
-Nie przeszkadzam? - spytała, po czym nie czekając na odpowiedź, powiedziała - Fabes, miałeś mi pomóc  w chemii.
Chłopak zerwał się, zamykając laptop brunetki i podał go jej. Zanim zdążył wyjść, Megan spytała:
-Fabian, mogę pożyczyć książkę?
Przez chwilę stał, zastanawiając się w duchu. Po czym kiwnął głową i wyszedł, zostawiając ja samą. Grant westchnęła. Ukrywanie uczuć zdała na lekcjach życia na sześć, może nawet siedem. Tylko musi to robić szybciej, bo ktoś się skapnie, że cholernie martw się o Marę, choć nie powinna. Ale miała głupie wrażenie, że Jaffray za wszelką cenę chce dowiedzieć się więcej o niej i jej przeszłości. A do tego nie może dopuścić. To miało być nowe życie, bez śladu dawnych dzieje. Ale wszystko zaczyna się walić. Miała ochotę sie rozpłakać, usiąść i beczeć jak pięcioletnia dziewczynka.Pięknie, tylko że obiecała sobie samej, ze nie będzie płakać.
Grant wstała i z książką i laptopem pod pachą wyszła z pokoju. I mało co nie wpadła na Jeroma i Alfiego, którzy oglądali coś na telefonie. I zgodnie z jej zasadą, żeby nic po sobie nie pokazywać, podeszła do nich.
-No siema, znaleźliście coś? - spytała wesołym tonem i zaglądnęła na ekran. Rozchyliła usta z wrażenia, po czym je szybko zamknęła. Jednak Jerome to zauważył i uśmiechnął sie szeroką. Dziewczynę uderzyło to, ze ma takie perfekcyjne zęby. Wszyscy mieli perfekcyjne zęby, tylko nie ona. Życie jest niesprawiedliwe.
-Mocne, co?
Megan nie musiała odpowiadać, wiedział, że ją zatkało. Nie spodziewała się, że zrobią to tak szybko. Ale zemsta to słodka rzecz, nie ma co z nią zwlekać. Kiwnęła tylko głową i szybko poszła do pokoju.
Ten był pusty. Ucieszyło ją to. Usiadła na łóżku i zaczęła przeglądać strony książki, szukając symbolu, który by znała. Tłumacząc całą książkę, nic nie osiągnął. Trzeba kierować sie instynktem.
I w końcu prawie pod sam koniec, znalazła to, czego szukała. Ta dziwną sekwencję gwiazd, jedna duża w środku i piątka pozostałych złączona ze sobą. Ten sam symbol był w pamiętniku Sary. Napewno, nie mogła by go pomylić z żadnym innym. On coś znaczy. Nie czytała opisu do tego obrazka, chciała iść po kolei. Ale ta sytuacja wymagała nagięcia zasad.
Szybko przekartkowała pamiętnik i znalazła to, czego szukała. Przy każdej gwiazdce stała liczba. A pod spodem, niczym indeks, spisane objaśnienia. Nawet wtedy, gdy Sarah była na wyczerpaniu jej pismo było idealne. Megan podziwiała takich ludzi.
Dziewczyna szybko przeczytała każdy numerek. I znowu. I znowu. W końcu podniosła głowę i zobaczyła siebie. Konkretnie swoje odbicie w lustrze. I czerwone wypieki na policzkach.
-Boże - szepnęła do siebie - Przecież to tak cholernie proste.

***

Amber siedziała i malowała paznokcie.
Mara siedziała i zawzięcie stukała w klawiaturę.
Amber siedziała i starała się ignorować zawziętość na twarzy przyjaciółki. Przyjaciółki...
Kiedyś były tak blisko. A potem stanął pomiędzy nimi Mick, oddaliły się od siebie, potem tak sie wydarzyło, ze ona wylądowała razem z Alfiem, a Mara z Cambellem. A potem jeszcze jeden rok i ona nadal była z Alfiem, a Jaffray z Clarkiem. Jakby sie nad tym zastanowić, to całkiem fajna miłosna historia. Można by o tym nawet serial nakręcić, zresztą całkiem niezły, tylko pod koniec ktoś zepsuł zakończenie.
-Maro, mogłabyś zakręcić? Mam mokre paznokcie.
Ciemnowłosa oderwała wzrok od laptopa, westchnęła i zakręciła fiolkę. I dalej wróciła do pracy. Auć. Amber poczuła, że jest tu nie potrzebna. W sumie, czuła sie tak od pewnego czasu. Wzięła lakier do paznokci i poszła do kuchni.
Nie było w tym nic dziwnego, że lodówkę pustoszył Alfie. Dziewczyna ostrożnie, by nie zrobić żadnej krzywdy paznokciom, nalała soku pomarańczowego do szklanki. Chciała wyjść niezauważona, ale się nie udało. Kurczę.
-Ambeer! - Alfie z uśmiechem na ustach, trzymając w ramionach przynajmniej połowę zawartości lodówki - Potrzymasz? Muszę zrobić zapasy.
-Nie! - krzyknęła blondynka, po czym szybko dodała - Pomalowałam paznokcie no i...
Przerwała, zauważając wózek za chłopakiem.
-Alfie, po co ci zapasy? - spytała - Chyba nie chcesz oglądać 'Zmierzchu'? Ostatnim razem, gdy to oglądaliśmy, zrobiłeś naszyjnik z czosnku i objadałeś sie chipsami, mówiąc, że wampiry nie znoszą cholesterolu.
Alfie uśmiechnął się błogo na to wspomnienie.
-Ale mnie nie dopadły. Plan zadziałał - Po czym na widok miny dziewczyny, powiedział rzeczowym tonem - To zapasy na zimę. W tym roku wpadnę w hibernację.
Amber westchnęła.
-Alfie, ludzie nie zapadają w hibernację.
-Jak to nie! - oburzył się chłopak - Jerome powiedział, że jak na...
-Jerome mówi wiele rzeczy. Nie wmówił ci czasami, że gdy zaczniesz śpiewać po koreańsku w pełnie księżyca, to spadnie deszcz cukierków?
Alfie spojrzał na swoje buty i mruknął:
-Może...
Stali tak przez chwile, dość długą zresztą, bo nawet Amber zdążyła wypić cały sok. W końcu gdy odłożyła szklankę na blat i chciała wyjść, Alfie cicho spytał:
-Lubisz mnie jeszcze?
Dziewczyna stanęła i powoli się odwróciła. Lewis stał w tym samym miejscu, bawiąc się nerwowo swoimi palcami.
-Słucham?
-Omijasz mnie szerokim łukiem, prawie się nie odzywasz. Spędzasz tylko czas z Colinem. A mnie ignorujesz, a przecież znamy się dłużej i... i...
Głos Millington ugrzązł w gardle. Czyli nie zauważył. Z jednej strony to dobrze, bo nie wiedział jak bardzo jej zależało, a z drugiej strony, nawet na tyle jej nie znał, żeby zauważyć.
-Ja sie do ciebie odzywam. To ty spędzasz dużo czasu z Willow. A zresztą nieważne.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, pozostawiając chłopaka z palącym uczuciem niepokoju.


***

-Kawałek konstelacji Kleopatry, rozumiesz? - Patricia potrząsała przed nim kawałkiem papieru - Konstelacja Kleopatry.
Eddie zmarszczył brwi, usiłując to wszystko ogarnąć. Patricia westchnęła.
-Rusz móżdżkiem i przywołaj tą zjawę, kimkolwiek ona jest.
Teraz najwyraźniej chłopak zrozumiał.
-Chyba nie potrafię. Gaduło, wrzuć na luz - umilkł, widząc jej wściekłe spojrzenie - Okej... Ehkemm. Pani Kleopatro? Selene? Słyszy mnie pani?
Czuł się głupkowato, mówiąc do siebie. Ale Williamson stała przed nim założonymi rękami. W końcu po paru nieudanych próbach, westchnęła i usiadła na podłodze przy łóżku.
-To na nic - jęknęła - Stoimy w miejscu. Nie uda nam się nawet za tysiąc lat.
Eddie usiadł koło niej i objął ją ramieniem.
-Hej. Znalazłaś coś na temat tych gwiazd! To już jest coś.
Patricia posłała mu mordercze spojrzenie.
-Zamknij się Miller, to nie prawda, daj mi się poużalać nad sobą.
Więc siedzieli tak w ciszy, podczas której Eddie nadal ją obejmował, a ona nadal go ignorował. W końcu, położyła głowę na jego ramieniu. W sumie, to było całkiem przyjemnie. Dopóki Miller nie wpadł na iście genialny pomysł i zamiast przemyśleć go kilka razy, od razu podzielił się z nim z dziewczyną.
-A może poprosimy Megan o pomoc?
Patricia zerwała się, odpychając go od siebie. W jej oczach było coś takiego...
-A może nie? Nie zastanawia cie to, że tylko ona widzi tego upiora? Nie zastanawia cię to, ze jako jedyna widzi tego przeklętego ducha? A przecież to ty jesteś Osyrionem.
Eddie spojrzał na nią, po raz kolejny zastanawiając się,  czy nie powiedzieć jej prawdy. Że o też ja widział i że on i Megan zablokowali jakieś połączenie między domem a światem umarłych. Dom był bramą. Tak, to by wiele wyjaśniło. A on zrobił to dla niej, bo widział ja w śnie, pozbawioną życia a mimo to widmowo piękną. Ale czasami miał wrażenie, że nic ją to nie obchodzi,  że myśli, że on ma ją gdzieś. To bolało, tak cholernie bolało.


***

Lana spała. Tak samo jak jej współlokatorki, była pogrążona głęboko w mieście snów, tym, co działa jak narkotyk i pozwala na chwilę odetchnienia. A Lana czasami po tych wszystkich głupawkach na lekcji, potrzebowała dobrego snu.
Przez cały czas coś ja niepokoiło. Była jak w transie, a ta cholerna ręka nie dawała jej spokoju. To ma być uczulenie, czy co?
Około północy się obudziła. Czuła sie, jakby ktoś porządnie walnął ją czymś ciężkim w nadgarstek. Syknęła z bólu. To było potworne, czuła się, jakby połamała wszystkie kości prawej ręki.
Z sąsiadującego łóżka usłyszała jęk.
-Chloe? - spytała cicho, starając sie nie rozpłakać. Ból tępił jej wszystkie myśli.
Przy łóżku Allison zaświeciło się światło. Dziewczyna trzymała sie za prawy nadgarstek, ciemne, splątane włosy zasłaniały jej twarz. Lana z najwyższym wysiłkiem odgarnęła kołdrę i prawie zemdlała. Zdziwiło ja to, że może stać. Szybko, byle tylko nie tracić sił, szybko usiadła na łóżku Tyson, bo było najbliżej. Allison była równie dzielna i wkrótce i ona siedziała na łóżku przyjaciółki, uprzednio zaświecając jej lampkę nocną. Gdy tylko światło padło na twarz dziewczyny, do Lany dotarło, jak strasznie Chloe wyglądała. Dziewczyna miała podkrążone oczy, włosy w nieładzie. Te szare oczy, które zwykle były radosne, były umęczone jak u kobiety w podeszłym wieku, która straciła kogoś ważnego.
-Wy też? - spytała blondynka cicho. Lana wiedziała o co jej chodzi. Więc albo miały takie same uczulenie, albo...
-Pokażcie nadgarstki - nakazała Lana, choć bała się co zobaczy. Wszystkie trzy wyciągnęły ręce. Skyfol wstrzymała oddech. Na ich nadgarstkach, niczym tatuaż zrobiony z krwi i znamię z przeszłości widniało Oko Horusa.
Nawet nie wiedziały, jak zdołały w tym szoku zasnąć. Gdy się obudziły, była już sobota, a słońce wlewało się przez okno, jakby to był całkiem ładny dzień. Lana spojrzała na nadgarstek. A więc to nie był koszmar. To Oko Horusa. Była o tym przekonana. Chloe i Allison jeszcze spały, obok siebie, a ona jedna nie mogła dalej zamknąć oczu. Co to do cholery jest?
Podjęła decyzję w ułamku decyzji. Ześlizgnęła się z łóżka, szybko ubrała i zeszła na dół. Musiała się kogoś poradzić, nie była z tych osób, które sobie same ze wszystkim radziły. A jedyną osobą, która nie będzie o nic pytać i da jej odpowiedź, jest Megan. Ona zawsze będzie tą niedociekliwą i wierną.
Chłodne powietrze nieco ja orzeźwiło i spowodowało, że poczuła, jak bardzo jest głodna. Gdy dotarła do domu Anubisa, czuła się, jakby przebiegła pół kilometra. Była dopiero siódma i nikłe szanse, że Meg będzie na dole. Trudno, obudzi ją.  Mogła sobie spać w nocy.
Ku jej zdziwieniu, w salonie siedzieli Eddie i Fabian z niezbyt szczęśliwymi minami. Rutter tylko mruknął 'cześć' a Miller nadal rzucał przekleństwa na Logana, jedząc tosta. Jejku, jaka ona była głodna!
-Ej, może któryś z was iść na górę po Megan? Mam z nią sprawię... do omówienia.
-Nie wolno nam być na damskim piętrze przed śniadaniem. To wbrew zasadom - Fabian mruknął, popijać sok pomarańczowy. Lana prychnęła.
-Ja mu dam, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - mruknął do siebie Miller, a Lana podniosła jedna brew do góry - Szczyl pożałuję, że się urodził...
Fabian przewrócił oczami. Lana usiadła na fotelu i postanowiła czekać. Choć miała długi rękaw i jako zabezpieczenie założyła bransoletki , miała wrażenie, że chłopcy mogą zobaczyć to COŚ przez materiał.
Mara zeszła po kilku minutach, nienagannie ubrana i uczesana. Tą to należało podziwiać. Nawet w sobotę wyglądała doskonale... Lana wyciągnęła komórkę i wybrała numer Megan. Nie mogła dłużej czekać. Po trzecim sygnale, odezwał sie w słuchawce głos Megan.
-Czego kurwa?! Śpię, zostaw wiadomość po sygnale.
Lana mimowolnie się uśmiechnęła, mimo tego, że dziewczyna przeklinała.
-Meggie mogłabyś zejść na dół?
-Mogłabym, ale nie muszę. Do widzenia.
-Nagły wypadek, piska siostrusiu, zrób to dla mnie.
Megan mruknęła i rozłączyła się. Po chwili zeszła w szlafroku. Była zła i niewyspana. A to już było nie dobrze. Megan spojrzała na nią z czystą nienawiścią.
-Spałam. Nie mogłaś wejść na górę i mnie obudzić.
-Obudziłabym tez Patt, a tego bym nie chciała.
-Mhmm.
Lana zaciągnęła Megan w najbliższy kąt, tak, by chłopcy nie słyszeli o czym rozmawiały. W sumie, to Fabian zapewne się kształcił pod względem słownictwa, jakie rzucał Eddie pod adresem Sorena.
-Obiecaj, że nikomu nie powiesz. Obiecaj.
-Obiecuję na siedem kotów Willow, ze nikomu sie nie wygadam. O co chodzi?
Lanie zrobiło się ciemno przed oczami, poczuła się, jakby ktoś przywalił jej patelnia w łeb.
-Lana, dobrze się czujesz?
Ktoś coś upuścił i podbiegł do niej. Czuła, jak kolana się pod nią uginają, jak ktoś jej pomaga usiąść. Schowała w twarz w dłoniach. Po jej ciele przeszedł prąd, Oko na nadgarstku zapiekło. To było nie do opisania. I nagle, nawet tego nie czując, wypowiedziała coś. To był jej głos, ale głęboki, pewny siebie i nico rozmarzony.

Pięć gwiazd, powołanych, by chronić jedną
I ta piąta, która zobowiązała sie być wierną
Stanie przed śmiercią i ją pokona
Lecz życia ocalić już nie zdoła
Zrobi co musi, by uchronić swą Wybraną
A wszyscy razem Kręgiem się staną


Otworzywszy oczy, zobaczyła, że cztery pary oczu wpatrują się w nią przerażeniem. Oko Horusa piekło ją niemiłosiernie. W końcu Megan, która zasłaniała usta dłonią, powiedziała zachrypniętym głosem.
-Myślę, że czas powiedzieć wam prawdę. A ty Lano wróć do domu. Później do ciebie przyjdę. I wszystko wyjaśnię.

***

Siedem osób siedziało w jej pokoju.
Mara. Fabian. Patricia. Eddie. Amber. Alfie. I ona.
Szóstka wpatrywała się w nią jak idiotkę, niezadowolona z niej. Nie powiedziała jej tego, co wie. Jaffray tylko siedziała w koncie, potrząsając głową.
Ona czuła się okropnie.
Wyobraź sobie, że wszyscy cię nienawidzą. nawet twoim rodzice. Zawiodłeś wszystkich, upadasz, masz dość. I wrażenie, ze jakbyś podciął sobie gardło, nikogo by to nie obchodziło. Nawet by się ucieszyli, bo nie musieli by cię już znosić.
Mara w końcu powiedziała, że musi zrobić zadanie, Amber i Alfie też się wymknęli, a Patricia i Eddie po prostu wyszli, nic się nie tłumacząc. Została sama z Fabianem.
Czuła sie jak nic niewarty wisiorek, który ktoś wypuścił i nawet się nie postarał, żeby go podnieść. Nic nie warta. Nienawidziła tego wzroku. Szczególnie w wykonaniu Fabiana. To było porównywalne z wbiciem ostrza w jej w serce.
-Okłamałaś mnie - powiedział w końcu chłopak - Jak mogłaś, Megan. Ufałem ci.
Megan w końcu podniosła na niego umęczone oczy. Po jej policzku spływała łza, którą delikatnie wytarła.
-Nie powinieneś. Nie wolno ci ufać.
-Kiedy sie tego dowiedziałaś? Odpowiedz, tylko prawdę.
-Wczoraj. Gdy... gdy pożyczyłeś mi książkę.
-I naprawdę myślisz, że...
-Tak. Nina jest Wybraną, Eddie Osyrionem, Mara Wyrocznią, KT Izydorą, ty Strażnikiem, a ja... Ja jestem Przepowiedzianą.
Pomiędzy nimi zawisła cisza. W końcu Megan ja przetrwała.
-Fabian, ja nie dam radę. Boże, tworzymy Krąg, ale... ja...
Usiadł koło niej i chwycił jej zimne dłonie. Wieczne zimne dłonie. Nie potrafiła spojrzeć mu w twarz. W te niebieskie lub zielone oczy... Nie potrafiła.
-Damy radę. Przynajmniej jestem tak samo nienormalny jak ty.
Zaśmiał się ciepło, jednak to nic nie pomogło. Po policzkach płynęły jej łzy. Fabian otarł je, po czym przytulił ją.
-Musze iść do Lany, powiedzieć jej, kim jest... - szepnęła, zawstydzona.
-Pójdę z tobą.
-Nie musisz...
Obejmował ją, a ona czuła że rytm jego serca ją uspokaja. jego ciepły oddech na jej szyi, jego ręce na jej plecach. To działało jak spokojna kołysanka. Mogła by zasnąć w jego ramionach. Przyjemne ciepło rozlało sie po jej ciele, prawie likwidując i wypierając ból z jej serca. Po tym, jak ona sie zachowała... Jak nie powiedziała mu, kim jest, jak wiele znaczy w tej głupiej zabawie.
-Obiecaj, ze nigdy mnie nie opuścisz - szepnęła Megan, przytulając się mocniej do niego i wdychając jego zapach.
-Nie opuszczę cię aż do śmierci - odszepnął chłopak, po czym pocałował ją w czoło.



KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

piątek, 22 listopada 2013

040. Rozdział czterdziesty

Zwróciła swoje czekoladowe oczy ku pochmurnemu niebu i przez chwilę je obserwowała. Nie było na nim nic ciekawego, prócz samotnego, czarnego ptaka. Dawno pogodziła się z myślą, że słońce nie zaświeci w tym tygodniu.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by wiatr plątał jej włosy. Ból głowy powoli ją opuszczał, zostawiając po sobie tępe uczucie pustki.
Muszą odpuścić, już nic innego nie da się zrobić.
Zasunęła kurtkę i powolnym krokiem ruszyła d szkoły. Wyszła pierwsza, mając dość pytań, czy nie chce zostać w domu, czy dobrze się czuję, czy napewno nic jej nie jest.
Och, wszystko jej było. Była tak blisko rozwiązania, a te wymknęło się z jej paców, niczym piasek na plaży. A najgorszy był wyraz twarzy Jeroma. Tam, wczoraj, w salonie patrzył się na nią z taką troską, że zabolało ją serce. Dotknął jej czoła delikatnie, jakby była z porcelany i bał się, że ja stłucze. To był dla niej za wiele.
Włożyła dłonie do kieszeni kurtki, gdy weszła do szkoły. Pierwszy był WF. Nie lubiła tej lekcji, szczególnie grania w kosza. Tyle zachodu, by przerzucić piłeczkę przez obręcz. Pocisz się, stękasz i wyjesz, że niby cię sfalowano. Patricia kochała tą  grę - ona nie. Za dużo przemocy jak na nią.
Przebrała się w stój i usiadła na drewnianej ławce w szatni, przymykając oczy. Ból głowy nie dawał jej spokoju. Może powinna zostać w łóżko? Nie. Nie lubi być w centrum uwagi.
Zasnęła.
Obudziła ją głośna rozmowa dwóch damskich głosów. Megan i Chloe. Musiały się pogodzić. Mara zdała sobie sprawę, że czaszka pęka jej na pół. Zacisnęła usta i czekała, aż dziewczyny wejdą. Zawsze przebierały się długo. Tym razem, poszło im to szybciej i w końcu narzekająca Megan i tętniąca życiem Chloe weszły do szatni. Odłożyły rzeczy i wyszły, nawet jej nie zauważając. Co jest?
Mara spojrzała na zegarek. Za dwie minuty ósma. Rozjarzała się po szatni. Wszyscy zostawili swoje rzeczy i poszli na lekcję. Nawet jej nie obudzili. A może to ona spała za mocno?
Wstała, czując, jak kręci jej się w głowie i truchtem pobiegła na salę gimnastyczną. Gdy weszła, wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jak ona na tego nienawidziła. Tych wzroków pełnych współczucia. Nie jest ostatnią sierotą.
Jednak piłkę na rozgrzewce odpijała jak w letargu, nie wiedząc co się właściwie dzieje. Raz prawie dostała piłką w głowę od Logana. Chloe odpłaciła mu się pięknym serwem w twarz. Kosztowało ją ta trzydzieści pompek, ale drwiący uśmieszek nie schodził jej z twarzy. I gdy wychodzili pod koniec lekcji, Jerome podstawił nogę Sorenowi. Klnąc i wyzywając chłopak ruszył do szatni. Mara, pomimo tego, ze czuła się prawie nieprzytomna zauważyła w oczach Clarka cień, który zniknął, gdy uśmiechnął się do jej pokrzepiająco i poszedł się przebrać. Dziewczyna została sama.
Gdy się przebierała, szumiało jej w uszach. Nie wiedziała co się dzieje, nigdy się tak nie czuła. Nigdy nie miała wrażenia, że ziemia usuwa się z pod jej stóp, ale ona nadal po niej idzie. Jako ostatnia wszyła na korytarz. Panował tam gwar rozmów i było duszno. Jaffray czuła jednak coś innego. Widziała przebłyski światła, potem robiło jej się ciemno przed oczami i znowu widziała normalnie. Raz słyszała szepty, drugi raz krzyki, a potem ciszę.
Zauważyła dwie znajome sylwetki i zaczęła iść w ich stronę. Megan i Chloe. Znowu na nie wpadła. Chwyciła obydwie za ramiona i wtedy odleciała.
Została wydarta z własnego ciała.
Mara zacięła mocno powieki, czując tępy ból w tle swojej głowy. Powoli otworzyła jedno oko, które zalało słoneczne światło. Zrobiła to samo z drugim i przez chwilę mrugała powiekami, by uzyskać ostry obraz.
Znajdowała się na osiedlu zalanym słońcem, z oddali było słuchać morze. Małe dzieci biegały naokoło niej, nie zauważając nowo przybyłej, a znudzeni rodzice obserwowali je, powoli usypiając pod cieniami drzew. Znajdowała się na placu zabaw. A raczej obok, bo stała na chodniku, rozglądając się dookoła. Nagle dostrzegła dwie sylwetki - matkę i córkę - idące z zawziętością ku niej. Mała istotka, wyglądająca na sześć lat, tupała z zawziętością i wymachiwała rękami. Wyglądałaby jak mały żołnierz, ale cały efekt psuła żółta sukienka w czarne kwiatki. Za nią, z niecierpliwieniem na twarzy, szła jej matka, próbując przemówić córeczce do rozsądku. Przeszły obok Mary, nie zauważając jej zupełnie. Ale Jaffray ruszyła za nimi.
-Skarbie, muszę iść do pracy - powiedziała słodkim głosem kobieta. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, włosy miała czarne do ramion i piwne, duże oczy - Meggie, nie mogę się spóźnić.
Meggie. Mara spojrzała zdumiona na twarz córeczki. Dziewczynka miała ciemne, brązowe włosy, małe usteczka i różowe policzki. O Boże, widziała małą Megan. A ta kobieta to jej matka.
-Nie - odpowiedziała dziewczynka i skręciła do bramy, prowadzącej na plac zabaw. Mara ciągle szła za nimi - Ona musi tu być, musi.
-Kochanie - pani Grant uklęknęła przy Megan i złapała ją za małe rączki - Jeżeli chciałaś ze mną iść na plac zabaw, to wystarczyło powiedzieć, a nie uciekać z domu, żebym poszła za tobą.
-Jakaś ty mamusiu głupia - Megan przewróciła oczami w charakterystyczny dla niej sposób, jaki Jaffray znała - Widziałam ją we śnie, ona musi tu być.
Po czym zaczęła się z zawziętością wyrywać i szukać wzrokiem jakieś osoby.
-Meggie...
-Mamo! Patrz! To ona! - krzyknęła dziewczynka i wyrwała się matce z ramion, biegnąc do jasnowłosej dziewczynki. Jaffray razem z panią Grant szybko poszły za nią. 'Ona' trzymała wielkiego, czerwonego lizaka i trzymała się rączki mamy. Mara ja rozpoznała. Te same oczy, ten sam nos.
-Cześć - przywitała się Megan z uśmiechem na ustach - Zostaniemy przyjaciółkami?
Mara razem z panią Grant dobiegły do mini Meggie. Jaffray zauważyła, jak źrenice matki jej przyjaciółki, powiększają się i twarz zaczyna blednąć na widok mamy blondynki. Co dziwne, ta druga też wyglądała na przestraszoną i zdezorientowaną.
-Dlatego że mam lizaka? - mała Chloe spojrzała spod łba na roześmianą brunetkę.
-Nie, dlatego że widziałam cię we śnie. Wyglądałaś jak aniołek.
Ale dowaliła. Mara spojrzała na dwie sześciolatki. Nie wydawały się zażenowane sytuacją, ale ich matki tak - obydwie starały się na siebie nie patrzeć.
-Aaaa - Chloe głęboko się zastanowiła, co wyglądało niesamowicie uroczo i polizała lizaka - Skoro tak, to dobra.
Chloe wyciągnęła rączkę do Megan, poprzednio puszczając rękę matkę. Nawet się nie spytała, czy może się pobawić z nieznaną dziewczynką gadającą bzdury. Mara chciała iść za nimi, ale jakaś siła kazała jej zostać. Gdy małe odeszły na dość dużą odległość, pani Grant odwróciła się do matki Chloe. Była wściekła.
-Dlaczego nic nie zrobiłaś? - warknęła.
-To samo chciałam się spytać ciebie, Margaret - kobieta odgarnęła jasne włosy z twarzy - Dlaczego nic nie zrobiłaś, żeby je powstrzymać?
-Czyli to moja wina - pani Grant prychnęła - Charlotte proszę cię.
Pani Tyson zacisnęła wargi. Nie wrzeszczały, tylko prawie że szeptały. Mara zauważyła, że boją się, że ktoś je usłyszy.
-Czemu nas nie poinformowałaś, że twoje dziecko ma koszmary?
-Bo to MOJE DZIECKO! - Tym razem Margaret krzyknęła, po czym się opamiętała - Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
-Margaret... - ton głosu Charlotte był spokojny - Dobrze wiesz, że to kiedyś musi się stać. Może to nie jest to pokolenie. Może następne.
Pani Grant pokiwała ze smutkiem głową i cicho oznajmiła.
-Musze iść do pracy... - podniosła oczy i przywołała uśmiech, krzycząc - Meggie, musimy iść!
Dziewczynki prawie natychmiast się zjawiły. Z tymi iskierkami w oczach. Mara tak dobrze znała te spojrzenia. Do dzisiaj tak wyglądają, jak się śmieją. Tyle, że są starsze.
-Ale przyjdziesz jutro? - spytała Chloe wciągając rączkę - Przyrzekasz na mały paluszek?
-Na mały paluszek - Megan wyszczerzyła się i wyciągnęła paluszek - Przyjaciółki na zawsze.
Margaret Grant wciągnęła głośno powietrze i spojrzała na matkę Chloe. Ta jednak wzruszyła ramionami jakby chciała powiedzieć: 'Trudno, stało się'. Każda z dziewczynek chwyciła rękę mamy i każda para poszła w przeciwne strony. Mara usłyszała tylko, jak Megan poucza matkę:
-Mamo, nie nazywaj mnie Meggie, jestem już dorosła.
Obraz zaczął się rozpływać i znowu musiała zacisnąć powieki, by nie oślepiło jej białe światło. Ty, razem już nie bolało, poczuła się tak, jakby budziła się ze snu. Powoli, bez nerwów.
-Maro, Maro?!
Dziewczyna otworzyła oczy. Znowu była w szkole. Do jej uszu dobiegł huk i strzępy rozmów. Patrzyła na wystraszone twarze siedemnastoletnich Megan i Chloe, z rozszerzonymi źrenicami i strachem na twarzy.
-Wszystko w porządku? - spytała Chloe z lekkim drżeniem głosu - Jesteś blada. Słabo ci?
Mara czuła, jak dolna warga jej drga. Szybko puściła ramiona przyjaciółek, które dotąd mocno ściskała, odwróciła się na piecie i uciekła, znikając w tłumie.
Zabrzmiał dzwonek na drugą lekcje.

***

Patricia Williamson siedziała w swojej ławce obok Amber. Blondynka na siłę pchała się na puste miejsce, a rudowłosa nie chciała dzisiaj ściągać na siebie uwagi.
Nauczyciel coś mruczał przy tablicy, ale dziewczynę niezbyt to obchodziło. Zasłoniła się piórkiem i udając, że tępo patrzy się w podręcznik, przeglądała gwiazdozbiory. A dokładnie zdjęcia i opisy gwiazd, szukając choć małego kawałka, który wyglądałby jak ten z koperty.
Ta zagadką ją denerwowała. Nie mieli żadnej wskazówki, tylko jakieś stare, śmierdzące pergaminy, na dodatek czyste. Patricia chciała je wyrzucić, ale Fabian jej zabronił, obiecując, że w wolnym czasie je przeglądnie.
Swoją cześć zadania, tą w szukaniu tajemniczego znaku oddał Eddiemu. Sam Fabian nie mógł się skupić na niczym innych, jak na księdze, którą znaleźli. Tak wiec Patricia, chcąc nie chcąc, kazała swojemu chłopakowi sprężyć się i znajdzie ten cholerny znak, zanim ona znajdzie prawidłową sekwencję gwiazd.
Większość gwiazdozbiorów już przeglądnęła. Zostały jej raptem dwa duże i kilka małych. I miała nadzieje, że szybko upora się z tym zadanie i w końcu spokojnie się wyśpi.
Dlaczego zawsze ona? Najpierw Rufus, potem Robert (a przy okazji dowiedziała się, że jest jakimś tam potomkiem, co jej nawet nie satysfakcjonowało ) teraz jakaś tajemnicza postać. I weź tu człowieku żyj normalnie.
Zapisała sobie symbol na kartce. Pięć gwiazd wokół jednej dużej, powiązane sznurami. Tych 'sznurków' na zdjęciach raczej nie będzie. Patricia ze skupieniem przeglądała każdą sekwencje gwiazd ze dwa razy. Amber wierciła się obok niej, co rozpraszało jej uwagę, na szczęście nie gapiła się co robi. Od jakieś czasu nie była wścibska, co tak na marginesie Patricii nie przeszkadzało. Przynajmniej nie musiała zbywać dodatkowych osób. A co do Logana... Tą sprawą ma się zając Jerome i Alfie. Ale ona jakoś im nie ufała. reszta Sibuny przyjęła ten pomysł jak błogosławieństwo z nieba, bo sami nie umieli ruszyć łbami by coś wymyślić. Ale Megan i Alfie musieli nieźle nagadać Clarkowi, który teraz zgrzyta zębami za każdym razem, jak Soren przechodzi obok niego.
Szykuje się zemsta.
Ziewnęła. Często ziewała na lekcji, nic nie było godne jej uwagi. Za bardzo starała się znaleźć ten głupi gwiazdozbiór, nie miała podzielności uwagi. Mieli biologię. A na biologii zawsze są jakieś głupie teksy. Zawsze.
Tym razem przypadło to Willow:
-Proszę pana, a co trzeba zrobić, by amputować nogę? - spytała podnosząc rękę.
-No cóż, powodów jest wiele. Na przykład obumarcie komórek, gdy przed długi czas krew nie dopływa do tkanek i...
-A ja mam pomysł - odezwała się Patricia - Amputujmy teraz nogę Loganowi, zobaczymy co się stanie!
-Jestem za! - Jerome poderwał się z krzesła, po czym cała klasa się ożywiła i zaczęły się rozmowy. Zaczynało się tak : Alfie przybijał ze wszystkimi piątki, Megan głośno wzdychała i chowała twarz w dłonie, Fabian przewracał oczami, a Willow cieszyła się jak idiotka. Ale czegoś tu brakowało : nikt nie uspokajał Jeroma. Patricia rozejrzała się po sali - nie było Mary.
-Spokój! - warknął nauczyciel, uderzając wskaźnikiem w blat biurka - Nawet gdybyśmy to chcieli zrobić, nie mamy powodu...
-Ja mogę dać panu powód! - Lana krzyknęła i wyszczerzyła idealnie białe zęby.
- ...ani zgody...
-Udzielam zgody - wrzasnął Eddie - Mogę go nawet przytrzymać.
-... ani specjalistycznych narzędzi, by wykonać zabiegu.
Klasa westchnęła zawiedziona, ale Chloe powstała i chwyciła za plecak.
-A to się da załatwić - powiedziała ucieszona i wyciągnęła siekierę z plecaka. Cała klasa krzyknęła, rozległy się śmiechy. Tylko nauczyciel i sam Logan parzyli z kamiennymi wyrazami twarzy na wyszczerzoną blondynkę, trzymającą w dłoni siekiery. Patricia wychyliła się, żeby lepiej widzieć i gdy zaczęła klaskać, przesunęła obraz w swojej komórce. Spojrzała przerażona na obraz. Cała jej praca, całe przeglądanie mapy poszło w diabli, a ona musi zacząć od począt...
I nagle zamarła. Przez przypadek znalazła coś, co szukała. I nie chodziło tutaj o miłość, bo zwykle w książkach to zdanie kończy piękną miłosną historię.

***

Mara odkręciła kran i przepłukała twarz lodowatą wodą. I jeszcze raz, i jeszcze raz, by się obudzić. Cały ból odszedł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głowa już jej nie pękała na pół, widziała i słyszała normalnie. Czuła się zaskakująco normalnie. W sensie fizycznym.
A w sensie psychicznym była w szoku. Co to w ogóle było? Wizja przeszłości? Była jakąś cholerną wróżką, jak w tych przygłupiastych programach telewizyjnych, do których dzwonił Alfie? Nie, przecież one przewidywały przyszłość. A przynajmniej tak utrzymywały. Stare naciągaczki.
 Mara zakręciła wodę i spojrzała w zaskakująco czyste lustro w łazience. Była blada, jej wielkie czekoladowe oczy wyglądały na nienaturalnie duże, tusz do rzęs został rozmazany po całej twarzy. Podsumowując - wyglądała żałośnie.
Wyciągnęła z torby drżącymi dłońmi chusteczki i wyjęła jedną. Zaczęła zmywać tusz z policzek i spod oczu. Robiła to delikatnie i powoli, po czym wyrzuciła chusteczkę do kosza i zacisnęła mocno palce na umywalce, do tego stopnia, że zaczęły ją boleć. Ale ból utrzymywał ją przy rzeczywistości, bo przecież był realny.
Widziała małą wersję Megan. Widziała samą Megan. I Chloe. Widziała wspomnienie, które kłębioło się w głowie dziewczyn. Przypomniała sobie słowa Tyson i Grant, o których powiedziała jej Patricia.
Nie pamiętam jak się poznałyśmy, ale z opowieści naszych rodziców w dość nietypowy sposób.
Byłabym wdzięczna, gdybyś nie opowiadała o naszym dzieciństwie. Możesz opowiadać o swoim ale nie o moim...
Nie chodziło tylko o dzieciństwo, Mara to czuła. Megan mogła być cholernie radosna, pozytywna aż do bólu, ale nie zmieni tego, co się kiedyś stało. Może to zatuszować, nakłamać im w twarz, ale nie zmienić. I Chloe tak samo. Obie przyjechały tu z jakieś powodu, a nie dlatego, ze chciały to zrobić. Były zmuszone.
Osunęła się powoli i usiadła opierając się plecami o ścianę. Skąd ona to wiedziała? Była medium czy co?
Któraś klasa zaśmiała się. Wybuchła śmiechem.
Mara zacięła powieki i odetchnęła głęboko. te przebłyski, te szumy i szepty. To nie było normalne. Ona zaczyna wariować. Widzenie czyiś wspomnień nie jest normalne. Ale jedna myśl nie dawała jej spokoju: czy potrafi czytać wspomnienia innych osób, czy to po prostu był jakiś udar albo przywidzenie.
Skarciła się w duchu. Jak może o tym myśleć? Ale z drugiej strony to było zbyt realne, by mogło być przywidzeniem. To namacalne wspomnienie. I  imiona też się zgadzały. Mara wiedziała, ze pani Grant ma na imię Margaret, a mama Chloe - Charlotte. One się znały przed tym spotkaniem córek.
Nikt nie będzie decydował o losach mojego dziecka, tym bardziej jakieś truposze.
O Boże, ona szaleje. Zmarli decydowali o losach małej roześmianej dziewczynki. To jest więcej niż szalone. To jest szalone i głupie.
-Przestań o tym myśleć! - warknęła i przyłożyła sobie w twarz. Ból był realny. Miejsce, w którym jej ręka spadła z impetem, piekło. Mara dźwignęła się z podłogi. Na prawym policzku miała czerwony ślad. Spojrzała w swoje czekoladowe oczy. Jak to mawiała jej babcia? A tak. Jeżeli czujesz do czegoś powołanie, nie patrz w przyszłość, nie przejmuj się opina innych, którzy mówią, że jesteś szalona. Wszyscy są szaleni i nie rozumiem, dlaczego niektórzy to ukrywają. Zapomnij o wszystkim i rób co kochasz.
Mara chwyciła za torbę i zawiesiła ją na ramieniu. Ustosunkuje się tylko do jednej części tej rady.
Zapomnij o wszystkim.

***

-Czemu mnie uderzyłaś w twarz?
-Pieprz się.
-Odpowiedz mi, słodka pani Tyson.
-Czego kurduplu nie rozumiesz w słowie pieprz się?
Chloe odwróciła się gwałtownie i omal nie wpadła na Logana, który łaził za nią. Co za tępy człowiek.
-Brzydzę się przemocą - odpowiedział chłopak uśmiechając się. Sięgnął do dwa pasma, które opadły dziewczynie na policzek i założył za ucho - Chce tylko wiedzieć.
Dziewczyna strąciła jego dłoń ze swojego ramienia, po czym podeszła blisko, bardzo blisko, tak, ze czuła jego nierówny oddech na swoich ustach. Przymknęła oczy i szepnęła:
-Pieprz się.
Odepchnęła go z całej siły, ale on tylko cofnął się o parę kroków. Ale to i tak usatysfakcjonowało dziewczynę. Odwróciła się na pięcie i poszła dalej pustym korytarzem. Logan dobiegł do niej.
Nienawidziła dawać korepetycji. A to, ze została powołana do opieki nad tym gamoniem, to już nie jej wina, tylko tego starego grzyba. Megan dostała Fabiana, a ona tego matoła. Tylko Megan chciała się czegoś nauczyć, a przynajmniej tak twierdziła. Po prostu czasami urywał jej się kontakt. A Logan? Soren do zupełnie inna bajka. Był tu, bo musiał. Dla Chloe był jak upierdliwy kot, którego ma ochotę kopnąć, bo plącze jej się pod nogami.
Weszli do pustej klasy. Logan usiadł na biurku i obserwował, jak Tyson zapisuje liczby. I Chloe miała nadzieje, ze patrzył się na jej rękę a nie na inna cześć ciała. Rzuciła mu kredę.
-Rozwiąż to. Muszę wiedzieć, ile umiesz, a napewno dużo tego nie będzie.
Logan podszedł do tablicy i zaczął niezdarnie pisać liczby. Co za debil. Megan przy najmniej rozwiązywała proste równania, a nie tak jak on. On nawet musiał dodawać na palcach.
Nie był taki zły. Chloe na początku roku uznała, że nawet jest spoko, gdyby nie był tak pyskaty i arogancki. A ona tych dwóch cech nienawidziła. Tyle w temacie.
Przyglądała się z krzywym uśmiechem, jak liczy. Podrapała się w nos i przyznała, że nie jest tak źle jak sądziła na początku. Przynajmniej chłopak umiał pisać, a to już na jego pozom było dobrze. Umiał napisać ósemkę. Chloe byłaby pod wrażeniem, gdyby była w przedszkolu, a nie w ostatniej klasie liceum.
-Uroczo - powiedziała - Liczysz na palcach.
-Ja cały jestem uroczy - odpowiedział Logan, posyłając jeden z słodkich uśmiechów. Chloe przewróciła oczami.
Te pół godziny minęły bardzo powoli. Gdy Chloe wychodziła z sali, czuła się, jakby tłumaczyła Megan przez trzy godziny, jak się rozwiązuje równania. Masakra, jakby powiedziała to jej przyjaciółka. Tak więc w pół do czwartej, Tyson wyszła z budynku szkoły i ruszyła w stronę domu.
Zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie w tej szkole. Najpierw każą się im trzymać razem, potem rozdzielają nic nie tłumacząc. Jaki ona czuła wtedy żal do swoich rodziców... Musiała być z Megan, obiecała jej to. Dziewczyna za dużo przeszła, a ona jej w tym towarzyszyła, więc zostawienie jej bez powodu było chamskie. Ale Grant sobie radziła, co ja cieszyło. Nadal trzymały się razem.
Przyjaciółki na zawsze. Na dobre i na złe.
To zwykle był ich tekst. Jak sobie coś obiecywały albo musiały stawiać czemuś czoło, zawsze to sobie mówiły. To było tak jak małe zaklęcie.
Megan nie lubiła wspomnień. Za bardzo ją obciążały, przygniatały. Za bardzo się im poddawała, nie umiała z nimi walczyć. A Chloe była jej aniołem stróżem. Pomagała, gdy ta upadała. I też tak było na odwrót.
Nagle poczuła, że łzawią jej oczy. Płakała, nawet nie wiedziała kiedy zaczęły. Tak bardzo chciały o tym wszystkim zapomnieć.
-Hej... - usłyszała za sobą głos Logana. Odwróciła się, żeby mu powiedzieć, żeby spadał. Ale on zrobił coś, czego się nie spodziewała. Objął ją i przytulił. Przez chwile stała jak idiotka, potem go objęła. Pachnął męskimi perfumami, lasem i jeszcze czymś, ale ona nie chciała o tym myśleć. Teraz to się rozbeczy jak dziecko.
Stali tak przez chwilę, aż całkiem zdrętwieli. Odsunęli się od siebie, a on zatarł z jej policzka łzę. To sprawiło, że zapłonęła do niego sympatią. Uśmiechnęła się delikatnie, czekając aż zabierze dłoń z jej policzka. Ale tego nie zrobił. Zamiast tego, delikatnie pieścił jej policzek kciukiem. Spojrzała w jego oczy. Te cholernie błękitne oczy, w którym mogła by utonąć. I nie zobaczyła w niej arogancji. On też czuł to co ona, za dużo czasu widziała oczy Megan z tym samym błyskiem. Ale teraz nie miała najmniejszej ochoty myśleć o przyjaciółce.
Pochylił się nad nią i przez chwilę zawahał się z ustami nad jej ustami. Bał się, że go odepchnie. Że odwróci głowę i ucieknie. Ale ona nie miała zamiaru uciekać. Jego otwarte oczy badały jej szare, szkliste oczy. Nie wiedziała co się dzieje. Czuła, jak rytm serca jej przyśpiesza. Delikatnie przymknął powieki i dotknął jej różowych ust. Ona tez zamknęła oczy. Przywarł ustami do jej ust. Chloe nigdy wcześniej się nie całowała, nie wiedziała jak to się robi. Ale poczuła się niezwykle lekka. Logan położył płaską dłoń na je plecach, przysuwając ja do siebie bliżej. Krew szumiała jej w uszach, objęła jego szyję, przyciągając go mocniej do siebie. Jego pocałunki był całkiem inne niż on. Jego temperament był ognisty, nie umiał się opanować. Tymczasem jego pocałunki były jak czyste powietrze, jak orzeźwiająca woda. Ale i tak przyprawiały ją do obłędu. Lewym kciukiem nadal pieścił jej policzek, prawą rękę zanurzył w jej złocistych włosach. Ona wodziła dłońmi po jego ramionach, błagając Boga, by nie przestawał.
W końcu, po kilku chwilach, może minutach lub słonecznych dni oderwali się od siebie. Przez chwilę nic nie mówili, tylko na siebie patrzyli. W końcu Logan odezwał się lekko zachrypniętym głosem:
-To co? Umówisz się ze mną?
Chloe uśmiechnęła się lekko i z ustami przy jego ustach, szepnęła:
-Pieprz się.
Po czym znowu go pocałowała.



To nie jest ten super seksowny pocałunek, który napisałam wcześniej. Żeby nie było.
Mój najdłuższy rozdział ever, żebyście się na mnie nie gniewali. No :)
I szczerze powiedziawszy, jestem z niego całkiem zadowolona. Przyjemnie mi się go pisało.\
Nigdy się nie całowałam, nie wiem jak to jest, więc sorry, musicie się zadowolić moim kiepskim doświadczeniem w całowaniu. Jedyne co wiem o całowaniu, to wiem z książek. Nie całują się w książce - książka jest nie ciekawa.
Żartuje, całowałam się z Bradem.
Kabum! Ale was zatkało :) Wasze miny są bezcenne *u*
Paskudnie się uczuje, zostałam dziś w domu, brzuch mnie tak bolał ze masakra.
Zostało 8 dni do niesamowicie zajebistego koncertu mojego aniołka Brada na którym rozpierniczy głośniki, bo będzie tak zajebisćie. No.
I mam pomysł na drugą księgę. Ta jest pierwsza, niedługo będzie koniec pierwszej części. Plan jest w planowaniu. Opss. 
Naprawdę muszę do łazienki, ale dokończe moją super zajebiszczastą przemowę, a co.
Dostałam 5 z fizy, możecie mi kupić prezent. Mamusia przyszła z wywiadówki i podsumowując : mam jedną jedynkę, jedną dwójkę, dwie tróje, szesnaście czwórek, czterdzieści cztery piatek i trzy szóstki. Musiałam się pochwalić.
Krzyczą za mną w szkolę Brad Kavanagh, a jak coś chcą, to mówią do mnie największo fanko Brada Kavanagh. To takie żałosne i słodkie zarazem. Ale i tak ich nie lubię ^^
Zapomniałam o Amfie. Znooowu :(
Okey, to ja może pójdę do tej łazienki. Pisze rozdział od ponad trzech godzi, a to daje w kość ♥


Bey. Kocham was
Joylitte 
xoxox


P.S. Waldzo spłoń!

sobota, 16 listopada 2013

039. Rozdział trzydziesty dziewiąty

Mara spojrzała z politowaniem w górę i pokręciła głową. Niby są przyjaciółkami, ale kłócą się o każdą głupotę, wrzeszczał jak małe dzieci i jak małe dzieci robią tyle hałasu. Chloe zawsze tak działała na Megan - pobudzała ją do życia. Mara cieszyła się, że blondynka tak na nią działa. Ostatnio była przygaszona, za bardzo się zamartwiała. Ale w sumie, to właśnie to sprawiło, że się ze sobą zżyły. To Megan pierwsza poznała jej sekret, to ona pierwsza objęła ją i pocieszyła, gdy nikt inny tego nie zauważył. Jaffray była za to jej wdzięczna całym sercem. Miała do przyjaciółki wiele cierpliwości, ale w takich warunkach nie da się uczyć. Zatrzasnęła książkę i wstała z kanapy, ignorując westchnienie Amber, że raczy się pofatygować. Chloe przychodziła raz na jakiś czas, więc było to do zniesienia. Każdemu należny się jakaś mała nuta szaleństwa.
Wchodząc po schodach, hałas narastał. I nagle cisza. Zawsze tak było - faza głupawki przeszła. Ale Mara i tak zapukała do pokoju po czym weszła. Bałagan. Jeden wielki bałagan. A w środku tego bałaganu siedziały dwie dziewczyny. Mara westchnęła.
-O co tym razem poszło?
-Nieważne - mruknęła Chloe i zmrużyła oczy, jakby ją raziło słońce - Allison przyjdzie za pół godziny, miałam ci to przekazać.
-Mhmm. - Mara podniosła z podłogi figurkę aniołka i położyła ją na półce. Przyjrzała się jego dziecinnej twarzy: duże, niebieskie oczy, małe usteczka i duże policzki. Nigdy nie przepadła za tymi sztucznymi figurkami z dwoma piórami zamiast skrzydeł. Odwróciła twarz od przesłodzonej twarzy. Chloe podnosiła się z podłogi. Już wychodziła? Potrafiła siedzieć tutaj godzinami, a dzisiaj po piętnastu minutach ma dość swojej przyjaciółki? Tyson mruknęła 'cześć' i wyszła. Megan nadal siedziała, patrząc się w nicość. Jaffray usiadła na przeciw niej, tak, że jej oczy spoczywały na niej.
-Coś ty jej znowu zrobiła?
-Ja? - Megan spojrzała na nią z słabo udawaną niewinnością - Ja? Ja nic nie zrobiłam, to ona zaczęła.
Mara westchnęła w duchu. Czasami jej nie rozumiała.

***

-Znalazłeś coś?
-Nie.
-Jesteś pewny?
-Tak.
Minęła chwila ciszy, po czym Eddie znowu zagadał swojego współlokatora.
-A teraz?
-Eddie! - warknął Fabian podnosząc wzrok - Może byś sam zaczął szukać?
Eddie wzruszył ramionami i ugryzł jabłko, zaglądając przez ramie Patricii, która też przyłożyła się do poszukiwań. Na razie księgę z dyskiem słonecznym schowali w bezpiecznym miejscu, czyli pod obluzowaną deską obok łóżka Millera. Teraz zajęli się sprawą listu. Williamson, która zabrała się za przeszukanie gwiazdozbiorów. Na kolanach obok laptopa leżała kartka z sześcioma gwiazdami.
-A ty coś znalazłaś? - spytał Eddie, gryząc owoc.
-Jeśli się nie odsuniesz, przysięgam, wsadzę ci to jabłko w wiadome ci miejsce - warknęła Patricia i obdarzyła go morderczym spojrzeniem. Deszcz zaczął bębnic w szybę i spływać po niej leniwymi strumykami. Jak on mógł sobie siedzieć i najnormalniej w świecie jeść jabłko, jak ona i Rutter zasuwali, żeby znaleźć coś, cokolwiek, co by przydało się w rozwiązaniu zagadki? Prawdopodobnie wyczytał z jej twarzy to co myślała, bo wstał, wyrzucił ogryzek do kosza i stanął przed nią z założonym rękami.
-Zadowolona?
-Bardzo- warknęła i opuściła wzrok na monitor. Ale Miller nadal stał. - Co się gapisz? Może wziąłbyś się do roboty?
-I tak nic nie znajdzie - mruknął Fabian kartkując jakąś obszerną księgę.
-Dzięki za wiarę. - mruknął do Ruttera odwrócił się do Patricii - Niby co mam szukać? Warczysz na mnie, że nic nie robię, a jak chce coś znaleźć to...
-Nie ględź - mruknęła dziewczyna pocierając sobie skronie - Znajdź symbol, który nosi Alfie.
-Ja go szukam! - odezwał się Fabian z urazą w głosie.
-A znalazłeś coś? - spytała, a gdy odpowiedział jej mruknięciem, odpowiedziała - No właśnie. Eddie, rusz tyłek i zacznij szukać. Ja muszę iść.
Wstała i zanim chciał zaprotestować, wyszła z pokoju. Akurat wtedy, jak Logan z popcornem powoli wszedł do pokoju i teatralnie zamknął drzwi. Fabian rzucił się na papiery, by je szybko schować, a Eddie oparł się o ścianę i obserwował jego twarz. Coś się szykowało.
-No, to jak wam się udał spacer do lasu? - spytał Soren, siadając na swoim łóżku - Fajnie było?
-Śledziłeś nas? - spytał Fabian z lekką nutą rozdrażnienia w głosie. A Eddie zaklną w duchu. Patricia mówiła, ze ktoś za nimi szedł. Mówiła, że to nie dobry pomysł, ale jej nie posłuchali. Świetnie.
-No wiesz, jak trzech kolesi i trzy laski chodzą po lekcjach do lasu, ktoś może podejrzewać, że coś knujecie.
Eddie zerknął ukradkiem na Fabiana, który słuchał z kamienną twarzą. jego lewa ręka zastygła na klawiaturze laptopa. Logan uśmiechnął się promienie, zadowolony z siebie.
-No, to zawrzyjmy umowę. Ja nic nikomu nie powiem, no może prócz babci, moja babcia jest spoko. - wepchnął sobie do ust trochę popcornu - A wy będziecie robili za mnie zadania domowe i odbębniali dyżury. To jak?
Fabian nadal się nie porusz, tak samo Eddie. Niby co mieli zrobić? Żadne negocjancie nie wchodziły w grę. Albo się zgodzą, albo stracą wszystko. Rutter spojrzał na niego, a on już wiedział, czego chłopak oczekuje. Żeby coś zrobił. Ale nic mu nie przychodziło na myśl, więc tylko kiwnął głową.

***

Amber chodziła w tę i z powrotem, tak, ze od obserwowania jej Megan rozbolała głowa. Posprzątała już bałagan, który zrobiła razem z Chloe i teraz cała Sibuna spotkała się na zebraniu. Przekazanie informacji, że Logan ich nakrył, przypadła nieszczęśliwemu Fabianowi, który teraz zbierał baty to od Amber, to od Patricii. Alfie stał z ponurą minął i obserwował, jak obcasy Amber stukają o panele. Patricia stała przed chłopakami z założonymi rękami i zgrzytała zębami.
-Jak mogliście dać się oszukać! - warknęła.
-Ja nie będę zmywać naczyń, myślicie, że te manicure był za darmo? - spytała Amber zaciskając usta.
-On nic nam nie mógł udowodnić, a wy tylko potwierdziliście jego domysły.
-To nie do pomyślenia, moje ręce nie są przyzwyczajone do pracy.
-Jesteście gorsi niż małe dzieci!
Fabian był cały czerwony na twarzy i nerwowo wyginał palce, a Eddie po raz pierwszy czuł się zakłopotany. Megan stwierdziła, że ta scena fajnie wygląda. Jakby byli małżeństwem i kłócili się o jakąś głupotę. Grant spojrzała na Alfiego, który siedział zamyślony. Gdy zauważył, że się na niego gapi, uśmiechnął się tajemniczo. Megan spadł kamień z serca i odwzajemniła uśmiech. I na jej nieszczęście, Patricia to zauważyła.
-Co się szczerzysz? - warknęła - Nie widzisz, że to poważna sprawa.
-A od kiedy to my traktujemy Logana poważnie? - spytała Megan i spróbowała podnieść jedną brew, ale jej się nie udało. Zresztą jak zwykle.
-Więc co proponujesz? Mamy go olać? Wątpię, poznałam trochę Logana - odpowiedziała Williamson i zignorowała podejrzliwe spojrzenie Eddiego - Łatwo nie odpuści.
-No to go wykiwajmy - odpowiedział Alfie, podnosząc wzrok - Pobawmy się z nim.
-Nie mówisz poważnie - Amber przystanęła i spojrzała na chłopaka - To się źle skończy. Niby kto ma go wykiwać?
-Znam takich dwóch przystojniaków... - Megan rozejrzała się po obecnych roziskrzonym wzrokiem. Jak widać, tylko Alfie załapał o co jej chodzi.

***

Jerome siedział na łóżku i lustrował wzrokiem Alfiego, który nie przestawał się szczerzyć. Chciał ocenić, czy chłopak mówi prawdę. Megan opierała się o drzwi, powołana na światka przestępstwa.
-Poważnie tak powiedział? - spytał Clarke i kopnął małą piłeczkę, która leżała przy jego stopie - Logan?
-Oj tak... - odpowiedziała Megan, z wielkim zainteresowaniem przyglądała się paznokciom - Dodał jeszcze, że masz tyle żelu na włosach, że trudno ocenić, czy je w ogóle myjesz.
Alfie pokiwał entuzjastycznie głową i dodał od siebie:
-Mówił jeszcze, że od jutra zacznie zbierać od każdego w szkole składkę, a potem ci ją przekaże na fryzjera.
-Uznaliśmy, że powinieneś wiedzieć - Megan wzruszyła ramionami i poprawiła włosy. Alfie wyglądał tak, jakby się wahał, czy jeszcze coś powiedzieć. Clarke to zauważył i posłał mu spojrzenie, pod którym Alfie się ugiął i cicho powiedział:
-Jeszcze do tego oznajmił, że się nie dziwi, dlaczego Mara od ciebie odeszła. Że nie jesteś jej wart.
Megan syknęła i posłała Lewisowi mordercze spojrzenie. Jerome wyglądał, jakby ktoś uderzył go w twarz. Jego usta były zaciśnięte w wąską linię, a oczy wydawały się jeszcze bardziej intensywniej błękitne niż zwykle. Wahał się przez chwilę, po czym zapytał zdecydowanym głosem:
-To co robimy? Musimy go na czymś przyłapać?
-Zemsta nie jest dobrym wyjściem za wyrządzone krzywdy - przypomniała mu cicho Megan, po czym umilkła spiorunowana spojrzeniami chłopców. Usiała na skraju łóżka i wyjęła telefon.
-Czyli robimy za detektywów? - spytał z entuzjazmem Alfie - Mogę pożyczyć od Willow aparat i dyktafon.
-Dobra. - Jerome uśmiechnął się złośliwie - Przy okazji nagramy, jak Fabian śpiewa pod prysznicem. Może zrobi za nas zadanie z historii, mam po po dziurki w nosie tej głupiej wojny. A teraz Megan... - zwrócił się do dziewczyny, która szybko schowała telefon - ... wyjdź. To są męskie sprawy.
-Pff... - Grant teatralnie wstała, zatrzepotała rzęsami i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Uśmiechnęła się do siebie, zrobiła klika kroków i wpadła do drugiego pokoju chłopców. Wyszczerzyła się jeszcze szerzej i uniosła dwa kciuki w górę.

***

Straciłeś kiedyś coś? Wydawało ci się, że to już koniec, że się nie podniesiesz, że nie masz sił dalej iść?
Chciałeś zamknąć się w pokoju, zawinąć w koc i już nigdy nie pokazać się światu?
Czułeś się niekochany, oszukiwany i niepotrzebny?
Bo ja tak.
Mój ojciec zginął w pożarze budynku, w pracy. Nikt nie wiedział, jak to się stało. Prawdopodobnie ktoś podłożył ogień, uciekł i potem patrzył, jak niszczy życie innym osobom. Byłam mała, nie rozumiałam co się stało. Pewnego razu, kiedy bawiła się lalkami, zadzwonił telefon. Mama, która w tym czasie prasowała ubrania, poszła odebrać. I nie wracała bardzo długo. Ja, pochłonięta zabawom, spostrzegłam to po godzinie. Podniosłam się więc z podłogi i zręcznie omijając wszystkie swoje zabawki, dotarłam do kuchni. Mama siedziała na podłodze, oparta o szafki i płakała. Gdy mnie zobaczyła, łzy zaczęły płynąć z jej oczu szybciej i szybciej. Podbiegłam do niej i objęłam mocno. Do dzisiaj pamiętam jej ciepły, przerywany oddech na swojej szyi, smak jej słonych łez. Gdy kładła mnie spać, śpiącym głosem spytałam:
-Kiedy wróci tata?
-Kotku, on jest już w swoim domu. Tam mu nic się nie stanie, jest jednym z aniołów Boga.
-A kocha mnie jeszcze?
-Zawsze cię będzie kochał. Teraz śpij.
Gdy obudziłam się w nocy, usłyszałam, jak płacze. Byłam za mała, nic nie rozumiałam. Ale o dziwo, choć miałam niewiele lat, ten dzień utknął mi w pamięci, pamiętam każdy szczegół. Ale wspomnienia o tacie zaczynają blaknąć. Pamiętam jeszcze zapach jego perfum, przyjemne łaskotanie jego wąsów, jak całował mnie w policzek, brzmienie jego głosu. Ale zapominałam jak to jest, kiedy mnie przytulał. I jak łaskotał mnie, jak go wystraszyłam.
Teraz siedzę w internacie, przy stoliku i patrze na kartę telefonu. Kartę Joy. Odkąd znalazłyśmy ją z Marą, bez przerwy szukamy jakieś wskazówki. I w końcu się udało. Włamałam się do gabinetu dyrektora i przeglądnęła nagrania z kamer z tego dnia, gdy wyjechała. Spisałam numer rejestracyjny taksówki i dzisiaj, razem z Mara wybieramy się do Liverpoolu, by znaleźć kierowce i spytać go o kilka istotnych rzeczy.
Schowałam kartę do kieszonki i wyszłam z pokoju. Jaffray miała na mnie czekać przed domem Anubisa. Pożegnałam się Chloe i chwyciłam po swój czarny płaszczyk. Ubrałam go i wyszłam na dwór. Od razu moje policzki się zaczerwieniły, dłonie skostniały. Mogłam wziąć rękawiczki, było by mi cieplej. Jesień zawsze mnie fascynowała. To, jak liście z dnia na dzień robią się czerwieńsze, by po kilku dniach spaść na ziemię. Mimo, że większość ludzi nienawidziła deszczu i zimna, ja je lubiłam. Nie wiem dlaczego, kwestia gustu. Zawsze wolałam zimę od lata.
Mara czekała na mnie w umówionym miejscu, w czerwonym płaszczyku, który idealnie podkreślał jej oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie i razem wsiadłyśmy do taksówki, która właśnie przyjechała.
-Dokąd panienki zawieść? - spytał gburowaty kierowca, żując gumę.
-Liverpool. - odrzekła Mara, uśmiechając się  niepewnie. Zapięłam pasy i spojrzałam na Jaffray.
-Na pewno chcemy to zrobić? - spytałam, widząc troskę w jej oczach - Prawda może być bolesna.
-Tak, Allison, chce poznać prawdę.
Kiwnęłam głową i obserwowałam, jak krajobraz zmienia się. Nie było już wypielęgnowanego trawnika, tylko drzewa. Oparłam głowę o zimną szybę i przymknęłam oczy. Po chwili ktoś zaczął potrząsać moim ramieniem.
-Co? - spytałam półprzytomnie - Zasnęłam?
-Taaa - Mara zapłaciła kierowcy - Wysiadamy.
Otworzyłam drzwi i wyszłam. Nigdy nie lubiłam miast, są zbyt zatłoczone. Potupałam nogami, by się rozgrzać i ramie w ramie z Jaffrey zaczęłam przepychać się wśród ludzi. Wszyscy są tacy ponurzy...
Doszłyśmy do budynku pomalowanego na biało. Mara pewnym ruchem otworzyła drzwi i razem weszłyśmy. Po moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło.
-Dzień dobry - odrzekła wesoło do mężczyzny, który nie wyglądał sympatycznie - Czy mogłabym porozmawiać z koleżanką z właścicielem tej taksówki?
Mara podała mu kartę z napisaną rejestracją. Mężczyzna przebiegł  wzrokiem po liczbach, po tym oddał jem kartkę.
-Nie.
Płomień w oczach Mary zgasł. Kłamie, wiem to. Chwyciłam go z przodu za koszulkę i potrząsnęłam. Mimo, że wyglądał na silnego, wcale taki nie był.
-Słuchaj - warknęłam - Nie chcemy kłopotów, tylko kulturalnie porozmawiać. Więc teraz rusz dupę i go nam znajdź, albo zrobi się nieprzyjemnie.
Facet coś mruknął i wyszarpnął się. Wszedł w brązowe drzwi, po czym wrócił z kolegą. Mężczyzna wyglądał jakby miał ponad czterdzieści lat, był ubrany w zwykłe jeansy i czerwoną bluzę. Stanął z założonymi rękami i spojrzał na na mnie z wyższością a ja spojrzałam na niego, jakby był śmieciem.
-Dzień dobry - zaczęła miło Mara, a facet dopiero się ogarnął, że oprócz mnie jest ktoś jeszcze - Pamięta może pan dzień, w którym przyjechał pan do Anubisa?
-Ahh... - mężczyzna chyba był zaskoczony, że ktoś potrafi być dla niego miły - Tak, pamiętam. To nie był mój najszczęśliwszy dzień.
-A czy na dziewczynę, którą pan zabrał czekał ktoś, gdy przyjechała?
-O czym ty dziewczyno mówisz? - facet wydał się szczere zdziwiony - Nikogo nie zabrałem. Ktoś zadzwonił, a jak przyjechałem, nikogo nie było.
Mara rozchyliła usta, nie wiedząc co powiedzieć. Teraz ja przejęłam pałeczkę.
-Nikogo pan nie widział? Nastolatka, z kręconymi włosami, elegancko ubrana z walizką, prawdopodobnie płakała.
-Nikogo nie zabrałem. Tak ciężko tak zrozumieć. Z policji jesteście?
Zmarszczyłam nos. A myślałam, ze możemy się zaprzyjaźnić. Chyba wszyscy taksówkarze są tacy wredni.
-Dzięki za rozmowę - powiedziałam, po czym chwyciłam Marę za ramię i wyprowadziłam z budynku. Gdy Jaffray poczuła świeże powietrze, nieco się rozluźniła.
-Albo on kłamię, albo mówi prawdę - wykrztusiła z siebie w końcu Mara, gdy prowadziłam ją za ramię do najbliższej kafejki.
-Ale znaleziono ciało Joy... - powiedziałam cicho. Mara lekko drgnęła.
-Coś się tu nie zgadza.
Wszystko. Wszystko się nie zgadza. Wszystko jest porąbane. Weszłyśmy do kafejki pachnącej ciastkami, co było przyjemną zmianą. Zamówiłam dwie kawy i usiadłam z Marą przy jednym wolnym stoliku przy oknie. Kelnerka po kilku minutach przyniosła nam napój. Wypiłam jeden łyk naparu - od razu mnie rozgrzał.
-To musi mieć jakiś związek. - powiedziała Mara - Musi.
-No ale mamy jedną wskazówkę. Joy nie opuściła szkoły.
-Czyli ta sama sytuacja co z Lucy? - spytała i wypiła łyk.
-Tak. Chyba tego się nie da rozwiązać. Musimy się poddać.
Mara spojrzała na mnie, jakbym uderzyła szczeniaczka. Ale taka była prawda. Nie miałyśmy niczego, co by nam pomogło rozwiązać tą głupią grę. Mara pomasowała sobie skronie.
-Dobrze się czujesz? - spytałam zaniepokojona, bo cały kolor odpłyną z twarzy przyjaciółki. Pokręciła głową. Obie szybko dopiłyśmy kawę i wróciłyśmy do szkoły. Chyba nigdy nie polubię taksówek.

***

Jerome położył gorącą dłoń na czole Mary. Dziewczyna była blada, a jej czekoladowe oczy lśniły jak rozżarzone węgle. Allison robiła herbatę w kuchni, a Trudy szukała tabletek na ból głowy. Mara nie miała gorączki, ale jej oczy błyszczały, jak dwie wielkie gwiazdy. Allison przyniosła herbatę na tacy i czystą wodę dla Mary, by popiła tabletki.
-Mam nadzieje, ze to nic poważnego - odparła zaniepokojona dziewczyna.
Jerome kiwnął głową i chciał zabrać dłoń, ale Mara go powstrzymała. Spojrzał na nią zdziwiony, gdy jej dłoń dotknęła jego. Mara zamknęła oczy i zasnęła.







Nie martwcie się, kochanej Marusi nic nie będzie. 
Dawno mnie nie było. Tylko mnie nie zabijcie. Ale chyba nikt nie tęsknił. Koleżanka z ławki powiedziała mi, ze przeczytała moje całe ff. I spytała się tylko, dlaczego ja wszystkich uśmiercam. Wszystko w swoimi czasie. Przypomniałam sobie, że Marusia i Allison robią za Sherlocka. Trzeba było coś na ten temat na pisać. W następnym rozdziale będzie więcej o zagadce Patricii i Loganie. Miałam go zacząć swatać w tym rozdziale, ale sobie zapomniałam. uppsss. Mam nadzieje, ze Beata mnie nie zabije. I Rock n roll.
Mam fajny różowy lakier na paznokciach.
A Brad jedzący ciastka jest uroczy. Nie miałam dawno takiej podarki z ciastek i włosów Brada. Ameeen.

Dla sprostowania, nie pisze bloga o 1D. Jestem autorką pomysłu, moja działka to ff o HoA i tak pozostanie. Nie lubię pisać ff o gwiazdach. Zawsze pisałam tylko o serialach. Poprawka. To jedyne ff które pisałam, lool. No i je piszę. Mam zajebisty koniec, będzie bardzo płaczliwie. Buuu.
Zakochałam się w Darach Anioła, genialny film, teraz czytam  serie ' Diabelne Maszyny'. To przed trylogia DA, jak ją skończę, to zaczynam DA. Jak dobrze, że biblioteka kupiła te książki. Chwała im za to!

Uczymy się grać na gitarce kolęd. Będzie wielkie śpiwania, umca umca.

Nie zanudzam was. 
Paaa
Joylitte
xxx

Obserwatorzy